Nie mogłam uwierzyć własnym uszom, a słowa Corvusa wsiąkły dopiero po tym, jak z wyczekiwaniem podniósł wzrok znad wypracowania. Nie przesłyszałam się – rzeczywiście zaproponował mi wprowadzenie na teren Hogwartu. Mimo utwierdzania się w tym przekonaniu, musiałam uszczypnąć się w udo i odchrząknąć, zanim spytałam:

– Naprawdę?

– Naprawdę – odrzekł spokojnie, przerzucając strony podręcznika do transmutacji. – Znam dwa tajne przejścia. Wczoraj nawet znajdowaliśmy się blisko obu z nich.

W zamyśleniu pogłaskałam siedzącego pod nogami Knedla. Spośród minionych wczoraj miejsc nie przypominałam sobie żadnego, które równocześnie pasowałoby na tajne przejście.

– Gdzie są?

– Jedno w Miodowym Królestwie, na zapleczu. Tunelem idzie się prosto do zamku i wychodzi zza posągu na trzecim piętrze.

– Brzmi dobrze – odparłam pytającym tonem, po wiszącym w powietrzu niedopowiedzeniu wnioskując, że Corvus oczekiwał odpowiedzi.

– Odpada. Zamykają w południe, a ja siedzę w aptece do siedemnastej.

– A drugie?

– Nie spodoba ci się, ale ręczę za nie. – Zawiesił głos, jakby to miało mi wystarczyć do wysnucia wniosków, ale na widok mojej skonsternowanej miny dodał: – Może mieć związek z pewną tutejszą atrakcją…

– Chyba żartujesz – wydusiłam, kiedy pozbierałam szczękę z podłogi. – Sam powiedziałeś, że posiwiałeś od Wrzeszczącej Chaty!

– Nie do końca tak było, ale to długa historia. Może ci ją opowiem w drodze do Hogwartu.

Prychnęłam, wstając z fotela. Zerwałam płaszcz z wieszaka, a w trakcie ubierania się zawyrokowałam:

– W drodze do Hogwartu będziesz gadał sam do siebie. Moja noga nie postanie w tej zapyziałej ruinie.

Corvus obserwował mnie w ciszy z lekkim uśmiechem szybko zastąpionym przez wyraz obojętności.

– Twój wybór. Osobiście nie chciałbym zmarnować dnia na samotnym siedzeniu w aptece. – Wzruszył ramionami. – Jesteś pewna? Nic tam nie straszy, bez przerwy tamtędy chodzę. Poza mną chyba nie wie o tunelu. Jest znacznie lepszy niż przejście w Miodowym Królestwie, gdzie trzeba się skradać…

Uciszyłam go gestem, mając go po dziurki w nosie.

– Nie jestem aż tak naiwna. Idę do księgarni – oznajmiłam.

– Skoro chcesz spędzić wyjazd na czytaniu… – Miną dał do zrozumienia, że mu wszystko jedno. – Może po drodze kupisz nam w pubie po kremowym piwie?

Miałam ochotę odmówić, ale w końcu wczoraj to on mi postawił, więc przytaknęłam i wyszłam na październikowy mróz, a Knedel wystrzelił na zewnątrz. Od razu podbiegł do kamiennego murka na środku Hogsmeade, który odgradzał upstrzony złocistymi liśćmi dąb.

W zamyśleniu zerknęłam na wyświetlacz telefonu – jedyna rzecz, która na nim działała, to godzina. Dochodziła trzynasta, za cztery godziny Corvus kończy pracę…

Potrząsnęłam głową, chcąc odpędzić od siebie te niedorzeczne myśli, i po chwili spaceru dotarłam do księgarni. Choć przyszłam tu z zamiarem kupna czegoś na temat historii czarodziejskiego świata, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to dział poświęcony magicznym zwierzętom. Miałam już okazję kilka z nich zobaczyć na własne oczy wcześniej, kiedy byłam z ciocią na Pokątnej, ale nie oparłam się pokusie dowiedzenia się więcej na ten temat. Wodziłam wzrokiem po tytułach wypisanych na grzbietach książek, aż w końcu chwyciłam egzemplarz zatytułowany „Gatunki smoków w Wielkiej Brytanii i Irlandii" i oglądałam ilustracje najróżniejszych smoków dogłębnie zszokowana.

