.

Rozdział 14

Spisek stabilizujący kolana

.

Harry nie wiedział, jak powinien reagować - emocjonalne przeładowanie nie dało zbić się głębokim oddechem, zaciskaniem zębów, krzykiem i bezgłośnym łkaniem. Nie dało się zbić zamykaniem oczu i liczenim do dziesięciu, a potem na wspak, ani otwieraniem okna i zaciąganiem się świeżym powietrzem. To dopadało go w najmniej spodziewanych momentach, kiedy życie zdawało się toczyć po odpowiednich torach: kiedy mógł skupić myśli na tajemnicach Slughorna, chęciach Voldemorta, umyśle Snape'a, przeciągłych spojrzeniach Dumbledore'a, kiedy miał przed sobą tyle perspektyw, tyle cudzych sekretów do odkrycia, tyle niemożliwości do rozwikłania, kiedy brał na siebie odpowiedzialność za stawienie się przed mrocznym czarodziejem, łypiącym na niego czerwienią przewiercającego spojrzenia, kiedy oskarżał winnego, sięgając po zemstę, przywołując pokorę na ziemistą twarz, kiedy drążył w sumieniu starszego człowieka, kopiąc w przeszłości, której ten się obawiał - łykał wszystkie te rzeczy, które pozwalały mu oddychać głębiej, a uczucie niepodobne do żadnego innego i tak znajdowało sposób na zaciśnięcie się na jego umyśle jak korona cierniowa.

Teraz nie czuł rąk - zaciskał i rozwierał palce, jakby były skrzydłami motyla, starając się skupić myśli, ale koszmar, który nie chciał spełznąć spod jego powiek, skutecznie rozpraszał jego uwagę.

Krzyk, chrzęst, opętańczy śmiech, zduszony skowyt - to wracało do niego jak przekleństwo, którego nie można zdjąć, jak zapętlony labirynt, z którego nie mógł się wydostać. Czuł suchość w gardle, bez względu na to, jak łapczywie przełykał ślinę.

— Masz koszmary? — zapytał cichy, miękki głos dochodzący nieco z lewej, nieco przytłumiony, jakby jego mózg, nierozbudzony, senny, nie do końca go do siebie dopuszczał; głos, który sprawił, że serce - duże, ciężkie, nieforemne - podeszło mu do gardła, a mózg na krótką chwilę przeistoczył się w miałką papkę i przez zatrważające sekundy nie potrafił zrozumieć realności otaczającego go świata.

Nie mógł rozluźnić mięśni - jakby coś go trzymało, jakby go ściskało, oplatało jego ciało niczym diabelskie sidła.

Kształty wracały powoli - rozmyte niczym stworzone przez pędzel impresjonisty: rozpoznał stolik, a na nim filiżankę z dawno wystygłą, niedopitą herbatą, kilka bezładnie rzuconych szpargałów - gęsie pióro, para pustych fiolek o nieregularnych krawędziach, jakiś notatnik oprawiony w płótno. Wytarte, lekko szorstkie obicie pod policzkiem, wypłowiały materiał. Harry zamrugał na refleks światła odbijającego się od pękatych słojów zgromadzonych na szerokich półkach pod ścianą.

Przesunął dłoń, rozmasowując sztywne ramiona; strzelił karkiem, nie mogąc pozbyć się nieznośnego uczucia, jakby jakiś niebotyczny ciężar zawieszony był na jego szyi.

— Źrenice masz wielkie jak galeony.

Harry ukrył ziewnięcie w materiale ozdobnej poduszki, chowając twarz przed przytłumionym światłem majaczącym wokół; oczy go szczypały.

— Miałeś niespokojny sen — powiedział głos — wyglądałeś na przerażonego.

Świadomość wracała tak mozolnie, jakby była elementem układanki, który nie chce wskoczyć na swoje miejsce; chciało mu się pić - miał ochotę sięgnąć do stolika po niedopitą herbatę i wyżłopać ją aż ukarze się płaskie denko. Znał ten głos - głęboki i cichy jak ocean, aksamitny jak ciepła, letnia noc zakrapiana winem; niepozwalający wyrwać się z sennego otępienia.

— Co ci się śniło?

— Trzask — wyszeptał, oblizując suche usta; założył ramię na czoło, zamykając szczypiące oczy - czuł zmęczenie połykające go jak trucizna - mógłby tak leżeć dalej, przez godziny, przez doby, nie podnosić się, nie rozbudzać. — Trzaski — sprecyzował, a przynajmniej tak mu się zdawało. — Pić mi się chcę.

Szelest, podłużny cień rzutujący na jego twarz, oddalające się kroki, a potem szczęk szklanki i szemrzący odgłos lejącej się wody. Uzmysłowił sobie, że jest otulony miękkim kocem, w który plączą mu się nogi; zaczepił palce o jego brzegi i podciągnął pod brodę, zaciągając się lekko stęchłym, dziwnie znajomym zapachem. Jego umysł dryfował na powrót ku nieświadomości.

