Kontynent Roderius
Królestwo Louria
4 Marca 1640 Roku Centralnego Kalendarza
Obóz Armii Północnej
W namiocie dało się wyczuć narastające napięcie, Król Hark kończył z pomocą swego giermka ubieranie się w zbroję. Za chwilę miał opuścić skryte i ciepłe ukrycie by zacząć przemawiać przed swymi żołnierzami, rycerzami oraz już nie ukrywającymi się sojusznikami z Parpaldii.
„Gotowe wasza wysokość" rzekł giermek który przed chwilą zapiął ostatni element zbroi. Ważnego elementu jego planu, prawdziwego planu o którym wiedzieli tylko nieliczni to jest paru zaufanych ochroniarzy, dwie ulubione kochanki co do wierności miał pewność i jego pierwszy minister Maus który miał po jego „śmierci" wynegocjować pokój z Polską.
Skinął bez słowa głową Hark, po czym wyszedł z namiotu a nietypowo jak na tę porę roku zimowe słońce odbijało się na jego kirysie. Zmrużył oczy z bólu, światło słoneczne odbijało się również nieprzyjemnie od śniegu wokół.
Zamrugał parę razy idąc w kierunku przygotowanej na tę okazję sceny z której jego żołnierze z pomocą magii mogli go usłyszeć i dostrzec.
„Żołnierze czekają na waszą wysokość." rzekł Pandour, dowódca Armii Północnej. Jego wygląd zawsze dla Harka przypominał zbitego grubego psa z idiotycznym wąsem. Hark tylko kiwnął głową na tę wieść. Następnie podszedł do przygotowanego wcześniej stanowiska, wszedł po paru schodach i po odchrząknięciu by nie brzmieć ochryple zaczął przemowę. Przemowę która miała się zapisać w historii jako jedna z najlepszych i najwspanialszych przemów jakie kiedykolwiek wypowiedział w Arkadii i na Ziemi. Przemowę z której byli dumni nawet wrodzy Harkowi historycy.
Zaczęła się ona od słów „Wielcy Wojownicy Lourii!….
Nie mniej można całość streścić słynnym cytatem wielkiego wodza Rzymskiego i ostatniego dyktatora Rzymu.
Kości zostały rzucone.
Księstwo Que-Toyne
11 Marca 1640 Roku Centralnego Kalendarza/ Anno Domini 2022
Wieś Pilar, około 23 km na północny wschód od Gim
Huk armatnich dział po raz kolejny zabrzmiał swym donośnym hukiem, wszelki śnieg który leżał na dachach wiejskich już dawno spadł pod wpływem niekończącego się ostrzału. Dzień za dniem, 11 Mazurski Pułk Artyleryjski należący do 1 Dywizji, ostrzeliwał znajdujących się na przedpolu Gim Lourian.
Mieszkańcy wsi choć skarżyli się na ciągły hałas, dziękowali mimo wszystko Bogom że jedyną ich niedogodnością jest tylko nieustający grzmot samobieżnych armatohaubic Krab. Nie musieli jak ci biedacy z bliskiego pogranicza rzucić wszystko co mają i zabierając jedynie najbardziej niezbędne rzeczy odejść z swych domostw by uniknąć mordujących, palących i plądrujących wszystko po drodze wojsk louryjskich.
Szczególnie że tegoroczna zima się zaskakująco przedłuża, nie ma żadnych oznak wiosny. Choć dla stacjonujących w ich kraju Polaków była to dobra wiadomość, bowiem nie ma upierdliwego błota z racji że wszystko jest zamarznięte, to dla Que-Toynian była to okropna wiadomość. Wszak oni wszyscy utrzymywali się z pracy na roli, każdy dzień zimy to jeden dzień mniej w okresie wegetacyjnym.
Oczywiście klęska głodu im nie grozi, na to żaden pan szlachecki z Que-Toyne pozwolić sobie nie mógł, w czym było im blisko do polskiej szlachty która w czasach głodu nie wymuszała na chłopach ani sprzedaży płodów rolnych ani do przymusowego oddawania go swym panom. To jednak skutki dłuższego okresu zimowego dadzą się w znaki wszystkim.
Wojna poza pograniczem, raczej nie powinna.
„Artyleria to Pan, Król i Bóg wojny w jednym." lubił mawiać Pułkownik Jan Weiss, dowódca 11 Pułku. „Będziemy rąbać tak długo w Lourian że nawet kamień na kamieniu nie pozostanie." Tłumaczył przydzielonemu oficerowi łącznikowemu z Armii Que-Toyne, Majorowi Donus.
„Z tak daleka Pułkowniku?" pytał z niedowierzaniem Donus, choć nie ukrywał był pod wrażeniem tych nałożonych na siebie skrzyń z naprawdę długą lufą wystającą z górnej skrzyni która była nazywana wieżą przez tych Polaków… Prusaków… jeden pies, tych obcokrajowców.
