Królestwo Lourii

11 Listopada 1639 C.C.Y.

Jin-Hark

Zamek Królewski

Nie ma nic lepszego w życiu niż słuchanie jak twój kraj właśnie się rozpada, myślał sarkastycznie jego królewska wysokość Hark trzydziesty czwarty tego imienia z dynastii Lourian, a sto pięćdziesiąty król na tronie Lourii.

Najgorsze w tym że to tak naprawdę tylko twoja i wyłącznie twoja wina, do czego niestety Hark musiał się przyznać, choć bardzo niechętnie. Wszak kto bardziej niż on obiecywał złote góry jeśli przyjmą propozycje Parpaldii.

A potem się wszystko zesrało.

Sześć długich lat, sześć męczących lat podczas których kłamał, oszukiwał, wyciągał, zadłużał byle zgromadzić ogromną, naprawdę ogromną hordę żołnierzy która miała spaść na pozycje pozostałych uzurpatorów na Roderius i wreszcie zjednoczyć kraj pod żelaznym kręgiem JEGO władzy.

Wszystko by się udało, już byli gotowi do uderzenia tylko bogowie postanowili sobie z nich zakpić.

Nagle przybyli ci dziwni Nihończycy, dosłownie pojawili się znikąd, tamci szybko ich przekabacili na swoją stronę, więc ci postanowili przysłać im pomoc. Ostrożność i rozwaga nakazywała wstrzymać wszelkie działania do czasu zdobycia większej ilości informacji o tym nowym kraju.

Nie, nie potrzebował tych durni z Parpaldii by mówili co on ma robić. On kurwa nie jest głupi jak but który olewa coś tak nudnego jak, wywiad o nowym graczu w okolicy. Nie utrzymał by się u władzy zbrojąc się na potęgę bez własnej sieci wywiadowczej. To że lubi kobiece dźwięki i bardzo często wręcz nago rozmawia z wszystkimi nie oznacza że jest pozbawiony instynktu samozachowawczego.

Przeciwnie, w porównaniu do swoich poprzedników ma tego za dużo. Jego ojciec by się od razu rzucił na uzurpatorów. Tak był durny. Dlatego umarł niespokojną śmiercią w własnym łóżku poprzez przedawkowanie stali sztyletowej.

Inna sprawa że ta jego arogancka kreacja lubieżnego króla była jego osobistym sposobem na rozgrywanie swych przeciwników. Koniec końców trudno ci utrzymać cały czas powagę i ostrożność kiedy ten którego nienawidzisz zachowuje się jak błazen prawda?

Ale dobra, było miło, po zdobyciu informacji z rąk szpiegów oraz przy pomocy Parpaldii która szybko nawiązała kontakty z Nihonem, dowiedział dwóch rzeczy. Nihon ma dziwną broń o nieznanym przeznaczeniu dlatego trzeba na razie poczekać z inwazją oraz że sama Nihon to kolos na glinianych nogach którego potrzeby by przeżyć są większe niż możliwości zaopatrzenia przez jej nowych sąsiadów.

Szczególnie ten kolos ma problem z czymś co się nazywa opinia publiczna, czyli że jak się zwykli ludzie wkurwią to ich rząd ma problem, przez co będzie musiał wrócić do domu. Dodaj do tego że wierzą w coś tak durnego jak pacyfizm.

Co za idioci, ta ich demokracja to jakiś jebany żart. Jaki kretyn to wymyślił? Zwykli ludzie chuja znaczą, jak się buntują to się ich pacyfikuje a paru co bardziej głośnych wiesza w widocznym miejscu i po problemie. A jeszcze dawanie im głosu, idiotyczny pomysł.

Na szczęście to nie jego problem, tylko Nihoński. Co więcej ten durny ustrój daje mu szansę jednak dokonania tego co chce, szczególnie przy ich idiotycznym ale pożytecznym pacyfiźmie.

Nihończycy widząc że nic po nich, przymuszeni przez opinię publiczną wrócili do siebie. I już mieli atakować na jesieni, gorzej bo bliżej zimy a planowano najechać im na wiosnę by móc zacząć w tym roku eksploatowanie tym ziem, a nie jakieś tam durne mogły do bogini bo elfy sobie w to wierzą i tak powinno być więc ograniczamy swój rozwój.

Ale dobra, przynajmniej będzie więcej do brania a głód może pomóc w pozbyciu się nieludzi.

Już się cieszył że jednak będzie mógł zdobyć chwałę i więcej ziem, kiedy przybył kolejny gość. Tym razem z gatunku tych którzy na pytanie czy mogą przysłać żołnierzy odpowiadają, gdzie?

Zhechpospolita, ci goście go wkurwili niemiłosiernie. Po prostu przyleźli na prośbę tych dzikusów z wschodu i Nihonii bo usłyszeli że Louria ma czelność sugerować że istnieją rasy gorsze i rasy które trzeba wyeksterminować bo są obrazą dla świata.

Co więcej podobno są w chuj tak bogaci że na dzień dobry pomogli Nihonowi samym swym istnieniem za machnięciem ręki.

Ja pierdolę, pomyślał po raz pierwszy Hark kiedy polska delegacja przybyła do portu i powiedziała im w dyplomatycznym stylu, że mają wypierdalać w podskokach znad granicy bo inaczej będzie wpierdol. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczuł że świat go nienawidzi i chce go kopać w dupę za każdym kiedy ten spróbuje zrobić coś więcej niż jego przodkowie.

Wkurwił się, oczywiście na nich i kazał im żeby wypierdalali a ten swój cudaczny statek wsadzili sobie w dupę. Żałował tego?

Tego że popełnił dyplomatyczne faux-pass, tak.

Tego że wyraził swe uczucia co myśli o polskiej propozycji, nie.

Nie mniej, nie mógł tak po prostu się rzucić na wroga. Wiedział czym się to skończy. Nie potrzebował do tego po raz kolejny durniów z Parpaldii co traktują go jak upośledzone dziecko.

Problem w tym że chyba będzie musiał. Cała ta banda którą powołał pod broń się niecierpliwi, bankierzy chcą spłaty pożyczek, a co ważniejszy „sojusznicy" już knują za jego plecami chcąc go obalić.

Nie chce, ale musi iść na wojnę. Tylko próbując ma jakieś szanse na ujście z życiem. Nie ma ochoty podzielić losu swego ojca.

Dlatego podniósł swą prawicę uciszając kolejnego z swych sług przynoszącego złe wieści. A wszyscy w łaźni spojrzeli na swego władcę.

Hark wstał a ręcznik spadł odsłaniając jego męskość. Lecz mina jaka zagościła na twarzy sprawiła że nikt nie zwrócił na to dłużej uwagi.

„Szanowni przyjaciele" zaczął przemowę Hark a z tyłu głowy zdziwił się jak łatwo mu to oczywiste kłamstwo przeszło przez gardło. „mam dosyć tego." Pomruki przebiegły po łaźni.