Gdy skończyłam oglądać ich ruchome portrety, dostrzegłam jeszcze „Hodowanie smoków dla przyjemności i zysku", „Duchy zwierząt w Wielkiej Brytanii" (na ten widok opadła mi szczęka!), a także „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć". Choć najchętniej kupiłabym je wszystkie, tylko ostatnią pozycję wzięłam ze sobą w dalszą podróż między działami.

Kolejny, przy którym zatrzymałam się na dłużej, dotyczył mugoli. Entuzjazm wyparował na widok tytułów takich jak: „Spisek mugoli" oraz „Moje życie jako mugol", którego autorka dobrowolnie spędziła rok bez używania magii, by zasmakować – jak to ujęła – nudnej, miałkiej egzystencji. Zaraz obok leżała też pozycja „Moje charłacze życie", też nie napawająca nadzieją – tytułowy charłak opisywał swoje doświadczenie bycia odrzuconym przez społeczność czarodziejów. Co prawda udało mu się zrobić karierę sportową w niemagicznym świecie, ale częściowo pozostał wyrzutkiem.

Po chwili wyszłam z księgarni z dwoma nabytkami – podręcznikiem o magicznych zwierzętach, a także z „Krótką historią Hogwartu", która wcale nie należała do krótkich: księga miała trochę ponad tysiąc stron. Wybrałam okrężną drogę powrotną, obchodząc wioskę dookoła i rzucając Knedlowi patyki w szczere pola, aż w końcu nabyłam dwie butelki kremowego piwa i czekoladową żabę. Z podekscytowania niemal biegłam do apteki, zastanawiając się, o istnieniu jakich fantastycznych zwierząt zaraz się dowiem.

Corvus podziękował mrukliwie, gdy postawiłam przed nim na ladzie butelki. W czasie moich zakupów udało mu się zapisać już pełną rolkę pergaminu i był w trakcie kolejnej.

– Mamy tu otwieracz? – spytałam.

– Nie potrzebujemy.

Wciąż wpatrzony w podręcznik do transmutacji, w zamyśleniu chwycił za szyjki butelek, po czym bez słów stuknął w nie różdżką, a kapsle samoistnie odskoczyły. Jeden z nich potoczył się po podłodze, a uradowany Knedel rzucił się zań w pogoń. Corvus upił łyk kremowego piwa, zanim wrócił do pracy. Zerknął przelotnie na tytuły książek, które trzymałam pod pachą, ale nie skomentował, więc spoczęłam na fotelu pod kominkiem.

Mimo świadomości, że lepiej byłoby zacząć od „Krótkiej historii Hogwartu", lektura podręcznika o fantastycznych zwierzętach wciągnęła mnie do tego stopnia, że zupełnie zapomniałam o rzeczywistości, ignorując pojawiających się klientów, czarującego ich Knedla i bulgotanie beczek za plecami. Nie mogłam uwierzyć, ile magicznych zwierząt paradowało po świecie: kuguchary, hipogryfy, feniksy, a także… psidwaki!

Wcale nie przywidziało mi się nic w lesie koło domu. Widziałam teriera, którego nie dostrzegł wtedy Gniewko, i naprawdę miał on dwa ogony! To niesamowite… Co tam robił? Według lektury na terenie Wielkiej Brytanii istniał przymus amputacji jednego z ogonów, tak by nie niepokoić mugoli, ale może w Polsce nie obowiązywały podobne prawa.

Dlaczego Gniewko go nie widział? Z podręcznika wynikało, że powinien widzieć psidwaka, zresztą nie tylko jego. Ziemniaczane ludki o bulwiastych głowach, które chowały się w krzakach przy domu, okazały się gnomami ogrodowymi, a nikt poza mną też nie zwracał na nie uwagi. Może Polska miała inny sposób radzenia sobie z nimi niż Wielka Brytania?