Co do siły ognia, w tym ufał Pułkownikowi na słowo. Przecież by nie budowali tak skomplikowanego i najpewniej drogiego ustrojstwa dla picu, to musi najwyraźniej dokonywać takich rzeczy, szczególnie że pułkownik mówiąc że kamień na kamieniu nie pozostanie mówił jakby stwierdzał fakt że niebo jest niebieskie, woda jest mokra a Lourianie to kupa gówna do zakopania w ziemi, najlepiej w kawałkach.
„Panie Majorze, taki dystans to dla naszych Krabów tyle co nic, w rzeczywistości mogą strzelać dwa razy dalej od strefy ogniowej niż jesteśmy ale wymagało to by użycia mniej ekonomicznych pocisków nie wchodząc w szczegóły techniczne."
Major Donus pokiwał głową „Prawda, prawda wojny są drogie, szczególnie przy takich zabawkach jak te wasze Kraby." Przerwał gdy Kraby po raz kolejny rozpoczęły wypuszczanie salwy pocisków, z tego co policzył trzy na minutę, co przy zapasie czterdziestu nabojów daje około czternastu minut nieprzerwanego ostrzału, zanim na działo ucichnie na jakiś czas by załadować z powrotem. Zgodnie z tym co się dowiedział liczba wystrzałów jest tylko połową całkowitej możliwości.
Patrzył z podziwem jak baterie artylerii po kolei w ramach swoich plutonów (artyleria nie używa poczetów jak Kawaleria i Piechota) otwierają ogień by przez następną godzinę i dwadzieścia cztery minuty, tak policzył to sobie w głowie, nieprzerwanie okładać Lourian miażdżącym ogniem. A to był jeden z dwóch dywizjonów armatohaubic samobieżnych Krab jaki strzelał do Lourian przed Gim!
„A tamte ciężarówki to co?" Donus zwrócił uwagę na stojące bezczynnie pojazdy i załogi wokół nich które w większości zajmowali się tym co żołnierze gdy nie mają nic do roboty, to jest grali w karty, opowiadali dowcipy nie nadające się do cytowania i inne takie typu rzeczy.
Pułkownik się uśmiechnął złośliwie „To, szanowny panie majorze, nasza niespodzianka dla przeciwnika, WR-40 Langusta."
Donus spojrzał się na niego pytająco
„Zna pan rakiety?" Donus kiwnął głową
„A widział pan wyrzutnię rakiet?"
Donus zdumiał się „Zaraz, zaraz to ogromna wyrzutnia rakiet ale na ciężarówce?" po czym podrapał się po brodzie „W sumie, chyba dało by się takie zamontować na wóz konny, choć konie będzie w jakiś sposób przyzwyczaić do dźwięku rakiet." Spojrzał się na pułkownika „Ale dlaczego nie strzelają?"
Pułkownik uniósł zaskoczony brwi „To nie wie pan?"
„Czego nie wiem?" zdziwił się Donus
„Tego że główne siły Lourii jeszcze nie nadeszły, póki co walczymy z strażą przednią, liczną ale strażą przednią." wskazał Langusty „A te wyrzutnie są właśnie na główne siły, Lourianie jeszcze nie zdają sobie sprawy że prawdziwe piekło jeszcze przed nimi."
Donus powoli kiwnął głową, zrozumiał polski zamysł. Użycie teraz wyrzutni rakiet najpewniej pozwoliło by umknąć głównej sile Lourii a przecież nie o to chodzi by mieli umknąć od pewnej śmierci, prawda?
W tym samym czasie
Okopy na przedpolu Gim
3 Pułk Piechoty Morskiej
Głośny, charakterystyczny świst pocisków zabrzmiał wysoko nad jego głową. Kraby znów zaczęły akompaniament. Będzie przez jakiś czas spokój, Bogu i artylerzystom dziękował, właśnie wystrzelił ostatnie pestki z swego wysłużonego Tantala.
Popatrzył przez chwilę jak ciosy artylerii spadały na cholernych Lourian niczym grom z jasnego nieba. Z ponurą satysfakcją przyglądał się jak ziemia zamarznięta na kość rozpadała się pod wpływem uderzających z jękiem granatów artyleryjskich. Choć nie było to tak widowiskowe jak dwa dni temu kiedy uderzyły po raz pierwszy w jeszcze pokrytą wszędzie śniegiem polanę przed miastem, to jednak była jakaś magia w widzeniu unoszącej się ziemi pod wpływem wybuchu.
„Mamy chwilę spokoju, co Jan?" odezwał się jego kolega Hans Kleiner z drużyny głosem ulgi „Cholerne durnie, przez nich wystrzeliliśmy we dwóch więcej kul przez te trzy dni niż cały nasz pułk przez ostatnie trzydzieści lat!" ciągnął dalej gdy tylko Jan kiwnął głową
„To dobrze czy źle?" zapytał niepewnie Jan nie wiedząc co jego kolega miał na myśli.
