Nadciągająca burza
18 Marca Anno Domini 2021 15:07:25
Szeregowy John Payne
101 Legia Powietrzno-Desantowa
101 Oddział Powietrzno-Desantowy
Pokład AN-70, nad Cieśniną Altaras, do miejsca zrzutu 8 minut
"Wdech, wydech, wdech, wydech. No już John, spokojnie, na to się przecież szkoliłeś. Szybka akcja, na szpicy natarcia, tak jak chciałeś." Mówił do siebie cicho pod nosem Payne. Nerwy go żrerały, właśnie miał przeżyć pierwszą bojową akcję i zarazem tak wielkiego kalibru.
Bezpośredni desant na stolicę Parpaldii, mieli jednym uderzeniem wyłączyć to "Imperium" z gry. Owszem, nihil novi sub sola, mógł rzecz Payne. Przecież właśnie do takich akcji powstała 101 Legia, pierwsza i jedyna Wielka Jednostka spadochroniarzy w całej Rzeczypospolitej.
Sformowana dopiero po sukcesach analogicznych sukcesach brytyjskich spadochroniarzy w czasie Wojny o Irlandię jak nazwano konflikt zbrojny toczący się w latach 1942-1945, choć po wojnie bowiem polscy wojskowi nie palali się do chęci sformowania takiej jednostki preferując tzw. Cichociemnych.
Czyli wyjaśniając są to spadochroniarze którzy najwyżej w sile batalionu pełnią rolę komandosów-dywersantów żywiącymi się z ziemi przeciwnika. Notabene to właśnie na bazie Cichociemnych powstały później polskie siły specjalne takie jak na przykład Służba Specjalna (SS) czy Kedyw.
Nie oznacza to oczywiście że sami Cichociemni przestali istnieć, wręcz przeciwnie istnieją po dziś dzień w ramach samodzielnych oddziałów (batalionów) spadochroniarzy. Ciesząc się zasłużoną chlubą i estymą.
Zaś sami Cichociemni to rozwinięcie pułków lekkiej piechoty służących w Rzeczypospolitej, podstawami pod nich byli na przykład strzelcy Huculscy, strzelcy Kurpiowscy czy też Jegrzy zwany też często "Łowcami".
Skuteczność i przydatność Cichociemnych wykazała Wojna o Irlandię gdzie zrzucone na spadochronach do Irlandii, samodzielne oddziały rozpętały piekło dla próbujących zaanektować wyspę Brytyjczyków.
Sama 101 powstała jako efekt nacisków z strony alaskańskich oficerów którzy chcieli powstania czegoś innego niż małych oddziałów dywersyjnych które nie są w stanie przejąć realnie terenu a jedynie drażnić przeciwnika na nim. Ostatecznie zgodzono się na powołanie takiej jednostki, opierając się na doświadczeniach jakie inne państwa odniosły z takimi żołnierzami.
Przez długi czas podchodzono do niej niechętnie, uważając ją za drogą fanaberię, preferując kawalerię powietrzną opierającą się o helikoptery a która miała bardziej pasujący do charakteru wojska polskiego styl walki. Niemniej w czasie wojny z 4 Lipca okazała się bardzo skuteczna w starciu z Armią Robotniczą. Choć 101 poniosła ciężkie straty w czasie tego konfliktu ukazała swą użyteczność, szczególnie w współpracy z Cichociemnymi stając się ością w gardle atakujących amerykanów.
Od tego czasu, stała się zaufaną pięścią Rzeczypospolitej wszędzie tam gdzie potrzeba szybkiego i twardego uderzenia w przeciwnika. Przy czym należy dodać że tradycyjnie ta jednostka składa się z Wolnych Amerykanów zwanymi częściej Alaskanami, w odróżnieniu od Alaszkan czyli polsko i rusińsko języcznych mieszkańców Alaski, no i oczywiście tubylców znanych jako Indianie.
Dlatego poza obowiązującymi komendami bojowymi które są po polsku bowiem Alaszka jest Kolonią Koronną, językiem którym posługując się żołnierze na co dzień jest właśnie angielski.
"Ej!" zawołał sąsiad Payne'a, widząc że nie reaguje klepnął go w ramię. Dopiero wtedy Payne zareagował, nagle podrywając się do góry
"Siadaj, jeszcze nie skaczemy." sąsiad pociągnął go w dół.
"A, to ty. Wybacz Harry, trochę się denerwuję wiesz?" zorientował po chwili w swojej omyłce Payne.
Żołnierz nazwanym Harrym przekręcił oczami. "A kto ma się nie denerwować?" zapytał retorycznie. "Tylko idiota nie denerwuje się w tej sytuacji."
"No... istnie wariactwo nam Hetman wymyślił." zgodził się Payne.
Harry pokiwał głową na boki zanim odparł "To w końcu prawnuk tego Roosevelta. A czy Teddy był normalny?"
Payne pokiwał głową powoli, w sumie trudno nazwać normalnym człowieka który nic sobie nie zrobił z tego że ktoś do niego strzelił, albo który przebił się przez cały kraj do Polski z mnóstwem uchodźców.
"Niemniej dziwię się że dowództwo to klepnęło." dodał Payne.
Harry wzruszył ramionami "Słyszałem że Hetman poleciał osobiście do Warszawy by spotkać się z Królem, najpewniej nasz miłościwie panujący to przepchnął."
"Jeśli to prawda, to się nie dziwię. Piłsudski jest człowiekiem Króla. Nigdy nie słyszałem by zrobił coś przeciw." odparł Payne
"Wiesz, John?" zapytał swego kolegę Harry.
"Tak?" zapytał Payne
"Chyba zapomniałeś że nasz King, jest najwyższym dowódcą wszystkich wojsk Rzeczypospolitej, oficerowie i hetmani go tylko reprezentują w polu. Jak sobie coś zażyczy, to może to zrobić a Hetman Piłsudski musi wypełnić jego rozkaz, bo jest jego dowódcą." odrzekł Harry
"No, tak. Zgadza się." zgodził się Payne przypominając sobie lekcje historii i to wcale niedawną bo o pradziadku obecnego władcy, notabene imiennika na którego cześć otrzymał imię, Witolda I który osobiście dowodził Wojskiem Koronnym przeciwko Anglii w czasie Wojny o Irlandię.