Woda — dotarło do niego niewyraźnie jak przez zaporę, jak przez ścianę ze szkła. Coś chłodnego i wilgotnego obiło się o jego palce. — Dzieciaku — głos przybliżył się, wzmocnił, nabrał brzmienia, realnego kształtu; Harry poczuł czyjś oddech na swoim czole — nie zasypiaj.

Harry zamrugał, przetarł palcami oczy. Rozmyty kształt bez żadnej barwy, symetryczny, kanciasty - przywodził mu na myśl pelerynę niewidkę - unosił się przed jego twarzą jak mały, niepozorny duch. Podniósł wzrok na postać majaczącą za bezbarwnym kształtem - plama czerni - i już wiedział, gdzie się znajduje.

— Chryste, zasnąłem tutaj? Przepraszam — przetarł wierzchem dłoni czoło i sięgnął po szklankę, unosząc się niezgrabnie na łokciu; łapczywie przełknął trzy hausty wody, wytarł palcami usta. — Nie irytuj się na mnie, proszę, jestem taki… — pokręcił głową, wypuszczając ciężko powietrze z płuc, opierając denko o skroń.

— Nie jesteś — ściszył głos Snape, jakby mówił z rezygnacją, jakby składał broń — i nigdy nie byłeś.

— Co? — nie chwycił powiązania Harry, nieprzytomnym, rozmytym wzrokiem rozglądając się za okularami.

— Bezużyteczny — powiedział powoli Snape, a Harry się wzdrygnął i skupił wzrok na jego twarzy, która w jego oczach była jedynie masą rozmytych kształtów — rozczarowujący, próżny. Nigdy taki nie byłeś, Potter.

Chłodnawa dłoń delikatnie wyjęła szklankę z jego palców i odstawiła z przytłumionym stukotem na stolik.

— Jak często śni ci się Syriusz Black? — Kanapa lekko ugniotła się pod ciężarem drugiego ciała, gdy Snape przysiadł na krawędzi wielkich poduch i pochyliwszy nieznacznie głowę, przyjrzał mu się zza kurtyny czarnych włosów opadających na twarz.

— Gdzie są moje okulary? — odpowiedział pytaniem Harry, nieco ignorując, nieco puszczając mimo uszu ciche słowa lejące się ku niemu z tego rozmytego kolażu barw, którym była rzeczywistość.

Wisząca nad jego głową twarz przechyliła się; Harry czuł fantomowy ciężar lustrujących go, czarnych oczu na skórze.

— Niedaleko — odparł uszczypliwy głos kołyszący się nad nim jak łódka na falach. — Syriusz Black, Potter, nie wymiguj się od odpowiedzi.

— Czasami — odwrócił głowę Harry, siląc się na obojętny ton.

— Czasami?

— Raz mi się śni, a raz nie, wiesz, ja nie zliczam… częstotliwości tych snów, chociaż mógłbym — na wpół przewrócił oczami, na wpół wzruszył ramionami Harry, nie do końca wiedząc, jak powinien poradzić sobie z piekącym uczuciem, które zdawało się niespiesznie lepić do jego gardła.

— Mógłbyś?

Wypuścił z siebie nieco drżący oddech, kręcąc głową.

Snape, proszę…

— O co mnie znowu prosisz, dzieciaku?

— Nie łap mnie za słowo, nie wymuszaj odpowiedzi, nie zatrzaskuj w pułapce swoich gier słownych.

Przez chwilę, tak długą, że Harry myślał, że tak już zostanie, odpowiadała mu brzęcząca w pomieszczeniu cisza.

— Gdzie są moje okulary? — chciał powtórzyć, ale nie zdołał, bo ubiegł go przyciszony, miękki jak welwet głos, który swoją intensywnością zdawał się przeciągać się po jego skórze jak gładki, chłodny materiał:

— Masz nawracające stany lękowe. Lęki nocne. Mary senne.

Daj spokój, Snape — spróbował zbić powagę z tego cichego, porażającego tonu i nie zdołał:

— Dlaczego nic nie mówiłeś?

Coś ciężkiego, niemożliwie nieznośnego, osiadło na jego piersi. Pokręcił głową, uśmiechając się drżąco, prosząco.

— Bo też nie było o czym — opuścił wzrok na dłonie zaciśnięte na krawędzi koca, nie potrafiąc sobie uzmysłowić, kiedy zakleszczył je tak szczelnie.

— Nie było… o czym — powtórzył cicho Snape, przyglądając mu się.

Harry poruszył się niespokojnie, skubiąc - nieco bezwiednie - brzeg koca.

Snape, wbrew oczekiwaniom Harry'ego, nie naskoczył na niego, nie cisnął mu w twarz wściekłym spojrzeniem, nie obnażył zębów; Snape usadowił się głębiej na kanapie, wciskając biodro w żebra Harry'ego - długie, chłodne palce zacisnęły się na kołnierzyku jego szaty.

