Witam! Przepraszam za tak długą przerwę, ale po prostu brakowało mi inspiracji do pisania tego fanficu. Poza tym, zastanawiam się nad stworzeniem kontynuacji „Magicznej Przygody" (jeszcze nie jestem nawet w połowie „jedynki", a już myślę nad „dwójką XD). Byłoby tam jeszcze więcej akcji, zwariowanych przygód i w ogóle… Ale wracając do teraźniejszości. Poprzedni rozdział był prawdopodobnie najlepszym, jaki napisałem, i chyba już tego nie przebiję, ale ja próbuję iść za ciosem! Oto rozdział 7!
„Chłopiec, Który Przeżył…"
Niestety było dane Harry'emu usłyszeć jeszcze raz tą przeraźliwą kwestię. Powoli odzyskiwał świadomość. Pamiętał bitwę z Malfoy'em. Pamiętał, że przegrał tę bitwę.
Pamiętał również, że Draco oskarżył go o swój stan. Stwierdził, że nie może przez niego spokojnie spać.
Nie rozumiał tych oskarżeń. Nie rozumiał, po co nie miałby przez niego spokojnie spać, przecież nic mu nie zrobił. Otwierał powoli oczy.
Malfoy najwyraźniej sobie gdzieś poszedł, bo nie było po nim ani śladu. Harry rozejrzał się.
Był w powietrzu.
- CO SIĘ DZIEJE? – wrzasnął. Spojrzał w tył.
Tuż za nim znajdowali się Ron, Hermiona, Tom oraz Butch, wszyscy z niezbyt wesołymi minami. Harry zauważył, że na twarzy każdego z nich była taka sama blizna w kształcie błyskawicy, jaką on sam posiada.
- CO JEST? CZY TO JEST JAKIŚ MÓJ FANKLUB? – wrzasnął. Nikt mu jednak nie odpowiadał. Każdy bez wyjątku patrzył przed siebie.
Nagle Ron odezwał się do Hermiony:
- Czarny Pan będzie zachwycony tym znaleziskiem! Na pewno dostaniemy jakiś awans!
Hermiona odpowiedziała mu:
- Z pewnością! Ja to bym się pokusiła nawet o stanowisko Wiceministra Magii! – na co wszyscy wybuchnęli sztucznym śmiechem.
Harry był w szoku. Pomyślał, że albo sobie jaja robią, albo uderzyli się potężnie w głowę.
Prędzej to pierwsze.
Spojrzał na Rona i chrapnął:
- Ron… Co Ty? Nie pamiętasz mnie? To ja, Harry…
Jeśli myślał, że to mu w czymś pomoże, to grubo się mylił.
Ron spojrzał na niego wzrokiem szaleńca i warknął:
- A Ty co się odzywasz?... Rozumiem… Chcesz być moją przystawką, tak? – zanim Harry zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Ron rzucił się na niego z potężną siłą. Różdżka, którą do tej pory trzymał w ręce, wypadła mu z dłoni. Tom natychmiast ją przechwycił i wystrzelił bez słowa w kierunku Rona i Harry'ego. Ron momentalnie zrobił unik, pozostawiając na trasie strzału tylko Harry'ego.
Harry się nie poruszał. Zamknął znowu oczy. Czuł znowu, jak wszystko w nim mdleje. Usłyszał w głębi siebie znajome głosy, głosy swoich prawdziwych przyjaciół. Zamknął oczy i poczuł, że coś w niego trafia.
Spróbował otworzyć oczy po raz kolejny.
- HARRY! HARRY!
Znał te krzyki.
Leżał na ziemi. Nad nim klęczeli Ron, Hermiona, Tom oraz Butch. Całe szczęście, nie byli oni już tacy jak wcześniej.
- HARRY! – poczuł ciepły oddech Hermiony po prawej stronie jego twarzy, poczuł, jak jej włosy delikatnie muskają jego policzek. Tuż obok niej klęczał Ron ze zmartwionym spojrzeniem. Przekręcił głowę w lewo. Siedziały tam obydwa koty, również ze smutną miną.
Odzyskiwał świadomość. Spróbował wstać, jednak poczuł przeszywający ból w ramieniu i syknął. Butch natychmiast dostrzegł, że coś jest nie tak.
- Co Ci jest? – spytał delikatnie.
Zamiast Harry'ego odpowiedziała Hermiona.
- Zaklęcie uśmiercające wystrzelone przez jednego ze śmierciożerców… ten trujący jad wciera się w jego ciało… no i… - tutaj załamała głos – chyba nie ma ratunku… - Przytuliła się do Rona i załkała.
- Co? A co ze śmierciożercami? Dlaczego oni wyglądali identycznie jak Wy? – Harry starał się pokonać ból.