Jednym okiem wciąż pochłaniając informacje na temat niuchaczy, otworzyłam opakowanie, z którego na kolana wypadła połyskująca karta. Czekoladowa żaba czmychnęła błyskawicznie, z fotela przeskakując mi ponad ramieniem za plecy. Kiedy pojęłam, co się stało, niemal dostałam zawału. Ciało żaby zniknęło w niezidentyfikowanej zawartości beczki, ale pluśnięcie wtopiło się w rytm spokojnego bulgotania, dzięki czemu zajęty wypracowaniem Corvus niczego nie zauważył.

Musiałam obejść się smakiem i żyć ze świadomością, że skaziłam coś, co było na sprzedaż. Wolałam nie zastanawiać się, jak przyznam się do tego cioci, więc chwyciłam za połyskującą, złoto-granatową kartę, z której spoglądała na mnie starsza kobieta. Miała połyskujące czarne włosy poprzetykane pasmami eleganckiej siwizny i chociaż nie przybierała żadnej dumnej pozy, dzięki strojowi godnemu odkrywczyni wyglądała niczym realistyczna, nieprzerysowana wersja Lary Croft.

Z zaciekawieniem odwróciłam kartę i przeczytałam:

ABIRA BRAIMA

DYREKTORKA SMOCZEGO SANKTUARIUM W ALGIERII

Rozpoznawana przez badaczy na całym świecie za prace naukowe na temat smoków, pozyskiwanych z nich ingrediencji oraz ich magicznych właściwości. Odkryła trzynasty sposób użycia smoczej krwi. Prowadzi liczne kampanie przeciwko kłusownikom.

Z zamyślenia wyrwało mnie trzaśnięcie pociągniętych przeciągiem drzwi i odgłos sklepowego dzwonka. Podniosłam głowę znad lektury, żeby rozejrzeć się po wnętrzu apteki. Byłam w niej sama, przez co momentalnie ogarnęło mnie przygnębienie i poczucie żalu, jakby okazja przeszła mi koło nosa.

Wyjrzałam przez okno. Corvus półbiegiem kierował się w stronę sowiej poczty, ściskając w dłoni rolkę pergaminu. Gdy chwilę później wyłonił się z budynku, z ulgą wróciłam na fotel i na nowo otworzyłam książkę na rozdziale poświęconym niuchaczom, od teraz zamierzając używać pierwszej karty czarodziejów jako zakładki.

Odgłos dzwonka rozległ się po raz kolejny, kiedy zziębnięty Corvus wpadł do środka.

– Wysłałem sową to wypracowanie – wyjaśnił, widząc mój pytający wzrok. – Byłaś tak zaczytana, że nie chciałem ci przerywać.

– Nie jest już przypadkiem po czasie? Z tego co pamiętam, ciocia kazała ci je dostarczyć do południa.

– Myślę, że mi wybaczy poślizg czasowy, zważywszy na okoliczności niańczenia jej osamotnionej siostrzenicy.

Uniosłam brew. Corvus schował pozostałe rolki pergaminu, pióro i podręcznik do torby, natomiast kubek i pustą butelkę po kremowym piwie odniósł na zaplecze. Gdy z niego wrócił, krzątał się jeszcze przez chwilę po aptece, aż w końcu pogłaskał Knedla na pożegnanie i zaczął się ubierać.

– Do zobaczenia… Chociaż w sumie nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy – powiedział. – Pracuję tu tylko w weekendy, a do tego czasu możesz już wyjechać.

– Och, no tak…

Nie chciałam przyznać, że wcześniej miał rację. Kto wie, jak długo ciocia pozwoli mi tu zostać? I kto wie, kiedy jeszcze będę miała okazję na nienadzorowany przez dorosłych wypad z rówieśnikiem?

– Chyba że zmieniłaś zdanie? – spytał.

Pragnęłam z całego serca, żeby tajemne przejście we Wrzeszczącej Chacie okazało się prawdziwe, ale zarazem odczuwałam wewnętrzny sprzeciw na samą myśl, że moja noga postanęłaby w tej ciemnej, rozpadającej się ruderze. Ważąc wszystkie za i przeciw doszłam do wniosku, że niespodziewana śmierć przynajmniej uchroniłaby mnie od zbliżającej konfrontacji z rodzicami, a zarazem byłaby splunięciem na zasady matki.

