Księstwo Que-Toyne
30 Września 1639 C.C.Y.
Obóz Szkoleniowy Lostrum
Lostrum, było małym miasteczkiem znajdującym się niedaleko granicy z Quillą w tak zwanej Bramie Malwy która znajduje się pomiędzy Wielką Zieloną Puszczą a Górami Marmurowych. Nazwa wzięła się od rzeki przepływającej przez tę kraina a uchodząca do wielkiego jeziora w Puszczy.
Odnosi się do tego że kolor wody rzeki jest bardzo biały, stąd w języku tubylców tej krainy czyli Elfów z rasy Telerii zwie się Malwa co znaczy Blady, Bestioludzie z Quilli zwą ją rzeką Baht co jest dosłowną kalką z języka elfów, zaś ludzie głównie pochodzący z Lourii nazywają ją rzeką Mleczną i tak też brama zmienia swą nazwę w zależności od nazwy rzeki.
Same Lostrum nie było jakoś wykwintnym lub słynnym z czegoś miejscem. Ot, miasteczko górnicze położone pod górą Ando. Najbardziej wysuniętym na zachód Szczytem Łańcucha Gór Marmurowych.
Było ono położone ma płaskowyżu a z miasta widać w dobry dzień wyraźnie znajdującą się w oddali Wielką Zieloną Puszczę, zwaną też Lasem Elfów lub Zielonym Lasem od zaskakującego dziwactwa tamtejszych drzew których liście nigdy nie zmieniają koloru lecz pozostają zielone nawet wtedy gdy zostają zrzucone na zimę.
Co więc sprawia że wiatr historii zawiał w te regiony? Obóz Szkoleniowy Lostrum w którym Japonia po cichu i nielegalnie szkoli żołnierzy Que-Toyne i Quilli w używaniu w miarę nowoczesnego sprzętu oraz w taktyce wojennej.
Było to oczywiście wbrew prawu Japońskiemu, nie mniej oczywistością stało się że Japonia nie mogła tak po prostu odejść bez jakiejś formy pomocy dla tubylców. Stąd zorganizowano Operację Sairento Araiansu będąca akcją wywiadu japońskiego oraz operatorów z Tokushusakusengun czyli Grupy Sił Specjalnych JGSDF którzy dostali nagle zbiorowo przepustki lub zwolnili się z pracy(tymczasowo oczywiście).
Z racji tak naprawdę ograniczonego budżetu który musiał pozostać względnie mały by frakcja pacyfistów przeglądając operacje finansowe nie była w stanie zauważyć pewnej anomalii, Japońscy szkoleniowcy zostali ograniczeni do szkolenia tubylców z używania broni palnej najczęściej wyciągnięte z magazynów stare M1 Garand lub te karabinki Typ 64 które z powodów technicznych zostały skreślone z stanu magazynów a Wywiad postanowił sobie po cichu je wziąć, oficjalnie oczywiście broń poszła na złom.
Niestety ograniczało to również możliwości co można zabrać bez podejrzeń z magazynów do broni bardzo starej i często zużytej. A o cięższym sprzęcie niż moździerze można było zapomnieć. A nawet przerzucenie moździerzy stanowiło kłopot.
Na szczęście, Lostrum było tak daleko od centrum kraju i ważnych szlaków handlowych że po dostarczeniu tutaj sprzętu można było go używać bez ograniczeń.
Obóz nie był przesadnie wielki, tak naprawdę około 25 instruktorów szkoliło dwie specjalnie chorągwie po jednym dla kraju. Obie składały się po 200 ludzi co oznaczało że szkolono zaledwie czterysta. W porównaniu do znajdujących się w Lourii sił inwazyjnych to było tyle co nic.
Był to oczywiście problem dla wszystkich, niestety ograniczenia wynikające z działania po cichu były przez te parę miesięcy nie do przeskoczenia. Stąd skupiono się na szkoleniu w zakresie metod wojny partyzanckiej oraz działania sił specjalnych na tyłach wroga, dlatego też główną część szkolonych stanowili Podniebni Rycerze ujeżdżający wiwerny.
Na szczęście, nagłe pojawienie się Rzeczypospolitej a wraz z nią jej koloni Koronnej Kamerunu zmieniło tę postać rzeczy. Prośba rządu Japońskiego o pomoc materiałowo szkoleniową została przyjęta kiedy okazało się że Kamerun przy przenoszeniu został przyłączony do kontynentu Roderius na południu, stając się sąsiadem Lourii i Quilli. Zaś dawne porty morskie znajdujące się w Zatoce Lazurwa stały się portami rzecznymi nowo powstałej rzeki Lazurwa zaczynającej się w Oceanie i kończącej się w Oceanie odcinając Kamerun od reszty kontynentu.
Sama rzeka była spora, więc przekroczenie jej dla Lourii było sporym wyzwaniem już samym w sobie a nawet gdyby Lourianie porwali się na taki numer, 23 i 45 Dywizja Koronnych Askarysów bardzo chętnie by zapoznała Lourian z swoją artylerią, zaczynają od samobieżnego moździerza M120 Rak, przez samobieżną haubice AHS Krab a na samobieżnej armatohaubicy AHS Kryl kończąc.
Nie mniej, inwazja Lourii na Quillę tworzyła by pewien problem, a patrząc jak Louria pogardliwie podeszła do wysłanych z Kamerunu posłów sprawiało że było pewne że nawet jeśli Polska nie zainterweniuje to Louria będzie sprawiać jej kłopoty po podboju i będzie żądać Kamerunu jako części Roderius mimo że jeszcze do niedawna była częścią Afryki na kompletnie innej planecie!