Tym razem odpowiedział Tom:
- Teleportowali się nie wiadomo gdzie. A co do tego „naszego" wyglądu, to musieli użyć jakiegoś zaklęcia…
- Najprawdopodobniej zaklęcia teleportującego – zawtórował Butch.
Po chwili niekomfortowego milczenia spowodowanego tym jakże soczystym komentarzem Tom dodał:
- Wiemy tylko, że są bardzo nieuważni. Zostawili nam coś. – Mówiąc to, wyciągnął zza siebie kartkę, na której wyraźnie były zaznaczone ślady czarnego atramentu. Podał ją Harry'emu i kontynuował wypowiedź:
- Zdążyliśmy już razem z Hermioną przestudiować tę kartkę, no i wychodzi na to, że to jest coś w rodzaju mapy albo czegoś… - zabrakło mu słowa, więc zachęcił Hermionę ruchem łapy, żeby kontynuowała.
- To już jest prędzej mapa niż zlot przypadkowych znaków – stwierdziła Hermiona. – Spójrzcie tutaj. – Wskazała na dużą czerwoną kropkę w lewym dolnym rogu kartki. – Wydaje mi się, że to tutaj może być ukryty pierwszy horkruks…
Teraz Ron czegoś nie zrozumiał.
- Chwila! Horkruks? Znowu? Czemu mielibyśmy znowu szukać tych durnych horkruksów?
- Bo to może być klucz do rozwiązania całej zagadki! – uniosła się Hermiona. – Pamiętacie, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? Tom i Butch znaleźli ciało Ministra Magii, a na klatce piersiowej miał tamten napis…
- „On był czarodziejem nieczystej krwi" i tak dalej… - przypomniał Butch.
- No właśnie! Skoro był nieczystej krwi, to oznacza, że jego różdżka była mu nieposłuszna!
- A tylko czyści czarodzieje mają posłuszne różdżki! No przecież! – Harry zaczynał rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
- A ja ciągle nie kumam – wypalił Ron.
W tym samym czasie Draco podróżował w czasie. Zatrzymał się dokładnie w tym momencie, w którym pojedynkował się z Harrym. Podszedł do swojej osoby, wyciągnął własną różdżkę ze swojej „wcześniejszej" dłoni i umiejscowił ją w swojej „teraźniejszej", następnie przestawił swoją dawną osobę w ustronne miejsce.
I włączył ponownie czas.
- AVADA KEDAVRA!
Zielona smuga wystrzeliła z jego różdżki i trafiła prosto w pierś Harry'ego…
Jednocześnie Harry z teraźniejszości poczuł po raz kolejny przeszywający ból, nie tylko w klatce piersiowej, ale również i na jego „legendarnej" bliźnie. Upadł na ziemię z bólu. To musiał być on.
Voldemort był blisko.
Hermiona natychmiast zauważyła, że z Harrym jest coś nie tak i podbiegła do niego. Na tamtą chwilę, wyglądał okropnie. Całe jego ciało było rozpalone, a w okolicach blizny zaczęły pojawiać się ciemne plamy.
- Ron! Tom! Butch! – krzyknęła do pozostałych.
Akurat w tym momencie Tom i Butch rozmawiali o sensie podróży do Hogwartu, o całej tej dziwacznej przygodzie. Kiedy usłyszeli krzyki Hermiony, momentalnie zaprzestali dyskusji i pomknęli do niej.
- Co teraz mu się stało? – spytał Butch.
- Blizna…piecze… - wysapał Harry. Hermiona postanowiła ułatwić kotom zrozumienie jego wypowiedzi:
- Poczuł nagle okropny ból…jak przy rozszczepieniu…
- A co to jest rozszczepienie? – spytał Tom.
- Teraz to nieważne! – krzyknęła Hermiona i kontynuowała wyjaśnianie stanu Harry'ego:
- On musi gdzieś tu być.. Dlatego go tak boli…
Obydwa koty momentalnie zrozumiały, o kogo chodzi. Na twarzy Toma namalował się wyraz strachu, natomiast Butch zaczął się śmiać na cały głos. Starał się go opanować, ale bezskutecznie.
- HAHAHA! Wy mówicie, że Voldek gdzieś tu jest?... Błagam! Najgłupsza rzecz, jaką dzisiaj słyszałem…
Tom walnął go w policzek i krzyknął:
- DEBILU! VOLDEMORT NAPRAWDĘ MOŻE GDZIEŚ TU BYĆ! A TY SIĘ ŚMIEJESZ NA CAŁY REGULATOR!
-No bo jak się nie śmiać z tego? – Butch próbował złapać oddech. – Przecież z tego co wiem, to Harry go pokonał rok temu!
