Harry Potter spojrzał na Privet Drive po raz ostatni w swoim życiu. Nie chciał mieć już z tą ulicą nic wspólnego. Westchnął głęboko. To był koniec. Nie wytrzymał. Dursleyowie posunęli się za daleko. Nie miał możliwości wytrzymać z tą rodziną jeszcze jednego lata.
Patrzył na swoje nogi, posuwające się powoli w kierunku pobliskiego dworca. Ron Weasley i Hermiona Granger, to były osoby, na których mu tak naprawdę w tym momencie zależało.
Voldemort nie żył, Bellatrix również. Nie miał szans z nikim powalczyć o miano najpotężniejszego czarodzieja wszechczasów.
Potter zastanawiał się, co teraz. Jego życie miało znów zdegradować swój poziom o kilka stopni? Nie, nie mógł na to pozwolić. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Musiał sprawić, żeby znowu mu się chciało. Tylko jak?
Jego zamyślenia przerwał głośny wybuch i dziwne pomarańczowe odcienie. Podbiegł po chwili do źródła. Miał szczęście, że był niedaleko. Okazało się, że dom Dursleyów płonie…
- Nie, nie wierzę… To nie może być prawda… - wyszeptał Harry, dysząc od dymu unoszącego się ponad dach budynku. Wbiegł do środka. Co z nimi? Gdzie są?
- DUDLEY! – wrzasnął, próbując przebić się przez stos porozwalanych mebli i smugi płomieni. Chociaż nienawidził Dursleyów, nie mógł pozwolić, żeby ot tak sobie spłonęli!
Wbiegł do kuchni, nikogo nie znalazł. Wbiegł do sypialni, też nikogo nie było. Zaczynał powoli panikować. Kropelki potu pojawiły się na jego czole i spływały w stronę policzków. Zastanawiał się gorączkowo, gdzie on jeszcze nie był, gdzie oni mogli się ukryć.
Nagle go oświeciło.
STRYCH!
Miał tylko 1 problem związany z przedostaniem się na strych. Płomienie kompletnie zablokowały mu jedyną możliwą drogę. Musiał posłużyć się po raz kolejny magią, której nie wolno mu było używać poza Hogwartem.
Zawahał się. Czy rzeczywiście warto ryzykować jedno marne zaklęcie dla rodziny, której nie cierpiał? Skutki użycia mogłyby być naprawdę poważne…
Jednak poczucie odpowiedzialności za mugoli zwyciężyło w tym moralnym dylemacie.
- Aquamenti! – krzyknął, mając dogłębną świadomość tego, że być może wykopał się właśnie z Hogwartu raz na zawsze.
Z różdżki wystrzelił strumień wody, który jednak był niczym w porównaniu z ogniem, który rozprzestrzenił się na cały dom.
W tym samym czasie przez otwór w drzwiach przeleciał list. Harry wiedział, co to oznacza.
To koniec.
- „Drogi Panie Potter, użył Pan w obecności mugoli zaklęcia 'Aguamenti'. Z tego powodu Dyrekcja Hogwartu jest zmuszona wykreślić Pana z listy uczniów raz na zawsze. Z poważaniem, Minerwa McGonagall" – wyczytał Harry z niedowierzaniem na twarzy.
Nie cierpiał tego momentu. Już raz był o włos od opuszczenia Szkoły Magii, kiedy razem z Ronem ukradł samochód ojca Rona i poleciał nim do Hogwartu. Wtedy jednak upiekło się mu, skończyło się tylko na w miarę krótkim szlabanie. Tym razem już żartów nie było.
Zamiast skupianiu się na swojej dalszej karierze, Harry postanowił się skupić na swoim dalszym życiu, którego mogło za chwilę już nie być.
Witam! Jest to mój pierwszy fanfic, tak więc chętnie przyjmę zarówno słowa ciepłe, jak i konstruktywną krytykę. Pozdrawiam!