„Dosyć tego że świat na ostatniej prostej postanowił zniszczyć cały nas zbiorowy wysiłek zwykłą groźbą!" Warknął uciszając pomruki.

„Czy wy też nie macie tego dosyć, że od ponad roku co rusz pojawia się kolejny gracz który wiąże nasze ręce?" Zapytał zebranych przed nim, ci zaś zaczęli rozglądać się po sobie, inni skryli swe oblicza. Zapadła nerwowa cisza, trwała ona dłuższą chwilę zanim jeden z obecnych, książę Jonark Frans z frakcji prowojennej i jeden z najgłośniejszych zwolenników uderzenia na uzurpatorów z wschodu głośno odpowiedział na pytanie swego króla.

„Ja mam dosyć! Niech piekło bogów pochłonie, Roderius będzie nasz, niezależnie ile potworów tutaj przyzwą na pomoc tym dzikusom!" Szok ogarnął wszystkich tym bluźnierstwem, lecz nie trzeba było czekać długo jak do niego dołączyli kolejni w swych obelgach.

„Ja mam dosyć, śmierć tym prymitywom. Jebać bogów!"

„Ja mam dosyć. Roderius nam się należy!"

„Ja mam dosyć!…"

I tak coraz kolejni zaczęli dodawać od siebie a domino iść zmuszając kolejnych do przyłączenia się do tej litanii bluźnierstw, obrazy innych oraz poparcia dla króla. Aż wreszcie ktoś zawołał.

„Ja mam dosyć! Jebać Polskę, Nihon, Parpaldię, Que-Toyne i Quillę. Nikt nas nie zatrzyma! Roderius będzie nasz, Philades będzie nasz i te nędzne kraiki przyzwane przez tych jebanych bogów będą nasze! Postawmy ich przed faktem!"

„Właśnie!" Odezwał się znów Hark przerywając litanię. „Postawmy ich przed faktem!" Wszyscy ucichli skupieni w całości na swym władcy.

„Wszyscy wiemy o tych nowych niewiele, najpewniej w boju nas szybko pokonają. Lecz naszym celem nie są oni, lecz uzurpatorzy!" Powiedział to jak prawdę objawioną do swych słuchaczy.

„Zbierzmy naszą całą siłę i uderzmy z całą mocą bardzo szeroko i szybko by niczym fala zalać uzurpatorów. Ci nowi nie mogą pojawić się przecież w dwóch miejscach naraz, a większość starć będzie odbywała się właśnie z uzurpatorami, pokonajmy ich a ci nowi będą zmuszeni do wycofania się!" Przekonywał bardzo przejętym tonem, Hark robił wszystko by zawładnąć umysłami swych słuchaczy tak by ci nie patrzyli na dziury w planie.

„Świetny pomysł mój Królu!" zawołał głośno męski głos należący oczywiście do osoby która nie dała się tak łatwo oszukać. „ale kto go wykona?" Generał Książę Junfira drwił sobie z królewskiego pomysłu.

Najpewniej sądził że uda mu się wyprowadzić go z równowagi, by móc storpedować jego plany. Był jednym z najbardziej opornych i przeciwko inwazji a z racji że był całkiem wpływowy jego głos miał spore znaczenie. Dla niego pojawienie się Nihonu i Zhechpospolitej. było darem na którym mógł budować.

Niestety Hark miał przygotowaną odpowiedź, czuł że to jedyny sposób by wymknąć się z pułapki.

„Ja osobiście go wykonam stając na czele armii podboju."

Słowa króla spowodowały szok który spowodował głuchą ciszę i zaskoczenie wymalowane na twarzach wszystkich, szczególnie na twarzy Junfiry. Aż chciało się Harkowi śmiać z tego, lecz zachował powagę.

„Ty, ją poprowadzisz?" rzekł zdziwionym tonem Junfira ignorując etykietę dworską. Hark się uśmiechnął w duchu. Udało się.

„Tak, osobiście ją poprowadzę i zwyciężę albo nie nazywam się Hark Louria XXXIV!" zacisnął swą prawicę unosząc do góry swą pięść, stając się na moment niczym starożytny posąg króla-wojownika.

Odczekał teatralnie dłuższą chwilę zanim Jonark zaczął jako pierwszy klaskać i skandować „Niech żyje król!" następnie przyłączyli się kolejni by ostatecznie Junfira jako jeden z ostatnich bardzo niechętnie przyłączył się do aplauzu.

Zadowolony Hark spuścił z tonu i teatralnie się skłonił dziękując za poparcie. Na zewnątrz dziękował wszystkim, wewnątrz zaś myślał o jednym.

Pokoje w karczmach położonych w Królestwie Riem są tanie. Wystarczająco tanie.

Commonwealth

Księstwo Pruskie

25 Listopada Anno Domini 2020

Koszary 1 Dywizji Piechoty Morskiej

„ROTA, BACZNOŚĆ!" zakrzyknął oficer w randze Rotmistrza lub jak mówią w języku Goethego Rittmeister. Oczywiście dla niewtajemniczonych, Rotmistrz to kapitan w wojsku sławetnej Rzeczypospolitej dosłownie znaczący jako mistrz roty.

Zaś sama rota w staropolskim znaczy kompania. W Cesarstwie jak i znanej Polsce rota została ostatecznie wyparta wraz z rangą rotmistrza do miana honorowej w szeregach kawalerii ale w Rzeczypospolitej pozostała ona na swoim miejscu, by ostatecznie stać się rangą kapitana piechoty, podczas gdy tutejszy odpowiednik w kawalerii to Chorąży.

Ironicznie prawda?

Oczywiście to nie początek różnic w rangach lecz tym zajmiemy się nieco później. Wróćmy do oficera dowodzącego. Owy oficer to Rotmistrz/Rittmeister Helmar von Kleist, mężczyzna w sile wieku z krótkimi włosami koloru ciemnego blondu z widoczną już miejscami siwizną i krótkim ale bujnym wąsem. Nie, nie wąsem w stylu najpopularniejszego Niemca na świecie, nieco dłuższym.

Przed nim stała jego rota, czyli 60 żołnierzy podzielonych na cztery poczety (odpowiednik plutonu w innych armiach) które są dowodzone przez kapitanów (jedna z pierwszych różnic, polski kapitan jest o poziom niżej niż w innych armiach) przy czym kapitan występuje wyłącznie w piechocie, w kawalerii i artylerii zwie się Towarzyszem.

By jeszcze podkręcić poziom trudności one po niemiecku zwą się odpowiednio Haupfman i Kammerad, bo wszak to jednostka wojskowa Księstwa Prus.

Ktoś zapyta, a nie można tego uprościć i zrobić pragmatyczniej cały system? Przeciętny Polak z Commonwealth odpowie, można ale po co? Lubimy jak jest trudniej, bo lubimy się bawić słowami.

Oczywiście są głosy chcące to uprościć ale zazwyczaj się je ignoruje bo i tak to niewielkie uproszczenia a po drugie nazwy rang wprowadzają w błąd przeciwnika. I tak, ten Kapitan Cena z Armii Koronnej przywiózł tylko pluton piechoty do Lostrum.