To on jako Wódz Polskich Wojsk, zajmował Zjednoczone Królestwo i przyjmował tryumf należny Wielkiemu Wodzomi po powrocie do kraju gdy Wielka Brytania złożyła broń. Dla wielu obcokrajowców z tego czasu jak i dzisiaj było i jest to rzecz nie do pomyślenia. Dla Payne i wielu innych Polaków to powód do dumy że ich Królowie nie są zwykłymi pacynkami na tronie.
Po czym poczuł mocniejszy strząs, AN-70 zaczął obniżać lot. Dowódca ich jednostki Oddziałowy Edward Kenway, wyszedł na środek pokładu.
"Dobra, panowie i tchórzofretki. Za 6 minut będziemy nad celem. Sprawdzić sprzęt. Nie chcę żadnych niespodzianek ani w powietrzu ani na dole!" ogłosił oficer "I pamiętajcie, żadnych głupich numerów, nie chcę dowiadywać się że któregoś z moich ludzi skasował jakiś tubylec z muszkietem." dodał grożąc palcem.
"Tak, jest Panie Oddziałowy!" zawołali wszyscy spadochroniarze po polsku.
"Nie słyszę!"
"TAK JEST, PANIE ODDZIAŁOWY!" powtórzyli głośniej.
"No, i tego się trzymajmy." zadowolił się Kenway, oficjalnie w papierach zapisywany jako Kenłej, no co się dziwić, polski jest teraz językiem do którego należy się dostosowywać.
Spadochroniarze którzy już wszyscy powstali, zaczęli sprawdzać sprzęt po raz ostatni zanim skoczą z samolotu. Dokazywaniu, przekomarzaniu czy innym uprzyjemniczaczom stosunków międzyludzkich nie było końca. Każdy na swój sposób starał się zająć swoją głowę przed skokiem. Owszem, skakali na wroga który wpierw zostanie ogłuszony przez ich lotnictwo, i to takiego który nie może im odpowiedzieć z powodu swego zacofania, niemniej jednak to był desant nie gdzieś w polu ale prosto na miasto.
Payne rozciągał się lekko przed skokiem, kolega z sąsiedniego szeregu po cichu modlił się. Jeszcze inny nerwowo stukał nogą. Czerwone światło w kadłubie tworzyło atmosferę napięcia. Gdy po raz kolejny poczuli strząs a klapa załadunkowa zaczęła opadać, wszyscy się spięli szykując się na komendę do biegu i skoku.
Ledwie zielone światło się zapaliło, a już padła komenda "Jazda!"
Payne skupił się, jego poczet skakał jako pierwszy z wszystkich. Przed nim stało trzech innych spadochroniarzy którzy należeli do jego drużyny i grupy, Athony Stark, Steven Roger i Peter Parker czyli Gwiazdor, Poważny i Kujon jak powszechnie ich nazywano w poczecie Payne. Nie bez powodu zresztą.
Stark jak przystało na ich drużynowego Gwiazdora, wyskoczył popisując się. Roger dla odmiany szybko i pewnie dokonał skoku. Parker zrobił to wręcz podręcznikowo.
Teraz przyszła kolej na Payne, ten niewiele myśląc rozpędził się i skoczył przed siebie bez żadnych popisów, choć dla niego skok wydawał się iść jakby w zwolnionym tempie. Wedle niego, trochę zajęło mu opuszczenie pokładu. Dopiero jak wyleciał, świat zaczął iść tak jak powinniem.
Wpatrywał się w miasto poniżej, musiał przyznać że było ogromne. Wedle informacji otrzymanych przed misją, liczyło ponad milion dusz. Niemniej był zdumiony widząc wieżowce, no były trochę małe ale jednak wieżowce.
Nie oznacza że było spokojnie, samo miasto było już atakowane przez KZL ZB-81 Wróbel z OKP Władysława IV Wazy oraz samoloty artyleryjskie AN-20/AR będące artyleryjską wersją AN-20 z 11 Pułku Transportowego który przewiózł spadochroniarzy.
Wróble zrzucały bomby kierowane, inne używały najnowszej iteracji Szponów, czyli pocisków kierowanych powietrze-ziemia. Niemniej widać było preferencję bomb nad pociskami. Te ostatnie w całych siłach zbrojnych cieszą się średnią estymą. Nic dziwnego, mówimy tu o niezwykle drogiej broni, co z połączeniu z bronią laserową czyni ją mocno sytuacyjnym uzbrojeniem.
Lecz dla Payne to był spór fotelowych generałów, zresztą nawet nie na miejscu w jego sytuacji. Otworzył spadochron całkiem nisko nad ziemią, podejrzewano istnieje solidnej obrony przeciwlotniczej. Tak zwanych magicznych dział. Ich obecność potwierdział wywiad i zwiad a cechą charakterystyczną była tęcza mają tworzyły w czasie otwierania ognia.
Młody Alaskanin zauważył takie w czasie spadania, próbowały bez owocnie powstrzymać uderzenia z powietrza czy zestrzelić transportowce. Z reguły zaraz po tym jak otworzyły ogień, jakiś Wróbel albo AN-20/AR wysadzał je w powietrze. Szczególnie w tym drugim przypadku było to nieco makabryczne bo artylerzyści na AN-20/AR nie bawili się w ceregiele i wysadzali całą okolicę wraz z działem.
Jeśli jakiś cywil , no to miał przerąbane.
Dlatego też odtworzył spadochron nisko, jak zresztą prawie wszyscy inni koledzy z jednostki. W ten sposób mogli liczyć na efekt zaskoczenia, bo co całkiem jest oczywiste, bardzo trudno zauważyć spadającego człowieka.
Gdy tylko znalazł się na ziemi, a było to na jakiś małym placyku, bez cienia zwłoki zrzucił z pleców plecak z spadochronem. Nie był mu już potrzebny a liczył się czas. Następnie sięgnął po swój plecach z sprzętem i zarzucił na plecy. Szybko potem podniósł broń i odbezpieczył.
Jego standardową bronią był karabinek automatyczny wz.18 Radon, następca starego i wysłużonego już wz.68 Tantal. Różnił się w wszystkim ale przede wszystkim faktem że był bronią modułową więc można było sobie go ustawić pod własne preferencje.