Oczywiście ogromna armia Lourian to dla Polski żaden problem, wszyscy z nich byli uzbrojeni na styl renesansowy i zorganizowani wedle wzorów tej epoki. Nawet magia nie stanowiła by żadnego atutu dla Lourian.
Ostatnią wartą kwestią wspomnienia była polska pogarda dla supremacji genetycznej, opartej na rasie czy gatunku. Wynikało to poniekąd z polskiej myśli nazwanej Nowym Sarmatyzmem, lub też Sarmatyzmem Oświeconym który wyciągając wnioski z polskiej historii uznał że Polacy nie są narodem imperialnym z natury a całe ich „imperium" powstało poprzez imponowanie kulturowo-gospodarcze na inne narody, a silne wojsko stanowiło bardzo pomocny atut przekonujący tych którzy się boją despotów i tyranów do polskiego umiłowania wolności i podejścia równy do równego.
Polacy nie mieli wedle tego podejścia napadać na obce kraje bez bardzo solidnej legitymizacji do władzy na tymi terenami. Nawet słynny podbój Moskwy i pacyfikacji opornych miał wyjść z poziomu tytułu jaki mieli władcy Polscy odziedziczyć po Piastach, mianowicie Królów Rusi, stąd Moskwa wedle tego, nie była niczym innym jak zbuntowanym wasalem którego podbicie Polacy nie tylko mieli prawo lecz nawet musieli z racji że Książęta Moskiewscy byli kolaborantami ruskimi współpracujący z Mongołami gnębiąc w ich imieniu swych rodaków, a ich despotia i inne przywiezione z stepów obyczaje musiały być usunięte na rzecz poszanowania wolności i traktowania z poszanowaniem praw w tym do własności osobistej i godności ludzkiej.
Stąd kiedy na zachodzie zwyciężał darwinizm a przez to wynikający z tego szowinizm i inne tego typu myślenie. W Polsce powstawał anty-darwinizm i anty-szowinizm jako kontrreakcja do tego. Stąd w na Ziemi skąd się wywodzą ci Polacy, zyskali miano anty postępowców i zagorzałych tradycjonalistów wobec odrzucania zgodnie z katolicką nauką społeczną, wszelkim nowinek kulturowych a często odnosząc się z pogardą dla angielskiej nauki, jak przyjęło się mówić na darwinizm i to wszystko co z niego się wywodzi.
Dlatego też z względów ideologicznych Rzeczypospolita postanowiła wyręczyć pogrążoną w własnej niemocy wewnętrznej Japonię w zadaniu obrony słabszych krajów przed głoszącą czysto ludzką supremację Lourią. Trzeba bowiem wiedzieć że termin ludzie, w przeciwieństwie do powszechnych wyobrażeń na temat światów fantasy, w Arkadii był dużo szerszy i obejmował zarówno elfy, krasnoludy jak i niziołki którzy są uważani za odłamy ludzkiej rasy a nie za odrębny gatunek.
Wedle legend wszystkie te rasy powstały w wyniku sojuszu starożytnych ludzi z danym bóstwem czy grupą bóstw które zmieniły przodków tych odłamów ludzkości w daną rasę.
Jak później się okazało w badaniach genetycznych w tych starożytnych mitach tkwiło naprawdę dużo ziarna prawdy, a część z tych mitów zastanawiająco wyglądały jakby ktoś próbował ograniczonym słownictwem przedstawić coś niewątpliwie zaawansowanego technicznie.
Dlatego też, zazwyczaj ludzka supremacja nie przybierała tak skrajnej formy jak u Lourii która głosiła że nie-czystych ludzi należy eksterminować, zaś półludzi i bestie należy zniewolić by pracowali na rzecz prawdziwej ludzkiej rasy.
I smutnym faktem jest to że Lourii udało się wytępić znaczną część reszty ras ludzkich na swoim rozległym terytorium na Zachodzie Roderius, resztki i to opłakane uciekły na wschód głównie do Que-Toyne gdzie bardzo wzmocnili słabo zaludniony kraj mimo faktu że to Księstwo ma naprawde żyzne ziemie.
Problemem jest fakt, że ta żyzność działa również na przykład lasy które są ogromne i zajmują większość tego bardzo płaskiego kraju a przeciętne drzewo nie tylko dorasta dużo szybciej niż jakiekolwiek na Ziemi czy gdzie indziej na Arkadii ale też jest znacznie większe.
Kolejnym problemem jest po prostu bardzo mało rzek które nadają się do żeglugi przez co główna część osadnictwa ciągnie się nad wybrzeżem lub w paru dolinach czy ogromnych polanach rozproszonych po całym kraju nierównomiernie, a najgorsze w tym że spora część ważnych rozwiniętych miast i wsi znajduje się na zachodzie kraju nad granicy z Lourią i jest bardziej połączona z ziemiami tego Królestwa niż z resztą Księstwa.
Było to dziedzictwo dawnych czasów kiedy Louria była dużo mniejsza a jej centrum było położone dalej na zachód, Jin-Hark obecna ich stolica nie jest ich tradycyjną stolicą, przez wieki ich stolicą był Don-Hark położony w głębi lądu niedaleko Wielkiego Lasu, dopiero wrogie stosunki z ukrywającymi się w lesie elfami i ich wielki wypad na stolicę Lourii dwa stulecia wcześniej sprawił że stolicę przeniesiono do nadmorskiego Jin-Hark w dawnych czasach zwane Pellanor które było i jest największym miastem na całym kontynencie Roderius.