Helmar przyjrzał się przez chwilę swym podkomendnym, spojrzenie jakie na nich spadło było surowo oceniające. Miał niestety coś im do powiedzenia. „SPOCZNIJ!" stuk rozstawiany butów rozległ się po placu apelowym.

„Witam was w kolejnym tygodniu, pięknie się rozpoczynającym i zaczynającym i spytam po żołnierski o co tu kurwa jego mać chodzi, w tym burdelu!" zaczął swój wywód dowódca.

„O co tu chodzi?!" Warknął a żołnierze lekko zaczęli się rozglądać oczami na boki „Feldhaus miał na to jedno zdanie. Porośli i w dupach poprzewracało niektórym! Albo mówiąc po wojskowemu, najebało prądu w kitę! Nigdy nie odciętą ani nigdy nie przyciętą!"

„Mówiłem od poniedziałku odkąd po raz pierwszy żołd do łapy dostaliście, dobrze wydać pieniądze. I liczyłem że dwudziestodwuletni koń rozumie co to znaczy dobrze." Niektórzy z nowych żołnierzy zaczęli rozumieć o co chodzi, starsi żołnierze zrobili nietęgą minę dobrze wiedzieli co się zacznie.

„A dla niego dobrze, to znaczy się nakurwić!" Warknął jak zły Rotmistrz „I… dym robić w Rocie!

Barani łeb jeden z drugim. Wódka jest dla mądrych ludzi, i piwo! A nie dla baranów! Barany piją wodę z koryta… albo kwaśne mleko. Najwyżej sraczki dostaną!" Odpowiedzialnym poczerwieniały uszy i spuścili głowy, lecz nikomu do śmiechu nie było.

Helmar widząc że połajanka zadziałała skinął głową i przeszedł do następnej części apelu. „Czas się zacząć szkolić panowie, piękne zajęcia dzisiaj będą." Po czym się zwrócił do paru żołnierzy osobiście „Tenner z Geelerem, i spółka. Czas się zapoznać z planem jak się nie zdążyliście się zapoznać do tej pory. Co tam w poczetcie słychać, jakie będą zajęcia w planie w przyszłym tygodniu. Co ten zjebany Kleist wymyślił. No to tam jest napisane."

„Jutro zajęcia, na pasie taktycznym, bo za dużo energii!" Ciągnął dalej skupiając się na wymienionych ale mówiąc ogólnie do wszystkich. „Chodzą, szukają poprzedniego tygodnia, miesiąca jak śpiący. Wyśpią się kurwa za dnia, a później kanarki w głowie lęgną… i pierdy w dupie z którymi nie wiadomo co zrobić. Jak za dużo energii to do kabiny, tam sobie sklepać…" zrobił teatralną pauzę by zobaczyć reakcję „… i robić swoje."

Kiedy skończył, pokiwał głową do jednego z żołnierzy znanego z nadpobudliwości. Po czym ciągnął „Następny kwiatek, wszedłem sobie do izby żołnierskiej poczetu dowodzenia, oczywiście ubrania robocze po co wynosić do szatni jakiejkolwiek, po co przyjść z zapytaniem z zapytaniem w piątek o 14.30 na apelu, Dowódco co zrobić z roboczymi? Bo leżą na sali, nikt nie wskazał, miejsca przechowywania. Gdzie mamy to trzymać, w cywilnym, w świetlicy pod zdjęciem świętej pamięci Thomasa? Czy może przy stoliku podoficera?" Pytał retorycznie ironicznym tonem.

„Nie, chuj, nikt nic nie powiedział. Rzucić wszystko pod szafki. Niech zostanie jak leży!" Wyrzucił z siebie, po czym spytał. „Pierwsza szafka za drzwiami po prawej czyja?"

„Trimborna." Odparł jeden z żołnierzy. „Trimborna" powtórzył Helmar „Numizmatyk się znalazł, monetki zbiera." Kpił sobie „Aby mu tych monetek nie zabrakło, jak będzie rzucał kurwa gdzie popadnie. A jak wyjdzie z wojska, to po miesiącu wróci by przyjąć go z powrotem bo nigdzie się nie może pracy dostać. Przyjmijcie z powrotem. Ale będzie najgłośniej krzyczał jebać biedę."

„Szuflada nie jest na zbieractwo monet!" Zwrócił się do Trimborna „Parę się tam jeszcze kwiatuszków znajdzie." Zwrócił się do feralnego poczetu. „Haffke tłumaczę mu odkąd przybył do Roty, od Września by wymienił u kwatermistrza poduszkę. Nie, po co? Śpi na takiej chujni, fafir się kurwa znalazł. Syf gdzie nie zajrzeć! Piżama na piżamie wypiętrzona że aż się poduszka przewraca.

To o czym mówię, nie powinno się wydarzyć!"

„Ale jak zamiast porządku to woli się chlać wódę to później taki efekt jest. Jeszcze sobie porozmawiamy z zainteresowanymi o tej klamce urwanej z drzwi, o ile jeszcze pamiętają co się dzieje! O ile pamiętają. Co robili, w jaki sposób i z jakimi skutkami." Wbił spojrzenie w odpowiedni szereg.

Następnie przeszedł do innych „Tak to jest jak służba dyżurna..." Dyżurni wyznaczeni na dany okres skulili się „...robi to samo, nie reaguje! No bo jak się nie reaguje w momencie jak się zaczyna zagrożenie, jak wóda wchodzi do roty, albo najebani wchodzą, pod wpływem i się ich nie izoluje. Nie melduje się służba dyżurna, nie dzwoni się do dowódcy drużyny kiedy trzeba. Lepiej zadzwonić i spytać się o wolne kurwa, niż o to co w rocie dzieje, to później co pozostaje jak zaczyna się bałagan?" Wzrok przeszedł po wszystkich zgromadzonych.

„Modlitwa! Do ordynariatu polowego dzwonić, e-maila słać." Ciągnął dalej odpowiadając na pytanie „CO JA MAM ROBIĆ? Kupę! Pozostaje zrobić kupę i się okopać. Białą chorągiew wywiesić."

„Po to jest służba by reagować. Przed! A nie po! Po, to już można popić wodą i ogłosić kurwa abdykację oraz upadłość. Bo tak należało by zrobić w tym momencie." Tłumaczył prosto Helmar.

„Bo ja się dowiaduję dzisiaj, rano! Po co jest telefon? Właśnie po to by w razie potrzeby zadzwonić do dowódcy roty, by takich dwóch baranów większego dymu nie narobiło. Albo by ktoś w poczuciu solidarności nie wpierdolił im. Bo było już paru takich fachowców, namierzyli takiego w kiblu i chodził z obitą twarzą przez parę tygodni."

„Także, pięknie poczet dowodzenia nam się popisał. Zaraz poleci pod magazyn broni, wydam sprzęt. I widzimy się być może na obiedzie albo na kolacji którą wam przywiozę na wzgórze, żeby żołnierz nie zarzucił że nie zjadł po tym jak zbudował schron obserwacyjny."

