Witam wszystkich serdecznie! Wiem, że nie uploadowałem tego przez rok, ale nie miałem czasu, chęci i pomysłu na akcję. Ale jako że teraz mam już wspomniane wszystko, czas na 9 rozdział pięknej przygody naszej zwariowanej bandy!
Po tym, jak Spike stwierdził, że Tomowi i Butchowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, Misty poczuła się jeszcze bardziej zmobilizowana do ich odnalezienia.
- Trzeba znaleźć jakieś większe poszlaki, bo nawet nie wiemy, jak się dostać do tego Hogwartu! – powiedziała.
- A masz pomysł, jak je znaleźć? – odpowiedział pytaniem Spike.
- Jak dla mnie, musimy znowu przejść do miejsca, w którym to całe szaleństwo się zaczęło – stwierdziła Misty.
- Czyli za dom Gray'ów? Na pewno chcesz iść do śmietnika Butcha? Zastanów się… - ostrzegł ją Spike, jednak kotka była pewna swego. Pobiegła błyskawicznie pod dom Gray'ów. Wróciła jednak tak szybko, jak tam pobiegła.
- Nic tam nie ma – oznajmiła gorzko.
- No przecież mówiłem! – zirytował się Spike, jednak Misty nie chciała się poddawać. Po chwili namysłu powiedziała:
- Moment… Kojarzysz Toma z ekipy Talking Tom & Friends? Może oni coś wiedzą!
Spike jednak zareagował identycznie, jak chwilę wcześniej.
- Oni NIC nie wiedzą, Misty! Czy to do Ciebie nie dociera? Jak mogliby wiedzieć o tym, że nie ma Toma i Butcha TUTAJ, skoro Tom i Butch są z jakieś pieprzone TYSIĄCE KILOMETRÓW STĄD w Hogwarcie! A Tom, Ben i reszta… - machnął łapą. – W chuj daleko!
- Może mają do nich kontakt? – Misty popukała się w czoło.
Pies przerwał rozpaczania i zastanowił się chwilę.
- Nie mają – odparł.
- Mają! – naciskała Misty. – Nie wiesz, co to Messenger?
- A jak tam nie ma zasięgu? – dopytywał Spike. – Jak nie mają zasięgu, to po co do nich tam dzwonić…
- To jest Hogwart, tam musi być jakaś sieć… - w głosie białej kotki słychać było pierwsze znaki powątpiewania. – W takim razie, skoro mówisz, że tam nic nie ma, to jak Butch przesłał mi tamto nagranie?
- Przez MMS? – zdziwił się Spike.
- Żeby mógł mi przesłać MMS, musiałaby być jakaś sieć! Więc co Ty pieprzysz, że nie ma tam zasięgu?
Przez moment panowała cisza. W końcu przełamała ją Misty.
- My…my musimy ich odzyskać… Nie możemy poddać się ot tak! Musimy przekonać Toodles, że jednak nam na nich zależy!
- Chyba tylko Tobie – odciął się Spike. – Mnie tam nie obchodzi, co dzieje się z tymi dwoma pchlarzami! – uznał z determinacją, ale jego mina zrzedła, gdy zobaczył wzrok Misty.
- Sorki, cofam to. – wycedził szybko pies. – Niektóre koty… też lubię.. – dodał.
Kolejne chwile ciszy. Po których Misty zadała najważniejsze pytanie.
- To co robimy?
Tymczasem Toodles w swoich własnych poszukiwaniach zdążyła dotrzeć do kolejnych drobnych poszlak. Tym razem były to włosy Butcha (jeszcze świeże), znalezione przy rogu największej ulicy miasta – najwyraźniej musiało go coś swędzić. Pytania były tylko dwa. Co to takiego? I dlaczego go tak to swędziało?
Rezultaty wyszukiwania w Internecie nie przyniosły większych efektów. Kotka jednak nie poddawała się, i szukała dalej. Wykupiła cały stos poradników dla właścicieli kotów, ale tam również niczego nie znalazła.
Próbowała skojarzyć fakty. Jak oni mogli tak nagle zniknąć, w środku dnia? To raczej nie mógł być przypadek, tu raczej ktoś znacząco się przyczynił.