Jin-Hark nie było miastem które de iure należy do Lourii, owe miasto wraz z terenami wokół niego wchodziły przed podbojem w skład Królestwa Ladonii z którym Que-Toyne miało dobre stosunki i było silnie związane politycznie oraz gospodarczo. Nie mniej jedynie co po tym pozostało to niechętne połączenie gospodarcze które widać na mapie mimo upływu stuleci.
Zupełnie zaś inaczej wyglądało to w wypadku Królestwa Quilli które zajmowało ogromny kawał ziemi na Roderius od prawie zawsze będąc despotią czystej wody. To silnie scentralizowane autorytarne królestwo w której wola Króla Bestii jest prawem a posłuszeństwo jego woli największą cnotą powstało na niegościnnych ziemiach gdzie niestety tylko takie podejście przy braku odpowiedniego poziomu technologicznego pozwala tubylcom przetrwać w tej jałowej krainie pustyń oraz nielicznych stepów gdzie nie ma zbytnio rzek.
Zupełne przeciwieństwo Que-Toyne gdzie siła poszczególnych regionów osłabia i trzyma władzę w ryzach. A Książe jest obierany w elekcji wśród najpotężniejszych władców ziemskich lub wielkich kupców.
Dodaj do tego że bieda jaka panuje w Quilii i bogactwo ich sąsiadów powodowało wieczne spory i najazdy Quiilian w których rabowali wszystko co się da i przez to to państwo okryte jest hańbiącą reputacją państwa zbójów i bandytów. W efekcie głównym towarem eksportowym są sami mieszkańcy którzy służyli przez wieki jako najemnicy w wiecznych wojnach feudalnych między państwami Roderiusa zanim Louria podbiła to wszystko.
Tylko wspólne zagrożenie z strony Lourii sprawiło te dwa państwa stały się sojusznikami, aczkolwiek zbyt wiele między nimi złej krwi przez to wolą się nie zbliżać się zbytnio a handel w gruncie rzeczy jest bardzo niewielki i odbywa się głównie morzem choć to akurat zasługa ciężkiego terenu do przebycia.
Tak było i teraz kiedy rozstawieni w dwóch kolumnach stali na pustym polu czekając zgodnie z rozkazami na przybycie polskich specjalistów. Łatwo było ich odróżnić od siebie ponieważ Quilianie nie byli ludźmi, tylko bestiami a dokładniej bestiami z trzech ras czyli Inpowie którzy wyglądają jak Szakale, Swetowie którzy wyglądają jak Wielbłądy oraz Sfinksowie rasa Feliksów Bestii wyglądająca jak Kanadyjski Bezwłosy.
Nosili oni lekkie zwiewne ubrania pasujące bardziej do ich gorącej ojczyzny niż to tego górzystego regionu. Obok nich w oddaleniu wystarczającym na niemałą fosę, stali zaś Qutoyanie ubrani cieplejsze i grubsze ubrania dzięki którym nie marzli aż tak jak ich „towarzysze" broni.
Obie formacje były w pasujących do nich zbrojach mające przedstawiać tych Powietrznych Smoczych Dragonów, nowej formacji którą utworzyli Japończycy próbując dać tej niewielkiej liczebnie sile jakąś skuteczność działania w ramach ataków uderz i odskocz.
Przewaga ognia jaką powinny dać nawet samopowtarzalne karabiny Garand oraz stare BARy przy paru innych zabawkach połączona z szybkością poruszania się na wiwernach sprawiała że ta formacja miała być idealną jednostką do wbijania się niczym włócznia w czuły punkt przeciwnika wykorzystując ogromne formacje wroga na jego niekorzyść.
Lecz od paru tygodni chodzą pogłoski że ten dotychczasowy lichy program szkoleniowy zostanie rozszerzony a wsparcie sprzętowe będzie dużo lepsze od dotychczasowego, inne głoszą że program zostanie zamknięty a problem rozwiążą nowo przybyli Polacy. Za pierwszą wersją opowiadali się żołnierze z Que-Toyne, za drugą ci z Quilli.
Co oczywiście tworzyło kolejny z wielu sporów między obiema grupami żołnierzy i było głównym tematem od chwili gdy ogłoszono że przybędą Polacy do obozu treningowego ledwie parę dni wcześniej podczas wieczornego posiłku.
Dowodzący całym procesem szkoleniowym pułkownik Sotaro Soda, który z powodu swego nazwiska miał problem z żartami na jego temat szczególnie od Amerykanów, mógł tylko z niezadowoleniem przyjąć kolejny problem na jego stale się powiększającą listę rzeczy z którymi musiał się pogodzić nawet jeśli stanowią kłopot. Tak, jak typowy Japończyk nie umiał w wymyślanie nazw, i tak to jest prawdziwa nazwa prawdziwej listy prawdziwego notatnika. I zgadza się, numer jeden brzmi Moje Nazwisko.
Obie grupy czekały, zaś oficerowie dowodzącymi tymi jednostkami stali obok Sody stojącego przed grupami. Chorągwią Que-Toyne dowodził Kapitan-Chorąży Viktor Kracht mężczyzna w średnim wieku o bujnej brodzie i równie bujnych włosach koloru brązowego. Był najlepszym oficerem Smoczych Jedźców w Que-Toyne a jego jednostka Rycerzy Błękitu od koloru ich zbrój była popularnie uważana za elitarną i bardzo adaptacyjną dlatego została wybrana na to szkolenie.
Nie mniej nie ma większego doświadczenia bojowego poza patrolowaniem i odpędzaniem od czasu do czasu natrętów z Lourii.
