18 Marca 1640 Roku Kalendarza Centralnego
RNV Praeclarus
Cieśnina Altaras
Marszałek Polny Edgardius Preator puszył się jak paw. Jego armia wyruszła na szybką wojnę, wojnę w której pokaże tych dzikusom z... jak się zwał ten nędzny kraj? Aa, Louria. Preator pokaże tym dzikusom co to znaczy sztuka wojenna.
Banda nieudolnych kretynów, jedynie co osiągnęli to mistrzostwo świata w waleniu głową w mur. On im jeszcze pokaże jak się przebić przez tych Polaków.
Właśnie Polaków, wreszcie jakiś godny wróg. Wróg którego jego tchórzliwy Imperator się wystraszył. Dla Preatora to dobry znak, zgodnie z starą Parpaldiańską zasadą Imperator który jest nieudolny czy słaby musi ustąpić. W jaki sposób? Nie ma to znaczenia choć najpopularniejszym był zwykły przewrót wojskowy, czyli to co chciał osiągnąć Preator poprzez wojnę z Polską.
Nie wiedział czemu się tak Naczelny Dowódca Arde wystraszył. Latające maszyny, stalowe smoki plujące ogniem, czy jest to coś czego nie znają? Przecież to są samoloty, czołgi albo mechy. Piechota uzbrojona w broń maszynową? To przecież ciężkie karabiny maszynowe! Wszystko to znają z Zachodu. Nic nowego, a nawet mają przygotowane plany i odpowiednie zaklęcia na wypadek wojny z nimi.
Wystarczy wdrożyć je w życie przeciw Polsce! Co to za problem? No nic, uznał Preator, Arde najwyrażniej musi zostać powieszony na hak, niczym zwykły morderca. Tak się kończy bycie nienadającym się do swej roli oficerem. Oficer Parpaldii musi być dumny, poważny oraz przede wszystkim zachować zimną krew niezależnie od sytuacji.
Właśnie, mówiąc o zimnej krwi. Preator spojrzał się na generała Ciusa, człowieka tak zimnego i oderwanego od ludzi. Że gdyby nie fakt że jest przerażająco pragmatyczny, najpewniej bez wahania posyłał by tysiące na śmierć by zdobywać dowolną pozycję. Na szczęście dla jego podkomendnych, wyzwawał zasadę pragmatyczności dobrowadzonej do skrajności czyli jak największy efekt przy jak najmniejszym wysiłku i stratach. Masowa rzeźń w imię zdobycia byle pozycji, nie jest w jego stylu a z pragmatyzmem ma tyle wspólnego ile krzesło z krzesłem elektrycznym.
Nie żeby miał problem z wysyłaniem ludzi na pewną śmierć czy wydawać niesławny rozkaz dziesiątkowania by celu przywrócenia dyscypliny w oddziałach. Lecz robił to rzadko i wyłącznie w sytuacji gdy inne wybory dawały znacznie gorszy efekt w ogólnym rozrachunku.
Preator podejrzewał że tylko poważny wstrząs psychologiczny zmieniłby go w kompletnego wariata.
"Generale Cius." zawołał swego podwładnego, ten odwrócił się w jego kierunku
"Tak mój panie?" zapytał lodowatym tonem
"Piękną mamy dziś pogodę nieprawdaż?"
Cius uniósł lekko brwi, lecz bardzo szybko wrócił do swej ponurej miny. "Zaiste piękną, Marszałku Preator."
"Zgadza się" kiwnął głową Marszałek "dzięki niej będziemy widzieć wrogą flotę z daleka."
Cius pokiwał bez słowa głową, "Masz rację Marszałku, masz wyśmienitą rację" dodał po dłuższej chwili gdy się odwrócił z powrotem do przodu po czym uniósł lekko głowę "Szczególnie przydatne jest że niebo mamy nad wyraz czyste."
"Co masz na myśli?" zdziwił się Preator, lecz generał jedynie wskazał w górę ręką. Marszałek poszedł za wskazaniem i poczuł dreszcze. Wysoko w oddali, jedynie dzięki braku chmur, można było dostrzec kilkadziesiąt samolotów.
"Co do diabła?!" zawołał głośno, powodując że załoga mostka zwróciła na niego uwagę, Marszałek odchrząknął "Nic panowie, kontynuować pracę." uspokając ich.
Gdy tylko marynarze pod surowym spojrzeniem Przełożonego wrócili do swych zajęć, rzekł cicho do Ciusa "Co do cholery, przecież to niemożliwe by jakikolwiek samolot leciał tak daleko i tak wysoko."