– Jeśli mi obiecasz, że to nie jest żaden żart, pójdę – odparłam po namyśle.

– Przysięgam. Przejście istnieje, w środku nie ma żadnych wilkołaków. Zadowolona?

– Będę zadowolona, jeśli ta ruina się na nas nie zawali i wyjdziemy z tego żywo.

Pożegnałam się z Knedlem i ubrałam ciepło, w lwiej części podekscytowana wizją zobaczenia zamku niż przestraszona przed wejściem do Wrzeszczącej Chaty. Pół drogi słuchałam opowieści Corvusa na temat codzienności życia w szkole, przedmiotów i różnych ciekawostek, aż natrafiliśmy na temat quidditcha, o którym wspomniano w książce Newta Skamandera w kontekście znikaczy – przed laty wykorzystywanych do gry ptaszków. Corvus streścił wszystkie zasady gry, a kiedy przeszedł do omawiania wyłaniania zwycięzcy, spytałam:

– Możesz mi je pokazać? Boisko.

– Jest niedaleko wyjścia z tunelu, więc czemu nie?

Pokiwałam głową, bo słowa uwięzły mi w gardle. Tak pilnie słuchałam Corvusa, że nawet nie spostrzegłam, a już została nam ostatnia prosta do Wrzeszczącej Chaty. Co gorsza zbliżał się zmierzch, a granatowe niebo i zapadający półmrok dodawały ruderze szczególnego uroku, od którego język związał mi się w supeł do czasu, aż narastający we mnie niepokój stał się nieznośny.

– Naprawdę jest tam to przejście? – odezwałam się raptownie i zamarłam w pół kroku. Od zabitych deskami okien dzieliło nas zaledwie kilka metrów.

– Dalej przekonana, że kłamię, co? Naprawdę.

Gdy okiennica trzasnęła z impetem w ścianę, szarpana podmuchami przenikliwego wiatru, prawie wyrwało mnie ze skóry. Po ochłonięciu byłam wdzięczna Corvusowi za zignorowanie tego zawstydzającego momentu.

– Świeć, nie wejdę tam po ciemku – powiedziałam.

Zmrużyłam oczy przed białym, wątlejącym z każdą sekundą rozbłyskiem. Kiedy z końca różdżki świecił punkt wielkości zaledwie piłki golfowej, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Corvus specjalnie go tak zmniejszył.

– Z twojej miny wnioskuję, że panowie przodem – mruknął.

Kucnął przy drzwiach, z których wyrwano kilka dolnych desek dla umożliwienia dostępu do środka, i prześlizgnął się do ciemnego wnętrza Wrzeszczącej Chaty. Na barkach ciążyła mi świadomość, że jeśli nie zmuszę się do zrobienia kroku, nie ruszę się z miejsca. W towarzystwie desperacko walącego serca przecisnęłam się przez dziurę i pobiegłam za Corvusem, starając się nie zwracać uwagi na trzeszczącą pod nami podłogę i klaustrofobicznie wąski korytarz, który zdawał się nie mieć końca.

– Masz ochotę pozwiedzać? – spytał, nie wyzbywając się z głosu nuty rozbawienia.

– O niczym bardziej nie marzę.

Bez słowa odpowiedzi zniknął w sąsiednim pokoju. Wolałabym stoczyć bój z wilkołakiem niż tam wejść, ale równocześnie nie uśmiechało mi się samotne stanie w ginącym w mroku korytarzu, więc podążyłam za Corvusem. Całą sypialnię pokrywała gruba warstwa kurzu przyprawiająca o chęć kichnięcia, a im dłużej przyglądałam się tapetom odchodzącym płatami od ścian, tym większe odnosiłam wrażenie, że były skłonne po mnie sięgnąć. W poszukiwaniu otuchy dołączyłam do klęczącego przed kominkiem Corvusa, który wyjmował coś postukującego z jego pokrytej sadzą i popiołem głębi.

