Wcześniej wyczekiwana kolacja nie chciała przejść mi przez gardło, a rodzinne spotkanie z czegoś, czym powinnam się cieszyć, przeistoczyło się w długą niczym tasiemiec udrękę. Dla zabicia czasu obserwowałam każdego krewnego po kolei – tata przekomarzał się z braćmi, czerwony na twarzy od gęsto lejącego się w ich rejonie stołu bimbru, jeden z wujków nieudolnie powstrzymywał śmiech, a drugi oburzał na coś, co pokazywali sobie na telefonie. Dzieciaki z piskiem goniły Knedla po całym salonie, a pies z radością uciekał slalomem, chowając się za meblami czy przeciskając między krzesłami, nogami a stołem. Z godziny na godzinę matka przechodziła przemianę – jeszcze niedługo po rozmowie z ciocią starała się zachowywać jak gdyby nigdy nic, ale teraz siedziała w towarzystwie ciotek zupełnie nieobecna. Podpierała brodę na dłoni, co chwilę to kiwając, to kręcąc lekko głową, jakby toczyła wewnętrzny konflikt.
Tylko trzy osoby w salonie wiedziały, co się święci. Ciocia Jana wyglądała na niewzruszoną, nakładając prababci katastrofalnie prezentującego się serniczka mojej roboty, matka jakby zniknęła, a z kolei ja nic z tego wszystkiego nie rozumiałam. Najwyraźniej od lat chodziłam do psychiatry po to, by później podmieniano przepisane przez niego leki na witaminy. Dlaczego? Ewidentnie było coś ze mną nie tak, skoro zaledwie kilka godzin temu widziałam psa z podwójnym ogonem i ziemniaczane ludki, więc musiałam potrzebować tych tabletek. Kiedy matka zaczęła podmieniać leki i dlaczego tak eksperymentowała sobie z moim zdrowiem?
Dzióbnęłam widelcem w sernik, który smakował lepiej, niż przyszło mu wyglądać, i wtedy mnie olśniło. To musiał być sposób, żeby zatrzymać mnie w domu, nie puścić na studia. Matka użyłaby przywidzeń i omamów jako argumentu, że nie dałabym sobie sama rady, znów próbowałaby nakłonić do odpuszczenia sobie pomysłu ze studiami, nawet z zaocznymi.
Czy chodziło o coś jeszcze?
Wbiłam w matkę przeszywające, pełne gniewu spojrzenie, które pozostało niezauważone. Wrzało we mnie. Niczego bardziej nie pragnęłam niż wybiegnięcia z salonu, wzięcia Knedla na smycz i trzaśnięcia drzwiami. Oczami wyobraźni widziałam, jak pędzę do lasu, jak biegnę do jedynej przychylnej mi osoby, żeby wszystko wytłumaczyć, powiedzieć, że wcale nie jestem aż taką wariatką, tylko trochę mniejszą, a już na pewno mniejszą od matki.
Na myśl o Gniewku sposępniałam, a podenerwowanie ustąpiło miejsca obawie. Jakby na to zareagował? Przecież to niedorzeczne. Chyba naprawdę uznałby naszą całą rodzinę za nienormalną. Jaka matka zrobiłaby coś takiego swojej córce?
Czy ojciec wie o tych gierkach, o nie mającym większego sensu udziale cioci Jany? Też z nimi współpracował? Może tak naprawdę wszyscy obecni przy tym stole wiedzą więcej ode mnie?
Nawet podczas zamieniania z gośćmi ostatnich słów, z tyłu głowy ciągle tworzyłam coraz to nowsze teorie spiskowe. Miałam tyle bardziej czy mniej prawdopodobnych domysłów, że już pękała mi głowa, ale ani myślałam już w życiu wziąć jakąkolwiek tabletkę, której osobiście nie kupię.
Z sekundy na sekundę stawałam się coraz bardziej rozgorączkowana, a mięśnie całego ciała bolały mnie od trwania w nieustannym napięciu. Kiedy w rogu sypialni dostrzegłam ciocię i ojca, moje podejrzenia się potwierdziły. Oboje byli uwikłani w tę sprawę, pytanie tylko, czy w równym stopniu.
– Czy naprawdę jestem chora? – spytałam, gdy cisza niekomfortowo się przedłużała. Zbolała mina matki tylko podsycała tlący mi się w piersi gniew.
To głupie pytanie – przepełnione niedorzeczną nadzieją. Wszyscy zebrani w tym pokoju musieli wiedzieć, jak bardzo chciałabym usłyszeć zwykłe „nie", ale nie mogli mi tego dać. Byłam chora. Może i miałam ostatnio dobry okres, ale zamiana leków potwierdziła, że nadal widzę i słyszę niestworzone rzeczy, że nadal mam omamy. Omamy, które staną się częstsze.
– Nie – odpowiedziała za milczącą matkę Jana. – Jesteś inna. Ale nie jesteś na nic chora.
Mimo że całym sercem pragnęłam, by te słowa okazały się prawdą, równocześnie zostałam obezwładniona strachem. Gdybym była zdrowa, świat stałby przede mną otworem kosztem świadomości, że padłam ofiarą kłamstw.