"Najwyraźniej niemożliwe stało się możliwe." odparł Cius bez cienia zwłoki.
Marszałek Preator nie chciał się z nim zgodzić w tym miejscu, problem w tym że rzeczywistość nie dbała o jego chęć, jak się miał zaraz o tym przekonać. Lecz to historia innego człowieka, człowieka który przypadkiem uratował Parpaldię od wojny domowej i zmarł nigdy się tego nie dowiadując.
Kim on był?
Kapitanem OKP Kaszub. Małej i zmodernizowanej prototypowej korwety typu Kaszub. Nazywał się Michał Głuś i dla Altaran jest po dziś dzień, bohaterem który uratował ich wyspę przed inwazją. Bo trzeba wiedzieć że pierwszym przystankiem Armii Ekspedycyjnej w drodze do władzy Preatora, zresztą wbrew woli Imperatora Ludiusa, miał zostać Altaras.
Dlaczego? By mieć bazę wypadową w zarówno w wojnie domowej jak i pierwszy tryufm który zaszczyci jego głowę.
18 Marca Anno Domini 2021
OKP Kaszub
Cieśnina Altaras
"Ile mamy kontatków na Radarze?" zapytał dowódca Korwety, Kapitan Michał Głuś. Był to starszy mężczyzna, w sile wieku. Do bycia dziadkiem jeszcze mu brakowało, nie mniej najlepsze lata miał już za sobą. Kaszub miała być jego ostatnim rozlokowaniem zanim przejdzie na emeryturę, głównie wróci do rodzinnego gniazda zajmując się rolnictwem jak przypadło na szlachcica. Choć szlachta polska rzadko zaciągała się do marynarki wojennej, tam przybywali głównie mieszczanie choć gwoli ścisłości w Rzeczypospolitej całkiem łatwo stać się szlachcicem, tak łatwo że ponad 32% obecnego społeczeństwa to szlachta. Oczywiście pod warunkiem że chcesz.
"Ponad czterysta!" odparł operator radaru Andrzej Tworek w randze Miczmana mocno zaskoczony liczbą wrogów.
"Nie pierdolą się w tańcu" odezwał się zastępca dowódcy Kaszuba, Namiestnik Bartłomiej Farbiś, z pochodzenia chłop, co ma znaczenie w strukturze społecznej Rzeczypospolitej która jest ciągle społczeństwem klasowym, choć nie w steorotypowym tego słowa znaczeniu. Nie mniej tyczy się to głównie życia w cywilu, w wojsku liczą się wyłącznie umiejętności.
Choć faktem jest że od szlachica w wojsku wymaga się znacznie więcej niż od innych klas społecznych, przez co ironicznie łatwiej jest awansować w górę hierarchi wojskowej będąc z każdej innej byle nie szlacheckiej. Nic w tym dziwnego, bowiem tradycją jest że każdy Polski Szlachic po ukończeniu pełnoletności (to jest 18 lat) musi wstąpić do wojska na parę lat, zaczynając od zakichanego szeregowego. Uważa się że to na polskich rycerzach, bo za takich się uważają szlachcice, spoczywa obowiązek obrony kraju. Jeśli inne stany muszą masowo wstępować do wojska, to znak że sytuacja jest tak samo zła jak w czasie Wojen Rewolucyjnych.
Zaś wtedy sytuacja była fatalna i mimochodem odbiła się na szlachcie w sposób rewolucyjny. Dokładniej złamała niechęć szlachty do służenia w piechocie i artylerii, po prostu Wojsko Polskie nie potrzebowało aż tylu kawalerzystów ile jest szlachty. (I zarazem od tego momentu zapis Uchwały z 3 Maja, mówiący o rozszerzeniu szlacheckich praw na resztę narodu wreszcie zaczął żyć.) Bo trzeba wiedzieć że w starej Polsce, taniej było zwerbować kawalerię niż piechotę. Kompletna odwrotność niż na zachodzie!
Nic dziwnego, na Wielkich Przestrzeniach, zwanych stepami albo dokładniej Wielkim Stepem Euroazjatyckim, piechota była przydatna głównie do obrony fortec i miast oraz do atakowania ich. Poza tymi wyjątkowymi sytuacjami, stanowili piąte koło u wozu, które z łatwością kawaleria rozbijała.