Pozostało tylko jedno pytanie – kto to był?
Nagle w jej śledztwie nastąpił przełom. W trakcie rozmowy Toodles z jednym z szefów pobliskiej knajpki (był to duży buldog, delikatnie podobny do Spike'a) padło takie stwierdzenie:
- Widziałem, patrząc przez okno, jak 2 koty idą ulicą z trójką jakichś młodych osób. Nie zauważyłem dokładnie, kim oni byli, ale jeden szczegół wbił mi się w oczy.
- Jaki? – spytała Toodles.
- Chłopak w okularach miał na czole bliznę, chyba jakąś błyskawicę albo coś w tym stylu…
Toodles zawahała się przed kolejnym pytaniem. Miała poważne podejrzenia co do psa, wydawało jej się, że nie mówi prawdy, jednak postanowiła iść dalej.
- A… coś więcej? – zapytała nieśmiało.
- Niestety nic więcej nie pamiętam, serio. – odpowiedział pies. Toodles badała go uważnie wzrokiem, po jego wyrazie twarzy było widać, że mówi pół na pół prawdę i kłamstwa.
- Proszę Cię, naprawdę się o nich martwię! – poprosiła. – Jeśli wiesz coś więcej, to powiedz, bo inaczej może być z nimi źle!
Pies pochylił się do niej z lady barmana i wyszeptał coś do jej ucha. Kotka rozszerzyła oczy w przerażeniu.
- Hogwart?
Tymczasem we wspomnianym Hogwarcie działy się poważne kłopoty dla naszej grupy – Butch wisiał w bezruchu i patrzył z bezradnością, jak resztę jego przyjaciół otaczają śmierciożercy. Tom postanowił jednak zaryzykować i pójść do przodu na oślep. Miotnął kilka zaklęć, czym wyeliminował 2 dementorów, jednak jego radość nie trwała długo. Król Julian, który (jak się wcześniej okazało) stał za wszystkim – to znaczy tajemniczą kartką, zabójstwem Ministra Magii, oraz większością rzeczy, która spotkała naszą grupę – strzelił bez słowa prosto w niebieskiego kota.
Tom natychmiast odleciał do tyłu, zostawiając za sobą zieloną smugę. Hermiona od razu do niego podbiegła, a Harry stracił nad sobą panowanie. Poleciał prosto na Juliana, ale ten przewidział ten ruch i strzelił w niego. Ku jego zaskoczeniu, Harry odbił zaklęcie i od razu posłał do niego niebieską smugę, którą Julian odparował.
- Mówiłem Wam! – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Nie wygracie!
Potter jednak nie odpuszczał i wysłał kolejne zaklęcie w jego stronę, mówiąc:
- Masz rację! Może i nie wygramy!
Julian wyglądał na zdziwionego tym, co usłyszał. Po chwili trawienia tej informacji na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmieszek. Poczuł się pewnie – miał w garści Pottera i przyjaciół, już nic nie mogło pójść źle!
Ale czy na pewno?...
- No i co? – spytał drwiąco. – Wielki Harry Potter pokonany przez takiego słabeusza jak ja! No coś takiego!
Lemur doskonale wiedział, że Harry gra vabank. On nie musiał niczego robić. Pozwolił więc Harry'emu kontynuować.
- Może i wygrałeś bitwę… - zaczął Harry. Lemur jednak natychmiast mu przerwał i dokończył za niego.
- Ale nie wygram wojny? HAHAHA! Dobry żart! Rozejrzyj się! Otaczają Was dementorzy, odbijam każde Wasze zaklęcie, mam Was w garści! Pogódź się z tym!
Ron spróbował strzelić w Juliana, jednak minimalnie chybił. Hermiona tymczasem zajmowała się dementorami.
- EXPECTO PATRONUM! –wrzasnęła.
Wyeliminowała kilka postaci, po czym przeszła do pomocy reszcie z Julianem, który radził sobie cały czas nadzwyczajnie dobrze. Blokował jedno zaklęcie po drugim i nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało go pokonać.