— Wiesz, że przetrwać mogą jedynie najsilniejsi, prawda, Potter? — zapytał, choć brzmiał, jakby stwierdzał fakt.

Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi, ale nie podniósł wzroku znad swoich sztywno zakleszczonych na kocu dłoni.

— Najsilniejsi? — powtórzył, za wszelką cenę starając się wytrącić kontekst z tego ostrego, wyklarowanego umysłu, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do czego starszy czarodziej pije. Jak mógł się spodziewać - kontekst pozostał tam, gdzie był, nienaruszony, znaczący.

— Ci, którzy mają głowę na karku, Potter, ci, którzy nie pozwalają, by uczucia, lęki i obsesje wzięły nad nimi górę.

Harry wbił sobie paznokcie w dłonie i zamrugał, kiedy szczypiący ból osiadł gdzieś pod jego skórą.

— Już ci to niegdyś mówiłem, Snape, że ja się nad sobą wcale nie użalam.

Snape fuknął na niego, jakby Harry go obraził.

— Tłumisz w sobie emocje, które nie znajdują ujścia — pokręcił nad nim głową i brzmiał, jakby widział w nim wszystko to, o czym Harry chciałby zapomnieć, od czego tak gorliwie pragnąłby uciec. — To wystarczy.

Harry omal nie parsknął histerycznym śmiechem; podniósł głowę, czując, jak wargi rozciągają mu się samoistnie w krzywym, złośliwym uśmiechu i przesłodzonym, cukierkowym głosem, którego użył wcześniej tylko raz, jedyny, w hangarze na łodzie, ze wspomnieniem smaku nieswojej krwi w ustach, zapytał:

— A więc co sugerujesz, że należałoby zrobić, żeby się ich pozbyć, Snape?

Przez moment profesor milczał - widział poruszającą się w spokojnym oddechu klatkę piersiową, czuł lawirujące po rysach jego twarzy spojrzenie; a potem Snape wyciągnął niespiesznie dłoń i położył z delikatnością, jakiej Harry się po nim nie spodziewał opuszki palców na jego powiekach, ignorując zaczepkę, jakby jej tam wcale nie było.

— Zamknij oczy — wyszeptał.


-VVV-


— Pomyśl o tym, co czujesz.

Nie bądź absurdalny, Snape, już to przerabialiśmy, kilkakrotnie, prawdę mówiąc, nie idzie mi to - nam - nie zgrywamy się, nasze umysły nie korespondują ze sobą, nie…

— Przestań tyle myśleć i skup się na odczuciach.

— Na tę chwilę? Czuję irytację.

— Dobrze — przytaknął Snape, jakby mu przyklaskiwał, a Harry, bardziej niż lekko zdezorientowany, zmarszczył czoło. — Pomyśl o tym uczuciu, pozwól mu się całkowicie wypełnić.

Myśląc, że wszystko to jest dosyć absurdalne i raczej bezcelowe, uchylił powiekę i łypnął spode łba na wiszącego nad nim jak dementor profesora, i poprawił się nie bez zniecierpliwienia na kanapie.

— Wypełnić się irytacją, Snape? To nie wydaje się takie trudne. Nie, kiedy patrzysz na mnie jak na szczura laboratoryjnego.

Snape wypuścił powietrze z płuc i kręcąc głową, przytknął palce do nasady nosa.

— Potter, to nie zadziała, jeśli nie będziesz współpracował.

— Co nie zadziała? — nie zrozumiał Harry.

Nie dosłyszał, co dokładnie wymamrotał pod nosem profesor, ale gdy ten popatrzył na niego przez palce, a potem - nie bez rezygnacji - oparł dłoń obok jego głowy na wytartym obiciu kanapy (trochę, zdaje się, machinalnie, trochę bezwiednie), Harry miał przez chwilę niemożliwe do odparcia wrażenie, że ponownie go zawiódł, że znów nie stanął na wysokości zadania. To było niespodziewane - jak cios w żebra z zaskoczenia; Harry poruszył się niespokojnie pod czarnookim, lustrującym spojrzeniem.

— Spróbujmy raz jeszcze, ty niemożliwy dzieciaku — usłyszał - jakby Snape przyzwyczajony był do budowania z miałkiego piasku konstrukcji, które mogą się zawalić przy byle podmuchu. — Zamknij oczy — powtórzył - z niewiarygodną jak na siebie cierpliwością - Snape; jakby chciał spróbować, jakby miał nadzieję, jakby wcale nie uważał, że Harry jest beznadziejnym przypadkiem, który rękami i nogami będzie odpychał się od wyciągniętej, pomocnej dłoni. To trochę dziwne, jak się nad tym zastanowić, po tych wszystkich, zeszłorocznych, bezowocnych próbach wpojenia mu Oklumencji, Snape wciąż uważał jego umysł za plastyczną glinę, w której można modelować, którą można wygładzić, wypolerować chropowate krawędzie i naoliwić. „Zamknij oczy" — powiedział więc Snape, a Harry to zrobił.