– To prawda. – Ledwo usłyszałam szept opuszczający usta matki. Z pełnej sprzeciwu miny wnioskowałam, że wszystko, co zaraz powie, będzie mówiła wbrew sobie. – Nie jesteś chora, ale nie jesteś też normalna. Tak jak ja.
– Chyba po prostu jesteśmy chore na to samo. Mam to po tobie, tylko nie przyznałaś się, że bierzesz leki? Czemu zamieniałaś moje na witaminy? Chciałaś sprawdzić, czy wyzdrowiałam? Jeśli tak, na pewno chorujesz na to samo.
– Nie, Wando, nic nie rozumiesz... – Westchnęła, ukrywając bladą twarz w dłoniach. Drżała. – Naprawdę nie jesteś chora. Psychicznie jest z tobą wszystko w normie. Wysyłałam cię do psychiatry, żebyś nie wierzyła w te rzeczy, które czasem się wokół ciebie działy.
Postradała zmysły...
– Kiedy Jana miała jedenaście lat, przyszedł do niej gość ubrany w dziwne szaty i szpiczastą czapkę. – Plątała się między stopionymi w siebie nawzajem słowami, że zrozumienie jej przychodziło z trudem. – Wręczył jej list przyjęcia do szkoły magii i wyjaśnił rodzicom, że mimo tego, że nie mieli w sobie ani krztyny magii, urodziło im się magiczne dziecko.
Spojrzałam przelotnie na Janę, na twarzy której malował się smutek i zaduma. Potwierdziła skinieniem głowy, natomiast ojciec słuchał w ciszy. Te poważne miny nie pasowały do absurdalnych słów matki.
– Rozpoczęło się wielkie oczekiwanie. Rok później Jana szykowała się na ponowny wyjazd do szkoły, a mój list nadal nie przychodził. Kiedy po kryjomu co noc chwytałam różdżkę, okłamywałam siebie, myśląc, że coś czuję, że rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Nie byłam magiczna tak jak Jana. Po jej wyjeździe co noc leżałam na łóżku i zastanawiałam się, jak mogło dojść do pomyłki. Błagałam rodziców, żeby wysłali list do dyrektora tamtej szkoły, żeby wszystko z nim wyjaśnili. Po fakcie okazało się, że nie jestem wystarczająco magiczna, według wyjaśnień dyrektora, byłam charłakiem: osobą noszącą w sobie ślad magii, jednak niewystarczający, by móc ją studiować. Miałam zaledwie okruch tego, co Jana.
Matka zamilkła na dłużący się w nieskończoność moment, wpatrując się w podłogę. Przysiadła na moim łóżku i coś w jej kurczącej się sylwetce przywiodło na myśl bezradne dziecko. Stanęłam pod oknem, chcąc trzymać się na dystans.
– W szkole napytałam sobie biedy, opowiadając koleżankom z klasy o swojej siostrze czarodziejce, o lekcjach zaklęć, zielarstwa... Mówiłam, że za rok do niej dołączę. Dzieci nie dawały mi żyć. Rodzice przenosili mnie do innych podstawówek aż w końcu... po prostu się poddałam. Udawałam, że wszystko jest ze mną dobrze, że pogodziłam się z losem. Przestałam mówić o magii. Gdy Jana przyjeżdżała na święta i wakacje, nie pytałam jej o lekcje ani szkołę, nauczycieli... Kiedy chciała o czymś mi opowiedzieć, nie słuchałam. Starałam się o tym wszystkim zapomnieć, a z czasem zapragnęłam zapomnieć także o niej.
Westchnęła ciężko i otarła oczy pełne łez.
– Wtedy urodziłaś się ty. – Głos jej drżał, na twarzy na moment zawitał wyraz szczęścia. – Kołysałam cię w ramionach, z zachwytem przypatrywałam się tym maleńkim, pulchnym rączkom, stópkom... I coś mnie tknęło. Dopiero tego dnia opowiedziałam twojemu tacie o Janie, o magii i o tym, że każdą komórką ciała czuję, że będziesz musiała przejść w życiu dokładnie to samo, co spotkało mnie. Miesiącami nie potrafiłam się z tym pogodzić, nic tylko martwiłam się, rozmyślałam, i jeszcze raz martwiłam. Bałam się, że jako zaledwie jedenastoletnie dziecko będziesz musiała zmierzyć się z poczuciem bycia niewystarczająco dobrą, z odrzuceniem, ze świadomością, że w miejscu niedostępnym dla takich jak ty każdego dnia toczy się życie, do którego tęsknisz, a którego nigdy nie będziesz miała. Dlatego...
– ...dlatego postanowiłaś, że lepsze będzie okłamywanie mnie, więzienie w domu, wmawianie, że jestem psychicznie chora, tak?
Te słowa samoistnie opuściły moje usta, oszczędzając matce zachodu. Powiedziałam dokładnie to, co ona, tyle że wprost, bez dodawania emocjonalnych historyjek o zamartwianiu się o mój pełen trudów los. Te ciągnące się w nieskończoność monologi były próbą manipulacji.