Hermiona próbowała zainterweniować, jednak było już za późno. Tom nakręcił się już doszczętnie.
- TAK, ALE PRZECIEŻ MÓGŁ SIĘ ODRODZIĆ W KAŻDEJ CHWILI! – Furia na twarzy Toma była już aż za bardzo widoczna. – CZY TO DO CIEBIE NIE DOCIERA? – zaraz po tym pytaniu, opadł na ziemię z głośnym chrzęstem.
- Szczerze? – spytał Butch. – Szczerze… to nie.
Teraz Tom już nie mógł się powstrzymać. Wstał i rzucił się na Butcha z wrzaskiem.
- ON SIĘ DO JASNEJ CHOLERY ODRODZIŁ!
Niebieski kot zdecydowanie stracił nad sobą kontrolę. Zaczął bić, gryźć, kopać swojego towarzysza na tysiące sposobów, i żadne interwencje reszty grupy nie były w stanie go powstrzymać.
W tym samym czasie w realnym świecie Toodles, Spike oraz Jerry zdążyli zaangażować już praktycznie całą zwierzęcą część miasta w poszukiwania Toma i Butcha.
Bezskutecznie.
- Nie da rady… Chyba straciliśmy ich już na zawsze… - łkał Jerry. – I na co nam ta głupia kartka? – Zmiął ją i rzucił o ziemię.
Toodles jednak zwróciła uwagę na jeden szczegół.
- Chwila… - zamyśliła się. – Co tam było napisane? – Wzięła kartkę z ziemi i przeczytała. Następnie złapała się za głowę. – Oni zostali porwani przez czarodziejów!
Reszta gangu popatrzyła na nią, jakby spadła z Księżyca.
- OSZALAŁAŚ? – krzyknął Spike. – ONI NIE MOGLI ZOSTAĆ PORWANI PRZEZ CZARODZIEJÓW, BO TAKOWI NIE ISTNIEJĄ!
- A SKĄD MASZ TAKOWĄ PEWNOŚĆ? – odpowiedziała Toodles.
Pies postanowił nie kontynuować sprzeczki, jednak burknął pod nosem:
- No bo nie istnieją…
Niestety, Toodles to usłyszała.
Wyruszyła gwałtownie w jego kierunku i uderzyła go prosto w nos. Spike złapał się za niego w milczeniu.
- MAM WAS DOSYĆ! – wrzasnęła kotka. – JESTEŚCIE DO NICZEGO! NASI PRZYJACIELE ZAGINĘLI, A MY MUSIMY KŁÓCIĆ SIĘ O TO, CZY CZARODZIEJE ISTNIEJĄ CZY NIE!
Spike spojrzał na Jerry'ego z niepokojem, jakby czekał na wyjaśnienie, co się z nią stało? Mysz jednak wzruszyła ramionami. Już obydwaj chcieli o wszystkim zapomnieć, gdy Toodles przysunęła się gwałtownie do nich i warknęła:
- Spodziewałam się zupełnie czegoś innego od Was… Myślałam, że zależy Wam na swoich kolegach..ale jednak się myliłam…
Musieli jej to przyznać. Miała rację. To przez nich Tom odszedł.
Poczuli się fatalnie. Poczuli się, jakby zostali porażeni tysiącem piorunów naraz. Poczuli się…dokładnie tak jak Tom…
W tym samym czasie nasi pozostali bohaterowie czuli się niemalże podobnie jak poprzednicy. Wymiana zdań podczas kwestionowania powrotu Voldemorta doprowadziła do poważnej bójki pomiędzy Tomem i Butchem. Harry, Ron i Hermiona próbowali powstrzymać rozpędzone koty, jednak niewiele to pomagało.
Tam działa się rzeż.
- POWTARZAM JESZCZE RAZ! – krzyczał Tom w trakcie łamania pazurów Butcha. – VOLDEMORT SIĘ ODRODZIŁ! JUŻ TEGO NIE POWSTRZYMAMY!
Butch jednak nie chciał o tym słyszeć.
- SŁUCHAM? TY CHYBA SOBIE JAJA ROBISZ! – wrzeszczał. – JA TEŻ POWTARZAM! NIE MA TAKIEJ MOWY, ŻEBY CZARODZIEJ SOBIE NAGLE „OT TAK" ZMARTCHWYCHSTAŁ!
Harry miał już tego wszystkiego dosyć. Krzyknął:
- CRUCIO!
Rozległ się potężny huk i jasne światło wypełniło powietrze. Walczący natychmiast ucichli.
- CZY WY MOŻECIE SIĘ CHOCIAŻ NA PIERDOLONĄ CHWILĘ OPANOWAĆ? – krzyknął Harry, czerwony ze złości. – CZY TO JEST TAKIE TRUDNE? CHUJ MNIE OBCHODZI, ŻE VOLDEK ZNOWU ŻYJE, JA CHCĘ TYLKO SPOKOJU! PRZYNAJMNIEJ DO KOŃCA TEJ NOCY!