— Pobądź chwilę w tym stanie, obserwuj go, skieruj na niego całą swoją uwagę.

Harry wcale nie chciał tego robić, wcale mu się to nie uśmiechało, ten powrót do rozrywki, od której było mu słabo, ale wiedział, że nic, co wpaja mu Snape, nie obróci się w niwecz - przeciwnie: ma szansę zapuścić korzenie i wykiełkować - tylko dlatego skierował myśli w stronę tego piekącego szumu w głowie, tego drażniącego uczucia mierzwiącego pod skórą; było jak ogień, który łaskocze wszelkie zakończenia nerwowe, było jak pazury, którymi jakiś nieznośny byt skrobie jego mięśnie od środka - ale było tam również coś innego, coś piekącego na tyłach czaszki, coś, przy czym ogień rozdrażnienia tlił się nader blado - było dusznawe, gęste jak lep na muchy, kleiste. Oblepiało jego zmysły, jego umysł, jego postrzeganie, stało gdzieś za nieznacznie piekącymi oczami - przyklejone do niego jak pajęczyna. Mógł to poczuć w gardle - stało w nim jak kawałek zatrutego jabłka. Prawie, jakby było fizyczne, materialne.

— A teraz opisz mi to uczucie — ściszył głos Snape, a Harry'emu na niemożliwie długą chwilę serce podeszło do gardła - bo jak opisać ten cień, tą chmurę gradową, która wisi nad nim, gdziekolwiek pójdzie i cokolwiek zrobi, która podąża za nim jak ponurak, odkąd…

Te rozważania biegły w zdecydowanie złym kierunku.

Mimo to zaczerpnął głębiej tchu i podniósł rękawicę.

— To zupełnie, jakby wbijano mi igły w kark, milimetr po milimetrze. Jakby wbijano igły, próbujące wykłuć dziurę, przez którą wydostałoby się ze mnie to niemożliwe do zniesienia uczucie, które powoduje, że nie mogę oddychać. Jakby wymuszano na mnie zrobienie czegoś, czego nie jestem w stanie zrobić. Próbuję nie myśleć o tym wszystkim, przez co przeszedłem, próbuję to wyprzeć z pamięci, wymazać, ale to ciągle tam jest, przyczajone, jakby było bestią ukrytą za drzewami gdzieś w Zakazanym Lesie, obserwującą, obecną. To takie cholernie złośliwe uczucie, coś jakbym był wyczerpany, ale nie mógł zasnąć, coś jakbym był na granicy wytrzymałości psychicznej i nie mógł przekroczyć tego progu ani w jedną, ani w drugą stronę - nie potrafię tego odrzucić, ale nie potrafię też tego tłumić w takim stopniu, w jakim zawsze mi się to udawało. To nie znajduje ujścia. Kumuluje się, obrasta w tłuszcz. A ja nie mogę przestać się trząść za każdym razem, gdy wieczorami zamykam oczy - noce są najgorsze, wszystko wtedy wraca, jakby pamięć się wyostrzała. Widzę detale, których nie mógłbym dostrzec za dnia, zgięcie kręgosłupa, to specyficzne, ostre chrupnięcie łamanej kości, kobiecy śmiech pełen triumfu, od którego nie mogę się uwolnić — nie zauważył, że głos mu struchlał, nie zauważył, że kręci się niespokojnie po poduszkach kanapy, jakby utknął w koszmarze, dopóki ciepłe dłonie nie uchwyciły go za ramiona i nie przytrzymały w miejscu. Były pewne, stabilne, silne - ucisnęły raz, drugi, trzeci mięśnie jego ramion, wyzwalając z nich napięcie, które tam osiadło jak kurz na kloszu lampy - ustabilizowały go w miejscu, osadziły w rzeczywistości, nie pozwalając pochłonąć się wspomnieniom.

Powietrze uleciało z jego płuc jak z przebitego balona, mięśnie zwiotczały.

— Jak się teraz czujesz, Potter? — Słowa były ciche, choć zdeterminowane; była w nich pewna niepojęta dla niego siła, z której pragnął czerpać.

Otworzył oczy, napotykając spokój czarnookiego spojrzenia.

To ciągle tam było, chociaż nieco przytłumione, jakby zblakło, spłowiało. Harry odetchnął głębiej.

— Trochę lepiej — przyznał, choć nie bez niechęci, bo nie zamierzał dawać profesorowi satysfakcji.

Snape odjął dłonie od jego ciała i wyprostował się, przyglądając mu się, jakby nie był pewny, jak wiele Harry może znieść i nie zwariować.