– Jesteś poważny? – zapytałam na widok dwóch znajomych butelek. – Akurat tutaj zachciało ci się kremowego piwa?

– To nie kremowe. Przelałem tu ognistą whisky, której z wiadomych względów nie możemy wnosić na teren Hogwartu.

– A więc jesteś przemytnikiem. Alkohol do szkoły, specjalne przesyłki dla…

– Nie mówmy już o nim i najlepiej nie wspominaj o tym nikomu – wtrącił. Imię Ebenezera nawet nie musiało zostać wypowiedziane, żeby Corvusowi wypadła z rąk jedna z butelek, z hukiem lądując na podłodze. – W przyszłym tygodniu mamy mecz quidditcha, więc dostałem zamówienie na coś mocniejszego.

– Jesteś w drużynie?

Przytaknął, zanim zaprowadził mnie z powrotem przez korytarz do pokoju obok. Miałam nadzieję, że rozmowa poradzi sobie z uspokojeniem pobudzonej wyobraźni, dlatego spytałam:

– Jesteście już pewni wygranej?

– Tak, Hufflepuff ma tragiczną drużynę. Mecz potrwa z pół godziny i będzie po wszystkim.

– Na jakiej pozycji grasz?

Corvus kucnął, a butelki schowane butelki zadzwoniły głucho, gdy z sapnięciem przecisnął się przez kolejną dziurę, tym razem w ścianie. Zrobiłam dokładnie to samo z tą różnicą, że popędziłam na czworakach, jakbym miała zostać chwycona za nogi i zaciągnięta w głąb Wrzeszczącej Chaty.

– No, jesteśmy. Musimy zeskoczyć.

– Co? – sapnęłam, podnosząc się z klęczek. – Co?!

Corvus świecił różdżką w kierunku podłogi – widniała tam rozwarta klapa w podłodze, a dna widać nie było.

– Tłuczki to te agresywne piłki, tak? – spytałam, a gdy odpowiedział mi ciekawski pomruk, dodałam: – Nie dostałeś ostatnio z jednego w głowę?

– Nie przypominam sobie, ale amnezja mogłaby być skutkiem ubocznym. – Podszedł do klapy i musiałam za nim podążyć, jeśli nie chciałam dać się otulić narastającej pod ścianą ciemności. – Zejdę pierwszy i zobaczysz, że wcale nie jest tak wysoko.

Nie zamierzałam zostać samotnie w ciemnościach z potworami z wyobraźni dyszącymi mi w kark, ale nie zdążyłam zaprotestować. Zmroziło mi krew w żyłach na dźwięk głuchego tąpnięcia, gdy Corvus wylądował.

– A więc jednak… – przerwał milczenie, wyciągając różdżkę ku górze. W białym świetle jego twarz przybrała jeszcze bledszy kolor, chociaż wydawało się to niemożliwe. – Hufflepuff.

Miałam nadzieję, że pełne rozdrażnienia westchnienie zamaskuje narastającą obawę. Sądziłam, że kiedy usiądę, odległość dzieląca mnie od dna stanie się mniej niepokojąca, niestety nie przyniosło to żadnego ukojenia. Mimo opuszczenia się na rękach i tak brakowało mi pół metra wzrostu, by dosięgnąć gruntu.

– O czym mówiliśmy? – spytał Corvus, idąc w głąb tunelu, który zdawał się nie mieć końca. Narzucone tempo było tak szybkie, że od przebierania nogami dostałam lekkiej zadyszki.

– Pytałam, na jakiej pozycji grasz.

– Jestem ścigającym. Gdybyś została dłużej, może profesor O'Brien zabrałaby cię na mecz i zobaczyłabyś naszą drużynę w akcji. Mamy świetny skład.

Nie chciałam robić sobie niepotrzebnej nadziei – ciocia twierdziła, że mogłam zostać u niej tak długo, jak tylko chciałam, ale to niekoniecznie oznaczało, że akurat w piątek znajdzie dla mnie czas pomiędzy sklepem, korepetycjami dla charłaków i pracą w Hogwarcie. Mimo to nie potrafiłam przestać wyobrażać sobie meczu, dzięki czemu wędrówka tunelem zleciała jak z bicza strzelił.