Efektem ubocznym tego umiejscowienia na mapie świata a przez co tradycji wojennych jest paradoksalnie silny i pozytywny wpływ na marynarkę wojenną. Walki na ówczesnych stepach Ukrainy, Dzikich Pól i dalej wzdłuż Wielkiego Stepu, miały sporo wspólnego z tym jak się walczy na morzach i oceanach.
Dlatego gdy Wojny Rewolucyjne na poważnie dały życie polskiej obecności wojskowej na wszelakich akwenach morskich, okazało się że Polacy umieją wojować na morzu nie gorzej niż na lądzie. Dając w ten sposób niejednokrotnie się w znaki Marynarce Rewolucyjnej Francji, Niemiec i przede wszystkim Niderlandom czyli ironicznie głównym żródłu z jakiego Rzeczypospolita czerpała jeśli o budowanie swej obecności na morzach i oceanach.
Termininologia, budowa statków i okręt, styl zarządzania i dowodzenia to wszystko zostało zapożyczone od Holendrów którzy byli ściągani jako osadnicy do Polski dając początek Koronnej Marynarce Wojennej i reszcie. Zresztą wpływy Holenderskie już widać w samym głównym porcie Rzeczypospolitej czyli Gdańsku. Jest on bardzo podobny do miast holenderskich.
No i nie zapominajmy o Arendzie Dickmanie który był właśnie Holendrem w polskiej służbie, to on wraz z zwycięstwem pod Oliwą nad flotą Szwecką zapoczątkował istnienie Marynarki Koronnej na poważnie ukazując przydatność sił morskich dla Polski. Choć ta do czasu wojen rewolucyjnych była bardzo niewielka i opierała się głównie na dwóch stałych flotach stacjonujących w Gdańsku i Władysławowie, wspartych tak zwanymi kaperami czyli piratami na usługach Króla Polski.
Całość tego wszystkiego powodowała że tradycyjną dla polskich marynarzy jest sytuacja gdy są przewyższali liczebnie przez wroga. Stąd Kapitan Głuś jak i jego załoga nie przejmowała się przewagą przeciwnika w okrętach, nawet gdyby to były tak samo nowoczesne jak ich samych. Po prostu zrobią to co się zawsze robi w Koronnej Marynarce w takich sytuacjach.
"Bez przekleństw, Farbiś. To jest kulturalny okręt." rzekł spokojny tonem Głuś.
"Aha, czyli mam mówić jak przyjęło się przedstawiać marynarskie przekleństwa w bajkach dla dzieci?" zaczął żartobliwie ironizować Farbiś "Dobra, mogę tak zrobić." dodał po chwili, odkrząknął i zaczął "Do sto beczek solonych dorszy! Oni biorą to na poważnie!"
Załoga mostka mimowolnie zachichotała. Nawet Głuś uległ czarowi Farbisia. Pozwoliło to wyluzowanie się i spokojniesze podejście do tematu.
"Dobrze, jaki mamy plan Kapitanie?" zapytał Farbiś gdy wszyscy się uspokoili.
Głuś popatrzył się na niego bez słowa, następnie podszedł do stołu nawigacyjnego i szybkim sprawym ruchem zaktualizował stan mapy, umieszczając wykrytych wrogów na niej. Następnie paroma kolejnymi kliknięciami i innymi sztuczkami z wykorzystaniem palców umieścił cały plan.
Farbiś mu się przyjrzał zanim parsknął z śmiechu "Poważnie?" dodał po chwili niedowierzając temu co widzi.
"No co?" odezwał się Głuś "Tu nie ma miejsca na jakieś finezyjne taktyki. Podpływamy do nich na granicy horyzontu tego świata, strzelamy z działa laserowego aż do przegrzania działa albo wyczerpania baterii. Po czym odpływamy znów za horyzont gdzie czekamy aż działo się zchłodzi albo bateria się znów załaduje i tak w kółko aż całą flotę podpalimy."
"A jak wyskoczą z tymi swoimi smokami? Słyszałem że używają swoistych lotniskowców tylko z wykorzystaniem smoków zamiast samolotów." dopytał Farbiś.
"To co z każdym innym obietkem latającym, strzelamy z dział przeciwlotniczych albo z Piorunów. Inna sprawa że raczej najpierw podpalimy te lotniskowce, w ten sposób ugotujemy ten problem na samym początku." odparł Głuś.
Farbiś skinął głową, zanim dodał złośliwe "Duszone Mięso z Smoka, gotowane za pomocą laserów w drewnianym garnku. Podoba mi się ten zamysł." następnie zaintrygowany dodał "Ciekawe jak smakuje mięso smoka?"
