Dzień dobry serdecznie! Czas na 8 rozdział przygody Harry'ego, Rona, Hermiony, Toma, Butcha, i całej reszty bohaterów! Zapraszam!

Uwaga, w tym rozdziale jest trochę więcej przekleństw niż dotychczas.

P.S. Ostatnio moje rozdziały komentuje pewien użytkownik o pseudonimie „Anmari". Chciałbym go teraz serdecznie pozdrowić!


Cały Hogwart ostatnimi czasy kompletnie nie pulsował życiem. Był opustoszały, zimny, pełen nienawiści. Niewielu chyba chciałoby spędzić tutaj choćby chwilę.

Jednak Tom, Butch, Harry, Ron i Hermiona przebywali tam niesamowicie często. To była ich główna siedziba dla opracowywania planu pozbycia się Voldemorta raz na zawsze.

Tym razem jednak nie opracowywali planu pozbycia się Sami Wiecie Kogo. Tym razem kwestionowali powrót Voldemorta i doszli do wniosku, że…

- Voldemort naprawdę powrócił.

Tak Harry rzekł swoim towarzyszom. Pokłóconym towarzyszom. Tom i Butch pobili się właśnie z powodu rzekomego powrotu Voldemorta.

Chwilę po otrzymaniu tej szokującej informacji Butch postanowił wyjść z głównej hali i udać się na małą przechadzkę po całym Hogwarcie. Nie było tam żadnych oznak życia, było to trochę niepokojące.

Tom, Harry, Hermiona i Ron pozostali w swoim „bunkrze" i dalej milczeli.

W końcu ciszę przełamała Hermiona:

- To… co robimy w takim razie?

Z początku nie otrzymała odpowiedzi. Każdy był pogrążony we własnych myślach.

- Ja bym proponował wiać w podskokach – odparł w końcu Ron. – Nie mamy szans z wyszkolonym zabójcą!

Harry walnął się ręką w czoło.

- Chłopie, przecież to nie jest zabójca! To jest czarodziej!

- Który zabija!

- Podaj przykład, kiedy Voldek ostatni raz kogoś zabił?

- Ciebie! Rok temu!

Sprzeczka Rona i Harry'ego trwała w najlepsze, podczas gdy Butch ciągle nie wracał i Tom zaczynał coś podejrzewać. A co, jeśli coś mu się stało?

Po pewnym czasie kłótnia ustała. Nasi bohaterowie siedzieli w kompletnej ciszy przez kolejne sekundy, aż nagle…

- RATUNKU!

Przeraźliwy głos dobiegł ich uszu. A co gorsza, znajomy głos.

To był Butch błagający o ich pomoc.

Poderwali się natychmiast i pomknęli w kierunku jego głosu. Dochodził on z okolic Wielkiej Sali, która była położona na samym końcu największego korytarza w szkole. To właśnie tam w zeszłym roku Snape pojedynkował się z McGonagall. To właśnie tam kilka lat z rzędu odbywały się najważniejsze uroczystości w Hogwarcie, i wreszcie – to właśnie tam Harry i Ginny pocałowali się po raz pierwszy.

W skrócie – Wielka Sala była miejscem, w którym działo się naprawdę dużo.

Kiedy dotarli do Sali, pierwszym obrazem, który zobaczyli, była wszechobecna krew. Tom zaczął się niepokoić.

- Ekhem.. Kochani? Czy to aby na pewno.. – zaczął kwestionować ich pobyt w Sali, jednak Harry szybko go zgasił.

- Cicho! Chcesz uratować Butcha czy nie?

Niebieski kot postanowił dalej nie dyskutować, jednak wymamrotał coś pod nosem.

Szli tak przez dobre kilka minut. Tom miał coraz większe wątpliwości i obawy co do powodzenia misji odnalezienia swojego kumpla.

Chwilę później, po przemierzeniu kolejnych pełnych niepokoju kroków, zobaczyli go. Zobaczyli Butcha nieprzytomnego, z ramionami kompletnie zdewastowanymi. Nasza ekipa zrobiła intuicyjnie ze strachu kilka kroków w tył, a Harry podniósł różdżkę.