„Co dobrze?" osłupiał Hans
Jan przekręcił oczami, pokręcił głową po czym westchnął „Pytam cię, czy to dobrze że nasz pułk przez ostatnie trzydzieści lat wystrzelił mniej łącznie niż my przez ostatnie trzy dni."
„AAA" zawołał Hans „o to chodziło!" Kiwnął głową mówiąc „Tak, to dobrze. Robimy piekło na ziemi wtedy gdy trzeba, a nie kiedy ktoś chce sobie zarobić na tej czy innej wojnie."
„Albo dla nabicia se ego ." Dorzucił kpiąco Jan mimochodem kiwając głową w stronę rozrywanych na strzępy Lourian. Jęki i paniczne okrzyki nieprzyjaciela były pomimo ogłuszającego jazgotu artyleryjskiego bombardowania, słyszalne. Jak pierwszy raz to usłyszał to mimowolnie skrzywił się, teraz miał to gdzieś. Szczególnie że milicja Gim wyleczyła go skutecznie z litości większej niż minimalna dla Lourian. Parszywe typy, orzekł Jan po rozmowie z tubylcami mając oczywiście na myśli niezwykle kochanych przez wszystkich Lourian.
Hans spojrzał się w kierunku pozycji przeciwnika, po czym spojrzał się na Jana „Wiesz, o wiele bym oskarżał Harka, na pewno jest to skurwysyn ale nie powiedziałbym że sobie próbuje podbić ego. Wiesz, ten syn suki i złamanego koźlego chuja ma jaja by tak stać wystawiony na ostrzał w niezwykle rzucającej się w oczy zbroi na tamtym zniesieniu."
„To go czemu go nie odstrzelili?" zdumiał się Jan
„Myślisz że nie próbowali?" zapytał retorycznie Hans
Jan uniósł wyżej brwi zaskoczony „Jak?" wydukał po chwili
Hans wzruszył ramionami „Póki co wiedzą to jedynie Lourianie," spojrzał się w górę „ i sam Bóg Ojciec Wszechmogący."
Zapadła na chwilę cisza, Jan powoli pokiwał głową i gdy miał coś dodać jeszcze ich dowódca drużyny, Drużynowy Krzysztof Serpees zawołał „Szeregowi Kleiner i Szulc, później sobie pogadacie, zbierać tyłki, miejscowy kucharz przygotował regionalny specjał, korzystać z tego!"
Szeregowi spojrzeli po sobie, po czym bez słowa z uśmiechem ruszyli.
Parę minut później
Obozowisko Lourian na przedpolu Gim
„Wasza wysokość!" zawołał posłaniec „mam wieści od generała Franka, główne siły będą już jutro."
Hark nawet się nie odwrócił, spoglądał jak po raz kolejny jego armia jest rozrywana na strzępy. Posłaniec czuł się nieswojo widzą brak reakcji swego władcy, słyszał że Król poskradał zmysły. Niemniej klęczał grzecznie czekając na odpowiedź swego władcy.
Był w tej niezbyt przyjemnej pozycji i to jeszcze na siarczystym mrozie przez dłuższy czas. I gdy mocniej się zachwiał Król zareagował.
„Mogłeś odejść mój wierny sługo z chwilą gdy to rzekłeś." odparł Król, posłaniec zdumiał się. Gdy ostatni raz widział i słyszał Króla, wtedy brzmiał niezwykle dumno wręcz arogancko. Tutaj brzmiał niezwykle… jak by to określić, melancholijnie? Na pewno nie dumnie, widać było jakąś mądrość w głosie i gotowość na jakiś czyn, nie wiedział jaki.
Zresztą, sam zwrot „mój wierny sługo", po raz pierwszy usłyszał go jak wychodzi z ust władcy. Nigdy nie słyszał, ani nie widział by Król kiedykolwiek się do kogokolwiek tak zwrócił.
„Zrozumiano mój panie" odrzekł sługa i pośpiesznie oddalił się, pozostawiając swego władcę wpatrującego się w masakrowanych żołnierzy. Ten zaś patrzył ponuro rozmyślając, na froncie bez zmian, póki co. Tak brzmiała jedna z jego myśli.
„Co muszę zrobić, by Polacy wreszcie strzelili tutaj?" mruknął pod nosem, im szybciej „umrze" tym szybciej to szaleństwo się skończy. A jednak pomimo wręcz oczywistego wystawienia się na ostrzał, nic takiego się nie stało. Niestety, nie mógł osobiście poprowadzić swych żołnierzy do szarży, choć bardzo mu to by pomogło w budowaniu mitu i dało mu dobre alibi, jego oficerowie pilnują go jak oka w głowie.
„No nic" pomyślał sobie, „może przybycie głównych sił sprawi że Polacy wyciągną kartę z rękawa która mi się przyda?" miał taką nadzieję, jego plan zakładał że „umrze" w walnej bitwie prowadząc swe wojska, jego „śmierć" w boju miała się stać listkiem figowym do zakończenia wojny a sam Hark stać się kozłem ofiarnym na którego miano zwalić winę za wybuch wojny.