– To nie tak, Wando... Miałam w sobie okruch magii, ale ja nigdy nie lgnęłam jak ćma do ognia, tak jak ty. Ciebie to wszystko pochłaniało, jednak z Janą nigdy nie byłyśmy pewne, czy masz w sobie wystarczająco dużo magii, żeby móc się jej uczyć. Według wytycznych przypatrywałam ci się, zapisywałam wszystko, co uznałam za ważne, by potem jej przekazać. Magia nigdy nie objawiała się wokół ciebie tak, jak wokół Jany. Kiedy wybuchałaś złością, nic się samo z siebie nie tłukło. Kiedy skakałaś na trampolinie, nie unosiłaś się dziwnie wysoko tak jak ona za dziecka. Wszystko, co robiłaś, było w zupełności normalne. Ciągnęło cię do magii, ale tak jak we mnie nie było jej i w tobie.
To niedorzeczne od początku do końca, a jednak... Nikt poza mną tego nie dostrzegał. Niemożliwe, że trzy osoby żyły tymi samymi urojeniami, wierząc w dokładnie ten sam zmyślony świat, który zdawał się przenikać do naszego pod postacią ziemniaczanych ludków i innych abstrakcyjnych stworzeń, które też widziałam.
– Co to zmienia? – Po części nadal czułam się, jakbym brała udział w ukrytej kamerze, a po części szufladka w moim umyśle zaczęła się otwierać. Kiedy matka nie odpowiedziała, rzuciłam nerwowo: – I dlatego uznałaś, że warto mnie okłamywać? Żebym nie cierpiała, tak?
– Tak.
– Ale cierpię. Każdego dnia. I z tego, co powiedziałaś, cierpię dłużej od ciebie. Ty w końcu się pogodziłaś, a ja? Nigdy nie pogodziłabym się z tym, że jestem chora. Tak jak ty co noc myślałaś, że zaszła pomyłka, ja co noc zastanawiam się, dlaczego jestem na tyle nienormalna, że muszę uczyć się w domu, dlaczego...
– Przynajmniej nie wiedziałaś, że jesteś niegodna... – wtrąciła matka.
– Wiedziałam. Codziennie myślę, że taka osoba jak ja nie powinna mieć przyjaciół. Bo jeśli im nie powiem o swojej chorobie, będę ich okłamywać i budować relacje na kłamstwie. A jeśli powiem, nie zrozumieją. Bałam się plotek, że ludzie będą mnie wytykać palcami... – Załamał mi się głos i dopiero wtedy spostrzegłam, jak rozemocjonowały mnie te wynaturzenia matki. Ledwo przełknęłam ślinę, gardło tak miałam ściśnięte. – A okazuje się, że może i nie jestem całkiem normalna, ale na pewno mniej nienormalna, niż zawsze wierzyłam. Okazuje się, że istnieje jakiś inny świat, w którym może i byłabym trochę gorsza od reszty, ale przynajmniej tam wiedziałabym, że nie muszę się ukrywać ani tłumaczyć.
– Przecież nie wiesz, jak tam jest...
– A ty wiesz? Odcięłaś się od wszystkiego! Przecież wiem, że latami nie rozmawiałaś z ciocią!
– Nie, kochanie, to nie jest tak...
– A jak? Skoro już tu wszyscy jesteśmy i pierwszy raz w życiu rozmawiamy szczerze, dlaczego nie powiesz mi, jak jest?
– Ja... Ja robiłam to dla ciebie. Może i nieco zagubiłam się po drodze, ale...
– Co?! – krzyknęłam. – Trochę się zagubiłaś? Czy ty siebie słyszysz? Od lat chodzę do psychiatry, mam jednego przyjaciela, który chyba po wczoraj uważa mnie za skończoną świruskę, do tego zawsze myślałam, że nigdy nie będę miała chłopaka, bo kto chciałby być z kimś takim jak ja? Im więcej czytałam na temat wymyślonej przez ciebie choroby, tym gorzej się czułam, tym bardziej wierzyłam, że zawsze będę bezdzietna, bo przecież coś takiego płynie w rodzinie, a ja NIGDY nie skazałabym swoich dzieci na to, na co ty mnie skazałaś! Chciałam wolności, ale bałam się o nią poprosić, jakby to było coś, o co trzeba prosić! Rozumiesz?
– Spokojnie, Wando... – Ojciec niespodziewanie postąpił o krok w moją stronę. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, porzucił ten zamiar. – Nie krzycz na nią.
– Jeśli jej bronisz, jesteś tak samo walnięty.
Podziwiałam siebie za to, że powiedziałam tak mało. Jak śmiał się o nią martwić w momencie, kiedy wyszło na jaw, że byłam okłamywana całe życie? Dlaczego właśnie popędził do niej, żeby ją pocieszać i objąć, a mnie zignorował?
– Długo wmawiałam sobie, że wszystko jakoś się rozwiąże, że będzie dobrze... – mówiła matka, jej podszyty bólem głos drżał. – W ciągu ostatniego roku zaczęłam sobie uświadamiać, że przyjdzie taki moment jak ten. Wiedziałam, że nie będę mogła dłużej tego ciągnąć, chciałam inaczej, naprawdę... Musisz mi uwierzyć, Wando.
Prychnęłam.