– Zaczekaj. – Gdyby Corvus nie wyciągnął ręki do tyłu, wpadłabym na niego. Cofnęłam się, kiedy palcami musnął mi płaszcz na wysokości mostka. – Muszę sięgnąć korzenia, inaczej gałąź nas trzaśnie.

– Jak miałaby to zrobić? – Ledwo zadałam pytanie, on już wychylił się przez ciasne przejście.

– Wierzba Bijąca jest dość agresywna… – odparł, jakby ta odpowiedź miała cokolwiek rozjaśnić. – No, gotowe. Uważaj, żeby się nie potknąć, szybko.

Udało mi się nie połamać nóg na wystających z ziemi grubych korzeniach, które w dziwnej plątaninie zdawały się tworzyć coś na pozór nierównych stopni. Nabrałam głębokiego wdechu, nagle doceniając świeże, pozbawione ziemistego aromatu powietrze, i spojrzałam do góry na wierzbę o potężnym pniu. Spokojne gałęzie upstrzone były cienkimi, pożółkłymi liśćmi, których część opadła na ubitą ziemię.

Kiedy zostałam pośpieszona machnięciem, podbiegłam do schodzącego z niewielkiego zbocza Corvusa. Niemal wywinęłam orła na śliskiej od wilgoci trawie, ale udało mi się utrzymać równowagę, po czym spytałam:

– Jak dowiedziałeś się o istnieniu tego przejścia?

Na dźwięk nagłego świstu zerknęłam do tyłu na wierzbę – trzasnęła garścią witek w miejsce, w którym niedawno stałam. Niewzruszony Corvus milczał tak długo, że straciłam pewność, czy mnie usłyszał.

– Przez przypadek. Chłopakom z dormitorium paliło się, żeby zobaczyć Hogsmeade, ale te wyjścia zaczynają się dopiero od trzeciego roku – byliśmy na pierwszym – więc nocą wymknęliśmy się przejściem za posągiem jednookiej czarownicy. – Odgarnął z czoła targane wiatrem włosy i uśmiechnął się lekko, jakby wspominał te wydarzenia z nostalgią. – Właściciel Miodowego Królestwa prawie nas przyłapał… Zakładaliśmy się, kto podejdzie bliżej Wrzeszczącej Chaty i…

– Założyłeś się, że wejdziesz do środka? – spytałam, nie kryjąc zdumienia. – W wieku jedenastu lat? Jakim cudem trafiłeś do Slytherinu?

– Na brodę Merlina, nie. – Zachichotał, jakbym powiedziała coś niedorzecznego. – Zostałem tam wepchnięty.

– Co? – Przystanęłam z wrażenia, ale Corvus nie przerwał wędrówki. – Przyjaźniłeś się z nimi i zrobili ci coś takiego? Matko!

– Nie nazwałbym tego przyjaźnią, chociaż w sumie był tam mój kuzyn… Idziesz? – Wskazał w oddali czarną sylwetkę boiska odcinającą się wieżyczkami i obręczami na usianym gwiazdami niebie. – Dzieci potrafią być okrutne, szczególnie wtedy, kiedy ktoś je do tego podpuszcza.

– Ebenezer?

Corvus odpowiedział twierdzącym pomrukiem, zanim znów zapadła dłużąca się cisza. Obdarzył mnie badawczym spojrzeniem, z którego wywnioskowałam, że podejmował decyzję.

– Dotknąłem tych przeklętych drzwi i ledwo się odwróciłem, dostałem z Confundusa w brzuch. To zaklęcie zmylające – wyjaśnił. – Zabrali mi różdżkę i wepchnęli do środka, a Ebenezer wyczarował brakujące deski, żebym nie mógł wyjść.

– Co za…!

– Nic nie widziałem, było czarno. Oszołomił mnie tak porządnie, że przez pół godziny nie umiałem znaleźć wyjścia z korytarza, błądziłem po omacku, potykałem się o meble… Nie jestem z tego dumny, ale zdecydowanie zbyt długo siedziałem wystraszony w kącie, aż…

– Miałeś jedenaście lat!