Po czym pogroził palcem „I życzę sobie że jak przyjadę to zobaczę wzorowy posterunek obserwacyjny. Żeby mi tylko żaden z was nie wystawił choćby palec u nogi z pasa taktycznego w przeciwnym przypadku gwarantuję że popamiętacie do końca życia."

„Drugi poczet zaś ma posprzątać swój bałagan w izbie." Zwrócił się do poprzednich winnych.

„Pytania? Skargi?" Spytał dowódca, odpowiedziała mu głucha cicha. Helmar skinął głową „To dobrze, jeszcze jedno ogłoszenie parafialne. Nasza wspaniała dywizja została wyznaczona jako jednostka ekspedycyjna na ten nowo odkryty kontynent Roderiusz. Rozmieszczenie odbędzie się za półtorej miesiąca. Dlatego oczekuję że do tego czasu, barany zmienią się w prawdziwych żołnierzy by nie narobić wstydu za granicą ani Prusom ani Rzeczypospolitej. Jasne?"

„JASNE?" powtórzył jeszcze raz widząc brak odpowiedzi. „Tak panie Rotmistrzu!" Odkrzyknęli chórem żołnierze. Zadowolony skinął „Baczność! poczet Dowodzenia i Drugi Wystąp! Pozostali Łącz! Dowodzenia i Drugi, w prawo zwrot. Naprzód marsz przez spalarnię! Reszta rozejść się!"

Żołnierze z dwóch wyznaczonych poczetów mieli nietęgie miny, choć drugi bardziej niż dowodzenia.

„Mamy przejebane." Mruknął Tenner

„I to przez was! Debile." Warknął cicho jego kolega Strubelt „Mówiłem, nie róbcie tego. Kleist dobierze się nam wszystkim do dupy. Nie kurwa, trzeba było być „mądrzejszym"."

„Zamknij mordę, cwaniaku." odwarknął Tenner.

„Ej, ej, ej spokojnie Florian. Już podpadliśmy Rotmistrzowi, nie pogarszaj sprawy." Wtrącił się Geeler.

„I ty też Hans?" odparł zły Tenner „Razem z Ruthem przeciw mnie?"

„Nie idioto! Chronię ci dupę. Słyszałeś co Rotmistrz nam powiedział. Jedziemy na Roderiusz między tych dzikusów. Jak będziesz się dalej tak zachowywał to da nam najgorszą robotę pod słońcem."

„Oj tam, co może się stać?" Zapytał retorycznie Tenner

Księstwo Que-Tonye

14 Lutego 1640 C.C.Y/ 2021 AD

Las na pograniczu

2 poczet z 4 Roty z 3 Oddziału z 1 Pułku Piechoty Morskiej z 1 Dywizji Piechoty Morskiej Księstwa Prus

„Co może się stać? Pamiętasz jak to powiedziałeś jakieś dwa miesiące temu?" Zadrwił Geeler, po czym schylił się gdy włócznia przeleciała mu nad głową.

„Na serio kurwa?! Teraz mi to wypominasz?" Warknął Tenner po czym ten otworzył ogień w kierunku skąd nadleciała włócznia, parę strzałów później dało się usłyszeć okrzyki bólu i złości.

„No wiesz, tak się składa że to przez twoje dalej nie poprawione zachowanie Rotmistrz dał nam zajebiste bojowe zadanie patrolu w pierdolonym lesie na zasranej granicy, na kontynencie gdzie granica to rzecz względna! To przecież jebane średniowiecze, tutaj granica w terenie de facto nie istnieje!" Odwarknął Geeler

„Więc tak, właśnie ci wypominam! Bo jeśli nie zauważyłeś banda typów w zbrojach, uzbrojona w miecze, włócznie i duże prostokątne tarcze kopie nas w dupie. Nas, kurwa! Przecież to jest kurwa wstyd by żołnierz XXI wieku taki jak my, właśnie był trzymany w oblężeniu i walczył o życie z bandą średniowiecznych wojowników!" Skarżył się dalej Geeler

„Co więc mam kurwa zrobić? Przeprosić ciebie?" Odparł zły i kpiąco Tenner na oskarżenia kolegi, następnie kolejna włócznia tym razem spora rzucona z dużą siłą wbiła się w drzewo za którym się ukrył że ostry koniec przeszedł na wylot. „Wow" zdziwił się Tenner „Kto to rzucił?" Głośny ryk podał mu odpowiedź.

Cztery ogromne stworzenia, wysokie od czterech do pięciu mętrów wbiegły z okrzykiem na pole walki. Każde z nich nosiło zbroję i hełm z rogami idącymi do przodu. Jeden z nich nie miał broni za to sięgał po młot zawieszony na pasie. Reszta za to szykowała się do rzutu niczym zawodowy oszczepnik.

Scheisse"Mruknął Tenner „Banda pierdolonych troli!" Dodał po chwili z krzykiem przez sieć bojową TOPAZ a system zaznaczył je symbolem samochodu pancernego.

„Zaraz, czy Lourianie nie powinni być wyłącznie ludzką armią?" Zastanowił się jeden z żołnierzy poczetu Oliwier Nagel „Nie przypominam sobie by jakikolwiek tubylec mi mówił o trollach u Lourian. Raczej to oni mają takie stworzenia po swojej stronie."

„Może to jacyś niewolnicy-wojownicy? Wiesz, tutaj mamy coś takiego jak magię." Odparł inny szeregowiec Jasper Vaupel.

„Ale to nie wyjaśnia tego nagłego złamania swego tabu! Z tego co wiem Lourianie szczególnie nienawidzą Bestii że zabijają każdego należącego do tego rodzaju stworzeń! A przecież oni lubią niewolnictwo!" Oponował Nagel.

„Panowie, możecie przestać dyskutować? To nie miejsce na to!" Wtrącił się Geeler, rychło w czas bowiem pozostała trójka rzuciła w pruskie pozycje swe włócznie, żołnierze szybko zaczęli kryć za drzewami w które wbijały się po kolei z wielką mocą włócznie. Jeden z olbrzymów rzucił z taką siłą że powalił drzewo za którym ukrył się Geeler, ten w ostatniej chwili uskoczył unikając zmiażdżenia.

„Zygmunt-2 ma rację. Zygmunt-4, Zygmunt-8 cisza, poczet ładować granaty odłamkowo-burzące Na mój znak wpakować w to cholerstwo ile się da. Za długo się z nimi bawiliśmy." Odezwał się dowódca ich poczetu, Kapitan Sigimunt Mutig, widząc co się wyprawia.

Żołnierze z zadowoleniem wyciągnęli i wsadzili granaty do granatników wszelkiego rodzaju. Podwieszanych lub wystrzeliwanych z lufy karabinu. Ci którzy mieli inne granatniki na przykład rewolwerowe czy przeciwpancerne po prostu odłożyli karabin i wzięli broń wsparcia.