Chorągwią Quilli dowodził zaś Apophis Hab, był on Inpem a jego sierść krótko przystrzyżona była koloru szaro-białego oddając jego bardzo dojrzały wiek. Był on weteranem wielu starć co dobrze obrazowały liczne blizny w tym i paskudna idąca przez bok jego pyska odsłaniając jego zęby po prawej stronie powodując wrażenie że wieczne jest zły i rządny krwi co choć pomaga na polu bitwy jest przeszkodą w życiu prywatnym strasząc szczególnie kobiety i dzieci co jest ironiczne bowiem zasłynął z rycerskości i z pomocy licznym sierotom i samotnym rodzicom, szczególnie uchodźcom będący ex-niewolnikami z Lourii.
Obaj dowódcy byli nieco bardziej przyjaźnie nastawieni do siebie niż ich własni ludzie choć był między nimi spór szczególnie dotyczący szkolenie vs doświadczenie. Nie mniej obaj panowie zachowywali to w bardziej przyjaznej atmosferze i woleli wspólnie współdziałać jak obie rzeczy połączyć w lepszą całość niż srać po sobie kto jest lepszy.
„Kiedy oni wreszcie przylecą? Stoimy tu trochę a chłopakom się zaczyna nudzić i zaraz zaczną dokazywać." Rzekł po parunastu minutach oczekiwania Kracht. „Za niedługo." Odparł Soda
„To za niedługo miało być jakieś pół godziny temu" Zauważył Kracht.
„Są niedaleko." Wtrącił się Hab, obaj ludzcy oficerowie odwrócili głowy w jego kierunku „Skąd wiesz?" Zapytał Soda a Kracht mimowolnie parsknął na to w sumie głupie pytanie. Hab zaś niezrażony odparł ruszając swymi uszami „Słyszę ich,lepiej niż ty człowieku. Jest to dziwny hałas ale podobny to tych waszych lataczy, nazywacie je samolotami prawda?"
Soda przez chwilę analizował odpowiedź Inpa by po chwili załapać o co mu chodzi i zrozumieć swój błąd. „Prawda to są samoloty… Jesteś w stanie je odróżnić…" Przerwał kiedy z tyłu żołnierze zaczęli odzywać się i jak spojrzał nich, pokazywać coś na niebie. Odwrócił się za ich ręce by zorientować się po chwili że widać z południa nadlatującą eskadrę samolotów na horyzoncie.
Kiedy eskadra podleciała bliżej mógł policzyć liczbę maszyn, było ich trzydzieści po pięciu w każdym kluczu każda, piąty leciał wewnątrz formacji. Z uznaniem zagwizdał. „Widzę że idą poważnie w pomoc wojskową" Po czym rozejrzał się po okolicy „Choć zrobi się tu tłoczno od samolotów."
Na szczęście jego obawy miały się nie ziścić, bowiem większość samolotów gdy tylko dotarła nad obóz zaczęła zrzucać z tyłu ładunki na spadochronach powodując zdumienie wśród zwykłych rycerzy którzy pierwszy raz na oczy widzieli coś takiego.
Pomysł nie był im obcy nie mniej był on dużo mniej efektywny niż zwykle wylądowanie na ziemi, więc masowy zrzut ogromnych skrzyń na spadochronach był sporym szokiem również pod względem skali.
Oficerowie zaś poza Japończykiem bardziej byli skupieni na innym fakcie, mianowicie precyzji z jaką zrzucano ładunki z wysokości, z dala od obozu oraz stojących ludzi a zarazem blisko siebie by nie musieć ich zbierać po całej okolicy. Domyślali się że wymaga to lat treningu i doświadczenia w takich zrzutach.
Stąd pytanie krążyło im po głowach, jak często musieli wykorzystywać taką umiejętność w akcji?
Soda zaś tylko kiwał z uznaniem choć kpiący uśmieszek pod nosem wyrwał mu się za maski spokoju i powagi jaką nosił przez ostatnie dni. „Popisujemy się co? Ciekawe co jeszcze za sztuczkę pokażecie tubylcom by im zaimponować." Mruknął rozbawiony tupetem Polaków.
I jak na zawołanie z ostatniego klucza maszyn który leciał nad obozem, reszta już zawróciła z powrotem do Kamerunu, wyskoczyli skoczkowie z lecących z sporą prędkością samolotów. Okrzyki zdumienia przeszły przez oddziały tubylców zaś Japończycy oraz Amerykanie którzy im pomagali tylko lekko pokiwali głowami widząc jak Polacy postanowili zrobić popisowe wejście.
„Mają tupet, skurwysyny." Rzekł jeden z amerykańskich instruktorów, po czym inny go lekko uderzył w prawe ramię „Chłopie, przyznaj się chciałbyś byśmy zrobili to samo." Na co pierwszy odparł „No jasne, dlatego mówię skurwysyny, tylko my mamy prawo to robienia zajebistego wejścia, choć na szczęście te gnojki nie puszczają rocka."
„Żebyś się nie zdziwił że to za chwilę zrobią Ed." Wtrącił się trzeci też Amerykanin. Na szczęście dla Eda Polacy tego nie zrobili zamiast tego odtworzyli spadochrony na niskiej wysokości i gładko wylądowali na ziemi blisko siebie po czym w ledwie dwie minuty zapakowali spadochrony do plecaków i utworzyli sporą kolumnę marszową.
Soda na oko ocenił liczbę spadochroniarzy na około pluton. Lecz nie liczba a wygląd tych żołnierzy sprawił że się zdumiał.
Mianowicie gdyby ktoś zrobił tej idącej kolumnie zdjęcie po czym wstawił do internetu z napisem że to żołnierze z futurystycznej strzelanki w stylu CoD z bardzo fotorealistyczną grafiką uwierzył by na słowo.