– Uwierzyć osobie, która okłamywała mnie całe życie, tak? I mam uwierzyć ci właśnie teraz, kiedy próbowałaś namówić ciocię do milczenia?
Odpowiedziała mi martwa cisza, więc kontynuowałam:
– Nawet teraz nie potrafisz przyznać prawdy. Jesteś niemożliwa! Powinni zamknąć cię w psychiatryku, w izolatce, w kaftanie bezpieczeństwa!
Całą twarz matki wykrzywiło, jakby wstrzymywała emocje, ale przegrała walkę i wybuchnęła płaczem. Ledwo zdążyłam pomyśleć, że po latach kłamstw opanowała sztukę aktorstwa, drzwi z hukiem zatrzęsły się w zawiasach, gdy matka wybiegła z sypialni.
– Nie tylko Iga zawiniła – powiedział cicho tata. Gdy omiotłam go spojrzeniem, wydawał się bardziej przejęty żoną, za którą nieustannie patrzył. – Kierowała się twoim dobrem.
– Nie broń jej, nie wytrzymam tego! – Z trudem powstrzymywałam się przed wybiegnięciem z pokoju, żeby zniknąć w gęstwinie lasu. Nerwy wisiały mi na włosku.
Z pozbawioną wyrazu miną wyszedł w ślad za małżonką. Nie mogłam w to uwierzyć – zamiast błagać o wybaczenie, spróbować się ze mną porozumieć, zrobić coś, cokolwiek... Wybrał ją.
– Przepraszam – odezwała się ciocia. – Nie wiedziałam, że lata później będzie wmawiać ci chorobę psychiczną, ale wydawało mi się, że ukrywanie przed tobą czarodziejskiego świata nie jest złym pomysłem. Charłactwo Igi zniszczyło relacje między nami, a mnie odseparowało grubą kreską od reszty niemagicznej rodziny... Nie sądziłam, że Iga posunie się tak daleko...
Zdusiłam narastającą w piersi chęć, by się z nią nie zgodzić. To nie żadne ukrywanie, a oszustwa. Kłamstwa przekładane kłamstwami w nieskończoność. Miałam jednak świadomość, że ciocia wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i gdyby nie ona, najpewniej nigdy nie dowiedziałabym się prawdy.
– Może i kiedyś chciała dla mnie dobrze – powiedziałam – ale po drodze musiała o tym zapomnieć, a może nawet zaczęło sprawiać jej to przyjemność.
– Nie mów tak, to niemożliwe. To twoja matka.
– Nienawidzę jej – odparłam przekonana, że nie rzucam słów na wiatr, a jednocześnie przygnieciona bezsilnością. – Nie chcę już o niej rozmawiać. Chcę tylko... Chcę tylko zobaczyć ten świat. Zabierzesz mnie tam? Proszę.
Mimo że upłynęło zaledwie kilka sekund od odpowiedzi, wydawało mi się, jakby trwały wieczność.
– Oczywiście, spodziewałam się takiej prośby. W świecie czarodziejów jesteś pełnoletnia, więc nie potrzebujesz pozwolenia rodziców, ale mimo wszystko sama ich o tym poinformujesz, w miarę na spokojnie – dodała pospiesznie, widząc, że już gotowałam się do wtrącenia. – To mój warunek. Prędzej czy później i tak będziesz musiała się z nią pogodzić.
– Raczej później. – Te słowa ledwo opuściły moje usta, bo w duchu zarzekałam się, że do przebaczenia nigdy nie dojdzie. – Wiesz, zawsze chciałam zobaczyć Anglię. Przynajmniej tyle z tego okropnego dnia, że chociaż tam polecę.
– No tak, polecisz. – Na twarzy cioci wykwitł zagadkowy uśmiech. – Spakuj trochę rzeczy, zostaniesz u mnie na kilka dni.
– A mogę wziąć Knedla? Zanudzi się tu.
– Nie ma problemu.
Gdy za ciocią zamknęły się drzwi, pierwsze, co zrobiłam, to z niedowierzania przysiadłam na łóżku. Uszczypnęłam się w rękę, potem w obie nogi, w brzuch, ale mimo bólu nie potrafiłam wybudzić się z tego przedziwnego snu. Wciąż przeżywałam zdradę i okrutne kłamstwa, ale stała przede mną zupełnie nowa, prawie że niemożliwa perspektywa: ucieczka. Niedługo naprawdę przejdę przez próg tego domu i polecę z ciocią w nieznane. Pierwszy raz w życiu do obcego kraju i pierwszy raz do świata, o istnieniu którego jeszcze godzinę temu nie wiedziałam.
Usłyszałam delikatne drapanie w drzwi, więc podniosłam się, żeby wpuścić Knedla do pokoju. Pogłaskałam jego ucieszoną mordkę, wytarmosiłam za uszy i z nagłego przypływu szczęścia ucałowałam go chyba z milion razy.
Ogarnęła mnie istna euforia.
Przewróciłam całą sypialnię do góry nogami i rozbebeszyłam każdą szafkę, a gdy obładowana bagażami próbowałam zmieścić się wąskim korytarzu, zerknęłam na telefon spoczywający w tym samym miejscu, w którym odłożyłam go po spacerze.