Na chwilę zapadła cisza, ci którzy zaatakowali mimowolnie się zatrzymali, przerażający ich ogień broni ucichł nagle niczym przecięty nożem sznur. W tym czasie Sigimunt zaznaczał kto gdzie ma strzelać. Kiedy tylko skończył rzekł „Poczekajcie, niech zaszarżują na nas."

Trochę to poczekanie zajęło bowiem nieprzyjaciel nie kwapił się do ataku zbity z tropu. Dopiero jeden z trolli warknął głośno w jakiś nieznanym języku i razem z swymi towarzyszami rzucił się do przodu a za nimi zachęceni odwagą olbrzymów pozostali żołnierze którzy z okrzykiem bojowym pobiegli na okopanych prusaków.

„Jeszcze!" Uspokoił swym podwładnych Mutig

„Jeszcze nie strzelać!" Ponowił zawołanie kiedy tylko wróg zbliżył się tak że dało się wyczuć jak olbrzymy śmierdzą jakby nigdy w życiu nie kąpali się nigdzie indziej niż w ściekach.

Feuer!" Dla wzmocnienia efektu Mutig użył nie tylko sieci bojowej ale również głośników ustawionych na pełną głośność przekrzykując nacierających którzy byli już tylko 50 metrów od ich pozycji.

Dlatego nagły obcy szczekliwy dźwięk na chwilę sparaliżował atakujących przez co na jeden krótki moment stali niczym posągi co pozwoliło prusakom celnie trafić im pod nogi lub prosto w atakujących. Następnie całe przedpole wokół obrońców w jednym momencie przerodziło się w festiwal wybuchów, jęków, okrzyków bólu, przekleństw oraz roznoszonych po całej okolicy strzępów mięsa odzianego w stal oraz ułamanych kawałków drzew takich jak kora czy gałęzie.

Gdy tylko opadła ziemia oraz dym, obrońcy mogli zobaczyć swe dzieło zniszczenia. Z czterech trolli ostały się tylko wielkie krwawe strzępy mięsa. Niewiele lepiej przedstawiali się zwykli ludzie, połamane tarcze, włócznie i miecze były wszędzie, zaś zbroja skutecznie obroniła przed odłamkami w znacznej mierze, choć było widać rany na odsłoniętych częściach ciała takich jak ręce, nogi bowiem ich wróg nie nosił spodni oraz twarzy. Lecz to nie było to co powodowało że ich twarze wykrzywiły się w agonii.

Powodem tego były ich własne zbroje, które pod wpływem fali uderzeniowej złamały się a odłamki tych złamań wbiły się w głęboko w ciało tnąc organy niczym żyletka.

Bez specjalistycznej opieki, szanse na przeżycie mają niewielkie, na szczęście dla wielu cały ból był tak silny że stał się ich powodem śmierci, tylko nieliczni dogorywali z okrzykami przejmującymi okrzykami bólu.

Przez krótką chwilę nie było nic poza tym, lecz Prusacy wiedzieli że to nie wszyscy, daleko za walczącymi w zwarciu byli łucznicy, kusznicy i procarze którzy z tej trójki byli najgroźniejsi bowiem rzucony z sporą prędkością kamień może ogłuszyć nawet rycerza w pełnej zbroi.

FUR POLEN UND KÓNIG!" Zakrzyknął Kapitan po czym ruszył do przodu i zaczął znów strzelać do skrytych w oddali przeciwników.

FUR POLEN UND KÓNIG!" Powtórzyli za nim jego ludzie, którzy ruszyli za nim do natarcia na przeciwników.

To było już za wiele dla atakujących, szybko rzucili się po chwili do panicznej ucieczki, pierścień oblężenia został złamany, a niedawni obrońcy rzucili się w pościg, chcąc dopaść przeciwnika.

Pościg nie trwał zbyt długo, mijając kolejne koleiny, pagórki i olbrzymie drzewa goniąc za swym przeciwnikiem Prusacy dotarli na małą skrytą w cieniu drzew polanę nad małym strumykiem.

Tam odkryli że atakujący zaczęli wbiegać do starej, podobnej do rzymskich łuków triumfalnych bramy która była połączona z pagórkiem. Kapitan nakazał wstrzymać pościg zaskoczony znaleziskiem.

Ocalali przeciwnicy z pościgu zaś uciekli w głąb budowli a odgłosy ich krzyków i biegu tworzyły echo które odbijało się od ścian i docierało do nich że słyszeli ich tak jakby biegli tuż obok nich.

Florian Tenner postanowił sobie zakpić i zakrzyknął po polsku z grubym niemieckim akcentem jedno słowo.

ŚMIERĆ!" (Death!)

Echo jego zakpienia odbijało się i szło na drugą stronę. Powoli cichnąc w oddali.

„Poważnie?" Spytał swego kolegę Geeler.

Tenner uniósł palec by poczekał na odpowiedź, gdy tylko dotarło do nich głośne przerażenie uciekinierów odparł „Tak."

„Człowieku, nie strasz biednych tubylców. Ja rozumiem że nie lubisz Lourian za ich pierdolenie…" Zaczął go pouczać Geeler lecz Nagel wtrącił się mu w zdanie.

„To nie Louranie."

Geeler zwrócił się do niego zdziwiony „Jak to że to nie Lourianie?"

„Właśnie, skąd wiesz że to nie oni?" Dodał Tenner

„Spójrzcie na tę budowlę, nie przypomina wam czegoś?" wskazał ręką Nagel

Obaj żołnierze popatrzyli, popatrzyli. Po czym pokręcili głową.

„Nie"

„Pustka w głowie"

Nagel przyłożył rękę do czoła zdegustowany, po czym westchnął „To wygląda mi na budowlę w stylu rzymsko-greckim. Co więcej nasi przeciwnicy jak się im przyjrzałem nosili zbroje które ewidentnie nie pasują tematycznie do tego kontynentu bowiem tubylcy noszą zbroje renesansowe i późno średniowieczne."

„Zaś ci tutaj" wskazał ręką na ostatnich zabitych uciekinierów w pościgu „noszą zbroję pasującą do okresu późnego cesarstwa rzymskiego ale sprzed totalnej barbaryzacji wojsk cesarskich."

„Po czym poznałeś?" Spytał Tenner.

Nagel odparł z uśmieszkiem „Po tym że nie noszą spodni. Starożytni Rzymianie nie znali takiego wynalazku, Germanie tak."

Tenner zachichotał z Geelerem mimowolnie.

„Czyli mam rozumieć że napotkaliśmy kogoś innego niż Lourianie?" Wszedł w dyskusję Kapitan Mutig.

„Tak, kapitanie."

„Rozumiem szeregowy." skinął głową kapitan po czy wydał nowe rozkazy „Zabezpieczyć teren, rozstawić czujki. Mam przeczucie że to nie był jedyny oddział tych…" szukał słowa

„Łymian?" rzucił Tenner z uśmiechem szelmy, kapitan westchnął.