Akurat jego Radon był mocno klasyczny, dodał jedynie chwyt przedni oraz celownik holograficzny.
Był już gotów, poprawił jedynie gogle które z zewnątrz wyglądały jak zwykłe gogle wojskowe jakich pełno a w rzeczywistości oprócz ochrony oczu posiadały prosty wyświetlacz HUD połączony z Topazem dzięki czemu wiedział gdzie są jego koledzy, ich status i tym podobne.
Mała rzecz ale bardzo pomocna. Niemniej gdy tylko zamierzał zgłosić swoją gotowość, poprzez wciśnięcie przycisku na noszonym na nadgarstku pseudo-zegarku, będący po prostu większym smartwachem bez ekranu dotykowego, rozległ się huk strzału.
Świat znów spowolnił, Payne ani trochę nie był zdziwiony. Gdy były takie sytuacje, nagle czuł jak się porusza się szybciej niż normalne. Bez problemu odskoczył i rzucił się biegiem za studnię. W czasie biegu zorientował się że kula uderzyła i zrykoszetowała o kamienie jakimi był wyłożony plac.
Gdy tylko znalazł się za osłoną świat wrócił do normalności a Payne zaczął szukać strzelca. Znalazł go po drugim strzale, ten trafił w drewniany dach znajdujący się nad starą studnią. Dopiero wtedy zauważył skąd padają strzały.
Był to pokolorowany na czerwono budynek, na ścianie tego budynku było widać jakieś tablice w miejscowym języku i trzy flagi. Jedna którą poznawał bo to była to flaga Parpaldii i dwie obce. Podejrzewał że jedna z pozostałych była flagą miejską.
Strzelec strzelał z otwartych okien, dokładniej z drugiego piętra. Ten kto strzelał najwyraźniej nie był na tyle sprytny by kazać je otworzyć wszystkie. Gdy próbował strzelić trzeci raz, Payne już zareagował. Szybko wymierzył i strzelił dwie krótkie serie.
Nie wiedział czy trafił czy nie. Niemniej na chwilę uciszył strzelca. Niestety do akcji przyłączył się kolejny, tym razem z pierwszego piętra. Bardzo szybko w sukurs przybył mu inny z tego samego piętra. Następnie zaczął się ostrzał z samego parteru, tym razem liczniejszy.
Payne szybko się skrył za studnię, wcisnął przycisk odpowiedni za bycie pod atakiem na swym „smartwachu". Po czym wrócił do ostrzeliwania się z nieznanymi przeciwnikami. Szybko się zorientował że jego przeciwnicy, mają fatalnego cela. Co z połączeniu z fatalną szybkostrzelnością i brakiem koordynacji, sprawiało że mógł spokojnie otworzyć ogień.
"Payne, mów co się dzieje. Kto cię atakuje?" odezwał się po chwili strzelaniny jego dowódca Grupy (Sekcji), Grupowy John Marston.
"Osiem kontaktów, z czerwonego budynku na wschód od mojej pozycji. Podejrzewam że to budynek miejscowej policji. Mam problem z potwierdzeniem trafień, co rusz strzelę to ponownie z tego okna ktoś strzela." odparł Payne, ukrywają się znów za osłoną przy okazji przeładowując.
"Zrozumiano, Grupa, zbiórka na północ od Payne'a." Payne'nowi wyskoczył niebieski znacznik z strzałką na HUD. "Payne, utrzymać pozycję do czasu przybycia wsparcia."
"Przyjąłem, bez odbioru." odparł Payne, po czym wygodnie się rozsiadł. Pozwalając bez przeszkód na ostrzeliwanie swej pozycji przez jak sądził miejscowych policjantów. Przy okazji mógł po podziwiać ich celność, po prostu strzelali jak popadnie. Kule padały na wszystkie strony, mógł sobie spokojnie liczyć strącone doniczki, stłuczone okna czy rozbijane kamienie.
Niemniej nie potrafili przykryć dźwięku narastających walk miejskich oraz latających samolotów. Co rusz Payne mógł czuć jak ziemia się trzęsie od wybuchów bomb czy pocisków albo artyleryjskich albo kierowanych.
Czasami zauważał sprawdzających przez okno, zwykłych mieszkańców których zwykłe życie zostało przerwane przez niespodziewany desant. Payne mimo wszystko im współczuł, żyli sobie spokojnie. Pewni że są bezpieczni i nikt nie odważny się na inwazję a tu nagle ktoś ich zaatakował w biały dzień.
Zresztą widział pospiesznie rzucone przedmioty czy opuszczone stragany. Nic nowego, mieszkańcy uciekali jak znalazł się tylko nad placem. Widział jak wskazują palcem, jak tylko wylądował i zorientowali się że ma broń zaczęli uciekać.
Sprawdził ponownie posterunek, zorientował się że dwóch policjantów wyszło z budynku. Wyglądali oni kolorowo jak sam budynek, nosili piękne czerwone mundury z złotymi wykończeniami nosząc białe hełmy podobnymi do tych jakie nosili brytyjscy policjanci.
Payne poznawał je doskonale bo jeden taki nosił jego pradziadek, służący Jego Królewskiej Mości w czasach gdy Ameryka była brytyjskim dominium. Miał jego zdjęcia i jak był mały to chciał dołączyć do policji, ostatecznie skończył w wojsku kiedy zarazili go pasją do spadochroniarstwa w liceum.
Nie było to nic dziwnego, wielu polskich spadochroniarzy w ten sposób zaczęło. Wszak skoki spadochronowe cieszą się ogromną popularnością i estymą wśród Polaków a wiele szkół skoków z spadochronem posiada ofertę dla uczniów szkół średnich. Tak więc poszedł do takiej szkoły a z stamtąd za namowami kolegów i instruktorów do wojska, by móc na koszt króla skakać. Więc w ten sposób zamiast zostać policjantem, stał się żołnierzem. Ot i cała historia.