Z westchnieniem zostawiłam rzeczy w holu, by wrócić do sypialni. Po drodze usłyszałam, jak ciocia Jana rozmawiała z rodzicami w salonie, jednak nie potrafiłam ich zrozumieć – mówili przyciszonymi głosami, wydawało mi się, że matka nadal cicho popłakiwała.
Zamknęłam za sobą drzwi i chwyciłam telefon. Serce zaczęło mi szybciej bić – co o tym wszystkim pomyślałby Gniewko? Gdy tylko odblokowałam telefon, moim oczom ukazał się prawdziwy spam wiadomości. Dodatkowo dzwonił dwa razy – nigdy do siebie nie dzwoniliśmy! – ale na tym poprzestał. Tak długo zbierałam się z decyzją oddzwonienia, aż na wyświetlaczu ponownie pojawiło się połączenie przychodzące. Odebrałam błyskawicznie, ale musiałam porządnie odchrząknąć, zanim udało mi się wydukać:
– Halo, Gniewko?
– No cześć. Co tak umilkłaś?
– Dużo się dziś wydarzyło i cykanie na komórce ani przeszło mi przez myśl, wiesz... – Zamilkłam na moment, a on odpowiedział mrukliwym „mhm", w którym wyczułam zwątpienie. – No i trochę bałam się, że uznałeś mnie za wariatkę.
Zwlekał z odpowiedzią.
– Przecież od dłuższego czasu wiem, że masz niezdrowego hopla na punkcie psów. Teraz po prostu mnożysz je sobie w oczach.
– Komiczne – burknęłam z lekkim uśmieszkiem, a ciężar spadł mi z serca.
– Twoja matka coś odwaliła?
– Okazało się, że w pewnym sensie okłamywała mnie całe życie... – Na powrót narosły we mnie poprzednie emocje, ale powstrzymałam rozplątujący się język. – Lecę na parę dni do cioci. Opowiem ci cały wszystko, jak już wrócę.
– Okej, ale... nie chce mi się wierzyć, że tak po prostu by cię do niej puściła.
– To długa historia. Muszę już kończyć.
– Hm... Jestem zaintrygowany. Trochę zazdro, w końcu mieliśmy razem polecieć do tej Anglii.
– Jeszcze polecimy, zobaczysz.
Rozłączyłam się, gdy wymieniliśmy zdawkowe pożegnania. Słyszałam w korytarzu czyjeś kroki, więc wyszłam z sypialni i stanęłam oko w oko z zaczerwienioną od emocji matką.
– Jadę i nic, co masz do powiedzenia, tego nie zmieni. – Zacisnęłam ręce na uchwycie walizki, a żeby dodać sobie poczucia sprawczości, rzuciłam: – Straciłaś prawo do decydowania o moim życiu.
– Nie chciałam cię zatrzymać, tylko... Będę za tobą tęsknić. Tata też.
Wrzucenie w dziewiąty krąg piekła nie zmusiłoby mnie do odwzajemnienia tej deklaracji.
– Dobrze się nią zajmę, Igo. – Ciocia Jana wyłoniła się zza rogu. – Zanim się obejrzysz, Wanda będzie już z powrotem u was.
Nagle nieobecna matka pokiwała głową, a dolna warga jej drżała, jakby znajdowała się na skraju płaczu. Po wydarzeniach z wieczora ten widok nie wywoływał u mnie żadnych emocji, więc bez wahania zgodnie z instrukcjami cioci wzięłam psa na ręce, podczas gdy ona chwyciła mnie za łokieć i powiedziała:
– Teleportujemy się do mnie, to prawie całkiem bezpieczne.
– Prawie cał...?
Trzasnęło. Niewidzialna siła wciągnęła mnie za pępek w wietrzny wir pełen migoczących, rozmazanych świateł. Żołądek podszedł mi do gardła, ale nie miałam wolnej ręki, by zakryć usta, więc z całych sił zamknęłam oczy i starałam się nie puścić pawia. Mimo to zachichotałam nerwowo, gdy niczym w próżni rozległo się zaskoczone szczeknięcie.
Zachwiałam się od uderzenia w ziemię i upadłam, drżąc na całym ciele. Przez miękkie jak z waty kolana nie potrafiłam stanąć na równe nogi. Przyjęłam pomocną dłoń cioci, a nabranie głębokich wdechów uspokoiło ożywiony żołądek, który z okolic gardła niespiesznie powrócił na prawowite miejsce.
– Wszystko w porządku? Wyglądasz zastanawiająco... zielono.
– Chyba tak – odparłam bez przekonania. – Gdzie jesteśmy? Mówiłaś, że mieszkasz w centrum Londynu.
Miejsce, w którym się znajdowałyśmy, zdecydowanie nie mieściło się w Londynie, a nawet chyba nie w centrum czegokolwiek. Stałyśmy w wąskiej brukowanej uliczce wątłe oświetlonej nieprzyjemnym, chłodnym światłem latarni od środka pokrytych pajęczynami, między wysokimi kamienicami, z pewnością zabytkowymi. Większość okien była pozasłaniana i szczelnie zamknięta, a ich drewniane ramy nosiły liczne ślady zadrapań.