"Prawdopodobnie jak mięso jaszczurki." odezwał się jeden z marynarzy na mostku.
Farbiś kiwnął głową po dłuższym zastanowieniu się, w sumie smoki to ogromne gady, prawda?
"Dobrze, my tu Gadu-Gadu a robota stoi. Czas się wziąć do roboty." odezwał się Kapitan Głuś, kończąc sielankową atmosferę. Następnie polscy marynarze przystąpili do pracy. Kaszub ruszył ostro przed siebie, rozpędzając się do pełnej prędkości czyli około 30 węzłów, w kierunku płynącej z północy floty.
Oczywiście sam Głuś nie zdawał sobie sprawy z prawdziwego celu floty. Sądził, podobnie zresztą jak Ludius a przez co Polski Wywiad, że Marszałek Preator płynął w stronę Roderiusa. Co zresztą było oficjalnym celem, to czego się ani Ludius ani tym bardziej wywiad nie spodziewał że Preator złamie rozkazy.
Wszak Marszałek aż tak głupi nie był, to nie nadgorliwość czy brawura ściągała w jego szeregi ekspansjonistów, ale właśnie same działania Marszałka to uczyniły. Starał się zabrać z sobą najbardziej oczywistych buntowników by uśpić czujność Imperatora Ludiusa. W rzeczywistości w cieniach stolicy Parpaldii, zwolennicy Preatora szykowali się na wjazd tryumfialny "przyszłego" Imperatora.
Ludius sądził że udało mu się wystryknąć na dudka swych niedawnych zwolenników, ale to właśnie Preator ustawił grę od początku. Oczywiście Preator szykował przewrót wojskowy od wielu lat. Uważał że Ludius nie nadaje się na Imperatora jak i sam chciał władzy. Czekał tylko na okazję do działania.
Koflikt który wybuchł na Roderiusie, spolegliwość jaką okazał Imperator wobec sprawy, była dla niego tą okazją.
Po pierwsze dało się wyczuć delikatność z jaką potraktował nowych graczy, Preator wbrew wielu swym zwolennikom rozumiał w czym rzecz. Bowiem za młodu, kiedy był zwykłym podoficerem pełniącym rolę adiutanta i sługi swego mentora, został z nim wysłany do Centrum i Drugiej Strefy.
Jego Mentor, Aureliusz Baliseus był wysłany w charakterze Attache Wojskowego, czas kiedy to było był szczególny, bowiem wtedy trwała IV Wojna Cywilizacyjna. Sam Preator miał okazję zobaczyć na żywo wtedy rodzące się samoloty, czołgi, mechy, jak i usprawniające działania wojenne inne zdobycze techniki. To co wtedy zobaczył, po obu stronnach zresztą bowiem Parpaldia wówczas ledwie Supermocarstwo zachowała neutralność wobec obu stron, utwikło w jego pamięci na dobre.
Przez co przez lata garłował za rozpoczęciem własnych analogicznych projektów z wykorzystaniem znalezionych resztek sprzętu wojskowego Imperium Czarnoksiężników, jak i szukaniem rozwiązań do walki z nimi.
Zresztą, ta osobista znajomość nowoczesnej techniki jest tym czym różni się od Naczelnego Wodza Arde. Bowiem Naczelny Wódz jedynie słyszał z drugiej ręki o tym, więc kiedy Preator usłyszał że ten załamał się po pokazie analogicznego sprzętu wojskowego w Rzeczypospolitej, dołożył tylko kolejną cegiełkę pogardy wobec Arde i jego protektora dzięki któremu dostał tę rolę. Samego Imperatora Ludiusa.
Nie żeby Arde nie był w podstawowym stopniu kompetentny, wszak Ludius nie był skończonym idiotą by w roli Naczelnego Wodza obsadzić kretyna, nie kiedy chciał podbijać. Niemniej Preator uznawał że jest wiele innych bardziej kompetenych ludzi na to stanowisko, choć wbrew pozorom nie pożądał tej roli dla siebie. Sam uważał się że jest jedynie 9 osobą w top 10 najlepszych kandydatów do tej roli.
Niestety dzielił wspólną cechę z resztą kandydatów, nie wlazł w dupę Ludiusowi jak Arde. Preator patrzył na Ludiusa z srogą niechęcią, bo ten bardziej był przejęty by nie stracić korony niźli przyszłością Imperium.