„Niech będzie, mam pewne przeczucie że to nie był jedyny oddział Łymian który wyszedł z tej Bramy."

Głośny śmiech rozległ się przez chwilę, kapitan tylko pokręcił głową. „Jak ja mam to zaraportować Rotmistrzowi?"

Księstwo Que-Tonye

18 Lutego 1640 C.C.Y/ 2021 AD

Miasto Graniczne Gim

Sztab Dowodzenia 1 Dywizji Piechoty Morskiej

O dziwo mimo niepoważnej nazwy, Rotmistrz Kleist wziął poważnie całą sprawę. Szybko przekazał ją swemu dowódcy, Oddziałowemu Klausowi Neefowi który dowodził Oddziałem czyli Batalionem w wkład którego wchodziła rota Rotmistrza.

Ten początkowo sądził że to głupi żart w czasie kiedy napięcie coraz bardziej rosło. Polska w tym czasie wspierała dwa wolne kraje i reorganizowała ich siły zbrojne w bardziej skuteczną siłę bojową, stabilizowała Japońską gospodarkę by zawracając ją znad krawędzi przepaści.

Ogólnie chciano odstraszyć Lourian samym swym istnieniem ale przygotowywano się do wojny. Saperzy wojskowi z wszystkich dywizji zostali ściągnięci na Roderiusz by zbudować drogi, linie kolejowe oraz lotniska które będą niezbędne w możliwej kampanii.

Lecz nie zamierzano atakować, mimo że mogli by to zrobić zgodnie z zwyczajami Arkadii. Rzeczypospolita raczej postawiła iść dalej już wypróbowaną drogą by poprzez miękkie oddziaływanie na wszystkich w ten sposób bez walki odebrać Parpaldii strefę wpływów.

Inną sprawą że oficjalną doktryną polityczną jeśli chodzi o wojny w Rzeczypospolitej jest stara doktryna Wojny Sprawiedliwej. To znaczy że Polska ogłasza że nie będzie na nikogo napadać ani podbijać lecz tylko bronić to co słusznie się jej należy albo bronić tych którzy sami o to poprosili Polskę.

Początki tej doktryny w Polsce sięgając już końca średniowiecza bowiem do tego odwoływali się polscy dyplomaci za czasów Władysława II Jagiełły próbując odzyskać pokojowo Pomorze Gdańskie ale stała się oficjalną wraz z końcem XVIII wieku kiedy Polska wobec powoli się siejącego zamętu na zachodzie Europy ogłosiła że nie będzie wtrącać się w spór francusko-brytyjski.

Niedługo później Polacy zostali po raz pierwszy zmuszeni do sprawdzenia w praktyce swych słów kiedy Francja zamieniła się w rewolucyjną republikę i ruszyła na wojnę z całą Europą. Zresztą wtedy po raz pierwszy i jedyny Polacy sprzymierzyli się z Wielką Brytanią.

Wojny Rewolucyjne byłe krwawe i męczące, szczególnie między Polską a Francją bowiem choć obie były wtedy republikami.

Gdzie Polska była Rzeczypospolitą czyli katolicką republiko-monarchią ancien regime gdzie wolność rozumiano jako prawo do czegość a równość nie była i dalej zresztą nie jest główną zasadą ideologiczną.

Tam Francja była Republiką czyli laicką demokracją rewolucyjną gdzie wolność była jako wolność od czegość a równość miała dotyczyć wszystkich.

Obie znały zaś i rozumiały bardzo podobnie zasady braterstwa.

Ostatecznie Wojny Rewolucyjne wygrała Polska dla których ta seria konfliktów stała się czynnikiem zmiany w całym systemie. Mianowicie wzrostu znaczenia chłopstwa i załagodzenie się antagonizmów między nimi a szlachtą bowiem to właśnie chłopi w najczarniejszej godzinie Rzeczypospolitej byli tymi którzy ją obronili tam gdzie szlacheccy panowie pokłócili się czy nawet zdradzili ojczyznę dla rewolucyjnych ideałów.

Zmiany były wobec tego totalne, zniesiono wymaganie szlacheckie do bycia oficerem, wprowadzono instytucję chłopskich reprezentantów na Sejm, dopuszczono ich na sejmiki a ponad pięćdziesięciu tysiącom rodzin chłopskich nadano herby i włączono do szlachty za zasługi dla ojczyzny w duchu oświecenia przy okazji tworząc legalną tradycję adoptowania do rodziny herbowej chłopów przez swych panów gdy ci uznali że na to zasłużyli.

Wspominam o tym dlatego że w Polsce wojna na Roderiusie z czasem zyskała spore społeczne poparcie, choć było to z wielu powodów. Jednym z najbardziej znaczących jest oczywiście podobieństwo ustrojowe Que-Toyne z ustrojem Polski.

Monarchia elekcyjna z równością warstwy szlacheckiej jako jedynej uprawnionej do głosu, przy czym nie zważała na różnice religijne, kulturowe oraz rasowe jeśli chodzi o swych mieszkańców.

Co więcej tutejsza szlachta była całkiem podobna w myśleniu i ideałach do polskiej szlachty co sprawiało że wojska ekspedycyjne w Que-Toyne bardzo szybko znalazły wspólny język z tubylcami.

W Quilli było nieco gorzej ale dało się też porozumieć choć Japonia jest tam znacznie bardziej preferowana lecz stosunki polsko-toyniańskie stały się wzorcowe, a Polska szybko zastąpiła Japonię jako wzór do naśladowania.

Stąd w Polsce możliwa wojna Que-Toyne z Lourią stała wręcz sprawą osobistą. Nie mniej chcąc podtrzymywać swą reputację dobrotliwego i sympatycznego mocarstwa nawet na tym świecie, Polacy jak ognia unikali jakiejkolwiek okazji do uderzenia wyprzedzającego.

Nie chcąc się zapisać jako agresor w tej wojnie.

Dlatego Neef postanowił się ostro rozprawić z „żartownisiami" i wezwał na dywanik Rotmistrza oraz znaną jako czarną owcę w oddziale cały drugi poczet z czwartej roty. To co początkowo miało być srogim kazaniem szybko się zamieniło w spór zakończony osobistym obejrzeniem przez Neefa znalezionej budowli, nagrań z walk oraz pobojowiska wokół niego.

Rotmistrz ufając swemu mimo wszystko zaufanemu podwładnemu Kapitanowi Mutigowi który został specjalnie mianowany jako dowódca tego poczetu w miejscu poprzedniego by zmienił feralny poczet w prawdziwą siłę bojową, wysłał od razu posiłki i zaopatrzenie.

Jak się później okazało przybyli w ostatniej chwili, bowiem chwilę później na pozycje drugiego poczetu spadł młot w postaci powracających Łymian i kowadło nowego natarcia z głębi Bramy. Zacięta potyczka, ograniczona z powodu terenu do strzelaniny i granatów zakończyła się ostatecznym sukcesem piechoty morskiej, nowo nacierający umknęli znów tam skąd przybyli z Bramy a pozostali Łymianie na Roderiusie albo zginęli próbując się przebić do swoich, albo dostali się do niewoli albo zbiegli głęboko w las.