Niemniej lubił policję i jego hobby było zbieranie pamiątek po tej formacji, z szczególnym uwzględnieniem dawnej policji brytyjskiej. Ta nowoczesna była... taka sobie. Wręcz na skrość polska, co wynikało z polityki polskiej wobec okupowanej Brytanii. Wszelkie dawne formacje mundurowe zostały rozwiązane a w miejsce Brytyjskiej Policji postała Żandarmeria Brytyjska wzorowana na polskiej policji koronnej.
O komunistycznej wersji z Ameryki to zaś szkoda słów.
Stąd trochę było mu szkoda by do nich strzelać, wyglądali nieźle, ich bronią był rodzaj jakiegoś przerośniętego rewolweru ale mus to mus. Poczekał aż się bardziej zbliżą zanim otworzył ogień.
Pierwszy padł trupem po jednym strzale, drugi rzucił się do ucieczki ale zanim dopadł schodów strzelił mu trzy razy w plecy.
Policjant padł jak długi do przodu a rewolwer odleciał na parę metrów. Wobec czego szybko wrócił do pierwszego i dla pewności posłał kilka kulek, woląc się upewnić że jest martwy. Na szczęście był.
Po czym szybko się skrył za osłonę a pozostali kontratakowali. Tym razem salwa była celniejsza, większość kul trafiła w studnię lub w jej dach. Jedna przestrzeliła i strąciła wiadro które stało na studni. Woda szybko się rozlała po kamieniach.
Wściekli się, pomyślał Payne. Na szczęście nie musiał już dłużej czekać, jego słuchawki znów wypełniły się głosem Marstona.
"Widzę że nie muszę cię prosić o ściągnięcie uwagi na siebie, nieźle ich wkurwiłeś. Siedź tam i się nie wychylaj, zajmiemy się resztą."
"Rozumiem" odparł Payne, zauważając jego kolegów z Grupy jak idą prowadzącą na północ alejką. Część z nich wbiła do jakiegoś domu, próbując najpewniej przejść przed budynek. Czterech z nich, włącznie z Marstonem zaś dopadła rogu budynku wyczekując na sygnał do ataku. Nie musieli długo czekać, pięciu pozostałych którzy szli przez kamienicę wyszło od strony podwórka jednej z nich.
Te wyjście było tuż obok narożnej dróżki a obok tej dróżki był ciąg kamienic w której znajdował się posterunek policji. Szybko dopadli sąsiadującej z posterunkiem kamienicy, wparowali do środka a następnie było słychać okrzyki. Paniki i surowych poleceń. Następnie zobaczył znacznik oznaczających ładunek wybuchowy na drugim piętrze.
Gdy tylko zegar na znaczniku wskazał zero, usłyszał eksplozję która zatrzęsła budynkiem. Po czym rozległy się pierwsze strzały z Radona a znaczniki piątki w budynku przeszły na stan walki.
Niemniej Payne nie mógł się dłużej przyglądać, usłyszał na kanale swoje podgrupy głos Marstona.
"Smith, dymny!" Okolica szybko została pokryta dymem.
"Podgrupa jazda, jazda, jazda!" rozkazał Marston, "Do budynku, czyścimy parter!"
Payne rzucił się biegiem do zaznaczonej dla niego pozycji. Nie zajęło mu to długo, ledwie ruszył a był przy oknie. Jego współtowarzyszem był Isaac Clarke. Dał mu znak że się tym zajmie, wybił kolbą okno, które akurat było zamknięte po czym Clarke wrzucił tam granat odłamkowy. Gdy tylko wybuchł, dowódca wraz z Johnem Romero wparowali przez drzwi rozpoczynając strzelaninę.
Gdy tylko padło "Czysto!", razem z Clarkiem i ostatnim z piątki Michael Townleyem weszli przez okna do środka. W środku zastał niezły bałagan, obok okna leżał trup z przestrzeloną czaszką i szyją i poharatany przez granat. Widać kogoś trafił wcześniej.
Policjant był bez broni, co potwierdziło podejrzenia że poległych zastępowali ich koledzy. Ich zwłoki były widoczne w całym pomieszczeniu porozrzucane i wszystkie poszarpane przez granat. Niemniej nie miał czasu na dłuższe oględziny.
"Do przodu! Przeczesać resztę pokoi!" polecił Marston, spadochroniarze zaczęli czystkę. Payne prowadził, większość pomieszczeń była opuszczona, dopiero na końcu, w kuchni znaleźli parę osób, głównie kobiety oraz jednego starszego pana. Wszyscy wystraszeni przez polskich spadochroniarzy.
"Kontakt! Personel techniczny, cztery kobiety, jeden mężczyzna." przekazał Marstonowi.
"Zrozumiano, zabezpiecz ich."
"Przyjąłem." odparł Payne po czym nakazał wszystkim postawić się wzdłuż ściany, całe szczęście że Parpaldiański był bliźniaczo podobny do Łaciny a Łacine Payne dobrze znał jak zresztą każdy Polak, następnie razem z Clarkiem skuli wszystkich kajdankami.
Gdy tylko to skończyli, upewnili się że jeńcy nie mogą uciec poprzez położenie wszystkich na ziemię na brzuch, ruszyli do schodów.
Jak się tam znaleźli, poczekali na tych z drugiego piętra. Trwało to chwilę zanim dostali rozkaz do atakowania ostatniego piętra. Payne znów prowadził. Schody zaś były mocno irytujące, bo się kręciły wokół osi. Przy czym jedynie co było to balustrada z niezwykle cienkiego drewna. Więc trudno mówić o jakiejkolwiek osłonie.
Szedł powoli i ostrożnie, nie chcąc dostać kulki. Ostrożność się opłaciła bowiem w ostatniej chwili znów uchylił się przed strzałem. Kula przeleciała tuż obok jego głowy i rozbiła balustradę.
Gdy tak się stało, szybko otworzył ogień, w sukurs padły strzały z góry. Zasypali ogniem wejście na schody. Gdy głuchy łoskot upadającego ciała dotarł do uszu, przerwał strzelanie. Dalej nie było większych problemów, czystka z reszty policjantów znajdujących się na piętrze trwała krótko.
Musiał przyznać im że nie tchórzyli a ofiarnie walczyli do końca przy użyciu swej broni. Mieli niewielkie szanse w starciu z wojskiem a mimo to podjęli walkę. Teraz się skończyła, prawie żadnych jeńców, jedynie jeden, ciężko ranny policjant dostał się w ich ręce. Ich sanitariusz właśnie go opatruje.