Ironia losu miała sprawić że tym który go obali, jest ten który choć też pożąda władzy, najpierw skupia się na losie Imperium a przez co jest gotów oddać władzę dla lepszej oferty. Problem w tym że Preator takiej nie widzi, więc ją weźmie dla siebie niźli odda ją szakalom.
A przynajmniej tak sądził Preator gdy planował swój przewrót. Niestety los bywa bardzo zlośliwy dla każdego.
Tu przechodzimy do drugiej przyczyny dlaczego Marszałek widział w tym okazję do działania, wycofanie się z planów podboju Altaras przez Ludiusa. Mówiąc oszczędnie, nie był to popularny ruch, więc Preator uznał że trzeba to wykorzystać by zaskarbić sobie na sam start przychylność elit i ludności Imperium.
Pokazać że da się wykorzystać tę wojnę z korzyścią dla Parpaldii, zagarnąć Altaras dla siebie przy pokazaniu wszystkim w Philades że próba dogadania się z nowymi graczami samodzielnie skończy się karą.
W ten sposób Preator chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ukazać słabość Imperatora, jego agenci mieli przypilnować by Ludius nie wykorzystał tego dla swoich celów, jak i zastraszyć wszystkich w trzeciej strefie.
Gdyby nie miał pewności że podbój Altaras się uda, to by pominął ten krok i od razu udał się do Roderius by pobić pretendenta. W tym drugim punkcie Preator choć był przekonany o zwycięstwie nie był w 100% pewny że się uda. Dlatego zabrał z sobą ponad pół miliona ludzi, czterysta okrętów wojennych, dwa tysiące transportowych płynących z tyłu Floty Wojennej, najlepszych magów z najbardziej zaawansowanymi zaklęciami obronnymi oraz najnowsze i eksperymentalne bronie.
Mówiąc krótko, zabrał z sobą Armię Nowego Wzoru. Gdyby użyć tej siły wobec któregoś z dotychczasowych supermocarstw, to tak Preator miał szansę zwyciężyć. Choć są pewne niedostatki w szczegółach, to dzięki Magii i Biomagii byłby w stanie zwyciężyć z armią z czasów I Wojny Światowej w Walnej Bitwie co zresztą było jedyną nadzieją Parpaldii na odparcie inwazji z Zachodu.
Problem w tym że nie miał się z taką armią mierzyć, zaś to co mogło skutecznie zadziałać przeciwko okrętom z I Wojny Światowej, niekoniecznie musiało by sobie poradzić z atakiem współczesnego okrętu. Niestety Preator nie zdawał sobie z sprawy z tej różnicy aż do momentu gdy zobaczył polskie samoloty transportowe lecące ku Ethirant.
Dopiero wtedy załapał że Polska grała od samego początku w innej lidze, niestety siła sprawcza nawet Wielkiego Człowieka może działać wyłącznie gdy idzie z prądem, a nie przeciw niemu. Wtedy i nawet Napoleon padnie.
Wobec czego gdy do uszu dotarła wiadomość o zauważeniu samotnego okrętu przeciwka był przerażony. Jak się do nich podkradł? Przecież Madar powiniem wykryć każdy okręt zanim go zobaczą! Co oczywiście było prawdą, jest w stanie wykryć każdy obiekt pod jednym warunkiem, ma w sobie choć odrobinę magii. Jeśli coś nie ma magii, to tego nie widzi, co niekoniecznie jest wadą w Arkadii.
Bo tak, Madar jest kuzynem Radaru tylko nie używającego fal radiowy do znajdowania obietków a magii, dokładniej serii zaklęć szukających, wyczuwających i podobnych które wysyłają w eter magiczne fale, podobne do fal elektromagnetycznych bowiem sama magia w swej budowie jest bardzo podobna do elektryczności.
Owe fale zderzają się z żródłem magii, na przykład przeciętnym człowiekiem, zwierzeciem czy magicznym urządzeniem reagując wzajemnie na siebie tworząc coś co uczeni by wyjaśnić przeciętnemu człowiekowi porównują do wybuchu fajewerka. Miejsce "wybuchu" jest ukazywane na madarze.
Niestety dla Parpaldian, Polacy nie mają magii a zważywszy że nigdy w przeciwieństwie do Miliszian, Parpaldianie nie musieli znajdować sposobu na znalezienia niemagicznych za pomocą Madaru, to w oczywisty sposób zauważyć Polaków nie mogli. Choć jest to poważna wada, da się ją załatać poprzez odwrócenie tego co trzeba szukać, czyli nie miejsc gdzie magia dwóch obiektów zareaguje a właśnie poprzez nienaturalne niereagowanie na magię bowiem wszystko co rdzenne na Arkadii posiada magię. Niemniej wymaga to wcześniejszych badań i przerobienia Madaru by miał taką możliwość. Parpaldiańskie takiej nie miały.