Przy okazji Hark zamierzał świadomie doprowadzić do śmierci wielu z żołnierzy Lourii w ten sposób eliminując możliwość wojny domowej, stąd nacisk na podział sił w ramach oddzielnych łuków natarcia. Chciał by obrońcy wykorzystali to do wyniszczenia wojsk lourian.
W ten sposób wszyscy możliwi pretendenci do władzy byli by znacząco osłabieni, przez co Maus mógł zgodnie z ustalonym wcześniej planem przejąć władzę jako Interex do czasu wybrania Wielkiego Księcia Matesa na nowego władcę. Wobec faktu że kontrolowałby najsilniejszą grupę wojsk, czyli Gwardię Pałacową, Stołeczny Garnizon oraz Zakon Michaliusa nikt by nie mógł się mu realnie sprzeciwić. Zużył prawie cały kapitał polityczny na upewnienie się że nie będzie problemów, w „życiu pozagrobowym" nie będzie mu potrzebny.
Przy okazji miał Hark nadzieję że Polacy upokorzą Parpaldię, w ten sposób mógł mieć pewność że po pierwsze Parpaldianie skupią się swój gniew na Polakach, po drugie taka mała z jego strony złośliwość za wpakowanie go w tę sytuację i poświęcenie Lourii dla ratowania własnych tyłków.
Lecz jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Mianowicie każda armia miała mu co sześć godzin zgłaszać raport z swej sytuacji. Stąd wiedział co robi Pierwsza i Druga Armia na północy i jak bardzo są wyniszczani przez stalowe potwory.
Wiedział również co się dzieje z pozostałymi armiami idącymi na Quillę, słyszał ich skargi na nieustające uderzenia z powietrza wrogich smoczych jeźdźców, ciągłe rajdy czy to jak w identyczny sposób jak tutaj przed Gim są anihilowani przez przeciwnika z daleka.
Jest tylko jedna armia, Trzecia Armia Podboju prowadzona przez Generała Porucznika Adema, która nie daje żadnych oznak życia, ani jeden raport nie przybył od wczorajszego południa, a już zbliżał się wieczór.
Ciekawe co się z nimi stało?
Trzydzieści Godzin Wcześniej
Kolumna Marszowa Trzeciej Armii Podboju
Około 79 km na południe od Gim.
Żołnierze ryczeli swymi głosami, bo śpiewem tego nazwać nie można, kolejne piosenki marszowe. Właśnie pokonywali kolejne kilometry w głąb nieprzyjacielskiego kraju, plądrując i paląc wszystkie miejscowości po drodze. Niestety ku ich rozczarowaniu, nikogo w nich nie było więc musieli się obejść smakiem kobiecych wdzięków.
Nie żeby Adem narzekał, babskie krzyki w czasie żołnierskich zabaw zawsze grały mu na nerwy. Po jaką cholerę się tak drą? Przecież im nikt nie pomoże, no chyba że taki błędny rycerz chce skończyć jako manekin do ćwiczeń, zawsze to jakaś atrakcja. No przynajmniej do czasu aż jakiś idiota przyjdzie zapytać gdzie jest jego podwładny, wtedy cała sprawa się wydaje i nagle wszyscy mają ochotę urwać mu łeb, nie wiedzieć czemu.
Przecież i tak te baby to są nieludzie prawda? Więc co im szkodzi? Niech się na coś przydadzą.
„Panie generale!" zwrócił mu uwagę jeden z oficerów, chyba Dorian, a może Sterian? Co za różnica, jakiś dupek.
„Czego?"
„Madar wykrył kolumnę smoczych jeźdźców z wschodu!" rzekł mocno przejętym tonem. Pierunie, niech chłop zluzuje, po jaką cholerę się przejmuje. Co my własnych jeźdźców nie mamy na takie okazje? Pomyślał Adem.
„Wysłać eskadrę, zatrzymać kolumnę i rozstawić kusze przeciwlotnicze." Oficerzyk kiwnął głową i przekazał polecenia. Szybko pieśni ucichły a ich miejsce zastąpiły okrzyki rozkazów i przekleństw.
Kolumna marszowa rozpadła się, kusznicy i łucznicy zaczęli się ustawiać by osłaniać pozostałych, a specjalne umieszczone na wozach kusze przeciwlotnicze, czyli całkiem spora maszyneria wspomagana magią dzięki której mogą udawać karabin maszynowy, zaczęto rozpakowywać i przygotowywać.
Tymczasem eskadry Louryjskich jeźdźców wiwern skręciły ostro w prawo w kierunku nadciągających przeciwników. Sam Adem wyciągnął lornetkę by móc zobaczyć z bliska jak Que-Toyscy jeźdźcy zostaną zmasakrowani przez elitę sił Lourii.