- Powtarzam jeszcze raz! Odpuśćcie! – krzyknął lemur. – To przeciąganie liny nic Wam nie da! To tylko i wyłącznie spóźni to, co nieuniknione!
- Czyli? – krzyknął Ron.
- Powrót Voldemorta, powrót prawowitego władcy świata!
- On nie jest władcą świata! Ani on, ani Ty nigdy nim nie będziesz! – wrzasnął Butch, który poczuł, że wisząc kilka metrów nad ziemią może kontrolować sytuację na ziemi. Julian natychmiast na niego spojrzał.
- Może i ja nigdy nie będę władcą świata, ale Voldemort na pewno nim będzie! – krzyknął, po czym strzelił prosto w niego…
- A to spotyka takich, którzy zaczynają z takimi zaczepkami!
- NIE! – krzyknął Tom.
Butch natychmiast zrobił się skamieniały jak posąg. Wyglądał niczym trup. Hermiona wiedziała, jakiego zaklęcia użył Julian.
Petrificus totalus.
Absolutne zamrożenie ciała.
Król Madagaskaru tylko się uśmiechnął pod nosem. Wiedział, że trafił w mocny punkt tej grupy. Wiedział, że wszystkim (a zwłaszcza Tomowi) trudno będzie otrząsnąć się po takim psychicznym ciosie.
Niebieski kot leżał na ziemi, trudno mu było zrobić jakikolwiek ruch. Wyglądał na totalnie przybitego, i trudno się było temu dziwić. Jego najlepszy kumpel wisiał tuż nad nim nieruchomy niczym strach na wróble, a on nie mógł nic z tym zrobić.
Dla niego ten pojedynek już się zakończył.
Harry co prawda ciągle się nie poddawał – strzelał w Juliana jak opętany, ale widział, że nie robi to na nim wrażenia. Musiał znaleźć inny sposób.
Tymczasem Julian błyskawicznie znalazł się przy Tomie. Pochylił się do niego i szepnął cynicznie:
- Butch już nie wróci, Tomuś… Zabiłem go…
Tom słyszał te słowa głośno i wyraźnie. Miał dziką ochotę mu przywalić, jednak miał świadomość, że nie może. Chciał wstać, chciał przeprowadzić razem z resztą jeszcze jedną dziką szarżę na Juliana, ale ból był za silny. Julian natomiast kontynuował, zwracając się do całej grupy:
- Mówiłem, żebyście odpuścili! Ale nie! Zachciało się Wam wojny! No to macie wojnę!
Harry zdołał się delikatnie przybliżyć do lemura, jednak ten nie stracił czujności i rzekł:
- Nawet nie próbuj, Potter, mam przy sobie różdżkę i dementorów i nie zawaham się ich użyć!
Harry podniósł ręce i spokojnie odparł:
- Nie, spokojnie, niczego nie próbuję… Chcę tylko pogadać.
To zbiło orientację Juliana. Nieco zaskoczony zgodził się na krótką dyskusję, jednocześnie ostrzegając:
- Ale pamiętaj.. Bez żadnych sztuczek..
Harry przytaknął i zadał pierwsze pytanie.
- Czy wiesz, gdzie mogą być ukryte horkruksy?
Hermiona osłupiała. Czy on właśnie zapytał się współpracownika Voldemorta o horkruksy? Było jasne jak słońce, że mu nie odpowie…
A nawet jeśli tak, to odpowie mu w niejasny sposób…
Ku jeszcze większemu zdziwieniu Hermiony, Julian wyszeptał coś Harry'emu na ucho. Chłopak z blizną słuchał uważnie, zapisując w głowie każde słowo.
- Jesteś pewien? – spytał się Harry, a gdy otrzymał potwierdzenie, krzyknął do reszty:
- Chodźcie, idziemy!
Ron i Hermiona byli totalnie zmieszani. Tom i Butch byli całkowicie bezbronni tuż obok tego szaleńca, a Harry chciał ich prawdopodobnie zostawić sam na sam z Julianem!
Zanim jednak Harry odszedł, zapytał się lemura:
- A dasz radę ich uleczyć? – wskazał na obydwa koty.
