Witam ponownie! Kolejny, piąty już rozdział przygody Toma, Jerry'ego i reszty ekipy przed nami!
Toodles, Spike oraz Jerry powoli stawali się coraz bardziej zaniepokojeni zaginięciem swojego kumpla. Szukali prawie po całym mieście. Żadnej poszlaki, żadnego tropu. Żadnego wcześniejszego znaku od Toma.
W sumie Tom znaku nie dawał, bo wkurzył się na Ricka. Rick niesłusznie go oskarżył o rozpoczęcie bójki między nim i Spike'iem, której nie zaczął!
Niebieski kot był ostatnio strasznie pobudzony. Było to spowodowane różnymi czynnikami – raz dostał bęcki od Spike'a i był po tym połamany (dosłownie i w przenośni), innym razem to on sprzedał przysłowiowego „kopa" Spike'owi i to pies musiał uznać wyższość kota.
Co by jednak nie było, Spike'owi brakowało obecności Toma. Brakowało mu trochę tego ciągłego użerania się z nim, ciągłego denerwowania się na niego z błahych powodów. Było to niezbyt fajne uczucie.
Postanowił. Dosyć. Ta sprzeczka była błędem.
- Hej, Jerry? – podszedł do swojego małego brązowego kolegi. Jerry był zajęty wpatrywaniem się w okno, prawdopodobnie z powodu tęsknoty za kotem. Odwrócił się z głośnym westchnieniem i spytał:
- O co chodzi?
- No, wiesz… - Spike próbował znaleźć odpowiednie słowa. – Jak ja… i Tom… pokłóciliśmy się…
- Ekhem! – przerwał mu Jerry. – To Ty go sprowokowałeś!
Pies poczuł się nieswojo.
- No… - potarł ręką czoło. – Faktycznie, ale zauważ, że mógł się zachować inaczej! Mógł przyjąć na klatę moją krytykę, nie wkurzyłby się i byłoby z bani!
Jerry nie wiedział, co odpowiedzieć. Spike miał rację, musiał mu to przyznać. Ale jednak czym ta agresja Spike'a mogła być spowodowana? Być może tym, że Tom i Spike nie polubili się praktycznie od zaraz, od pierwszego momentu wspólnego przebywania.
Może to też wina Ricka oraz Dianne? Rick zawsze preferował Spike'a, więc Tom mógł mieć do niego jakiś ukryty żal, mogła też się pojawić zazdrość o takie pieszczotliwe traktowanie.
- Dobra, tam, nieważne – uciął swoje rozmyślanie Spike. – Chciałbym, żebyśmy go w końcu odnaleźli!
Jerry zaśmiał się szyderczo.
- HAHAHA! Jeśli nie wiedziałeś, to już podjęliśmy próbę odnalezienia go! I co? I gówno! Nie mamy żadnego tropu!
- A… próbowałeś z kimś ustalić ten trop? – dopytywał pies. – Znaczy.. nie chodzi mi o tych, których znamy, typu Toodles, Butch…
Tutaj Spike przerwał. Przypomniał sobie, że Butcha również nie widział, praktycznie od tej samej chwili co Toma. Nagle wpadł na pewną teorię.
- Słuchaj… Co, jeśli Tom poszedł z Butchem po naszej sprzeczce? Znasz naturę Butcha? To uliczny grajek, że tak się wyrażę… On mógł go zabrać dosłownie wszędzie!
Jerry pomyślał przez chwilę. Rzeczywiście. Butch słynął z dzikiej natury, lubił rywalizować z Tomem o względy chociażby Toodles, ale nie brakowało momentów, gdy łączył z Tomem siły i razem współpracowali. Ogółem rzecz ujmując – byli kumplami, ale nie do końca.
Więc prawdopodobieństwo wspólnego wypadu 2 kotów było ogromne. Tom musiał odreagować po poważnej bójce ze Spike'iem i Rick'iem.
- O ja Cię! To serio mogło się wydarzyć! – rzekł Jerry, uderzając się w głowę.
- Tylko gdzie oni mogli pójść? – zastanawiał się Spike. – Nie mamy żadnego… - tutaj przerwał. Zastanowił się. Wiedział, że jedyne miejsce, gdzie Tom i Butch mogliby razem przebywać, to śmietnik zaraz za domem.