To ostatnie było zagrożeniem bowiem ich agresywność połączona z paniką przez odcięcie od swoich mogła spowodować że mogli się zdegenerować do poziomu bandytów i sprowokować wojnę bowiem Louria mogła uznać ich za Polskich prowokatorów.

Szczególnie że Parpaldia formalnie była protektorem Lourii i w razie czego mogła przystąpić do wojny bowiem miała zapisane w traktacie z Lourią że będzie ją bronić przed napaścią. Ryzyko było tym większe bowiem nie pójście na wojnę nawet w imieniu tak niesławnego królestwa jak Louria podważało pozycję dyplomatyczną Parpaldii na co oczywiście Cesarstwo pozwolić sobie nie mogło.

A wojna z Parpaldią nawet jeśli dla Rzeczypospolitej była by wyłącznie zwykłą formalnością, to jednak była niepotrzebną niedogodnością jak i czymś złym w opinii publicznej w Polsce bowiem była zbędnym przelewaniem krwi.

Szczególnie że o ile dało się w polskich oczach uzasadnić wojnę z Lourią słusznością podejmowanych działań, tak sprawienie by doszło do wojny z Parpaldią było by sporym ciosem w wizerunek Króla Witolda II i jego skuteczności na arenie międzynarodowej w oczach Polaków.

Bowiem nikt się nie oszukiwał że dla Parpaldii oraz Lourii wojna nie skończy się jednostronną bezduszną masakrą.

Trzeba wiedzieć że ci Polacy nie lubią wojny, nie lubią wojować. A jak im powiesz że są narodem wspaniałych wojowników to się obrażą. Wojnę toczą bo muszą, nie bo chcą. Oczywiście będą się popisywać wojskiem, umiejętnościami walki ale to dlatego że lubią właśnie to. Popis.

Pokazywanie co umieją, dlatego w Rzeczypospolitej wszelkie zawody sportowe są niesamowicie popularne a Igrzyska Olimpijskie tak lubiane że Polacy sami sobie zorganizowali własne mini Igrzyska Rzeczypospolitej dziejące się co dwa lata. Oczywiście nie mają nic przeciwko chętnym obcokrajowcą, ba nawet często sami zapraszają innych!

Stąd Neef widząc co się dzieje, wydał odpowiednie rozkazy szukania zbiegów i szybko udał się do dowódcy 1 Pułku Piechoty Morskiej, pułkownika Bjarna Bussa wyłożył mu całą sprawę po czym ten wsparł go w jego działaniach i razem z nim udał się do dowódcy 1 Dywizji Piechoty Morskiej, Hetmana Legionowego Volkera Wiekiera.

„Wejść!" Zakrzyknął za drzwi Hetman zanim pułkownik zapukał. Obaj oficerowie spojrzeli na siebie zdumieni, jak on usłyszał ich? Przecież to zamek, a ściany i drzwi są naprawdę grube przez co wydawało się obu że jest zimniej niż na dworze.

Pułkownik otworzył drzwi pierwszy, za nim podążył Neef. Neef rzucił szybki ogląd na pomieszczenie w którym się znalazł. Był to osobisty gabinet dowódcy podarowany mu przez Lorda-Kapitana Moizi z Gim, tutejszego kasztelana i pana Gim oraz okolic.

Neef jak zresztą większość oficerów bardzo szybko polubiło tego beatsmen mimo początkowego szoku z racji tego że nie był człowiekiem. Obdarzony patriotyzmem oraz wierny swej rodzinie nie czynił przeszkód przybyłym Prusakom. Wręcz przeciwnie był wdzięczny za ich przybycie, Louria odkąd Japończycy byli zmuszeni do odwrotu znów zaczęła rzucać swój długi cień na Gim.

W rzeczywistości był pozbawiony złudzeń, dobrze wiedział że jak dojdzie do wojny to jedynie co będzie mógł zrobić to stawiać jak najdłużej opór opierając się o mury miejskie oraz twierdzę, bowiem jego siły były niewystarczające do stawienia Lourianom czoła w otwartym polu.

Sam gabinet zaś był ładny, ozdobiony skórami i dywanami na ścianach. W kominku płonął wesoło ogień. A przy ścianie wejściowej stała zbroja podobna do tych którą nosili krzyżowcy w czasie trzeciej krucjaty. To jest hełm zamknięty ale nieco większy niż ludzki bowiem musiał pomieścić głowię beastman, kolczuga z nałożoną tuniką noszącą herb rodu Gim, duże kawaleryjskie buty. Przy pasie stary miecz w prostej pochwie.

Zbroja była stara, należała do odległego przodka Moizi, czwartego pana Gim niejakiego Roda zwanego Krwawym który obronił Gim w pojedynkę kiedy ta miejscowość była tylko wsią przed najazdem rycerzy-bandytów z sąsiedniej Ladonii. Wedle podań rodowych, walczył sam przeciwko czternastu przeciwnikom z użyciem tylko prostego miecza, zabił ich wszystkich okrutnie a jego zbroja była cała od ich krwi lecz sam nie został ranny a odtąd na pamiątkę miał nosić zbroję nieumytą.

Neef musiał przyznać że coś w tym było bowiem choć widać na zbroi ślady od broni, nie jest ona przebita a co więcej widać było ślady krwi, słabo widoczne ale jednak zauważalne. Efekt czasu oraz zaklęć konserwujących.

Sam Hetman siedział za starym drewnianym i pięknie zdobionym biurkiem, wyposażeniem pomieszczenia, oprócz tego były tutaj dwie stare szafy, toaleta oraz odsunięte na bok spore łóżko.

Z nowoczesnych rzeczy nie mogło zabraknąć oczywiście komputera, radia, powieszonej na ramie mapy przedstawiające zrobiony z powietrza oraz wystrzelonych w kosmos satelitów teren zachodniego Que-Toyne oraz wschodniej Lourii.

Na mapie zaś były widoczne znaczniki przedstawiające rozstawienie polskich oddziałów wschodzących w skład Kontyngentu Wojskowego Rzeczypospolitej „QUE-TOYNE".

Hetman najwyraźniej coś podpisywał przed wejściem bo widział odłożony długopis oraz jakieś papiery przed nim, stał teraz gdy obaj oficerowie podeszli przed biurko.

„Panie Hetmanie!" Odezwał się pułkownik po czym zasalutował razem z Neefem. Hetman przyjął honory po czym dał im znak by siedli.

„Dobrze, mówcie w czym rzecz?" Zaczął już siwy staruszek wyciągając swą ulubioną fajkę i wsadzając do ust.

„Doszło to nieprzewidzianego zdarzenia." odezwał się pierwszy pułkownik Buss.

Hetman uniósł brwi „To znaczy?"

Tu wszedł Neef „Moi podwładni z czwartej roty pod dowództwem Rotmistrza Kleista, dokładniej drugi poczet kierowany przez kapitana Mutiga, napotkał nowy nieznany kontakt nazwany tymczasowo Łymianami."