Oczywiście jak to bywa z rzeczywistością nie było to coś w stylu pancerzy wspomaganych a przynajmniej nie widział niczego takiego co by sugerowało jakieś serwomechanizmy wspomagające ruchy. Nie mniej reszta się zgadzała, duże płyty pancerza w stylu zbroi rycerskiej osłaniające nogi, stopy, klatkę piersiową oraz ramiona i ręce, na głowach zaś charakterystyczne hełmy które w pełni osłaniały głowę i twarz. Miał dziwne wrażenie że je widział w jakieś bardzo popularnej w Ameryce serii strzelanek na Xboxa.
Zdumione odgłosy amerykanów tylko go utwierdzały w tych podejrzeniach. Nie mniej jeśli dobrze pamiętał tamci byli prawie cali czarni, podczas gdy ci na swoich płytach pancerza mają wzór maskujący który zlewa się gładko z mundurem pod płytami pancerza.
Choć do pasa mieli przyczepione jakieś oporządzenie to było ono zbyt małe w stosunku do potrzeb żołnierza na polu walki. Domyślał się że reszta została ukryta za płytami pancerza, a zostawione tylko takie które jest absolutnie niezbędne by być pod ręką.
W dłoniach większości z nich, nosili broń nieco mniej futurystyczną. Mianowicie znane mu Karabinki Grot które w Starym Świecie zostały zaprojektowane przez Polaków i powoli wdrażane do produkcji.
Ostatnią rzeczą jaką zajął się Soda był… śpiew. Nie było to przesadnie nieprzyjemne nie mniej prowadzący śpiewak, no cóż idealnie nie brzmiał z tą chrypką w głosie. Słów oczywiście nie rozumiał, bowiem śpiewali po polsku co było raczej oczywiste wszak to Polacy.
Słowa zaś których Soda nie rozumiał brzmiały tak.
Do kawalerii wstąpić chciałem
Długo kochanie swoje prosić musiałem
Słuchaj kotku nie martw się
Bo w kawalerii wcale nie jest źle
Sokół, śmigło to jest to
Dwóch pilotów obsługuje go
Była to oczywiście pierwsza zwrotka, więcej nie zaśpiewali zanim dotarli przed gromadzoną publiczność. Po czym ustawili się w dwuszeregu a prowadzący śpiew ruszył do stojących oficerów.
Oddał typowym polskim salutem honory Sodzie, Habowi i Krachtowi, Soda oddał salut a tubylczy oficerowie skinęli głowami, salut na razie nie przyjął się wśród nich.
Po czym się Polak przedstawił zdejmując hełm z namalowanym na głowie lekko szarym orłem. Soda zaś został uderzony dziwne podobieństwem do pewnego wąsatego Brytyjczyka choć zamiast brody i bokobrodów nosił solidnego wąsa pod nosem sprawiając że wyglądał pociesznie.
„Kapitan Jan Cena z 6 Batalionu, 161 Pułku Służby Specjalnej z Wojska Koronnego," odezwał się ku rozbawieniu wewnętrznym Sody po angielsku z nienagannym Brytyjskim akcentem po czym lekko się uśmiechnął i lekko wskazując dłonią dodał „słyszałem że macie pewne problemy zaopatrzeniowe więc poprosiłem Świętego Mikołaja i jego powietrznych pomocników o dostarczenie nowych fajnych zabawek których nikt nie używał a szkoda by kurzyły się w magazynie."
O ile Soda oraz inni Ziemianie uśmiechnęli się na to, tak tubylcy spojrzeli na Cenę tępo. Soda po dłuższej chwili się zorientował o co chodzi. „Ten Polak nazywa się Jan Cena i jest kapitanem wojsk podobnych do nas oraz mówi że załatwił więcej zaopatrzenia dla nas" Przetłumaczył sens słów Ceny dla Krachta i Haba.
Obaj tubylcy pokiwali głową z zadowoleniem. Po czym pokrótce się przedstawili polskiemu oficerowi za pośrednictwem Sody który robił za tłumacza dla obu stron. Następnie po krótkiej dodatkowej prezentacji z strony polskich Specjalsów Soda polecił rozejść się szkolonym i poprowadził wraz z tubylczymi oficerami Kapitana i jego ludzi do przygotowanej części obozu dla nich.
Tam szybko Polacy pod zaciekawionymi oczami tubylców i ich instruktorów bardzo szybko i sprawnie urządzili swój obóz który w sumie niewiele się różnił od znanych im obozów.
Następnie komandosi przy wyznaczonej im do pomocy grupce żołnierzy i instruktorów ruszyli by rozładować zrzucone ogromne skrzynie a Cena udał się do namiotu sztabowego by porozmawiać na osobności z oficerami.
Tutaj Cena spoważniał i po postawieniu swego hełmu na stole rzekł „Dobrze panowie, kawa na ławę co się tutaj naprawdę dzieje? Miałem bardzo lakoniczne przedstawienie sytuacji i zaledwie parę dni na przygotowanie tego wszystkiego."
„No cóż Kapitanie…" Zaczął Soda i następną godzinę wraz z Habem i Krachtem tłumaczył mu panującą od paru miesięcy sytuację oraz ogólne tło historyczne tego konflitku. Cena zadawał czasami pytania mające na celu dodatkowe wyjaśnienia, czasami zaś rzucał celną i nie raz wulgarną uwagę komentującą co o tym myśli.
„Teraz widzę jaki macie zamysł i dlaczego akurat lista wyposażenia jakie miałem załatwić wyglądała tak a nie inaczej." Odparł po wyjaśnieniu Cena trzymając się za brodę w zamyśleniu.