Choć Radar przez jest znacznie bardziej uniwersalny, nie oznacza że dominuje nad Madarem. Sam Madar ma dwie niezwykle przydatne przewagi nad Radarem, jest przerażająco prezycyjny, znacznie bardziej niż kiedykolwiek Radar, bo jedyny sposób aby go oszukać to sprawić by twoja magia przestała reagować z inną, co jest naprawdę trudne bowiem wymaga specjalistycznego czarodzieja z niesamowitą kontrolą nad magią.
Druga przewaga to idiotyczna prostota w zbudowaniu takiego urządzenia, Madar jest znacznie protszy niż Radar do tego stopnia że jak odkryto sposób na zbudowanie takich urządzeń to bardzo szybko wiedza o tym stała się powszechnie znana, a takie urządzenia są standardem nawet w najbardziej prymitywnych społeczeństwach cywilizowanej części Arkadii. Co więcej, nawet tak niemagiczne państwo jak Mu, potrafi je zbudować własnoręcznie.
Dlatego też Preator był przerażony nagłym pojawieniem się przeciwnika, nie wiedział kompletnie w jaki sposób Polacy się do nich podkradli! Gdyby mu powiedziano że wcale tego nie zrobili, to by nie uwierzył. Niemniej choć zdawał sobie sprawę że jest naprawdę niebezpiecznie, zachował spokój i opanowanie.
Widząc wrogi okręt, nakazał od razu wydzielić awangardę by ta ruszyła z pełną mocą na samotny okręt przeciwnika. Reszcie floty, mając w pamięci siłę ognia z jaką raziły okręty Mu i Milishiant, nakazał rozproszenie się. Co więcej polecił natychmiast poderwać do góry wszystkie eskadry smoczych jeźdźców. Choć zadbał o to by okręt przeciwnika nie miał czystego pola ostrzału i zakrył lotniskowce innymi statkami.
Następnie przystąpił do patrzenia jak formacja awangardy płynęła stoczyć walkę z przeciwnikiem. Sam Preator miał cały czas palącą się czerwoną lampkę w głowie, sam fakt że samotny wróg tak po prostu ruszył na nich był niepokojący. Gdzie są inne siły wroga? I z jaką siłą przychodzi ten przeciwnik że nie boi się floty czterystu okrętów?
Efektem ubocznym tego zamieszania, było kompletne zapomnienie przez niego o polskich samolotach wysoko w powietrzu. Zaś tylko on i Generał Cius zauważyli te samoloty i to przez przypadek, niemniej chwilę potem pojawił się realny wróg że zapomniał co chciał powiedzieć pierwotnie madiooperatorowi.
W ten sposób stolica Parpaldii dowiedziała się jedynie o napotkaniu przeciwnika na morzu, zaś pozostała kompletnie nieświadoma zbliżającego się zagrożenia z powietrza. A między Bogiem a prawdą, trudno się dziwić że Preator się zapomniał.
Niedługo później samotny Polak zaatakował awangardę, umyślnie podpuszczając ich bliżej siebie. Szybkość z jaką zlikwidował całą formację przeraziła Preatora, zaklęcia obronne zaprojektowane by osłonić przed pociskami kinetycznymi wysokiego kalibru nawet nie zdąrzyły zareagować.
Ledwie Marszałek mrugnął, a jeden z okrętów zaczął płonąć. Mrugnął drugi raz, do koleżanki dołączyły kolejne cztery. Nie upłynęło nawet pięć minut a z awangardy nic nie zostało.
Preator otworzył usta zaszokowany, lecz choć chciał nie mógł nic powiedzieć. Na szczęście Cius który wtedy pękł powiedział za niego to o czym myślał.
"Co do kurwy nędzy się stało?" warknął zaskakując marynarzy w pobliżu. "Jak, oni wyrźnięli ich tak szybko?" zaczął pytać sam siebie Cius "Przecież to niemożliwe, to Flota Nowego Wzoru, zbudowana do powstrzymywania imperiów Zachodu. Nawet Milishiantom powinno to zająć znacznie dłużej!"