Reszta, czyli ponad piętnastu policjantów padła martwa. Właśnie zbierają ich zwłoki na parter, na razie był spokój a pozostawianie ich tak zginęli nie wypada. Marston przesłuchiwał cywilny personel placówki, chcąc poznać ich imiona by wiedzieć kto jest kim, ułatwiają pogrzeb i pochówek dla miejscowych po tym jak miasto padnie.
Okolica zaś wydawała się pozbawiona żołnierzy. Nic dziwnego, w tej okolicy nie było garnizonów. Najbliższy był w pałacu należący do Gwardii Cesarskiej. Ta zaś była zajęta walką z atakującymi z marszu spadochroniarzami z 102 Oddziału Powietrzno-Desantowego.
Pozostałe zaś garnizony zostały zniszczone z powietrza przez Wróble i AN-20/AR które wiedziały gdzie się znajdują dzięki wywiadowi. Przeżyli wyłącznie ci którzy w czasie bombardowania koszar byli poza budynkiem. Co nie znaczy że stanowią zagrożenie, zbrojownie zostały też wysadzone.
Niemniej nie oznacza że dla Payne'a kończyła się służba. Gdy tylko ogłosili zabezpieczenie posterunku, otrzymali nowe rozkazy. Poczet Payne miał ruszyć i wesprzeć 102 Oddział.
Gdy tylko ich posterunek został przejęty przez poczet z 104 Oddziału, ruszyli na zachód. Dokładniej na północny-zachód, idąc małą uliczką. Nie bali się zasadzek, nad ich głowami latała cała horda dronów Latające Oko która w ramach systemu Wampir, przekazywała dane do Topaza.
W ten sposób mogli omijać, czy co bardziej preferowali, przeprowadzać zasadzki na miejscowe siły obronne które miały również problemy z koordynacją dzięki likwidacji sieci anten madiowych znajdujących się w mieście. Jedyny sposób na komunikacje to byli wyłącznie posłańcy, zwykli lub magiczni.
Poczet Payne dotarł do swego celu po około dziesięciu minutach. Największym problemem okazała się sieć ulic Esthirant. Podeszli pod pałac od zachodu, od strony parku pałacowego.
Marston mając w pamięci ostrzeżenie o tym że mur jest strzeżony przez zaklęcia broniące przed wspinaczką, nakazał wysadzić mur parkowy granatnikiem. Rozkaz wykonano niezwłocznie i chwilę potem oddział maszerował przez ścieżki całkiem przyjemnego do zwiedzania parku. Okazało się że zaklęcia które normalnie chronią pałac, dzięki uprzejmości polskich pilotów znikły.
Payne ominął wraz z kolegami niewielki staw od jego południowej strony, odgłosy strzelaniny były coraz głośniejsze. Szybki rzut okiem na Topaza zdradzał że 102, walcząca po drugiej stronie budynku, zdążyła wyłamać główną linię obrony Gwardii Cesarskiej i zepchnąć ją do samego pałacu.
Kolejne spojrzenie na Topaza zdradzało poczet z 103 Oddziału, atakującego od północy. Przed nimi zaś była masa czerwonych kropek która w bałaganie cofała się do samego Pałacu. Trzeba było być ślepym jak kret by nie zauważyć że coraz więcej z nich znika.
Tylko strona od której jego Poczet maszeruje była pusta. Do czasu.
Chwilę później rozległa się salwa a jeden z żołnierzy idący przed Paynem padł na ziemię.
„KONTAKT!" krzyknął Harry a spadochroniarze szybko się rozproszyli szukając wroga.
Payne zauważył przeciwnika jako pierwszy. Szybko otworzył ogień w stronę krzewów gdzie zauważył wystający z jednego z nich karabin. Po chwili do niego dołączyli pozostali spadochroniarze.
Na efekty nie trzeba było długo czekać, z krzewu wypadły ciała. Niemniej nie był to powód do radości. Chwilę później na ich pozycje zaczęły spadać błyskawice, kule ogniste czy po prostu ciśnięte z sporą siłą kamienie.
„MAG! MAG!" ktoś krzyczał.
„Gdzie?" odezwał się inny.
„DACH PAŁACU i GARAŻY!" dostał odpowiedź. Payne poszedł za tym wskazówkami, rzeczywiście zobaczył grupę młodych kobiet w strojach pokojówek które rzucały w ich stronę zaklęcia.
Postanowił zareagować, ale najpierw musiał uskoczyć w bok by uniknąć ciśniętego kamienia. Ten wbił się głęboko w ziemię, gdyby nim oberwał to niechybnie skończył by u Św Piotra. Następnie czas znów jakby zwolnił a Payne odtworzył ogień w kierunku pokojówek.
Dla Payne trwało to dłuższą chwilę, choć w rzeczywistości to trwało krótko. Dokładniej tyle ile potrzeba czasu na wystrzelenie niepełnego 30 nabojowego magazynka. Niemniej to nie był problem, wszystkie pokojówki-czarownice były martwe. Większość z nich padła od pojedynczych kul ale zanim to się stało musiał zużyć niemałą część magazynka na przebicie się przez tarczę jaką postawiła jedna z nich.
Widział zdumioną minę tej dziewczyny gdy nagle tarcza padła a kula kalibru 7x 41mm roztrzaskała jej czaszkę. Reszta była mniej zdziwiona, raczej skupiona by umknąć przed kosą. Nic im to nie dało.
Payne szybko kliknął guzik na broni a magazynek spadł na ziemię, w tym czasie już nowy wchodził do broni. Następnie zaczął szukać nowych celów, znalazł jeden w oknie na trzecim piętrze. Otworzył ogień, zaraz za nim zrobili to inni. Zanim się spostrzegł, okno jak i wszystko wokół niego zastało podziurawione przez kule.
„NAPRZÓD, NAPRZÓD! DO BUDYNKU!" krzyknął Marston wydając nowe rozkazy.
Ktoś rzucił dymny, nic problematycznego dla Payne. Gogle dzięki uprzejmości drona powyżej już mu pokazywały zarys budynku przed nim. Dwudziesty pierwszy wiek okazywał swą moc w pełnej krasie.