„Zgadza się, co więcej my tu mieliśmy pewne problemy z dostarczeniem nowoczesnego sprzętu czy nawet nawet starszego wycofywanego do magazynów." Odparł Soda a Cena kiwnął głową „Wiem, słyszałem coś o waszych… politycznych idiotach. Co ci ludzie muszą mieć głowie żeby dalej się tego trzymać mimo kompletnie innej sytuacji dla Japonii?"
Soda wzruszył ramionami, niezbyt go to zastanawiało. Po prostu wykonywał swoją pracę, sprawy polityczne pozostawiał przełożonym. Dobrze wiedział że kiedy ostatni raz wojsko Japońskie weszło w politykę to się źle skończyło dla wszystkich. Bardzo źle dodajmy.
Widząc brak odpowiedzi Cena postukał palcami po stole po czym gdy przerwał dodał „No dobrze, to chyba tyle wystarczy paplaniny, czas pokazać wam co przynieśliśmy prawda?" Soda się zgodził z tym stwierdzeniem bez wahania, był ciekaw co dostarczyli ich nowy darczyńcy. Obaj tubylczy oficerowie również.
Strzelnica
„Drużynowy Białas, rozpocznijcie prezentację." Rozkazał Kapitan Cena a wywołany żołnierz z pomocą tłumaczącego wszystko na język Parpaldian który pełnił w Trzeciej Strefie rolę języka międzynarodowego japońskiego żołnierza zaczął mówić.
„Witam szanownych zgromadzonych, jestem Drużynowy Józef Białas i dzisiaj z kolegami z oddziału będę waszym przewodnikiem." Po czym lekko się ukłonił następnie wziął do rąk własnych z przygotowanego stoiska karabin po czym zaczął tłumaczyć. „Proszę państwa, o to podstawowy karabin samopowtarzalny Sił Zbrojnych Commowealth czyli kbsp wz.98MZ Argon będący zmodernizowaną wersją bardzo dobrego kbsp wz.38M Arsen. Różnice między oboma są w gruncie rzeczy niewielkie, sam mechanizm, naboje czy magazynki są wzajemne wymienne, różnica dotyczy że Argon jest zrobiony z innego materiału obniżając koszty i ułatwiając produkcję, ma dodaną rączkę pistoletową oraz można doczepiać dodatki do broni."
Aby ułatwić zrozumienie o co mu chodzi Białas pokazywał obie wersje po czym dał do potrzymania oficerom. Gdy tylko Hab wziął broń zorientował się że Argon i Arsen są lżejsze od dostarczonego im wcześniej Garandów i Typ 64. „Ciekawe" mruknął pod nosem. Kiedy skończyli oglądać Białas kontynuował „Broń jest zasilana z 10 nabojowych magazynków w przypadku Arsena lub dwóch 5 nabojowych łódek karabinowych albo wyłącznie z 25 nabojowych magazynków w przypadku Argona. Przy czym jak wspomniałem wcześniej magazynki można zamieniać. Same naboje są kalibru 7,92x57 mm."
„Mam pytanie." Wtrącił się Soda, Białas przerwał „Tak?" Zapytał Sodę „Opracowaliście nowe większe magazynki i wprowadziliście je dopiero w latach 90?" Białas kiwnął głową „Tak, w czasie IIWŚ wprowadziliśmy karabinki automatyczne i one przejęły rolę głównej broni piechoty a 10 nabojowe wystarczały bardzo długo strzelcom wyborowym, dopiero w ramach unowocześniania broni wprowadzono nowe, wcześniej nie było potrzeby." Soda podziękował za odpowiedź.
Następnie Białas dodał „Broń się bardzo łatwo rozkłada i czyści że byle przeciętnie ogarnięty żołnierz może to zrobić dosłownie w polu, a nawet w czasie bitwy." I żeby udowodnić to rozłożył Argona na cztery duże i trudne do zgubienia części i jedną małą bardzo sprytnie używaną część która trzymała cały karabin w całości.
Tutaj patrzącym Amerykanom opadły szczęki poza jednym który jak tylko zobaczył Argona dzięki znanemu Gun Jesus wiedział czego się spodziewać, i miał niezły ubaw słysząc zdumionych kolegów. Obecni też na prezentacji Rycerze którzy mieli dość czasu by się przestrzelać oraz pooczyszczać Garandy z brudu od razu zapragnęli tej broni z tego powodu. Przy prostocie Argona i Arsena, Garand wyglądał jak szwajcarski zegarek.
Następnie Polacy pokazali broń w akcji po czym dali do spróbowania każdemu chętnemu. Tutaj musieli przyznać że polskie karabiny były podobne do Garandów oraz nielicznych M14 ale biły je pod każdym względem, no prawie każdym, celownik amerykańskiej broni był nieco wygodniejszy, choć niewielka to była różnica.
Po czym kolejną bronią do pokazania był Uniwersalny Karabin Maszynowy czyli UKM-61D Bor. Był to ładowany z taśmy karabin maszynowy podobny ale różniący się w szczegółach od Sowieckiego PKM. Nie mniej ładowany z 100-nabojowych pasów był ważnym wzmocnieniem dla Rycerzy którzy niestety byli zmuszeni do używania przestarzałych B.A.R. w roli broni wsparcia piechoty.
Oprócz tego Polacy dostarczyli całą różnorodną serię granatników wszelkiej maści od takich podczepianych pod karabin po samodzielne wersje. Dwa rodzaje moździerzy, lekki LMP-17 oraz średni MŚP-98. Wielkokalibrowy karabin snajperski TOR zasilany absurdalnym nabojem 20mm.