— Jesteś niesamowicie spokojny, jak na siebie, Snape, ekstremalnie cierpliwy, bym powiedział — westchnął zielonooki, przecierając czoło, mając wrażenie, że napięcie wciąż, powoli ulatuje z jego ciała, jakby było falami oceanicznymi przepływającymi jedna po drugiej w kierunku stałego lądu. — Jak długo jeszcze będziesz znosił mnie bez standardowych obelg i kwaśnych skrzywień?

Wargi Snape'a drgnęły w coś na kształt cienia uśmiechu (nieznaczne napięcie w ich kącikach, układających się inaczej niż zazwyczaj, prawie niedostrzegalne, tak drobne).

— Tak długo, aż nie dźwigniesz się z ziemi i nie utrzymasz w pionie o własnych siłach — powiedział, ale tak naprawdę nie musiał.


-VVV-


— Zastanawiam się, co robi Slughorn, pomiędzy swoimi szumnymi imprezami a wbijaniem tępym, opornym dzieciakom wiedzy do głowy — mruknął pod nosem Snape, gdy na tapecie pojawiła się wizja kolejnej imprezy organizowanej przez starego, brzuchatego profesora, a Harry wzruszył ramionami i oparł się o ścianę hangaru na łodzie.

— Wykrada liście tentakuli ze szklarni, snobistycznie kolekcjonuje ludzi i nawiązuje pożyteczne kontakty.

W oczach Snape'a, gdy na niego spojrzał, doza zrezygnowania mieszała się ze zrozumieniem.

— No tak — westchnął, kręcąc nad nim głową — oczywiście, że ty wiesz. Oczywiście — zerknął na niego zza kurtyny włosów, spod nieznacznie zmarszczonych brwi. — A ta cudza tajemnica, którą starasz się w nim odnaleźć… — zawahał się Snape, mierząc go przeciągłym spojrzeniem, przeciągając bezwiednie palcami po burcie jednej z zacumowanych łodzi — powiedz mi, Potter, czy powinienem się bać?

Harry spojrzał na niego spod rzęs, ważąc słowa na języku.

— Tajemnicy czy konsekwencji jej ujawnienia? — chciał wiedzieć, skacząc wzrokiem pomiędzy ciemnymi, pełnymi skupienia oczami wycelowanymi w jego twarz.

— Myślę, że jedno jest nieodłącznie związane z drugim.

Harry westchnął i odwrócił wzrok; utkwił spojrzenie w stojącej, przeźroczystej wodzie, na której kolebały się mozolnie drewniane łodzie. Zastukał tyłem buta o ścianę hangaru, wsłuchując się w głuchy odgłos, który przetoczył się po cichej przestrzeni tępym echem.

— Tak — mruknął pod nosem, skubiąc skórkę kciuka — tak, sądzę, że jest czego — westchnął i podszedł do jednego z wysokich filarów, opierając skroń o jego krawędź, otaksowując Snape'a spojrzeniem, za którym stała doza zmęczenia.

Snape przechylił głowę, przyglądając mu się, jakby coś rozważał; czarne oczy zamigotały w przytłumionym świetle hangaru na łodzie.

— Potter, wiesz, że jeśli nie chcesz, nie musisz nic robić, prawda? — Jego głos był cichy jak tchnienie wiatru, a Harry był mu dozgonnie wdzięczny - był mu wdzięczny, ponieważ tylko on jeden, ze wszystkich znanych mu istot, brał pod uwagę jego własne chęci, jego własne możliwości. On jedyny dawał mu do zrozumienia jasno i klarownie: „mierz siły na zamiary", a choć nigdy nie powiedział tego na głos, Harry widział to w sposobie, w jaki na niego patrzył, w ważeniu słów na języku, w niemej ocenie stojącej za zmarszczkami na czole. — Możesz się od wszystkiego odsunąć — powiedział mu bez mrugnięcia okiem. — Zamknąć oczy i udawać, że nic nie widzisz — pokiwał głową. — Postępować wedle własnych chęci, nie według cudzych oczekiwań.

— Tak, tak, pamiętam — nie powstrzymał małego grymasu Harry. — „Jakby ograniczenia nie istniały". Już raz to przerabialiśmy, Snape. To trochę… antyspołeczne.

— Być może — skinął mu Snape — choć poniekąd wyzwalające.

Zupełnie jak ocena strat — nie powiedział Harry, odwracając głowę, wpijając oczy w stateczną taflę wody, którą dostrzegał jedynie ułamkiem świadomości. — Bilans krzywdy i jej przepracowania. Zatopienie się w cudzych problemach, aby zapomnieć o własnych, granie na sumieniu jednym, mszczenie się na drugich, koncentrowanie myśli na działaniu.