Słysząc nazwę nowego kontaktu hetman mimowolnie się uśmiechnął „Nie będę wnikał skąd nazwa." Wyciągnął fajkę z ust i pokręcił nią wskazując w Neefa „Lecz widząc pańską poważną minę domyślam się że sprawa z którą przychodzicie jest niecierpiąca zwłoki."

„Zgadza się" skinął głową Neef „Pan Pułkownik i ja podjęliśmy już odpowiednie działania lecz obawiamy się że nasze siły są nie wystarczające by objąć potrzebny obszar i jednocześnie pilnować granicy, co więcej drugi poczet odkrył obiekt który wymaga natychmiastowego zabezpieczenia siłami specjalnymi oraz kontaktem z Warszawą."

„Obiekt?" Spytał Hetman zaciekawiony

„Moi ludzie" Neef wyciągnął papierową teczkę z torby a następnie dał do ręki Hetmana zdjęcia „znaleźli tę budowlę nad małą polaną w lesie na zachód od wsi Drowaf w odległości pięciu kilometrów. Wywiad przeprowadzony wśród chłopów nie informował o istnieniu tej budowli, co więcej zdjęcia lotnicze też nie."

Hetman uniósł brwi jeszcze wyżej gdy dostał dwa zdjęcia lotnicze jakie zrobiono w tamtym rejonie.

Na jednym pisało 15 Stycznia i przedstawiało wyłącznie spory ale jednak używany las bez niczego rzucającego się w oczy. Na drugim pisało 15 Lutego, z dopiskiem wykonano piętnaście godzin od kontaktu i od razu rzucało się w oczy pojawienie się małej polany która odkrywała przykryty koroną drzew strumyk a na niej duża kopuła która była porośnięta roślinnością.

Zaczął zagryzać ustnik fajki przez chwilę Hetman zanim rzekł „To... mocno niepokojące." po czym zwrócił się do Pułkownika Bussa „Jak daleko jest to od granicy?"

Pułkownik westchnął „Technicznie rzecz biorąc, to jest dosłownie na granicy. Przez ten las powinna przebiegać granica między Lourią i Que-Toyne ale wie pan jak to wygląda przy tutejszym poziomie techniki nawet jeśli wspartej magią.

„Rozumiem." Odparł Hetman po czym znów zaczął gryźć ustnik fajki. „To komplikuje sprawy. Mocno komplikuje. Jak się Louria dowie że tam działamy to może uznać to za inwazję i casus belli przeciwko Que-Toyne jak i wezwać do pomocy Parpaldię bo wszak to my ich napadliśmy."

„Nie tylko, Hetmanie." Dodał Pułkownik

„To znaczy?" Pokręcił fajką Hetman

„Najwyraźniej Łymanie wysłali sporą grupę zwiadowczą po tę stronę, zdobyliśmy trochę jeńców ale w większości są ciężko ranni, a ci którzy pozostali nie są zbyt chętni do rozmowy a jak już mówią to kompletnie nam nieznanym językiem. Pozostali zaś którzy nie wrócili przez Bramę…" Wyjaśniał Pułkownik Buss

„Bramę?" Zdziwił się Hetman.

„Tak bramę, bowiem wygląda jak łuk triumfalny połączony z czymś co wygląda jak Panteon w Rzymie z wielkimi wrotami, a wysłany na zwiad poczet Kapitana Mutiga zaraportował że wyszli na jakieś wzgórza na których był rozbity obóz w stylu rzymskim, co gorsza po przejściu urwał się wszelki kontakt radiowy a ich nawigacja zgłupiała."

Hetman kiwnął głową „Rozumiem." Przez chwilę jego czoło zmarszczyło się od myślenia, Neef musiał przyznać że miał ją przeoraną niczym pole uprawne przed zasiewami.

Gdy się namyślił Hetman rzekł stukając fajką o blat „Zajmę się tym, znam paru odpowiednich ludzi którzy mogą wszystko przyspieszyć i wiszą mi przysługę. Do tego czasu wasz pułk, pułkowniku Buss ma zająć i odciąć cały obszar, przerzucę do was ze dwa oddziały Jegrów do pomocy a pułk pułkownik Ehren Wolff przejmie wasze obowiązki."

„To wszystko?" Dopytał Hetman

„Jeśli mogę Hetmanie." odezwał się Neef z pytaniem

„Tak?" skinął głową Hetman

„Proszę o pozwolenie na zabezpieczenie drugiej strony Bramy. O ile obrona po tej stronie może być całkiem prosta, to lepiej uprzedzić Łymian i postawić posterunek po drugiej stronie, nie wiadomo ile później mogą ściągnąć ludzi do możliwej próby natarcia." Zaczął Neef ale widział że Hetman nie był do końca przekonany do tego pomysłu.

„Proszę o to ponieważ moi ludzie natnęli się na różne dziwne stworzenia u Łymian, jeszcze większe bestie niż po tej stronie, bardziej dzikie i wytrzymałe. Potrzeba granatów uderzeniowych oraz granatników przeciwpancernych by się ich pozbyć a i tak nie są łatwe do zabicia, zwłaszcza w dużej liczbie. A teren uniemożliwia ściągnięcie pojazdów o odpowiedniej sile ognia, jak i używanie amunicji krążącej." Dodał nieco bardziej błagalnym tonem.

Stary Hetman podrapał się po brodzie, dłuższą chwilę to zeszło. Aż Neef mógł zobaczyć na jego twarzy bicie się między zezwoleniem a zakazaniem. Obie opcje były ryzykowne, wszak Brama mogła nagle zniknąć by odciąć żołnierzy gdzieś indziej lecz brak marszu na drugą stronę ograniczał wiedzę jak i tworzył możliwość że wróg będzie mógł powalić samą masą liczb bowiem jego piechota morska tam jest ograniczona wyłącznie do broni ręcznej i wsparcia.

„Zezwalam" Odparł ciężko po walce, aczkolwiek bardzo niechętnie. „Wyprowadźcie uderzenie wyprzedzające, Łymianie i tak nas zaatakowali więc formalnie problemu nie będzie. Zabezpieczcie drugą stronę, wystawcie posterunek i w razie możliwości wyślijcie zwiad."

„Coś jeszcze?" Zapytał drugi raz Hetman, lecz nie dostał odpowiedzi dlatego kiwnął głową „Jesteście zwolnieni, odmaszerować!"

Gdy tylko drzwi zamknęły Pułkownik odezwał się karcąco „Musiałeś Klaus to zrobić?"

„Bjarn" zaczął Neef „ja w przeciwieństwie do ciebie jak proszę o chronienie dupy, to w słusznym celu." Po czym ruszył do przodu pozostawiając za sobą pułkownika.

„Skaranie Boskie z tobą i twym poczuciem misji." Narzekał Pułkownik po czym się uśmiechnął lekko „Potrzeba nam więcej takich jak ty."