Ostatnią bronią którą Polacy podarowali był ich stary ale niezwykle niebezpieczny NKM wz.38FK też zasilany nabojami 20mm. Taki polski odpowiednik M2 Browning z większym kalibrem. Czyli coś czego Japończycy nie rozważali w swej koncepcji powietrznych dragonów. Inna sprawa że nie dali niczego cięższego niż lekki moździerz a granatników poskąpili, choć to wynikało z faktu że posiadali tylko jeden rodzaj, a Polacy przynieśli ich ponad… dziesięć.
Amerykanie sobie później z tego żartowali że Polacy mają jakiegoś fioła na punkcie granatów. Nieco inną sprawą jest to że mają rację. Polska doktryna piechoty zakładała by na poziomie drużyny mieć co najmniej dwa granatniki duże, trzy podwieszane oraz by podstawowa broń mogła wystrzeliwać granaty. Celem było zasypanie granatami każdą dowolną umocnioną pozycję nieprzyjaciela.
Wzięło to się z polskich doświadczeń z ich wojny Polsko-Japońskiej 1905 gdzie okazało się że potrzeba czegoś co jest w stanie ogłuszyć lub wypędzić wroga z jakiejś pozycji przed dokonaniem szarży na bagnety a zarazem nie będzie zmuszało do ściągania w ten rejon artylerii lub pozwoli bez jej użycia przebić się przez umocnioną pozycję. Stąd ostry nacisk na opracowanie granatników które da się przenosić łatwiej niż moździerz, a każda polska szarża na bagnety zalecała wpierw obrzucenie wrogiej pozycji granatami. Choć z czasem szarża wyszła z normalnej taktyki do strefy gdy masz przerąbane zrób to, to zwyczaj obrzucania granatami przed wdarciem się na wrogą pozycję pozostał.
Stąd polskie wtrącenie w szkolenie Powietrznych Dragonów kładło solidny nacisk na używanie granatów i próbie użycia wiwern jako powietrzne stanowiska dla moździerzy, z różnym skutkiem oczywiście.
Nie mniej, po skończonej prezentacji Polacy tym razem dali do końca dnia okazję postrzelać każdemu Rycerzowi z każdej dostarczonej zabawki, a nawet i z swojej regulaminowej broni czy przymierzyć swoje hełmy.
A propos hełmów, Amerykanie bardzo szybko zaczęli prosić o to czy mogą dostać takie same jak Polskie ale w czarnym kolorze. Polscy żołnierze byli mocno zdziwieni tą prośbą nie wiedząc o co im do końca chodzi a niestety nikt z amerykanów nie wziął ze sobą konsoli do gry by im pokazać dlaczego a telefony oczywiście do niczego się nie nadawały w tym terenie. Co mimochodem było pewnym przymusowym odwykiem dla wszystkich z Ziemi.
Aczkolwiek kiedy pokaz się skończył a pod polskim okiem zainteresowani już uczyli się nowej broni Soda odciągnięty został na bardziej prywatnie spotkanie do polskiego namiotu dowodzenia gdzie on i jego dwaj pomocnicy mieli dostać bardziej nudną część prezentacji ale niezwykle ważną dla samych dragonów.
„Dobrze więc, wasi chłopcy i dziewczęta dostali zabawki do oglądania, teraz czas na coś co może nie jest aż tak widowiskowe ale niezwykle ważne i co ważniejsze bardzo pomoże w działaniu jednostki." Zaczął mówić Cena.
„Czyli co?" Zapytał Kracht zaciekawiony, w odpowiedzi Cena dał znać głową a przed oficerami na skrzynkach postawiono różnej wielkości drony oraz naprawdę małą skrzynkę którą Soda rozpoznał jako radiostację ale naprawdę absurdalnie małą. Po czym Cena odparł „Szanowni państwo przedstawiam wam Wielowarstwowy Wielozadaniowy Misyjny Powietrzny Inteligentny Rój(Multilayered Multi-Purpose Mission Airborne Intelligent Swarm) w skrócie W2MPIR czyli mówiąc po ludzku Wampir."
Tubylcy spojrzeli się na niego jak na idiotę, co do cholery wampir ma z tym wspólnego. Jedynie Sodzie oczy się zaświeciły jak świeczki. Oczywiście że się domyślił o co chodzi, a co lepsze już widział oczami wyobraźni jak morderczy rój dronów sprawi że Lourianie będą spierdalać że aż się będzie za nimi kurzyło. „Wow" Powiedział Soda zdumiony.
„Jakie wow?" Zapytał zdziwiony i tępo patrzący na niego Hab. „Bo ten Wampir sprawi że klucz trzech rycerzy będzie miał siłę uderzenia co najmniej całej chorągwi wiwern… co ja mówię będzie miał siłę wszystkich rycerzy Que-Tonye i Quilly jednocześnie!" Odparł Soda tubylcom nie chciało się do końca wierzyć. Takie dziwne małe, no niektóre aż takie małe nie są ale jednak mniejsze niż wiwerna czy samolot ma mieć taką siłę ognia?
Po czym Soda zdał sobie z czegoś sprawę. „Ale zaraz to chyba swoje kosztuje i macie tego…"
„Nie. Mamy to w dziesiątkach tysiący sztuk, a całość jest tania jak barszcz." Wtrącił się Cena po czym wziął radiostację która była wielkości lornetki jak zauważył Soda „To akurat jest najdroższy element tego zestawu, radiostacja TYTAN. Kosztuje tyle co połowa ceny Latającego Oka" wskazał całkiem sporego drona z kamerą pod nim „ale jest najważniejszą częścią bez której przysyłanie dronów nie miało by większego sensu."