Tu już nie było bezpiecznie.


W tym samym czasie w normalnym świecie nasza pozostała trójka bohaterów (Toodles, Jerry, Spike) zdążyła się pokłócić o to, że cały czas nie są w stanie znaleźć Toma i Butcha. Toodles dała chłopakom plaskacza w twarz i wyśmiała ich od nieudaczników.

Po tym zdarzeniu kompletnie się załamali. Jerry zaczął najzwyczajniej w świecie płakać, natomiast Spike przybrał frasobliwą minę.

- Co teraz? – zdołał wykrztusić przez łzy Jerry. – Nie znajdziemy ich za nic w świecie! Toodles dała nam plaskacza i wyśmiała.. – Westchnął i rzekł: - Chyba już nie da rady…

Spike natomiast przybrał postawę mędrca i stwierdził:

- Jeśli się nie ruszymy, to na pewno nie da rady! Musimy zrobić jakiś stanowczy postęp! Toodles zapewne zaczęła szukać ich sama, na własną rękę, to musimy udowodnić, że nie jesteśmy gorsi!

Brązowa mysz wstała z podłogi i postanowiła mężnie:

- Dobra! Tom by tak zrobił, gdybyśmy my zaginęli, no to my też tak zrobimy!

- Nie jestem do końca pewien… - wyszeptał Spike. Jerry jednak to usłyszał i odwrócił się z taką miną, że pies postanowił się już nie sprzeciwiać. Przynajmniej teraz.

- To… jaki masz plan? – spytał pies.

- No właśnie nie mam – westchnął Jerry.

Spike westchnął i uderzył pięścią o ziemię tak, że Jerry aż podskoczył ze strachu.

- Musimy się dowiedzieć, kto napisał tamten tajemniczy list, który wtedy znaleźliśmy. Albo lepiej, trzeba znaleźć adresata tego listu – stwierdził. Mysz jednak nie podzielała jego zdania.

- Ciekawe jak! Jest jakieś 1000 osób w tym mieście, które mają inicjały H.P!

- No to musimy sprawdzić każdą z nich…

- No co Ty? – Jerry zaczynał się denerwować. – Może będziemy podchodzić do każdej osoby i pytać ją o dane osobowe? Weź się puknij!

- A MASZ LEPSZY POMYSŁ?

Jerry podrapał się po głowie.

- Nie. – Odburknął.

Nagle przyszło mu coś do głowy.

- A może sprawdzimy spis ludzi? Tam chyba powinny być dane wszystkich kontaktów w mieście…

- A gdzie go mamy znaleźć? – spytał Spike.

- Ano właśnie tu zaczyna się problem, no bo nie mam pojęcia… - wymamrotał Jerry. Po chwili namysłu przyszło mu do głowy ostatnie, co chciałby w tej sytuacji zrobić.

- Zgrajmy się znowu z Toodles. To nasza jedyna szansa…

Spike nawet nie chciał słyszeć o próbie ponownego pojednania się z Toodles. Zamiast tego podszedł delikatnie do Jerry'ego, dotknął jego czoła i szepnął:

- Co Ci jest, mały? Masz gorączkę? Jakieś trochę ciepłe to czoło… Może dlatego tak bredzisz…

- SŁUCHAM? –Jerry aż podskoczył.–Ja tu staram się wykombinować, jak ocalić Butcha i Toma, a Ty mi mówisz, że gadam bzdury! Weź się opamiętaj, stary! Tu chodzi o naszych przyjaciół! Chyba że wolisz szukać sam, no to bardzo proszę, droga wolna!

- Ale uwierz! – Spike starał się opanować, bo wiedział, że każde zawahanie emocjonalne może skończyć się źle. – Jak my mamy we dwójkę ich znaleźć? Tutaj będzie potrzebna duża, zgrana ekipa dobrych znajomych, żeby cokolwiek mogło się udać…

Jerry milczał przez chwilę, w końcu się odezwał:

- Ty zbierasz ekipę, ja ustalam plan.

- A wiesz, że musisz go jeszcze skonsultować ze mną i z resztą?