Szybko rzucił okiem na swoich, zanim spojrzał na formację przeciwnika. Tutaj spotkała go niespodzianka, w formacji oprócz wiwern było coś jeszcze. Jakieś szare coś, wyglądające jak deska do prasowania z przyczepioną u dołu drewnianą balą. Jedne już same leciały wokół przeciwników zostawiając ich w tyle, inne dopiero spadały… nie czekaj, zostają odczepione i zrzucone z wrogich wiwern!
Po krótkim upadku zaczęły się podnosić i lecieć szybciej niż wiwerny. Co więcej, wróg po tym jak wyrzucił wszystkie to szare coś, zaczął zawracać. To poważnie zaniepokoiło Adema, po raz pierwszy widział by jeźdźcy odmówili walki powietrznej, odwrót bo wroga jest więcej?
Nie to nie tak, to musi mieć związek z tym co wrogowie wyrzucili. Szybko spojrzał się na te małe szare maszyny, leciały one z zdumiewającą prędkością w ogromnym roju. Było ich znacznie więcej niż jego jeźdźców.
Oficer który nimi dowodził widział to dlatego nakazał zmianę szyku na szyk stożek, była to podstawowa formacja do walki powietrznej z bardziej liczebnym przeciwnikiem. Dzięki ustawieniu się jak postawiony na bok stożek, każdy z jeźdźców mógł otworzyć ogień jak i przeprowadzić szarżę prosto w formację przeciwnika rozbijając jej ścisłe centrum.
Adema coś swędziło gdy zobaczył tę formację, miał wrażenie że to jest błąd. Gdy tylko zbliżyli się na zasięg strzału a z paszcz wiwern buchnął ogień, sądził że to głupie uczucie, chwilę potem przeklinał w duchu że miał rację.
Powietrzna szarańcza gdy tylko wiwerny zwolniły by otworzyć ogień rozproszyła się, otaczając Smoczych Jeźdźców. Z niebywałą grację i nieludzką precyzją ominęły ogień, po czym wbiły się w zdumionych tym Jeźdźców. Następnie powietrze przeszył ogromny huk, powodując mimowolne reakcje strachu. Adem mrugnął wtedy na krótką chwilę, po czym zaczął kręcił głową bowiem został niemile oślepiony nagłym światłem.
Wrócił do świata, chwilę później gdy paniczne okrzyki zaczęły się mieszać z basowym dźwiękiem niezwykle szybko pracującej piły. Ostatni rzut oka na powietrze, pozwoliły mu zobaczyć jak resztki tego co pozostało z Jeźdźców zaczęło spadać na ziemię, następnie zaczął się rozglądać szukając źródła zamieszania.
„Panie, Panie! Wróg!" zawołał Dorian panicznym głosem.
„Gdzie, kretynie?" warknął wściekle Adem ciągle szukając.
„Wszędzie!" odkrzyknął Dorian pokazując różne miejsca. Adem szedł wzrokiem za jego wskazaniami, ku swemu zdumieniu i złości odkrył że wróg dosłownie jest wszędzie. Ukrył się pod jego cholernym nosem, na polach wokół drogi w przygotowanych ziemiankach z których buchał ogień który masakrował jego ludzi.
„KURWA!" warknął głośno gdy jego koń zaczął wariować, bowiem Szara Szarańcza zaczęła wszędzie spadać, pochłaniając w eksplozjach całe bataliony które wbite w kupę stawały się łatwym celem.
„DORIAN!" warknął na swego podwładnego.
„Tak panie?" rzek lękliwie
„PRZEKAŻ ROZKAZ - ROZPROSZYĆ I UDERZAĆ W LUŹNYM SZYKU NA WROGIE KRYJÓWKI!"
Dorian tylko kiwnął głową zanim zaczął wypełniać polecenie.
„ERIAN!" zawołał drugiego przybocznego, jego osobistego maga. Ten szybko odwrócił się w stronę generała „BARIERA, JUŻ!"
Erian wykonał polecenie w ostatniej chwili, solidna magiczna bariera chroniąca przed wszystkim pojawiła się tuż przed zbliżającą się z góry Szarańczą, ta tylko rozbiła się o nagłą przeszkodę w wybuchowym stylu. Sam Adem, człowiek o raczej małej empatii skrzywił się widząc jak eksplozja zdmuchnęła wszystkich poza barierą, a odłamki rozszarpały pozostałych co mieli pecha przeżyć falę wybuchową.
„Co to było mój panie?" Zapytał przerażony jeden z przybocznych, chyba właśnie Sterian.
„Polska Szarańcza." odparł chłodno Generał, zapadła na chwilę cisza zanim odgłosy toczącej się na zewnątrz walki znów ożyły.
„Dobrze" rzekł Generał „Erian ile wytrzymasz?"
„Takich wybuchów?" zapytał Erian, Adem kiwnął głową „Niewiele, mój panie." pokręcił głową Erian „Muszę ją wzmocnić."