- Nie jestem pewien… - odparł król Madagaskaru, jednocześnie unosząc różdżkę. – Moja różdżka trochę ucierpiała w starciu z Wami i nie wiem, czy da się ją naprawić…
- Możesz lecieć z nami do Olivandera, da Ci jakąś nową albo tą naprawi…
Widząc, że Hermiona i Ron przytakują na taką propozycję, Julian postanowił dołączyć do reszty grupy. Kilka sekund później zmienił jednak na moment kierunek i dyskretnie coś wyszeptał. Harry, Ron i Hermiona nie zwrócili kompletnie na to uwagi.
I to mógł być ich błąd…
Toodles biegła jak najszybciej mogła do domu Gray'ów licząc na to, że spotka tam Spike'a i Jerry'ego. Tajemniczy barman przekazał jej poufne informacje na temat tego, gdzie mogą być Tom i Butch. Kotka miała oczywiście w pamięci ich starcie sprzed kilku godzin, kiedy to totalnie w nich nie uwierzyła, jednak w tej chwili nie było to ważne.
Ważne było to, żeby odnaleźć jej przyjaciół.
Szarpnęła za klamkę – zamknięte. Spróbowała dostać się przez okno. Kiedy to po chwili się jej udało, usłyszała bardzo niepokojący dialog.
- To mówicie Państwo, że zginęli Wam pies i kot?
Toodles zamarła. Najpierw Tom i Butch, teraz jeszcze Spike? Musiała dowiedzieć się szczegółów.
- Spike'a widziałem ostatnio wczoraj, siedział normalnie przy swojej budzie na dworze… A później to nie wiem, co się stało.. jakby rozpłynął się w powietrzu… - mówił Rick.
Policjanci zanotowali coś w swoich notesach, następnie jeden z nich spytał:
- Jakieś cechy szczególne pupili?
- No cóż… - w głosie Ricka słychać było zakłopotanie. – Tom jest bardzo leniwy z natury… lubi się wylegiwać na posłaniu…
- Często dajemy mu zadanie złapania myszy, ale nie radzi sobie z tym biedak – dodała Dianne.
Toodles ciągle czekała na konkrety. Ta rozmowa ciągnęła się od kilku ładnych minut, a jeszcze żadnej malutkiej wskazówki na temat tego, gdzie oni mogą być…
Nagle z tyłu domu rozległ się krzyk:
- HEJ! CHODŹ ZOBACZYĆ!
Mundurowi pobiegli na tyły posiadłości… i osłupieli.
- Macie tutaj… zwłoki?
Rick i Dianne byli w równie wielkim szoku, co gliny. Nie mogli znaleźć żadnego wytłumaczenia co do takiego obrotu spraw.
- No nie mam pojęcia, skąd się to wzięło! – upierał się Rick, w czasie gdy policjanci dokładnie przeszukiwali jego dom, a koronerzy pobierali odciski palców ze zwłok. – Widzę tego gościa pierwszy raz!
- Niestety nie nam będzie się Pan musiał tłumaczyć… - rzekł z żalem wyższy policjant. – Musimy Pana zabrać na komendę, przykro nam.
- Ale… - wtrąciła się Dianne. – Mogę potwierdzić, że mój mąż jest niewinny! Oglądaliśmy filmy przez cały dzień! Nie wychodziliśmy!
- Tak jak mówiłem – odrzekł ze spokojem glina – nie nam się będą Państwo tłumaczyć…
- CHWILA! TO MNIE TEŻ ZABIERACIE?
- Niestety nie możemy póki co potwierdzić Państwa wersji, musimy poczekać na wyniki badań ciała, zobaczymy, czy są Państwa odciski palców i dopiero stwierdzimy, kto jest winny… - odparł drugi policjant.
- I dlatego chcecie nas zabrać? – Rick nie dowierzał własnym uszom. – Nie! Nie ma mowy! – wyrwał się chudszemu glinie i zaczął uciekać, przewracając przy tym śmietnik Butcha. Policjant chciał pobiec za nim, jednak jego uwagę zwróciła jedna rzecz na śmietniku.