- A Ty wiesz, że skoro mówię ogólnikowo, to konsultowanie się jest w domyśle? – odpowiedział Jerry.

Spike pokiwał głową i natychmiast pobiegł w stronę domu Misty, ich dobrej koleżanki, która mieszkała kilka ulic dalej.


W międzyczasie w Hogwarcie Tom razem z naszą „złotą trójką" zostali oszołomieni widokiem wiszącego Butcha. Wszyscy wędrowali dookoła z uniesionymi różdżkami.

- Dobra – odezwała się Hermiona. – Jak zobaczycie coś niepokojącego, to od razu strzelajcie..

- Serio? – spytał Tom. – Nie mamy jakoś zasygnalizować tego, co widzimy?

- Właśnie o tym Hermiona mówi – wyjaśnił Ron. – Jak coś zobaczycie, to strzelajcie i my od razu będziemy wiedzieć, co się dzieje…

Przez jakiś czas po tym stwierdzeniu panowała cisza, nie było słychać absolutnie niczego oprócz krótkich oddechów całej grupy. Trzymali się ciągle blisko, jakby bali się, że za chwilę któryś z nich wyrwie się do przodu i będzie to fatalna decyzja.

Nagle od strony Butcha nadleciało światło. Tom zdążył ledwo się przed nim uchylić. Ron natychmiast odpowiedział trochę nieoczywistym strzałem, który również okazał się niecelny. Harry postanowił zaryzykować i poszedł do przodu, strzelając na oślep.

- CO TY ROBISZ? – wrzasnął Ron. – OSZALAŁEŚ?

Harry jednak nie słuchał. Hermiona błyskawicznie odpowiedziała za niego:

- Przecież mieliśmy się nie słuchać, tylko strzelać! – i w tym momencie zamarła. Zobaczyła, kto strzelał w ich kierunku. Od razu rozpoznała ten uśmiech.

- KRÓL JULIAN?

- Otóż to, moja droga… - wycedziła postać, blokując jednocześnie strzał Harry'ego i odbierając mu tym samym różdżkę. – To ja, Król Julian! Król najpotężniejszego imperium w galaktyce, wyspy, która już wkrótce będzie centrum ekonomicznym i gospodarczym, Madagaskaru!

Tom stał jak zszokowany. Przerażenie mieszało się u niego z zaintrygowaniem. Widział go już kiedyś…

- Chwila… - wyszeptał. – To Ty napisałeś tamten list, który znaleźliśmy przy ciele Ministra?

Julian zachichotał:

- Owszem… To byłem ja! To ja napisałem te znamienne słowa: „JESTEŚ NASTĘPNY"! To ja wprowadziłem w błąd Waszych przyjaciół, pisząc, że Minister Magii żyje!

- Moment! – krzyknął Ron. – To on nie żyje?

Król Madagaskaru odpowiedział jak gdyby nigdy nic:

- Tak, nie żyje. A co?

Ron powoli zaczynał mieć tego dosyć. Uniósł różdżkę i wycelował w kierunku Juliana.

- Skończ to, ty głupi lemurze! – warknął.

To, co stało się później, zszokowało wszystkich oprócz Juliana. Lemur błyskawicznie użył zaklęcia rozbrajającego i w kilka sekund miał już przy sobie 2 różdżki.

- BUAHAHAHAHAH! – zaniósł się szyderczym śmiechem. – Naprawdę cały czas myślicie, że pokonacie Czarnego Pana? No to mam dla Was wiadomość.. On JUŻ TU JEST!

W tym samym momencie niebo po raz kolejny zaniosło się czernią. Piątka przyjaciół zaczęła się powoli cofać, a Julian ciągnął dalej:

- Cofajcie się, otaczajcie, ile wlezie, i tak nie zwyciężycie Voldemorta! – mówiąc to, wyciągnął obydwie różdżki przed siebie i skierował je w stronę grupy.

- Jakieś ostatnie słowa? – spytał ironicznie. Odpowiedział Harry:

- Oczywiście… TERAZ! – wrzasnął, i w tym samym momencie jedyna osoby z grupy, która była jeszcze w posiadaniu różdżki, czyli Hermiona wyskoczyła na przód grupy i posłała zaklęcie w kierunku Juliana.