Adem skinął głową rzucając ostro do pozostałych magów „Wykonać"
Następnie zwrócił się do Doriana i innych sztabowców. „Rozstawić sprzęt, zorganizować stałą łączność, chcę wiedzieć za 5 minut co się do kurwy jebanej nędzy co się stało i co się stanie."
Dorian i jego ludzie zasalutowali bez słowa, sam Adem zaś wyciągnął fajkę i dla uspokojenia nerwów zapalił. Gdy tylko wypuścił pierwszy obłok dymu, mruknął pod nosem. „Te niziołki przynajmniej robić tytoń."
Nikt nie śmiał zwrócić generałowi uwagi z niezwykle niepoprawną politycznie wypowiedzią. nie żeby chcieli, to co się działo na zewnątrz motywowało do siedzenia cicho i zajęcia się czymś byle by nie patrzeniem na okolicę. Sam zainteresowany w tym czasie ponownie zaczął się rozglądać za pomocą lornetki.
Bez emocji patrzył jak jego żołnierze są na wszystkie możliwe metody likwidowani.
Przerwał gdy paru piechurów desperacko podbiegło do bariery, i zaczęło walić pięściami żądając ich wpuszczenia. Generał popatrzył się na nich, uniósł brwi po czym dał jasno do zrozumienia że ich nie wpuści, jak chcą przeżyć muszą sobie radzić sami.
Chwilę potem, Szarańcza spadła, a to co zostało z żołnierzy pozostawiło krwawy ślad na barierze, generał pokiwał lekko głową z uznaniem wobec polskiej techniki, widząc jak wnętrzności żołnierzy ślizgały się po barierze ciągnięte siłą grawitacji w dół.
Paru jego przybocznych nie wytrzymało tego widoku i opróżniło zawartość swych żołądków. Gdy tylko skończyli, generał rzekł „Zakopcie to, nie chcemy tutaj niepotrzebnego smrodu." Żołnierze spełnili polecenie bez słowa.
„Wszystko gotowe mój panie!" zawołał Dorian, Adem zwrócił się do niego, pokiwał głową wypuścił ostatni kłębek dymu po czym zgasił fajkę.
„Czas wrócić do pracy." mruknął pod nosem stając na mapą, „Melduj stan!" rzekł do Doriana.
1 Pułk Piechoty Morskiej
2 Poczet
Prusacy atakowali przeciwnika tyralierą, pomiędzy szeregami piechoty jechały pojazdy które z łatwością przebijały się przez gruby śnieg. Wszyscy strzelali ostrożnie oszczędzając amunicję, karabiny maszynowe na dachach Waranów i Kozaków strzelały krótkimi seriami a zwykli piechurzy pojedynczymi strzałami.
„Spokojnie, Spokojnie! Nie spieszyć się! Tamci nie uciekną, oszczędzać amunicję!" Krzyczał Drużynowy Adolf Wolf, dowódca Drużyny Tennera, widząc jak jego podwładni strzelają seriami. Ich Kozak-4 strzelał im nad głowami swym Najcięższym Karabinem Maszynowym, poczciwą dwudziechą, likwidując całe kompanie przeciwnika, pozostawiając drużynie ocalałych do dobicia.
Sam Tenner strzelał rzadko bowiem prawie nie miał w kogo, a przy tym jakoś nie było do smaku strzelanie do ludzi jak do tarcz. Bo rzeczywiście, żaden z przeciwników nie był w stanie im zagrozić. Biegli do przodu, tylko po to by upaść jak marionetka której ktoś uciął sznurki na których się porusza.
Bardziej ciągnął go świat za Bramą, i ci dziwni Nippończycy. Miał ochotę zajrzeć do ich świata i zobaczyć co się tam dzieje. Jaka jest sytuacja jego Heimatu czyli Prus i Vaterland czyli Polski. No i ciekaw był czy żyje sobie tam jakiś inny Florian Tenner, czym się zajmuje, jakie ma życie i tak dalej.
Rozejrzał się na bok, jego poczet prowadzony przez Kapitana Mutiga nacierał z innymi poczetami z 2 Roty od strony lasu gdzie znajdowała się Brama. Między nimi a wrogiem zaś znajdowali się tubylcy z milicji którzy strzelali z gniazd karabinów maszynowych i moździerzy poukrywanych wcześniej pod śniegiem w ziemiankach.
Z tego co również wiedział, Jegrzy albo Łowcy jak kto woli, szaleli daleko z tyłu kolumny tam gdzie znajdowały się tabory Lourii. W sumie logiczne, kto lepiej się nadaje do eksterminacji jak właśnie roboty?
„Uwaga Smok!" ktoś krzyknął przez Topaza, Tenner odwrócił wzrok w kierunku zaznaczonej wiwerny.