Trzeba bowiem wiedzieć że owe okręty, choć wyglądające jak żaglowce przełomu XVIII i XIX wieku, mają artylerię okrętową mniej liczną niż ich odpowiedniki z epoki ale za to wystarczająco potężną by uszkodzić a nawet zatopić mały okręt z I Wojny Światowej. Oczywiście cena jaką Parpaldia musiała zapłacić by móc to osiągnąć jest ogromna, stąd Ludius nie bez żalu wysyłał Preatora na pewną śmierć. Koniec końców, właśnie pozbywał się w widowiskowy sposób główną siłę Marynarki. Reszta pozostałych okrętów była już porównywalna do żaglowców XVIII i XIX wiecznych, co czyniło Parpaldię de facto bezbronną wobec innej siły niż własni sąsiedzi.
Przedział bojowy Kaszuba
Zaś jak zareagowała załoga Kaszuba? No cóż, była nie mniej zdumiona niż Parpaldianie.
"To..." zaczął operator działa laserowego Marynarz Konrad Muzyka "było niezwykle szybkie."
"Wręcz egzekucja, Muzyk." odezwał się przerażony jego kolega z przedziału Mat Michał Feld.
"Tak... racja" potwierdził Muzyka, nigdy się nie spodziewał że jego pierwsza bojowa akcja to będzie roztrzelanie wrogiej straży przedniej. Owszem przygotowywał się do tego że kiedyś zetrze się z wrogimi okrętami w boju, ale raczej sądził że to będzie wojna między mniej więcej równymi potęgami.
"Kontynuować ostrzał!" rozkazał Bosman Jan Beck, dowódca obsługi działa laserowego, podając strzelcowi nowe współrzędne, Kaszub zdążył zmienić pozycję by mieć przestrzał na nowe cele.
"Tak, jest." odezwał się Muzyka ukrywając swoje odczucia, po czym znów zaczął celować w kolejne okręty przeciwnika. Gdy tylko wymierzył, korzystając z nabytego doświadczenia strzelał krótką serię, choć w przypadku broni laserowej trudno mówić o jakiś seriach. Gdy tylko wybuchł pożar, przenosił celownik na kolejnego przeciwnika.
Robił tak przez dłuższy czas, zatracając się w celowaniu. Dopiero mocny chwyt na ramię przywrócił go do rzeczywistości.
"Przerwij ogień, synu. Nie ma, nowych celów dla ciebie." odezwał się Bosman Beck, Konrad miał przeświadczenie że był wystraszony z powodu beznamiętności Muzyki w stosunku do strzelania.
"Dobrze, panie Bosmanie." odparł Konrad, odrywając się od celownika. Zamiast tego spojrzał się na ekran obok, było widać jedynie ścianę ognia. Zanim się spostrzegł, zamienił w pływające pochodnie wszystkie widoczne z tego miejsca okręty. Niemniej nie czuł się dumny, to nie była walka, to była egzekucja. Wróg nawet nie miał szansy zareagować.
"Po jaką cholerę tutaj przypłynęli?" zapytał Muzyka. Nikt nie raczył mu odpowiedzieć.
RNV Praeclarus
Preator patrzył z szokiem na skalę strat. Awangarda już tonęła, zaś najbliższe okręty płonęły by za niedługo skończyć tak samo. Co więcej nawet Praeclarus był podpalony, cały dziób płonął a wielu podpalonych marynarzy wskakiwało do wody w desperackiej nadziei.
"Panie Marszałku!" zawołał kapitan Praeclarusa, Martinus, "musi się pan ewakuować!".
"Tak, racja." odrzekł Marszałek udając się do szaluby. Za nim szedł wściekły jak byk, generał Cius. Preator zauważył że Cius używał całej swej siły woli by nie kląć.
"Szybko, marszałku niech pan wsiada!" ponagliwał Kapitan Martinus wskazując częściową zaludnioną szalupę.
"Czekaj!" rzekł Preator który właśnie odzyskał przytomność umysłu "Madio działa?" zapytał oficera dowodzącego.
"Działa!" odezwał się madiooperator
"To prześlij do wszystkich jednostek, zerwać kontakt i na własną rękę ewakuować się do Parpaldii. W przypadku pytań, odpowiadać że to rozkaz Marszałka Preatora."
"A co z ocalałymi w wodzie?" zapytał kapitan.
Marszałek westchnął i powoli odrzekł "Zostajemy tutaj i czekamy aż Polacy wezną nas do niewoli."