- SERPENSORTIA!

Nagle pojawił się wielki wąż, który zaczął gotować się na skok prosto na lemura, jednak ten w ostatniej chwili zepchnął go ze swojej drogi i błyskawicznie odpowiedział.

- AVADA KEDAVRA!

Z różdżki wystrzeliła zielona smuga lecąca prosto na Hermionę, jednak ta się uchyliła, co uczynili zresztą pozostali. Julian nie miał jednak dość i posłał kolejne zaklęcie, tym razem prosto w Toma. Niebieski kot zablokował to zaklęcie, a Hermiona postanowiła odparować.

- CRUCIO! – wrzasnęła.

Julian początkowo wydawał się być zaskoczony tym ruchem, ponieważ nie wykonywał żadnego ruchu, ale po chwili już wykonał. I to w takim stylu, że wszyscy osłupieli.

Zrobił salto do przodu, wyturlał się po ziemi i uniknął trafienia. Widać było, że lemur wyraźnie pracował nad dobrą kondycją fizyczną…

Hermiona nie dała się zwieść tym perswazyjnym trikiem i od razu wystrzeliła, mimo to Julian cały czas był nie do pokonania. Po każdym strzale dziewczyny odpowiadał 2 razy silniejszym strzałem.

Niebieski kot zaczynał mieć już tego wszystkiego po dziurki w nosie – jak pokonać kogoś kreującego się na nieśmiertelnego?

Właśnie takie wrażenie sprawiał teraz król Julian.

W momencie wystrzelenia kolejnego zaklęcia przez naszą grupę Julian postanowił zrezygnować ze strzelaniny i począł mówić wężym językiem.

Harry zamarł. Wiedział, że on przywołuje teraz prawdziwego Voldemorta.

- COFNĄĆ SIĘ! – krzyknął. Tom się szybko rozejrzał. Nie dostrzegał żadnego znaku życia. Ron zmarszczył brwi.

- Przecież Voldemort nie ży… - przerwał nagle, gdyż zza Juliana wyłoniła się ciemna postać. Nie można było dostrzec jakiegokolwiek szczególu na temat jej wyglądu. Stanęła koło Juliana. Lemur prawie niezauważalnie kiwnął pionowo głową. Postać natychmiast przystąpiła do ataku – najpierw otoczyła Harry'ego, Hermionę, Rona i Toma, a następnie jednym prostym ruchem powaliła ich na ziemię.

Król Julian przyglądał się temu zjawisku z nieukrywaną satysfakcją.

- OSTRZEGAŁEM WAS! – krzyknął przez hałas narobiony świstami poruszającej się postaci. – ALE WY NIE SŁUCHALIŚCIE! BA, WY CIĄGLE NIE SŁUCHACIE!

Harry zdołał wrzasnąć:

- DLACZEGO TO ROBISZ?

- DLACZEGO? DLATEGO! – odpowiedział Julian, a Harry ostatecznie nie dostał wytłumaczenia.

W międzyczasie Butch, który przez cały ten czas wisiał z zamkniętymi oczami ponad rozgrywającą się sceną, powoli zaczynał odzyskiwać świadomość. Zobaczył przez ułamek sekundy swoich przyjaciół w poważnych tarapatach i od razu wrócił do siebie. Spróbował wydostać się spod lin przywiązanych bezpośrednio do jego ciała, jednak było to ciężkie.

Zrobił to na tyle głośno, że usłyszeli to wszyscy.

Julian natychmiast przeniósł swoją uwagę ze „złotej piątki" do Butcha.

- No proszę… Kogo my tu mamy? – powiedział z wyraźną dozą ironii. – Nasza gwiazda… w końcu wybudziła się z zimowego snu! – Butch próbował niczego nie mówić, chociaż komentarze Juliana doprowadzały go do szału. – Jak się czujesz, mój drogi?

Butch odpowiedział niewyraźnie:

- Zajebiście się kurwa czuję…

- Co, proszę? – Julian udał, że nie słyszał.