„Przyjąłem, zaraz spadnie." rzekł ciężki basowy głos w którym Tenner rozpoznał Konrada Figarskiego jednego z operatorów Poprada, samobieżnego rakietowego zestawu przeciwlotniczego, po chwili z lasu za nimi wystrzeliła rakieta Piorun z jednej wyrzutni ciężarówki. Szybko doleciała i ściągnęła z nieba jednego z ocalałych Smoczych Jeźdźców Lourii.
To przynajmniej była szybka śmierć, pomyślał Tenner, wpatrując się w spadające zwłoki. Rakieta trafiła idealnie tam gdzie był jeździec, odrywając głowę wiwerny od reszty ciała. Mimochodem przypomniało mu się jak ci Nippończycy zza Bramy zrobili to samo z Łymiańskim Smoczym Jeźdźcem. Oczywiście już wiedział że nazywają się Saderianie, ale nazwa Łymianin tak mocno się przyjęła wśród żołnierzy że to jak próba nauczenia wszystkich wokół że Niemcy nazywają się Deutsch. Nie ma rady, nikt poza samymi Niemcami tak ich nie nazywa.
Pardon, ci Nippończycy ich tak nazywają, ale tylko ci i najpewniej też ci co są uwięzieni z Polakami na Arkadii. W jego świecie, z tego co się dowiedział, mówią Niemietsu.
„Wampir robi robotę co nie?" zagadnął do niego Geeler.
„Co?" zapytał tempo zanim załapał o co chodzi. „Tak, tak. Robi robotę, jeden taki rój i wróg bez porządnej obrony przeciwlotniczej jest w kropce." zgodził się Tenner. Tutaj musiał przyznać gościom z WB Elektronika że wiedzą co robili. Taki Rój który można na żądanie ściągać w dane miejsce stanowił potężny atut, bo każdy z dronów był cholernie tani stąd byle szeregowiec mógł po prostu prosić o precyzyjne uderzenie w dane miejsce. Co innego niż te cholerne pociski, za drogo i zawsze ich za mało, stąd trzeba się doprosić by dostać choćby jednego.
Z drugiej strony, pociski jak przywalą to nie ma co zbierać, choć w opinii Tennera zawsze to było przekombinowane. Po co takie drogie coś wywalać na byle cel? Na bazę, jakiś solidny bunkier albo inne drogie i ważne miejsce. Spoko, rozumiał tu trzeba coś sporego kalibru i zarazem dużo celniejszego niż klasyczna artyleria, nawet jeśli współczesna potrafi trafić w cel wielkości szpilki.
No przesadził, wielkości główki kapusty. Niemniej, główny zarzut jest słuszny, pociski są fajną zabawką, szczególnie dla marynarzy i lotników lecz w wielu przypadkach to po prostu droga przesada. Choć mają zalety, to jednak cena czyniła z nich broń specjalną i w wielu przypadkach jednorazową. No i na początku była to bardzo felerna broń, starcia morskie i powietrzne w czasie wojny czwartolipcowej wykazały że nawet 75% wystrzelonych rakiet zgubiło cel i po prostu sobie poleciały w cholerę.
Drony od samego początku zaś były projektowane i budowane by uniknąć tego problemu. Oczywiście nie były bez wad, główną jest to że są bardzo podatne na obronę przeciwlotniczą, pociski mniej ale do czasu wprowadzenia działek laserowych, wtedy i one stały się tylko zwykłym problemem. Oczywiście działko laserowe oprócz tego że jest bardzo drogie, wymaga sporej ilości energii stąd są tylko na okrętach czy większych pojazdach, głównie czołgach. Zwykłe ciężarówki muszą się zadowolić karabinami maszynowymi.
Na szczęście Louria jako że jest średniowiecznym/renesansowym królestwem magii, jest dużo poniżej tego co zazwyczaj może zrobić nawet zacofany kraj na Starej Ziemi.
„Zaraz czy ja dobrze widziałem, czy nagła fala wiatru nagle popchnęła wiele z Sokołów?" rzekł zdziwiony Geeler, gdy znikąd pojawił się silny wiatr rozpraszający atakujące drony.
Tenner wzruszył ramionami „Nic im te magiczne sztuczki nie dadzą, dopóki nie strącą Mew które obserwują cały teren z powietrza i jednocześnie koordynują Wampira, Sokoły będą szybko odzyskiwać kontrolę nad sobą." Po chwili parę Sokołów zderzyło się z sobą tworząc widowiskową eksplozję. „No chyba że je popchną na siebie nawzajem z wystarczającą siłą." skomentował po tym wydarzeniu, powodując mimowolny chichot kolegi.
„Florek, coś mi się wydaje że oto właśnie chodziło temu magikowi który to zrobił. Oni są owszem, zacofani ale nie są głupi." odparł Geeler.
„Każdy szyje jak umie!" wtrącił się ich kolega z drużyny Vaupel podczas gdy przeładowywał swego UKM.