Harry był już poniekąd zmęczony czekaniem, aż inni naprawią jego błędy, aż zasklepią jego rany, aż przywrócą naruszone wahadło do stanu równowagi. Powinien sam dorosnąć do tej decyzji, dojrzeć do niej, pozwolić przepoczwarzyć się emocjom, które - kumulowane tak intensywnie - ulatywały z niego, emanując krzywdą i zranieniem.

— Jeśli istnieje taka możliwość, jaką przywołujesz, Snape, istnieją też inne — ściszył głos, oddychając głęboko i przysiadł na lekko wilgotnej, chłodnej podłodze hangaru, odprowadzając wzrokiem mewę, która z trzepotem skrzydeł sfrunęła do środka i przycupnęła na wilgotnych krokwiach, zanim zanurkowała w powietrzu, jakby skakała z klifu, z pluskiem wyławiając z wody szamoczącą się rybę i wleciała w niebo, wypadając z hangaru pomiędzy grubymi kolumnadami.

— Istnieje multum możliwości, Potter — skinął głową profesor; jego oczy błysnęły intensywnością, kiedy przeciągał wzrokiem po rysach jego twarzy — wystarczy je dojrzeć.

Harry, bębniąc palcami o udo, podjął jedną z najcięższych decyzji, przed którymi był postawiony w swoim życiu.

— Pomóż mi zastawić na Slughorna sidła, Snape — wychylił się w jego stronę Harry, ściszając głos — a podejrzewam, że posiądziesz informacje, które byłyby w stanie zarówno rozpętać wojnę, jak i ją zakończyć.

— Wojnę — przechylił głowę Snape, przyglądając mu się — ale z kim?

— Zdecydujemy, gdy poskładamy wszystkie elementy układanki — pokiwał głową Harry, a siła jego głosu nie pozostawiała wątpliwości, że postawił kropkę nad i. — Określimy pozycję.

Uśmiech, który zawitał na ziemistej twarzy, nie miał w sobie nic z układności - był jak wycie wilka, którego wywołano z lasu, onieśmielał, przerażał, chwytał za gardło i ściskał; a Harry'emu oczy zapłonęły jak stal, bo wiedział, że na to właśnie czekał przez cały ten czas żałoby, choć wcale nie zdawał sobie z tego sprawy - na zemstę, choć w nieco innym wydaniu, niż pierwotnie ją sobie zagarnął, na działanie, które nie pozostawi wątpliwości, na decyzję, która zaważy na jego dalszych losach.


-VVV-


Harry machał nogami, siedząc na rozchwianym stole na Spinner's End (tak będzie bezpieczniej — powiedział mu Snape, a choć Harry przyjął to z pewną dozą nieufności, bo: „skąd wiesz, że Voldemort nie wysłał kogoś na przeszpiegi?", bo: „czy Dumbledore nie wie o istnieniu tego miejsca?", bo: „no nie wiem, coś nie czuję, aby było to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi", przystał na to, bo nie sądził, aby był w stanie zaproponować cokolwiek lepszego), a Snape kreślił mapy myśli na rozciągniętym na stole, szerokim zwoju pergaminu, maczając z dziwną cyklicznością pióro w kałamarzu.

— Ustaliliśmy — powiedział Snape, stukając palcem w jedno z miejsc na pergaminie — że nasz drogi Horacy wstaje skoro świt i korzysta z małej frekwencji w Wielkiej Sali, żeby zjeść nieco zbyt obfite śniadanie, potem chodzi po zamku, gdzie poniosą go nogi, żeby około wpół do, przed rozpoczęciem pierwszych zajęć, wrócić do siebie, tak?

— Zgadza się — podrapał się po karku Harry, z ukosa zerkając na kreski, okręgi i wężyki tekstu nakreślone przez profesora na rozwiniętym, pożółkłym pergaminie.

— Wieczorami natomiast — przesunął pióro nieco niżej, wodząc za ciemną kreską tuszu i pochyłym, eleganckim pismem — wynurza nos z kwater, szukając czegoś, co wypełni mu czas. Goni za rozmowami i osobami, choć omija szerokim łukiem dyrektora, jakby jego spojrzenie miało go sparzyć. Organizuje te swoje wieczorki towarzyskie, kolacje dla wybranych bądź szumne bale okraszane alkoholem, na który przymyka oko, udając, że nie dostrzega przemycanych butelek i idiotów wydmuchujących dym po kątach, wypalających dziury w okiennych kotarach.

— Aha, tak jakby — mruknął Harry, przypominając sobie o tekturowym pudełku ukrytym w kieszeni szaty; wymacał je i obrócił w palcach.

Hmm — poprawił położenie pióra w dłoni Snape, pochylając się nad blatem — to daje nam niewiele czasu na działanie. Musimy przechwycić projekcje jego myśli gdzieś pomiędzy śniadaniem a zajęciami bądź tą durnowatą à la imprezą a powrotem do kwater.

— Brzmisz, jakby to miała być kradzież.

— To poniekąd będzie kradzież, Potter.