Tom i Butch dyszeli ciężko. Ron przyglądał się im z ponurym spojrzeniem, Hermiona włożyła głowę w kolana. Harry jednak na tym nie poprzestał. On się dopiero rozkręcał.
- TY! – Wskazał różdżką na zszokowanego Toma. – DLACZEGO MÓWISZ, ŻE VOLDEMORT ŻYJE?
Tom, już trochę bardziej uspokojony, odparł:
- Śmierciożercy na przykład? To nie może być przypadek, że oni zaczęli nas ot tak ścigać…
Harry zastanowił się. Rzeczywiście, obecność śmierciożerców dawała do myślenia o powrocie Voldemorta. Jednak, z drugiej strony…
- Przecież 99% śmierciożerców nie żyje! Jakim cudem mieliby się odrodzić?
Tutaj, zamiast Toma, odpowiedział Ron:
- Kamieniem wskrzeszenia na przykład?
Teraz Hermiona czegoś nie zrozumiała.
- Chwila! Kamień wskrzeszenia? Jak oni mogą go mieć?
Harry zastanowił się. Faktycznie, coś nie pasowało. Kamień wskrzeszenia to zmyślona historia McGonagall…
Podszedł do Toma i wycelował w niego różdżkę.
- Kłamiesz, suko.
Tom stał nieruchomo. Harry wpatrzył się w niego ze wzrokiem szaleńca.
- Naprawdę! Ja tylko i wyłącznie sugeruję, że oni mogli, wcale nie musieli, tego zrobić! Odłóż tą różdżkę, bo to się źle skończy!
Harry cały czas nie wykonywał ruchu. Trzymał w napięciu wszystkich obecnych. W końcu jednak się poruszył.
Poruszył niewyraźnie ustami:
- Avada Kedavra…
Zielone światło rozbłysło się w całym pomieszczeniu. Tom natychmiast zrobił unik i schował się za zasłoną, a przyjaciele Harry'ego osłupieli.
- HARRY! – krzyknęła Hermiona. – CO TO BYŁO?
- TAK! CHCIAŁEŚ GO ZABIĆ? – wrzasnął Ron i wskazał dłonią na Toma, który delikatnie spróbował wyjrzeć zza zasłony.
Harry spojrzał z niepokojem na swoją różdżkę. Nie miał pojęcia, co się z nim samym stało. Usiadł na podłodze i bezradnie westchnął:
- Co ja robię? Dlaczego ja jestem taki?
Tom, teraz już nieco bardziej odważnie, odwarknął:
- Może ten gnój Voldek już Cię dopadł i kontroluje Twój mózg… - chciał kontynuować, lecz Ron przerwał mu w pół słowa:
- Nie, to bzdura! On nie może szantażować jego mózgu… - po czym dodał z nutką niepewności: - Prawda, Hermiona?
Zamiast Hermiony odpowiedział Harry:
- Właśnie, że może. Kiedy on zabił moich rodziców i chciał zabić mnie, to jego zaklęcie odbiło się ode mnie, no i zamiast mnie ugodziło jego samego… Od tego czasu jestem teoretycznie odporny na jego zaklęcia… - tutaj przerwała mu Hermiona:
- Tak, ale tylko teoretycznie!
- Daj mi skończyć! – Harry podniósł głos. Nie wyglądał na osobę, która wybrała się na ratowanie świata przed złem. – Jestem TEORETYCZNIE odporny, ale jak w zeszłym roku mnie dopadł, to mnie zabił tą Avadą. Oczywiście później zmartwychwstałem, ale strach obleciał… No i od tamtego czasu ta cząstka Voldemorta ciągle we mnie żyje!
Hermiona szepnęła niedonośnie:
- Właśnie do tego zmierzałam…
Tom podrapał się po głowie. Cały czas nie rozumiał pewnej kwestii. Butch zapewne też, ponieważ odezwał się po raz pierwszy od momentu sprzeczki z Tomem.
- To… jak Tom wrzeszczał, że On się odrodził, to…
- Tak. – przyznał Harry. – Tom się nie mylił. Voldemort naprawdę powrócił.
Znowu zrobiło się cicho.
I tutaj robimy cliffhanger! Co stanie się dalej? Czy Tom z Butchem się pogodzą? Czy Spike, Jerry i Toodles odnajdą swoich kumpli? I czy Voldemort stworzy poważne zagrożenie dla życia naszych WSZYSTKICH bohaterów? O tym wszystkim przekonacie się już wkrótce w rozdziale 8!
Do napisania wkrótce!