Podbiegł do ściany, pamiętając by nie wejść w strefę wyznaczoną do wysadzenia. Ktoś odpalił po chwili granatnik, a granat po chwili uderzył o ścianę. Ku zdziwieniu wszystkich, ściana wytrzymała. Payne mógł zobaczyć zresztą dlaczego.
„Tarcza! Ściany są wzmocnione magią!" zameldował niezwłocznie.
„Magia, sragia. Grupa, odsunąć się od ściany!" odezwał się Marston wyznaczając pozycję w linii dla żołnierzy.
Payne szybko zajął swą pozycję.
„Grupa, na moją komendę, rozjebać ścianę granatami!"
Payne kpiąco się uśmiechnął, czas na polskie przywitanie. Czyli cały oddział ładuje granaty na karabiny, do granatników i tak dalej. Po czym wystrzeliwuje je prosto w pozycję którą trzeba wysadzić w powietrze. Oczywiście normalnie nie strzelają jak do salwy.
Gdy wszyscy potwierdzili gotowość, Marston krzyknął proste.
„PAL!"
Payne wystrzelił wraz z pozostałymi, po chwili doszło do wybuchu, następnie ostatnie co pamiętał przed obudzeniem na pokładzie Szpitalnym OKP Niezwyciężony, to jak został ciśnięty z pełną siłą do stawu.
Pałac Imperialny
Głośna eksplozja zastrząsnęła budynkiem. Ludius w ostatniej chwili chwycił się sofy, niestety niektórzy nie mieli takiego szczęścia.
„Wszystko dobrze Szambelanie?" zapytał swego sługę. Starszy mężczyzna leżał jak długi na podłodze. Złapał się za głowę podnosząc się z ziemi.
„Wszystko dobrze wasza wysokość." odparł Szambelan po czym dodał spoglądając w prawo „Choć pańska bezcenna waza z dynastii Gnim została bezpowrotnie utracona."
Ludius zachichotał „Nie ma co się przejmować, i tak mi się nie podobała." odparł z machnięciem ręki. Nigdy nie rozumiał obsesji pradziadka na punkcie dynastii Gnim, starożytnego rodu z Zapomnianych Stulecii, z czasów gdy ląd był większy i mniej morski.
„Dobrze, meldować mi, co się do cholery stało?" zapytał stojącego nieopodal Arde. Ten który już rano wstał lewą nogą, w wyniku nagłego uderzenia z powietrza tracił powoli zmysły.
„Polacy coś wysadzili, najpewniej magazyn." wydukał automatycznie.
Ludius miał ochotę złapać się za głowę, niemniej powstrzymał się od tego. „Dziękuje Wielki Marszałku za tę garść bezcennych informacji. Naprawdę nie mogłem się domyślić." stwierdził sarkastycznie.
„Skąd mam wiedzieć?" warknął Arde, kompletnie zrujnowany przez bitwę „Dopiero co wybuchło a pan już chce znać odpowiedź. Nie jestem jasnowidzem!"
„To może by tak szybciej byś sprawdził!" odparł Ludius, ignorując brak odpowiedniej etykiety.
„Właśnie to robię, wasza wysokość." rzekł Arde siadając z powrotem na podniesione z ziemi krzesło. Szybko zaczął się łączyć przez madio z jednostkami broniącymi się w stolicy.
Zajęło to dłuższą chwilę, chwilę podczas której Ludius mógł ocenić że z wschodu umilkły wszelkie odznaki walki, zaś te z zachodu zaczęły się coraz bardziej zbliżać.
„MAM!" krzyknął Arde „magazyn magicznych kamieni w wschodnim skrzydle wyleciał w powietrze. Odrzuciło to Polaków do tyłu."
„Rozumiem." odparł Ludius z niepokojem patrzącym na drzwi prowadzące do wyjścia. Odgłosy strzelaniny było coraz bliżej. Po chwili ktoś mocno zastukał do drzwi po czym zaczął krzyczeć.
„WASZA WYSOKOŚĆ, ONI JUŻ TU SĄĄĄĄ…!" nie skończył wypowiedzi a już zabrzmiała terkocząca seria która urwała głos. Stukot kul o potężne mithirlowe drzwi brzmiał naprawdę niepokojąco. Następnie usłyszeli ludzkie głosy mówiące jakiś mocno bełkotliwym językiem, zupełne przeciwieństwo szelestu polskiej mowy.
„Jucius, sprawdź!" polecił Ludius gwardziście. Ten niezwłocznie wykonał polecenie, sprawdzając przez coś co my nazwalibyśmy domofonem.
„Wróg" poinformował Jucius „W sile dziesięciu ludzi. Coś robią przy drzwiach."
Arde nagle wykazał się niezwykłą trzeźwością umysłu. „Wszyscy do ściany przy wejściu! Już!"
Każda osoba od razu wykonała polecenie, przylegając bezpośrednio do zimnej, kamiennej ściany. Dało się wyczuć charakterystyczne ukłucie magii, ściany były wzmocnione przez zaklęcia tarczy.
Ludius czekał za innym swym gwardzistą, w prawej dłoni miał swój rewolwer. Nie zamierzał ginąć jak tchórz. Jak każdy Parpaldianin, miał swoją broń zawsze przy sobie. Inna sprawa że w pałacowych intrygach, argument broni palnej zawsze był przydatny.
Chwila jaka trwała zanim drzwi wyleciały do środka, rozerwane przez wybuch. Były jedne z najdłuższych w jego życiu. Następne zdarzenia pamiętał jak przez mgłę, coś wpadło do środka. Oślepiło go i wszystkich w schronie.
Następnie usłyszał tupot nóg i odgłosy szamotaniny, zanim sam poczuł jak ktoś go rzuca o ziemię i krępuje kończyny, po czym chyba stracił przytomność a przynajmniej nie był w pełni władz umysłowych.
Pełny rejestr pamięci wrócił mu dopiero kiedy zorientował się że jest wieczór a on znajduje się w obcym, stalowym pomieszczeniu a przed nim siedział człowiek w wojskowym mundurze.