Kapitan zamikł, dobrze wiedział jak ciężko było Marszałkowi powiedzieć te słowa. Zostać jeńcem to jedna z najbardziej hańbiących rzeczy jakie może dokonać Parpaldianin, owszem zdarza się, niemniej to dla każdego oficera oznacza złamanie kariery. Dla szeregowego, wieczne pozostanie szeregowym. Nic dziwnego, wszyscy ich sąsiedzi są znacznie słabsi od nich, dać się złapać to oznaka że dałeś się pokonać i że odpuściłeś zamiast walczyć do ostatniego.
Jedyny sposób by zmazać tę hańbę to albo brawurowa ucieczka z niewoli albo śmierć w bitwie.
"Przekazano, panie marszałku." odezwał się madiooperator.
"Dobrze" rzekł Marszałek, po czym wsiadł do szalupy, zanim wszedł generał Cius. "Pan nie wchodzi?" zdziwił się widząc że kapitan nakazuje opuszczać szalubę.
"Kapitan schodzi ostatni." odparł Martinus
"Rozumiem." kiwnął głową Marszałek Preator, lecz dobrze wiedział że kapitan nigdzie się nie wybiera. Tak zresztą się stało, kapitan do końca organizował ewakuację, oddając ostatecznie swoje miejsce w ostatniej szalupie zwykłemu marynarzowi.
Za ten czyn, wiele lat później kapitan Martinus był uznawany jedną z nielicznych jasnych chwil Bitwy o Cieśninę jak przyjęto nazywać tę masakrę w oficjalnej historiografii. Dostał swój własny pomnik, wiersze, poematy czy nawet sztuki wystawiane o nim.
Oczywiście wszystko przesadzone, podkoloryzowane, byle by tylko osłodzić ból klęski z tego dnia.
Lecz, czy to coś dziwnego?
OKP Kaszub
Tymczasem na mostku Kaszuba, Kapitan Głuś patrzył z zdumieniem na to że flota przeciwnika zaczyna się rozpraszać i płynąć samodzielnie na północ. Ledwie starcie się rozpoczęło a już wróg ucieka w popłochu. Lecz nie było czym się dziwić, w ciągu kwadransu udało mu się podpalić i zatopić prawie setkę okrętów.
Cała awangarda i część trzonu floty zostało zniszczone w tym, co potwierdziły zdjęcia z dronów, okręt flagowy przeciwnika. Niemniej, pozostał jeden problem.
"Kapitanie, wrogie siły powietrzne nadciągają!" zakomunikowano mu.
"Ile?" zapytał Tworka.
Poczekał chwilę na odpowiedź "Wygląda na to że około piędziesięciu, reszta próbuje uciec o własnych siłach do Parlpaldi."
"To nie jest dużo." odezwał się Farbiś.
"Niemniej, dość by byli zagrożeniem." zwrócił mu uwagę Głuś. Następnie wydał polecenia nakazujące wstrzymać ogień do wrogich okrętów i przygotowanie się do otwarcia ognia z wszystkich dział w kierunku celów powietrznych.
Załogi wszystkich dział, dwóch wież przeciwlotniczych Wróbel kalibru 25 milimetrów, jednego zwykłego działa Tryton kalibru 35 milimetrów umieszczonego z tyłu okrętu oraz działa laserowego na samym dziobie, przygotowały się do odparcia przeciwnika.
Na rozkaz kapitana, Kaszub zbliżył się do przeciwnika. Niemniej poczekał z otwarciem ognia, do momentu gdy ci znaleźli się około trzech kilometrów od okrętu.
Gdy tylko wrogowie osiągnęli odpowiedni dystans, rozpętała się kanonada ognia. Roztrzeliwanie przeciwników trwało krótką chwilę, każde z dział wykonało swoją pracę szybko i efektywnie. Tryton rozrywał przeciwników w powietrzu i zmuszał ich do rozerwania formacji, to co zostało z formacji było dziurawione przez Wróble a każdy cel który umknął swymi manerwami przed artylerią, był palony żywcem przez działo laserowe.
Wróg przeleciał półtora kilometra zanim ostatni spadł do wody.
"Niezłe "zagrożenie"." zakpił Farbiś "Wytłukliśmy ich zanim cokolwiek zdziałali."
Głuś jedynie mógł przewrócić oczami na podczypliwość swego zastępcy. Zamiast tego nakazał o przekazanie prośby o pomoc. Z tego co zauważył ocalałych marynarzy było sporo większość z nich pochodzi z podpalonych okrętów, za dużo by Kaszub pomieścił wszystkich. Wojna dla tych Parpaldian się skończyła, lecz skończy się cała?