- Przepraszam… - spytał się Dianne. – Dlaczego tutaj na pobliskim śmietniku jest… kocia sierść?
Toodles natychmiast skojarzyła sobie tą sierść. To musiała być ta, którą znalazła rano!
- No jest. I co z tego? – Nie ruszało to Dianne kompletnie.
- Czy istnieje szansa, że ta sierść może należeć do któregoś z kotów?
Toodles doskonale wiedziała, do kogo ona należy. Ale jeśli to właśnie przez sierść Rick i Dianne mają wpaść…
Nie, nie mogła na to pozwolić.
- Może i tak, może i nie, nie wiem. – Usłyszała odpowiedź Dianne na pytanie policjantów. Postanowiła przestać się przysłuchiwać i zacząć działać. Doszła do wniosku, że bardzo prawdopodobne jest pójście Spike'a razem z Misty – ona również słyszała o zaginięciu, mogła to zrobić.
Musiała ich znaleźć. Tylko gdzie byli?
Jak się okazało, odpowiedź przyszła błyskawicznie. Ulicę właśnie przekraczał mały gryzoń.
- Jerry! – krzyknęła Toodles. Mysz odwróciła się i spostrzegła znajomą twarz. Nie było jednak Spike'a koło Jerry'ego…
- A gdzie Spike? – brzmiało pierwsze pytanie kotki, gdy Jerry'emu udało się przejść przez ulicę. On jednak wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Mówił mi, że będzie zbierał ekipę poszukiwawczą, ale czy zebrał, to już nie moja sprawa.
- Dobra, oby zebrał, bo mam bardzo ciekawe newsy! Możliwe, że wiem, gdzie są!
- Gratuluję, Sherlocku – mruknął Jerry. – My też…
- A… skąd wiesz? – spytała się nieśmiało Toodles.
- Dzięki takiej jednej kotce, której nadano imię…
- Misty?
- Otóż to…
- I są według niej…
- Nie „według niej"! Butch przesłał jej nagranie! – wyjaśnił Jerry.
- Są w Hogwarcie, tak? – chciała się upewnić dziewczyna Toma.
- Owszem… ale jak my się do cholery tam planujemy dostać?
Toodles westchnęła.
- Pytanie za milion dolców…
- Czyli co? Znowu ekipa? – Jerry wyciągnął łapę na zgodę. Toodles delikatnie się schyliła i ostrożnie potrząsnęła łapką gryzonia.
- Ekipa!
Po dokładnym opowiedzeniu całego dotychczasowego „śledztwa" z jej strony Toodles spytała się myszy, czy on razem ze Spike'iem poczynili jakieś postępy.
-No… naszym jedynym postępem do tej pory jest włączenie Misty do akcji, nic zgrubsza poza tym.
- A tamta kartka?
- Po pierwsze, ciągle nie wiemy, kim jest ten „on", o którym tam pisze. Po drugie, z tamtej kartki wiemy tylko to, że Król Julian chce nas załatwić, i prawdopodobnie Toma i Butcha też, tak zwanym rykoszetem.
- Chwila… - zamyśliła się Toodles. – Co, jeśli to wszystko jest powiązane? Co, jeśli Julian wykonuje jakąś czarną robotę dla jakiegoś czarnego charakteru tam z Hogwartu?
- Nie mam pojęcia, co wtedy, wiem tylko… - nagle Jerry złapał się za głowę. – ŻE TO JEST BARDZO PRAWDOPODOBNE!
- To co teraz w takim razie? Nie mamy Spike'a, i nie wiemy, jak się dostać do Hogwartu…
- Wydaje mi się, że pozostaje czekać na ślepy traf i liczyć na to, że ktoś spróbuje się dostać tutaj z Hogwartu albo skądś indziej – ocenił Jerry. Toodles zgodziła się z jego opinią i postanowiła.
- No to teraz czekamy…
Pytanie, czy się doczekają?
Mam nadzieję, że WY się DOCZEKACIE jubileuszowego 10 rozdziału i że nie będziecie musieli czekać kolejnych 358 dni XDDDD
Miłej końcówki wakacji i do napisania prawdopodobnie jeszcze w tym roku! (oby…)