– Trochę mnie zniosło – stwierdziła ciocia, zakładając kaptur czarnej peleryny. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na ten strój, ale wyjątkowo wpasowywała się nim do ciemnych uliczek. – Międzykontynentalna teleportacja w pojedynkę nie jest czymś łatwym, a taszcząc ciebie i psa... Cóż, mogło być gorzej, to zaledwie pięć minut spaceru.
Ruszyłam za Janą pośpiesznym krokiem, co chwilę zerkając za siebie. Choć to miejsce przypominało zwykły ciemny zaułek, zupełnie pusty i cichy, nie mogłam opędzić się od poczucia, że ktoś nas obserwuje.
– Więc gdzie jesteśmy? – ponowiłam pytanie. Zerknęła na mnie przez ramię, ale przy okazji omiotła wzrokiem uliczkę.
– W Londynie. Chciałam od razu przenieść nas do Szkocji, gdzie pracuję, ale w trakcie teleportacji poczułam, że mnie znosi i uznałam, że nie warto ryzykować. Prześpimy się tutaj, nam obu przydałoby się trochę odpoczynku. Po śniadaniu się tam wybierzemy.
– Ale... jak to? Nie mieszkasz już tutaj?
– Wszystko wyjaśnię ci na miejscu, bez obaw. A teraz szybko.
Przyspieszyłam jeszcze bardziej, tak że prawie musiałam biec. Ciocia, podobnie jak matka, została obdarzona przez naturę wyjątkowo długimi nogami, więc nie potrafiłam inaczej dotrzymać jej tempa. Szybko dotarłyśmy do głównej ulicy, gdzie otoczenie różniło się od mijanego wcześniej: pomimo nadgryzienia zębem czasu kamienice pozostały zadbane, okna rozświetlały ciepłe dochodzące z wewnątrz promienie, a sklepowe witryny tętniły życiem.
– Ciociu, dlaczego tu sprzedają... miotły? – spytałam zaintrygowana, przystając pod szyldem napisem „Markowy sprzęt do quidditcha". – I co to za waluta, galeony?
– Czarodziejska. Na terenie Wielkiej Brytanii obowiązują sykle, knuty i galeony. Galeony są warte najwięcej. A miotły to między innymi środek transportu. Gra się też na nich w quidditcha, taki magiczny sport.
W półbiegu zrównałam się krokiem z Janą, omiatając wzrokiem resztę witryn. Każda pękała w szwach od przeróżnych ekscentrycznych ozdób i towarów, których nikt o zdrowych zmysłach nie dałby na wystawę.
– Będę mogła latać na takiej miotle? Czy muszę umieć czarować?
– Nie potrzeba różdżki, a nawet bywa i tak, że pełnoprawni czarodzieje nie potrafią okiełznać miotły. Możemy spróbować, jak już trochę oswoisz się z sytuacją.
– To dlaczego nie przyleciałyśmy tu w ten sposób?
Ciocia spojrzała na mnie z rozbawieniem. Jej oliwkowe oczy rozbłysły, a kurze łapki dodały buńczucznego wyrazu.
– Teleportacja jest błyskawiczna. Miotła z kolei to bardziej środek transportu na krótsze dystanse... No i nie jestem szczególną fanką.
– Rozumiem. – Wcale nie rozumiałam, ale zmieszałam się niemądrym pytaniem i zwlekałam zadaniem kolejnego. – A jest tu jakiś kantor, żebym mogła wymienić złotówki na te całe galeony?
– Oczywiście, możemy jutro podskoczyć do banku. Na Pokątnej znajdziesz wszystko, czego tylko potrzebujesz.
– A więc tak nazywa się to miejsce. Pokątna – powtórzyłam z uznaniem w głosie, jeszcze raz rozglądając się po przyjemnej brukowanej ulicy skąpanej w złotym świetle latarń. – To jakaś dzielnica Londynu, tak?
– Tylko czarodzieje mogą tu wejść. Mugole nie potrafią dostrzec tego miejsca.
– Mugole? Czyli tacy niemagiczni?
Ciocia przytaknęła.
– Jesteśmy. Masz ochotę na coś do jedzenia, zanim pójdziemy do swoich pokojów?
Zerknęłam na tarczę zegarka. Dochodziła dwudziesta druga! W tym całym zamieszaniu nawet nie spodziewałabym się, że jest już tak późno.
– Napijmy się czegoś ciepłego – odparłam nagle obleciana pragnieniem. – Zimniej tu niż w Polsce.
Przed wejściem za ciocią do środka pubu, spojrzałam jeszcze na szyld wiszący nad drewnianymi drzwiami – Dziurawy Kocioł. Z wnętrza w twarz buchnęło mi przyjemne ciepło, więc już w progu rozpięłam płaszcz, rozglądając się wokoło. Choć nie nazwałabym tego miejsca szczególnie schludnym i zadbanym, Dziurawy Kocioł miał niewątpliwy klimat. Wyglądał jak scena żywcem wyrwana z filmu lub książki fantasy, po brzegi zapełniony kuriozalnie ubraną klientelą w szpiczastych czapkach, ze średniowiecznym kominkiem, w którym zachęcająco trzaskał ogień, z drewnianymi ławami i krzesłami jak za dawnych czasów. Pomknęłam wzrokiem po sufitowych belkach, zwisających z nich żyrandolach ze świecami, a kiedy zatrzymałam się na ścianach, wskazałam na nie palcem niczym dziecko, nie mogąc wydusić słowa. Postacie z portretów osadzonych w zdobionych ramach poruszały się!