— Tak, cóż, pewnie masz rację — wydobył opakowanie z kieszeni, nie bez nieznacznej dozy satysfakcji oceniając, że jest ono bogate w kilka ostatnich sztuk papierosów. — Mogę zapalić?

Snape, oderwany od rozmyśleń, rzucił mu takie spojrzenie, jakby Harry właśnie zapytał, czy może sprofanować święty ołtarz.

— Nie po to ci pomagam, ty głupi dzieciaku — zrugał go, obnażając zęby — żebyś rozpylał mi truciznę po salonie.

Harry wzruszył ramionami i spojrzał z nieznaczną tęsknotą na nietknięty jeszcze filtr.

— Wystarczy zwykłe: „nie", Snape, poważnie — odetchnął i - nieco wbrew sobie, z niejakim poczuciem straty - schował papierosa na powrót do pudełka.

— Nie bądź taki rozczarowany — wzniósł oczy ku niebu profesor, marszcząc na niego nos, jakby Harry był karaluchem, który wylazł w środku nocy spod poduszki. — To wyjdzie ci na dobre, Potter, wierz mi.

— Aha, nie ma tego złego — pokiwał bez przekonania głową Harry i skupił się na prześledzeniu ścieżek wyrysowanej mapy myśli. — To, że będę wiedział, kiedy go uchwycić pomiędzy obowiązkiem a odpoczynkiem nie oznacza jeszcze, że poradzę sobie z wyłuskaniem z niego informacji, szczególnie gdy nie do końca nawet wiem, czego szukam.

— Małymi krokami do celu, Potter.

— Jezu, Snape, tyle razy ci mówiłem, żebyś nie rzucał we mnie tego typu frazesami — przetarł palcami nasadę nosa Harry.

— Czyżbyś wolał: nie od razu Rzym zbudowano? — zagaił zaczepnie profesor, a Harry wypuścił cierpiętnicze westchnienie.

— Skoro już idziemy w jakieś absurdalne, mugolskie powiedzenia, Snape, to wiedz, że Slughorn nie daje sobie w kaszę dmuchać — zauważył, wygładzając poły szaty, zastanawiając się, jak wiele może zmienić samo nastawienie starego profesora Eliksirów i czy nadmierne zainteresowanie, jakie ku niemu kierował, nie zaczęło jeszcze kłuć go po oczach.

Snape wzruszył ramionami, jakby Harry nie powiedział nic, co mogłoby go zaskoczyć.

— Oczywiście — syknął i brzmiał, jakby go upominał — przecież już ci kiedyś mówiłem, że to Ślizgon, Potter, i to nie byle Ślizgon, a była Głowa Domu, racz sobie przypomnieć. Gdyby było inaczej, już dawno zdołałbyś go rozpracować - ty i ten twój wyszukujący faktów, przebierający w pogłoskach, naostrzony jak skalpel umysł.

— To nie takie proste, kiedy świat ci się wali — chciał powiedzieć Harry, ale pospiesznie odrzucił tę myśl, wytężył siły i zebrał się w sobie. — Wykraść - znaczy zaszachować wprawnego szachistę — oznajmił zamiast tego, szukając w oczach Snape'a potwierdzenia tego, że to absurdalne działanie jest w ogóle wykonalne.

— Boa też jest drapieżnikiem, co nie oznacza, że kobra go nie pokona — sprostował Snape, miażdżąc go zdecydowaniem i Harry zrozumiał, że Snape już się nie cofnie, nie teraz, kiedy złapał ślad zapachowy - będzie za nim podążał, aż nie wbije zębów w bark i nie oddzieli skóry od kości.

— Nie wiem tylko — mruknął Harry — czy uda mi się wyłuskać wystarczająco silne wspomnienie, żeby potraktował to jako uczciwą wymianę. Atut, który zdawało mi się, że ściskam w garści, zawiódł.

— A tym atutem było…?

Harry westchnął i przyjrzał się poobgryzanym skórkom przy wyłamanych paznokciach.

— Tym atutem była moja matka.

Czarne oczy nieco przygasły, a długie palce zastukały - nieco bezwiednie - o dolną wargę; Harry obserwował kątem oka, jak prostuje się nad stołem i spogląda w okno, jakby zmęczyło go ciągłe skupianie wzroku na jednym punkcie.