Rozpromienił się i puknął lekko mysz.
- Jest przy śmietniku! – krzyknął z wesołością. Jerry jednak nie zareagował podobnie.
- Sprawdzałem już – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Nie ma go tam.
Nastrój Spike'a uległ pogorszeniu. Zasugerował jednak sprawdzenie, czy aby na pewno go tam nie ma.
Jerry się zgodził. Poszli za śmietnik.
I rzeczywiście. Nie było go tam.
Chcieli już wracać z powrotem, jednak uwagę Jerry'ego przykuła kartka papieru, pozostawiona na śmietniku. Spike podniósł kartkę i przeczytał z niedowierzaniem:
- On był czarodziejem nieczystej krwi. H.P, JESTEŚ NASTĘPNY. – Przestał czytać i popatrzył się przez chwilę w dal.
Po kilku niezręcznych sekundach milczenia Toodles spytała:
- O co w tym chodzi? Już tego kompletnie nie rozumiem… I kto to jest ten H.P? – spojrzała na mysz. Jerry wzruszył ramionami.
- Obstawiam, że to Hans Puckers, ten znany iluzjonista z Baker's Street – odpowiedział.
Tymczasem Tom, Butch razem z Harrym, Hermioną i Ronem wylądowali przed wejściem do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Panował tam chaos. Latające samochody, czarownice, mnóstwo różdżek i dziwacznych ubrań.
Obydwa koty przyglądały się temu zjawisku z nieukrywanym zdumieniem i przerażeniem.
- Co… tu się dzieje? – Butch był delikatnie zmieszany tą sytuacją.
- To jest Hogwart – wyjaśnił Harry. – Taki magiczny zamek pełen niedorozwojów…
Hermiona natychmiast skarciła go za takie słownictwo, uderzając go lekko w ucho.
- Tak… - kontynuował Harry. – Jest tutaj naprawdę dużo interesujących rzeczy, na przykład… - tutaj przerwał i odwrócił się. Tom, Butch oraz Hermiona uczynili to samo.
- No proszę! Kogo my tu mamy?
Harry wszędzie poznałby ten szyderczy głos. Ten wykrzywiony uśmiech, ten przenikliwy wzrok.
Przed nimi stał Draco Malfoy we własnej osobie z podniesioną różdżką.
- Naprawdę, Potter? – spojrzał na Harry'ego ze wzrokiem szaleńca. – Naprawdę chodzisz nie tylko z tą szlamą, ale też z gadającymi kotami? Naprawdę chyba już nie możesz niżej upaść…
Harry nie wytrzymał i pomknął ku Draco, również z wyciągniętą różdżką. Malfoy był jednak szybszy.
- ASCENDIO!
W tym samym momencie niewidzialna siła pociągnęła Harry'ego i resztę w powietrze, ale on ciągle nie miał dość. Wystrzelił do Dracona zaklęcie uśmiercające.
- AVADA KEDAVRA!
Hermiona rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Jak to możliwe, że Harry Potter, ten miły chłopak, który nie skrzywdziłby nawet muchy, teraz wystrzelił najgrożniejsze ze wszystkich zaklęć?
Nie, niemożliwe…
Draco uchronił się przed działaniem zaklęcia i natychmiast odparował.
- EXPELLIARMUS!
Różdżka Harry'ego wypadła mu z ręki. Natychmiast spróbował po nią sięgnąć, jednak Draco wystrzelił kolejny raz, dając Harry'emu do zrozumienia, że nie wygra tej bitwy.
Malfoy podszedł do niego i po raz kolejny skrzywił swoją twarz w uśmiechu.
- Czarny Pan będzie naprawdę zadowolony ze mnie, jak mu powiem, że udało mi się rozbroić jego największego wroga… Jestem ciekaw, jaką da mi nagrodę…
Harry mógł tylko patrzeć na jego samoprzechwałki. Spróbował kolejny i ostatni już raz sięgnąć po swoją różdżkę, w momencie, kiedy Draco był idealnym przykładem Narcyza.
Udało mu się.
Może go teraz wykończyć. Raz na zawsze.
Uniósł się delikatnie, chowając różdżkę pod koszulą. Tom przeczuwał, co za chwilę nastąpi. Szepnął do Butcha:
- Będzie jazda… Patrz na to! – wskazał mu różdżkę Harry'ego schowaną za jego koszulą. Butch spojrzał najpierw na koszulę Harry'ego, potem na Malfoya, następnie na Toma, a na samym końcu na Rona i Hermionę.