„Jasper ma rację, każdy szyje jak umie." zgodził się Geeler, po czym kolejna fala Sokołów spadła na swe ofiary jak zwierzęta od których wzięły swą nazwę. Kolejne setki jeśli nie tysiące Lourian pożegnało się z życiem kiedy Sokoły wykonały swój akt. „A to że niewiele umie. To inna sprawa prawda?" dodał ironicznym tonem.
Jakiś czas później
321 Kompania Piechoty z 123 Pułku Piechoty z Trzeciej Armii Podboju
Okrzyki sierżanta dodawały im animuszu. „Biegiem, kurwa, biegiem jeśli wam życie miłe!" Dawirowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, rzucił wyższy bieg i zaczął szybciej biec przed siebie. Instynkt krzyczał by jak najdalej od zagrożenia, ale wyszkolenie i poczucie solidarności z kolegami trzymały go jeszcze w formacji, choć raczej to co z niej zostało.
Co tu dużo mówić, Polacy to diabły wcielone. Niczym demony zemsty spadli na Lourian z powietrza swymi potworami które ktoś nazwał Szarańczą. Dawir uznaje to za trafne określenie.
Lecz niestety, Szarańcza to początek plag. Huczące kije, albo ręczne armaty jak ktoś mądrzejszy od niego nazwał, były inną, jeszcze bardziej przerażającą. Bowiem taką Szarańczę to można zobaczyć, i próbować się jej pozbyć bo są całkiem duże. Magia, kusza czy nawet zwykła proca mogła sobie z nimi poradzić, ale kij? Jak uniknąć niewidzialnych strzał które są w stanie przebić nawet najlepsze kirysy tak jakby nigdy ich nie było?
Najgorsze były te na ich wozach bez koni, grały bardzo grubym basem a skutki oberwania od nich były koszmarne. Odstrzelona ręka to był łaskawy wyrok, pod warunkiem że medyk kompani zdąży uratować cię przed wykrwawieniem. Co nie było tak oczywiste, bowiem takie armaty są w stanie przestrzelić strzałami wielkości kasztana paru żołnierzy pod rząd. Pancerze i kolczugi rozpadały się gdy tylko zostały trafione.
Sam Dawir miał nieszczęście znaleźć się pod ostrzałem jednego z nich. Na szczęście na krótko, szarża powietrzna zmusiła do zmiany celu. Niestety w ciągu tej krótkiej chwili spora część kompani padła martwa.
To co z niej zostało, po prostu rzuciło się do ucieczki. Jak później Dawir zauważył parę kolegów którzy akurat przeżyli gdzieś zniknęli w całym tym zamieszaniu sprzed paru godzin. Nie płakał po nich, nie potrzebują zdrajców.
„Na ziemię!" krzyknął sierżant, a Dawir upadł wraz z wieloma innymi, akurat tuż przed zaspą. Ci którzy nie zdążyli zostali ścięci przez niewidzialne strzały.
„Pieprzone gnojki, bawią się z nami. Dostali zabawki od Polaków to teraz pokazują kto tu rządzi. Jak ja nienawidzę tych elfolubów." odezwał się jeden z jego towarzyszy, chyba Towit.
„Morda, Towit. Chcesz nas wszystkich pozabijać?" warknął sierżant, jak na potwierdzenie jego słów krótka seria przeleciała nad ich głowami. Na szczęście Toynianie celowali w kogoś innego. Słysząc końskie i ludzkie jęki łatwo się domyślić w kogo.
„Szkoda chłopów, spoko byli." mruknął ktoś inny, po tych słowach zapadła cisza. Niektórzy zmówili niemą modlitwę za poległych. Mieli służyć jako dywersja dla kompanii Dawira, niestety Toynianie pozbyli się ich. Na szczęście mieli plan B.
Dawir uśmiechnął się gdy usłyszał charakterystyczny świt startującej rakiety, szybko ściągnął twarz do ziemi i przycisnął ręce do uszu. Przytłumione odgłosy wybuchających rakiet oszałamiających, oryginalny projekt Lourian zaprojektowany do złamania oblężeń, dotarły do jego uszu. Już takie były nieprzyjemne, ale co mogą powiedzieć nie spodziewających się tego Toynianie?
Czuł wibracje uderzających o ziemie rakiet. Wyszczerzył zęby z zadowolenia, teraz ich kolej na przerażające uderzenie. Gdy tylko upadła ostatnia rakieta, kompania się szybko podniosła z ziemi.
Sierżant machnął mieczem do przodu krzycząc „Naprzód! Za Lourię!" Dawir z entuzjamem atakującego, spojrzał się na wrogą ziemiankę. Już tylko postawił pierwszy krok rycząc wniebogłosy z innymi „Louria!, a po chwili poczuł jak coś rozłupuje jego czaszkę, ostatnią rzeczą jaką poczuł było jakby haki wbite w jego ciało pociągnęły go do tyłu. Wtedy Dawir, syn Eniwa zrozumiał jak złoto, chwała i inne materialne zdobycze tego świata, są niewiele wart.