„Gdzie ja jestem?" zapytał człowieka przed nim, powoli wracało mu czucie w całym ciele. Miał wrażenie że w czasie jego duchowej nieobecności w ciele, ktoś się nim zaopiekował.
„Na pokładzie okrętu flagowego Korony Królestwa Polskiego, Niezwyciężonym." wytłumaczył mężczyzna, mówiąc mocno podobnym do Parpaldiańskiego ale znacznie twardszym językiem zwanym Łaciną „Lecz gdzie moje maniery, zwą mnie Witold, herbu Pogoń z rodu Czartoryskich."
Ludiusa nagle oświeciło przed kim siedzi. Szybko wydukał odpowiednią odpowiedź. „Niech wasza wysokość wybaczy za ten brak jasności umysłu i pozwoli mi się przedstawić. Jestem Ludius, herbu Draco z rodu Paterdomini." po czym wyciągnął dłoń ku Witoldowi.
Ten ją uścisnął po czym dodał przepraszająco. „To ja powinienem prosić Waszą Imperialną Mość o wybaczenie, wszak przybył tu pan w mocno niekonwencjonalny sposób." po czym dodał wskazując stolik obok „Herbaty czy kawy?"
„Nic nie szkodzi, właściwie to bardziej jestem zdumiony tym co zrobiliście." odparł przyjacielsko Ludius po czym dodał „Jeśli łaska, wolałbym herbatę, kawa źle działa na mój żołądek."
„To tak jak u mnie!" zauważył Witold przy okazji pstrykając palcami. Bezgłośnie podeszła pokojówka i przygotowała dwie herbaty.
Ludius był zaskoczony jej pojawieniem się, nie słyszał by wydała jakikolwiek dźwięk. Jej ruchy były również niezwykle oszczędne, właściwie nie było w nich nic zbędnego. Tak jakby każdy miała wykalkulowany by za każdym razem wykonywać całą pracę idealnie. Zbyt idealnie.
„Widzę że macie niezwykle fachową obsługę, wasza wysokość." rzucił uwagą Ludius.
„Nieprawdaż?" zgodził się Witold „I proszę mi mówić Witold. Właściwie jesteśmy sobie równi."
Ludius miał ochotę zakpić, równi? On jest Imperatorem a Witold Królem. Z drugiej strony, byciem władcą takiego supermocarstwa to jak bycie Imperatorem. Więc właściwie miał rację.
„Rzeczywiście, Witoldzie. Proszę się nie krępować i mówić mi po imieniu." odparł ostatecznie Ludius.
„Nie będę, Ludiusie" odparł Witold, po czym wyciągnął spod stolika pudełko z szachownicą. „Zagramy?"
Ludius pomyślał przez chwilę zanim uznał, czemu nie? Kiwnął głową. Witold niezwłocznie rozłożył planszę, była ona ogromna. Ludius sądził że ma chyba z sto pól.
„Pierwszy raz widzę takie szachy." zauważył Ludius.
„To nie szachy, wybacz Ludiusie, wolę Warcaby." odparł Witold.
Imperator pokiwał głową, w sumie mogą zagrać w Warcaby. Miła odmiana od wszędobylskich szachów, każda koronowana głowa z jaką miał okazję się spotkać grała z nim wyłącznie w szachy.
Witold z małą pomocą Ludiusa szybko rozstawił planszę i pionki po czym zapytał „Kto zaczyna?"
„Zwycięzca"
Witold lekko się uśmiechnął na przytyk. Po czym zaczął pierwszy ruch. Ludius szybko potem wykonał swój, i tak minęło trochę tur zanim zapytał „Więc Witoldzie, czego chcesz? Bo chyba nie bym grał z tobą w Warcaby?"
„Pokoju." rzekł Witold tworząc pierwszą damkę.
„Pokoju?" zdziwił się Ludius „Ale jakiego Pokoju? Pieniędzy? Ziemi? Hołdu?"
Witold pokręcił głową „Pieniędzy nam nie trzeba, mamy ich tyle że możemy się nimi podzielić z wszystkimi wokół a i tak nam starczy." Ludius patrzył jak pierwszy pionek w ginie z rąk damki Witolda, ten zaś spojrzał się mu w oczy „Właściwie to stawiam diamenty przeciwko orzechom, że sam jeden posiadam większym majątek niż bogactwo całej Parpaldii."
Następnie kontynuował szarżę damką eliminując dwa kolejne pionki „Ziemi zaś mamy dosyć, Rzeczypospolita to ogromny kraj. Zaś jeśli chcemy ziemi, to na tym świecie jest wiele niezaludnionych lądów czekający aż ktoś je zasiedli i uczyni sobie swoją."
Po czym zbił ostatnie trzy pionki Ludiusa zanim zakończył szarżę w kompletnie innym miejscu niż był. „Hołd zaś, jest zbędny. Nie jesteśmy Kitajem, państwem Środka który patrzy na wszystkich wokół siebie jako na barbarzyńców i uważa się za pępek świata któremu należy oddawać cześć za to że jest i „oświeca" niższe ludy."
Ludius wyczuł że z tym Kitajem, kryje się naprawdę mocna historia. Ton Witolda i jego zjadliwość gdy mówił, zdradzało wręcz pogardę wobec tego państwa.
„Rozumiem" odparł zbity z tropu Ludius, udało mu się zbić kilka pionków Witolda jak i tak manewrować pozostałymi by ten nie mógł użyć swej damki. Niemniej to jego radość była przedwczesna, Polak zmienił strategię. Zanim się zorientował, Witold zyskał dwie kolejne.
„Dlatego, prosimy wyłącznie o zawarcie pokoju z powrotem do status quo i poszanowania zasad dobrego sąsiedztwa." wyłuszczył Witold który już ewidentnie kontrolował całą grę.
„To dobre sąsiedztwo wymaga uspokojenia Lourii?" zapytał niby to retorycznie, niby to podchwytliwie. Udało mu się zdobyć pierwszą swoją damkę i rozpocząć odwet za stracone pionki.
„Owszem" zgodził się Witold „Nie obrazicie się jak, ustanowimy tam własne porządki?" zapytał Ludiusa, przy okazji kończąc zabawę Ludiusowej damki zwykłym pionkiem.