Ron stał zmieszany i zszokowany całą tą sytuacją. Jego klatka piersiowa opadała i natychmiast wznosiła się. Hermiona była równie przerażona tym pojedynkiem.
Draco spojrzał beznamiętnie na Harry'ego i rzucił:
- Wiesz, co mnie tu sprowadza?
Harry pokiwał głową.
- Nie wiem. Strzelam, że jakaś głupia przepowiednia?
Malfoy zamarł. Krew zaczynała się gotować w jego żyłach. Harry czuł, że za chwilę wybuchnie.
- NIE, GŁUPKU! – wrzasnął Draco. Ron natychmiast krzyknął:
- NIE MÓW TAK DO HARRY'EGO! – Echo tej wypowiedzi uniosło się po okolicy niczym huk po zaklęciu Confringo. Malfoy natychmiast obrócił się do Rona i sarknął:
- A Ciebie kto pytał o zdanie, Weasley? – po chwili dodając: - Debil…
Ron tym razem nie wytrzymał. Rzucił się na Dracona z pięściami. Hermiona próbowała go powstrzymać, ale było za późno. Tom i Butch patrzyli na to wszystko z niedowierzaniem.
- A niby tak świetnie się dogadywali… - powiedział sarkastycznie Butch.
- No… ja też jestem… delikatnie… zaskoczony… - Tom walczył ze swoimi myślami.
Naprawdę? Naprawdę Ron dał się sprowokować Draconowi? Czy posunął się aż tak nisko?
Malfoy zdołał wyrwać się z „uścisku" Rona i podniósł różdżkę jeszcze raz.
- Dobra! – krzyknął. – Kończmy to raz na zawsze! Albo dasz mi przepowiednię, Potter, albo wykończę tutaj wszystkich, co do jednego!
Harry spojrzał Draconowi prosto w oczy. Wiedział, że jest za słaby psychicznie, żeby to zrobić. Mimo to on sam był trochę niepewny całej sytuacji.
Wziął głęboki oddech i rzekł głośno:
- Nie mam jej.
Dotychczasowa niepewność Malfoya zamieniała się w wściekłość. Podszedł do Harry'ego i groźnie spytał:
- Jak to nie masz?
Wszyscy stali nieruchomo, równie zaskoczeni jak Malfoy. Tom i Butch śledzili każdy ruch Dracona. Wiedzieli, że za chwilę może stać się coś bardzo złego, zarówno dla Harry'ego, jak i dla wszystkich tam obecnych.
- No… nie mam… - wydyszał Harry. – Po prostu… żadnej przepowiedni nie posiadam.
Malfoy ciągle stał z różdżką wycelowaną w Harry'ego. Tom gorączkowo myślał, co teraz? Przecież to się nie może tak skończyć!
Niebieski kot spojrzał na Butcha, następnie na Rona i Hermionę. Wszyscy stali tak samo jak wcześniej. On sam musiał działać. I to natychmiast.
- Potter? – spytał delikatnym głosem Draco. Jego ręka drżała. – Wiesz, co się dzieje z takimi jak Ty, którzy nie podporządkowują się Czarnemu Panu?
Harry milczał. Próbował nie słuchać. Walczył z myślami.
- Ci, którzy się nie podporządkowują, zostają wyeliminowani! – krzyknął Draco. – A skoro Ty się nie podporządkowujesz, to nie mam innego wyboru…
Nastała cisza. Nie było słychać niczego oprócz cichego brzęczenia muchy.
Zostało powiedziane tylko jedno słowo:
- Przepraszam…
I właśnie wtedy Tom postanowił włączyć się do akcji.
- Nawet nie próbuj, Draco! – rzekł spokojnie, lecz nadzwyczaj groźnie.
Malfoy tylko spojrzał szybko na Toma i krzyknął:
- AVADA KEDAVRA!
I to już koniec rozdziału numer 5! Mam nadzieję, że fajnie Wam się to czytało (wiem, że to nie jest mój najlepszy fanfic, ale mam nadzieję, że kolejne rozdziały będą przynajmniej tak samo emocjonujące)!
Do napisania wkrótce!