– Można z nimi nawet rozmawiać, wiesz?
– To... To niesamowite!
– Jeśli aż takie wrażenie robią na tobie zwykłe portrety, poczekaj, aż pokażę ci prawdziwą magię. – Ciocia zaśmiała się ciepło, a oczy jej błyszczały. – Chociaż w sumie to całkiem urocze. Bardzo przypominasz mi teraz mnie samą, kiedy jako dzieciak stawiałam pierwsze kroki w świecie magii.
Wskazała na jeden z wolnych stolików pod oknem, skąd miałyśmy idealny widok na resztę pubu. Usiadłam, a w czasie gdy ciocia zamawiała, spojrzałam w kierunku baru, gdzie na czarnej tablicy wypisano dostępne specjały wraz z cenami. Między mnóstwem zup o zabawnych nazwach (Domowa Dziurawa Zupa, Zupa Zupa Zupa, Dziurawa Domowa Zupa i tak dalej) znalazłam eksplodującą lemoniadę i upolowane ciasto.
– Załatwiłam nam pokoje – powiedziała.
Ledwo zauważyłam, że ciocia śledziła coś wzrokiem, dwa kremowe piwa, wraz z podstawkami, poszybowały ku nam szybko. Kufle wyminęły w ostrym zakręcie niską staruszkę, a w zasadzie jej spiczasty czarny kapelusz. Czarownica wymamrotała coś gniewnie pod nosem, znikając za drzwiami do toalety oznaczonymi drewnianą podobizną ruchomej smoczycy, która pod skrzydłem skrywała złote jajo.
Mimo że ciocia przyglądała mi się z uśmiechem, kiedy prawiłam peany pod kątem kremowego piwa, przez jej twarz przemknęło coś mniej przyjemnego.
– Wando, muszę ci coś powiedzieć.
Odłożyłam kufel i otarłam lepką piankę z kącików ust.
– Kiedy byłam w twoim wieku, obiecałam sobie, że spróbuję znaleźć sposób, żeby pomóc Idze. Minęły lata, zanim zrozumiałam, że twoja mama tej pomocy nie chce, ale... nie tylko ona potrzebowała takiej pomocy. Dlatego wyjechałam z Polski. W wielkim skrócie, Wielka Brytania nie należy do tolerancyjnych i postępowych czarodziejskich miejsc, ale o wiele łatwiej jest tutaj prowadzić badania. W Polsce osoby takie jak ty są zupełnie wykluczone z magicznego życia społecznego, gdybyś tam urodziła się parze czarodziejów, zostałabyś porzucona pod mugolskim sierocińcem, a tutaj... Wielka Brytania jest poglądowo podzielona, jednak z roku na rok robi postępy, jeśli chodzi o akceptację mugolaków. W zasadzie rzadko kiedy spotykam się z nieprzyjemnościami, mimo to nierówności nadal pozostają. Tak, magiczny świat jest fascynujący, absorbujący i szalenie ciekawy, ale bywa też okrutny. Musisz być tego świadoma.
Chociaż chciałam wypytać, w jaki dokładnie sposób jest okrutny, uznałam, że pierwsza część wypowiedzi cioci była znacznie ciekawsza.
– Co miałaś na myśli, mówiąc o badaniach i próbie pomocy matce?
– Poza pracą latami studiowałam charłaków i ich zdolności magiczne. Tutaj przynajmniej jest Wmigurok, korespondencyjny kurs podstawowej magii, ale to zupełnie przestarzały system. Znam kilka zadowolonych z niego osób, tyle że ich satysfakcjonuje umiejętność rzucenia dwóch zaklęć...
– Jak można uczyć się magii... korespondencyjnie? – wtrąciłam przepraszającym tonem, bo nie potrafiłam się powstrzymać.
– Dokładnie, to niedorzeczne. Nikt nie przejmuje się edukacją charłaków, a Wmigurok jest doskonałym tego przykładem. Pierwsza lekcja jest długości ulotki, znajdują się tam tylko wskazówki odnośnie trzymania różdżki, a na kolejny list trzeba czekać miesiąc. Ministerstwo Magii dwa wieki temu stworzyło ten kurs i od tego czasu nic w nim nie zmieniało, po prostu liczą galeony za subskrypcje, traktując charłaków jak obywateli drugiej kategorii. Ja natomiast chciałam sprawdzić, czy przy spersonalizowanym podejściu do każdego przypadku da się wyciągnąć z ucznia więcej, niż cały ten Wmigurok mógłby ich kiedykolwiek nauczyć.
– A więc tym się teraz zajmujesz, tak? Jesteś nauczycielką?
– Jestem profesorką w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, jednak zajęcia dla charłaków prowadzę jedynie weekendami. Nazwałabym to prędzej formą korepetycji. Sama praca w Hogwarcie jest wystarczająco czasochłonna.