„Skądże!" odparł Ludius, który stawał się coraz bardziej zainteresowany grą w miarę był spychany do coraz bardziej desperackiej defensywy przez Witolda. Zanim Polak odpowiedział, zdążył mu zbić kolejne pionki i wyeliminować jedną z damek.
„To dobrze" odparł z ulgą Witold „Choć sądziłem że będziecie bardziej oponować, stawiać się. Nie szkoda wam poświęconego czasu i zasobów?" Polak właśnie pozbawił Ludiusa większości pionków.
„Niezbyt" rzekł Ludius który próbował już tylko zadać jak największe straty Witoldowi „takie jest życie, nieprawdaż? Raz się wygrywa" właśnie tracił ostatnie pionki „a raz się przegrywa." zdążył zlikwidować drugą damkę zanim stracił ostatniego Pionka „Szczególnie jak się zrobi Szach-mat."
„Zgadza się" zgodził się Witold podając dłoń Ludiusowi, ten ją uścisnął „Imperator został wyelimowany, czas by i Hetman do niego dołączył."
„Hetman?" zdziwił się Ludius, nie wiedział co ma polska ranga wojskowa do szachów.
„Wybacz, tak się u nas woła na Królową w Szachach. A przecież Hark to twoja Królowa czyż nie?" odparł rozbrajająco Witold.
Ludius parsknął ze śmiechu. Rzeczywiście, Hark w jego rozgrywce był jak Królowa.
Choć wątpił by temu psu na baby spodobało by się to określenie.
Księstwo Que-Toyne
19 Marca 1640 Roku Kalendarza Centralnego
Obóz Armii Północnej przed Gim
"Mój Królu! Mój Królu!" zawołał wpadając z impetem do namiotu jeden z rycerzy. W ten sposób wszedł w sam środek narady dowódców szukających coraz bardziej desperackich rozwiązań by przełamać polsko-toyniańskie linie obrony.
"O co chodzi, Tarwo?" zapytał Hark, jego Król. Nie dało się nie zauważyć niechlujnego kilkudniowego zarostu oraz zmęczonego oblicza władcy.
"Parpaldia..." zaczął Tarwo
"Co z Parpaldią?" ożywił się Król
"Poddała się."
Wszyscy zamarli w miejscu, Imperium Parpaldii się poddało? Co? Jak?
"Wytłumacz się Tarwo, co znaczy Parpaldia się poddała!?" warknął wściekły Hark
„Polska zajęła jednym uderzeniem ich stolicę, pojmała Imperatora a ten był zmuszony do podpisania separatystycznego pokoju."
„Jakiego separatystycznego pokoju?!" Hark złapał za ramiona rycerza i zaczął nim potrząsać.
„Białego, panie" odparł nerwowo Rycerz.
Hark pękł.
„PODPISALI BIAŁY POKÓJ? KURWIE SYNY, OSOBIŚCIE WYRWĘ JAJA TEMU JEBANEMU PADALCOWI I WSADZĘ MU W GARDŁO." wrzasnął na pełny regulator Hark.
Wszyscy się w namiocie skrzywili. Hark coraz częściej miał takie napady szału.
„MY TU SIĘ WYKRWAWIAMY, MORDUJEMY A TAMTEN CHUJ, NIE DOŚĆ ŻE NIE POMÓGŁ TO JESZCZE SPIERDOLIŁ PRZY PIERWSZEJ OKAZJI!" kontynuował swoją filipinkę Hark.
„Zaczęło się, i znów tak zejdzie z godzinę zanim się uspokoi." ktoś mruknął.
Wszyscy w namiocie pokiwali, wszyscy poza namiotem woleli się trzymać z dala. Ostatnim razem takie podsłuchiwanie skończyło się że wszyscy podsłuchujący oberwali krzesłem który Król wyrzucił z wściekłości.
Wtedy zyskał ksywę Siłacza, cios ogłuszył wszystkich tak że przez cztery dni wszyscy dochodzili do siebie.
Niemniej ku zdumieniu Hark się nagle zatrzymał, po czym nagle jego oczy zabłysły a na jego twarzy się pojawił paskudny uśmiech. „Popamięta mnie chuj, popamięta." Jakiś obłęd zagościł na jego twarzy.
„Marszałku!" zawołał swego najwyższego rangą rycerza, Marszałka Herrika.
„Tak mój panie?" zawołał Marszałek.
„Zbierz wojska do generalnego szturmu, za bardzo się bawiliśmy z Polakami. Zwyciężymy albo zginiemy. Jeden chuj." obwieścił kategorycznym tonem Hark.
„Ależ mój panie to…!" odezwał się Marszałek zszokowany jak cały namiot.
„Genialny pomysł, prawda?" odezwał się sarkastycznie Hark. Widząc miny zebranych że nie załapali szybko dodał „Mówiłem sarkastycznie, wiem że to głupi pomysł. Lecz czas się skończył panowie, Polacy zaraz nam pokażą swoje orle pazury. I nie wiem jak wy, ale ja wolę jednak ruszyć wcześniej póki ten orzeł siedzi na ziemi. Może uda nam się go złapać."
Popatrzył się na swoich generałów. Widział że dalej są przeciwko. Hark westchnął „Dobrze, macie tylko jedno zadanie. Szturm na Gim, jak zginę. Możecie spierdalać w podskokach do domu." wszyscy się wystraszyli tej informacji. „Albo wcześniej jeśli się wam uda. Mnie już nie obchodzi. Przegraliśmy, możemy przynajmniej wybrać sposób na nasze odejście. Ja wolę w chwale a wy?"
Rycerze popatrzyli na siebie niepewnie.
Jeden z nich, generał Franko przełamał się jako pierwszy. „Król ma rację, możemy albo płakać z rozpaczy jak niewiasty albo jak przystało na mężczyzn ruszyć na ostatni bój i być może osiągnąć ostatni sukces."
Hark się uśmiechnął. „Biedne gnojki", pomyślał. Po czym zdał sobie sprawę. „Właściwie to ja jestem największym, zamiast korzystać z emerytury, zamierzam knuć w ciemnościach zemstę." Ciągnął myśl.
Wzruszył ramionami „No cóż, ktoś musi pomścić tych wszystkich poległych, prawda?"