Ach, no tak — skrzywił się kwaśno, przesuwając spojrzeniem po kroplach deszczu spływających po szybie. — Mogłem się tego domyślić — przetarł brwi dłonią, wypuszczając powietrze i odgarnął niespiesznie włosy wpadające mu do oczu. Pokręcił głową, jakby próbował zbić niepotrzebne myśli. — Być może, zamiast się targować, powinniśmy podmienić wspomnienia? — zastanawiał się na głos, przeciągając w zamyśleniu palcami po ciemnych kosmykach. — Bo skoro tak… hmm… silne atuty nie działają…

— …trzeba zagrać inną kartą — dokończył Harry, gdy jakieś niewidzialne trybiki w jego głowie zaskoczyły i zaczęły przetwarzać ten pomysł, badać go, obracać nim, aby spojrzeć z różnych perspektyw, szukając możliwych niedociągnięć i pęknięć w strukturze - i przypomniał sobie dziwne zachowanie się fałszywego wspomnienia, które unaocznił przed nim Dumbledore, jego szaleńcze wirowanie w fiolce, stłumione słowa i rozmazane, wprawione w wir jak dziecięcy bączek obrazy, dudniące brzmienie słów, które nigdy nie padły. — Jak skonstruujemy wspomnienie, które będzie na tyle realistyczne, że zakorzeni się w jego umyśle jako własne? I to tak stare, że zdążyło zapewne w nim dojrzeć, na domiar złego: z taką determinacją uplastycznione, przetworzone przez samego Slughorna, że ten zapewne mógłby odtwarzać detale tego tworu wyrwany z głębokiego snu w środku nocy i porównać go z oryginałem jak dwa obrazy w dziecięcej łamigłówce: „znajdź różnice"? Jak stworzyć zakrzywiony obraz, aby mózg tego nie wyłapał?

Snape się zawahał - jawnie, ostro - uniósł głowę i spojrzał na niego ponad rozpostartą mapą myśli, a w jego twarzy malowało się coś na kształt naruszonej pewności siebie, coś na kształt rozchybotania, jakby koncepcja, którą wyklarował sobie jasno i precyzyjnie zachwiała się w swoich posadach i to całkowicie nieoczekiwanie: jak na powiew lekkiej bryzy. W czerni jego oczu coś się zawahało, coś, co powinno być stateczne, stabilne - nie utrzymało się w ryzach.

— Masz rację — powiedział cicho, bardzo cicho - i brzmiał, jakby nie dowierzał. — Jak? To jak chwytanie dymu…

— …gołymi rękami — zgodził się Harry, kiwając głową. — Poza tym: jak go podmienimy? Pod samym nosem Dumbledore'a, podczas gdy tylko ty z nas dwóch jesteś wprawiony w penetracji umysłu. Moja Oklumencja ledwo trzyma gardę, nie mówiąc już o…

— Legilimencją się nie kłopocz, to i tak może nie zadziałać na dłuższą metę. Bardziej myślałem o eliksirze.

Harry'emu zaświtały przed oczami marginesy stron z podręcznika Księcia Półkrwi, skrupulatnie wypełnione, przepełnione wyliczeniami, komentarzami, wskazówkami.

— Bądź zaklęciu — wyszeptał, bardziej do siebie niż do Snape'a, i poruszył się niespokojnie, gdy coś w czarnych oczach zgęstniało, stężało jak żelatyna; uważne spojrzenie zmierzyło go tak, jakby Harry był równaniem, które nie chce się rozwiązać, supłem, który nie daje się rozplątać.

— Zaklęcie, które podmienia wspomnienia? — wyartykułował powoli Snape, jakby obracał słowami na języku, jakby badał ich smak, sprawdzał kształt i fakturę - i Harry poczuł suchość w gardle; profesor, szurając z nieprzyjemnym zgrzytem, odsunął rozchybotane, drewniane krzesło od stołu i usiadł, podpierając łokcie o zarysowany blat.

Harry obserwował, jak płatki szczupłego nosa zadrżały, jak wargi zacisnęły się w ciasną linię, jak żyła wyłaniająca się spod wysokiego kołnierzyka zatętniła dziko; miał nieodparte wrażenie, że tonie w tym widoku, że wpaja się w niego - w tej pełnej skupienia i napięcia twarzy było coś tak prawdziwego, coś tak pierwotnego, że Harry nie mógł oderwać wzorku, czując się, jakby patrzył w obraz sportretowany przez wprawnego malarza ostrymi kreskami, wyraźnymi konturami - zmęczoną, zdeterminowaną, tętniącą życiem; klatka piersiowa zafalowała pod czarną, zwiewną szatą, wpadające na twarz ciemne włosy uniosły się kierowane głębokim oddechem; a potem Snape powoli, bez pośpiechu, wyjął gęsie pióro z kałamarza, postukał o brzeg, strząsając nadmiar tuszu i przytknął końcówkę do pergaminu.

Eleganckie, pochyłe pismo nakreśliło osiem liter niemal na środku burzy zapisków i obrysowało chaotyczną obwódką.

ZAKLĘCIE — napisał Severus Snape, a Harry'emu, który poczuł nagły, dziwny ucisk w gardle, przemknęło przez myśl, że jeśli cokolwiek nie wypali tak, jak powinno, wpakują się obaj w coś znacznie, znacznie gorszego, niż zwykłe problemy - jeśli podwinie im się noga, spowodują katastrofę niemożliwą do odwrócenia.