Soda zaś właśnie chciał go o tę radiostację zapytać. „Właśnie, po co ten TYTAN? Co on daje że jest aż tak drogi." Cena postukał lekko w radiostację „Jak by to powiedzieć, jak chyba wiesz są dwa rodzaje dronów" Soda kiwnął głową „sterowane oraz autonomiczne. Dzięki temu małemu cudowi wszystkie nasze drony zgodnie z naszą doktryną mogą być w pełni autonomiczne nawet w sytuacji kompletnego zagłuszenia wszelkiej łączności dowolnego typu w tym i satelitarnej ale TYTAN ma jeszcze dodatkowe ważne plusy powstał w ramach Programu TYTAN dla polskiego żołnierza przyszłości. Jak widzisz o to efekt." Postukał o swój pancerz.
„Jakie plusy? Bo jeśli chodzi o łączność nasze manacony są zupełnie wystarczające a nawet lepsze niż te wasze technologiczne radia." Wtracił się Kracht z przekorą a Hab pokiwał głową a Soda mimochodem musiał z nimi zgodzić choć bardzo niechętnie.
„Po pierwsze, tych łączność tych radiostacji jest póki co wedle naszej wiedzy nie do złamania dla nikogo bez hasła ani nawet do przechwycenia bowiem potrafi w czasie rozmowy zmienić częstotliwość ponad 700 razy na sekundę," Kracht i Hab pokiwali z uznaniem, manacony miały tą przewagę nad radiem bowiem nie dało się złapać transmisji, Soda zaś zaczął się drapać po brodzie, to trochę brzmiało futurystycznie. „po drugie tworzą pełnoprawną sieć bojową przez którą da się w czasie rzeczywistym przesyłać wideo, obrazy i dźwięk między większą wersją radiostacji, „Tutaj Tubylcom trochę szczęka opadła a Sodzie oczy otwarły się szerzej coś takiego w dzięki temu maleństwu? „bezpośrednio z kamer wyposażenia piechoty czy nawet zwykłych telefonów bowiem tworzy w coś rodzaju internetu a co lepsze, tych połączeń nie da się nawet wykryć ani tak łatwo zagłuszyć a działa tak samo skutecznie w gęstym mieście jak i na kompletnym odludziu bez potrzeby tworzenia stacjonarnych stanowisk czy używania satelit. W tym i tych które tworzą globalną mapę i drogi dzięki czemu nasze drony mogą podróżować same mając jedynie za odnośnik położenie wszystkich radiostacji które tworzą mapę." Ta część niewiele poza mapą powiedziała tubylcom dlatego Cena włączył TOPAZa, polski system dowodzenia, i pokazał jak bardzo okolica została zmapowana sama z siebie. Ci pokiwali z uznaniem głową a jakoś szczegółów okolicy była czymś dla nich imponującym. Znali bardzo podobnie działające zaklęcia ale niczego co by potrafiło wszystko co robiła ta radiostacja.
Soda zaś się zawiesił na chwilę, sięgnął bowiem w głąb swojej pamięci szukając znanych analogii. Bowiem lubił patrzeć co się dzieje w branży by wiedzieć skąd wieje wiatr. Wiedział że już istnieją odpowiednie technologie i że się nad tym pracuje. Do diabła, sam pomagał przy Japońskim odpowiedniku ale on jeszcze był w fazie prototypów, Amerykanie byli dalej posunięci w swoim programie, słyszał o Rosyjskim odpowiedniku ale to co teraz interesowało to fakt że zdał sobie sprawę z czegoś że nazwy TOPAZ, W2MPIR czy TYTAN już słyszał. Trochę to zajęło zanim znalazł skąd to poznaje.
Bowiem te nazwy to były używane przez Polskę w jego świecie. Przy czym to były mignięcia, TOPAZ to stary polski system dowodzenia i artylerii opracowywany od lat 80 XX wieku, z tego co widział w jednej gazecie branżowej Polacy zmodernizowali to do naprawdę wysokiego poziomu, W2MPIR to jakiś projekt polskiej firmy produkującej drony, chyba WB Electronic a TYTAN to też polski projekt żołnierza przyszłości ale mocno skromniejszego niż to co ten TYTAN najwyraźniej osiągnął. Choć słyszał że ich radiostacja ma wedle ich założeń ma działać prawie że identycznie a Polacy chętnie zbierają dane z pierwszej ręki na Ukrainie.
Jak się zorientował to tylko pokręcił głową z niedowierzania z tej zbieżności. „Coś się stało?" Zapytał widząc jak się Soda uśmiecha polski kapitan. „No panie Cena, muszę przyznać że wy Polacy najwyraźniej niezależnie od czaslini tworzycie wasze uzbrojenie wedle tych samych wzorów."
Cena zaś się tylko zaciekawił. „Więc może pan opowie? Jestem ciekaw co nasi rodacy z innego świat opracowali." Soda kiwnął głową „Dobrze, ale proszę wybaczyć że nie wiem wszystkiego w naszym świecie Polska choć widoczna nie jest aż tak ważna a wasze uzbrojenie mniej znane."
Cena na to pochmurniał ale Soda go uspokoił „Aczkolwiek ja trochę mam fioła na puntkcie wszelkich nowinek i ciekawego sprzętu więc coś o tym słyszałem." Po czym rozpoczął nie tak długą ale nie za długą opowieść zanim Cena przeszedł do kolejnej części prezentacji po czym oficerowie zaczęli planować szkolenie.
Tymczasem kiedy dzień zmieniał się w noc a w Lostrum zmęczeni dyskusją oficerowie dołączyli do świętujących żołnierzy gdzie indziej zaczynały się niepokojące wypadki.