- MÓWIĘ, ŻE CZUJĘ SIĘ ŚWIETNIE, TY PADALCU! – wrzasnął Butch. Lemur początkowo wydawał się na zaskoczonego tym tonem, ale od razu się opanował.

- To dobrze, że czujesz się świetnie, Butch.. Bo za chwilę będziesz już nie czuć nic!

Tom rozszerzył oczy ze strachu. On sam był w poważnych tarapatach, podobnie jak Harry, Ron i Hermiona, ale nie chciał widzieć na własne oczy śmierci swojego najlepszego kumpla. Musiał coś zrobić.

Uspokoił się wewnętrznie…

I pomknął do przodu.


Tymczasem Spike rozmawiał z Misty na temat zagubionej dwójki.

- No dobra.. – westchnęła kotka. – Pomogę Wam, no bo chyba muszę.. w końcu to też moi kumple..

- To fantastycznie! – ucieszył się Spike. – Zacznijmy więc! Masz może pojęcie, gdzie mogliby się udać?

Misty pokręciła przecząco głową.

- Niestety nie.. ale mogę Wam pokazać to nagranie. – Wyciągnęła zza siebie telefon i odtworzyła nagranie. Na ekranie pojawił się Butch. Miał posępną minę.

- Cześć, Misty! – usłyszał Spike. – Wywaliło mnie z Tomem do jakiegoś Hogwartu, jest tutaj bardzo dziwnie no i nie wiem kompletnie, dlaczego tu jestem, wiem tylko, że przed chwilą pokłóciłem się z Tomem o to, czy Voldemort.. no taki czarny charakter, powraca czy nie.. – tutaj Butch westchnął. – Spotkałem grupę bardzo fajnych, nawet przyjaznych osób, z czego jedna z nich… jak on się… a, Harry Potter!.. on jest podobno intensywnie poszukiwany przez tego Voldemorta…

Nagle w nagraniu zaczęły pojawiać się zakłócenia. Słychać też było przytłumione głosy. Butch szybko się odwrócił i szepnął do kamery:

- Muszę kończyć. Kocham Cię! – i cmoknął w aparat. Nagranie się urwało. Spike podniósł łapy w geście rozpaczy.

- Czyli nic nie wiemy!

- Wiemy coś! – zaprzeczyła Misty. – Wiemy, że są w Hogwarcie, jakimś magicznym miejscu, razem z jakąś grupą „przyjaznych osób".

Spike zastanowił się głębiej. Starał się połączyć fakty. Pamiętał, że napis, który znalazł razem z Jerrym, wskazywał jednoznacznie, że ktoś poluje na jakiegoś „H.P".

- Czekaj… Co, jeśli to jest TEN HARRY POTTER?

- Co znaczy „TEN HARRY POTTER"? – spytała Misty.

- Harry Potter, czyli gość, który ma identyczne inicjały, jakie były na kartce, którą znaleźliśmy!

- Czyli mówisz… - pomyślała na głos Misty – że Tom i Butch mogą być z Harrym Potterem? Niemożliwe!

- A właśnie, że możliwe – zaprzeczył Spike. – Butch wspomniał o nim w tym nagraniu…

Misty otworzyła szeroko oczy z przerażenia. Zdała sobie sprawę, w jak fatalnym położeniu znajdują się teraz jej przyjaciele. Starając się opanować, rzekła do Spike'a:

- To oznacza… że jak Tom i Butch są razem z Harrym Potterem, to im też grozi niebezpieczeństwo?

Pies odwrócił się na moment od niej i również drżącym głosem oznajmił:

- Tak. Niestety.


To koniec na dziś! Jakie będą dalsze rozwiązania? Czy Julianowi uda się wyeliminować naszych bohaterów? Czy Spike pogodzi się z Jerrym i Toodles i czy razem z Misty podejmą jeszcze jedną próbę odnalezienia Toma i Butcha?

O tym wszystkim już wkrótce! Pozdrawiam!

P.S. Mam dziś urodziny, to moglibyście mi chociaż życzyć wszystkiego dobrego… (nie nalegam, tylko proszę)