– Ilu masz uczniów?
– Kilku rozstrzelonych po całej Wielkiej Brytanii. To dzieciaki pochodzące z bogatych rodzin, którym bardzo zależy, żeby wymazać plamę na honorze. Tak jak mówiłam, chociaż tutejsze środowisko jest nieco bardziej otwarte na różne odmienności niż zaściankowa Polska, charłaki nie wiodą tu sielankowego bytu.
– Dlaczego?
– W wielkim uproszczeniu, są tu rodziny czarodziejskie, których drzewa genealogiczne sięgają czasów samego Merlina, a wypełnione są, rzekomo, jedynie czystokrwistymi czarodziejami, czyli takimi, w których nie płynie ani kropla mugolskiej krwi. Co oczywiście jest zupełnie nierealistyczne, ale lepiej nie wchodzić z nimi w dyskusję na ten temat, jeśli nie chce się napytać sobie wrogów.
– Więc myślisz, że mogłabym się nauczyć magii?
– Nie mogę ci niczego obiecać – odparła ostrożnie, lustrując mnie uważnym spojrzeniem. – Jeśli będziesz chciała, możemy poćwiczyć. Jutro rano wybierzemy się na zakupy i zorganizujemy ci różdżkę.
Milczałam, wpatrując się w odbicie płomienia świecy, który drżał na kuflu z kremowym piwem. Na samą myśl o nauce magii oblał mnie zimne pot. Obawiałam się, że ostrzeżenia matki na temat tutejszego świata okażą się prawdziwe.
– Prześpię się z tym – rzuciłam nieśmiało, nie wiedząc, jak wytłumaczyć brak natychmiastowej zgody. Liczyłam, że ciocia nie będzie drążyć. – Chciałabym zobaczyć, co tutaj sprzedają w tych wszystkich małych sklepikach. Nie rozumiem, po co im złote kociołki?
Ciocia uśmiechnęła się ciepło, ale jej wzrok pozostał dociekliwy. Co mogła sobie teraz o mnie myśleć? Czy potrafiła zrozumieć?
– W kociołkach warzy się eliksiry, rzecz jasna. Można kupić kociołki z różnych materiałów, ale nie wszystkie są odpowiednie do warzenia bardziej skomplikowanych, silniejszych eliksirów. Szczerze mówiąc moja wiedza w temacie jest dość ograniczona, nigdy nie radziłam sobie dobrze z tego przedmiotu.
– To jest przedmiot?
– Tak, jeden z wielu, które jeszcze cię zaskoczą. Oczywiście nauczają też bardziej przyziemnych rzeczy, na przykład historii magii, o której fantazjowałam całe wakacje, zanim pierwszy raz moja stopa stanęła w Hogwarcie, ale profesor Binns zweryfikował mój zapał do nauki.
– Okazał się aż tak zły?
– Jeśli chcesz, mogę cię kiedyś zabrać na jego zajęcia. Później zdasz mi relację z wrażeń – powiedziała, obdarzając mnie szelmowskim uśmieszkiem. – Wando, nie wiem jak ty, ale jestem padnięta. Dokończ kremowe piwo i chodźmy spać.
W istocie wyglądała na zaspaną – oczy miała przymrużone, a minę trochę rozkojarzoną, jakby w jej kuflu było coś więcej niż smakowa nuta rumu. Rozeszłyśmy się do osobnych sypialni, a wewnątrz zastałam zawodząco przyziemne wnętrze. Podczas gdy Knedel podreptał na rozeznanie terenu, nie mogłam się powstrzymać i podeszłam do okien, z których wyjrzałam na ulicę Pokątną. Poza grupką sędziwych czarodziejów rozprawiających pod Dziurawym Kotłem okolica była cicha i zupełnie pusta. Nawet witryny sklepowe się uspokoiły – kociołki przestały skakać z kąta w kąt, a chochle, które wcześniej mieszały ich buchające parą wnętrza, zamarły. Widać nawet magiczne kociołki muszą spać.
Jeszcze przez pewien czas stałam w oknie, aż z zamyślenia wyrwało mnie szturchnięcie nosem wymierzone w łydkę. Schyliłam się i wygłaskałam porządnie Knedla, który padł plackiem na ziemię, wystawiając brzuszek spragniony pieszczot. Oczy mu się zamykały i zamykały, by na moment znów spojrzeć na mnie z podekscytowaniem, a następnie raptem mętnie uciec gdzieś w bok.
Po szybkiej toalecie położyłam się do łóżka. W zamyśleniu głaskałam ułożonego obok mnie futrzaka, a myśli nie przestawały pędzić. Wydarzenia, do których doszło w domu – konfrontacja z matką, poznanie prawdy, rozmowa z ciocią Janą – wydawały się odległe ode o co najmniej kilka lat, a może nawet jak gdyby doszło do nich podczas innego wcielenia. Owszem, gdzieś głęboko nadal tkwił gniew, poczucie niesprawiedliwości, ale były to uczucia niemalże całkowicie wygłuszone ekscytacją i czymś jeszcze. Czymś trudnym do wyjaśnienia, nieuchwytnym jak we śnie, kiedy zostałam wypuszczona ze złotej klatki.