– …wyczułem tę dziurę w ścianie. Przeszedłem przez nią, spadłem przez otwartą klapę w podłodze i skręciłem kostkę. – Zachował się, jakby nie dosłyszał mojego zduszonego okrzyku. – Miałem szczęście: przy wyjściu potknąłem się i przypadkiem złapałem ten korzeń, który unieruchamia Wierzbę Bijącą. Jak na następny dzień obejrzałem się w lustrze, już to miałem. – Dotknął głowy w miejscu, w którym pośród zmierzwionych włosów widniał siwy kosmyk.

Dech zaparło mi z wrażenia do tego stopnia, że aż stanęłam w miejscu. Kiedy wreszcie doszłam do siebie, podbiegłam do idącego szybko Corvusa i rzuciłam:

– I co dalej? Co zrobili za to Ebenezerowi?

– Jak to co? – Potrząsnął głową z pobłażliwym uśmiechem. – Nic, nie pisnąłem słówka na ten temat.

Z oburzenia aż sapnęłam. Jak mógł się z tego wszystkiego śmiać?

– Ale gdybyś komuś powiedział…

– Dostałby miesiąc szlabanów i nic więcej – wtrącił z westchnieniem. – Byliśmy dzieciakami, nikt nie wziąłby tego wybryku na poważnie.

– Mogłeś skręcić sobie kark!

– Ale nie skręciłem, a gdybym skręcił, pewnie nikt by mnie tam nie znalazł.

Jego wyzuty z emocji ton głosu wstrząsnął mną tak mocno, że nie potrafiłam wydusić słowa. Gdybym za dziecka przeżyła coś tak okropnego, nie wahałabym się ani chwili – zgłosiłabym to pierwszemu napotkanemu profesorowi.

– Od tego incydentu minęły lata – powiedział. – Szczerze mówiąc, wspominam to z lekkim rozbawieniem.

Prychnęłam, ale spisałam dalszą dyskusję na straty. Wydawało mi się oczywistym, że gdyby Corvus zgłosił nauczycielom, co przeżył wtedy we Wrzeszczącej Chacie, teraz Ebenezer nie mógłby bezkarnie wyżywać się na mugolakach.

– Nie myślałem, że aż tak cię to ruszy… Nie mów nic swojej ciotce, co? – mruknął bez przekonania, a kiedy przytaknęłam, z jego oczu nadal emanowała niepewność.

Po dotarciu do boiska przeszliśmy przez długi korytarz, mijając drzwi oznaczone godłami czterech domów i wnęki ze spiralnymi schodami prowadzącymi na trybuny, aż znów znaleźliśmy się pod gołym niebem. Podziwiałam widok sięgających niebu obręczy skąpanych w srebrzystej poświacie księżyca, aż coś śmignęło mi przed nosem. Corvus złapał trzonek miotły, jakby spodziewał się jej przylotu.

– Jak to zrobiłeś? – wyrwało mi się.

Accio . Wezwałem nim miotłę ze schowka. Latałaś już kiedyś?

Zaprzeczyłam, pierwszy raz od wylotu z Polski doświadczając zazdrości. Wyglądało na to, że magią można osiągnąć wszystko – zapalać i gasić światło, przyzywać, więc pewnie i odsyłać przedmioty, o co było marzeniem każdego, kto przypomniał sobie o czymś pod rozgrzaną kołdrą. Gdybym chociaż tego mogła się nauczyć…

– A chcesz? – spytał.

– Eee… Może będzie lepiej, jak najpierw pokażesz mi, jak to wygląda?

Corvus bez słowa dosiadł miotły tak sprawnie, jakby się na niej urodził. Nie poleciał wysoko w powietrze, a zataczał ósemki metr nad moją głową. Bałam się, że kiedy tylko mrugnę, widok zniknie, więc nie spuszczałam z niego oczu. To musiał być sen!

Corvus zleciał w dół, ale nie wylądował. Z wyciągniętą ręką unosił się ze mną na równej wysokości.

– Sama nie wiem… To chyba trochę niebezpieczne?

– Tylko trochę – odparł poważnie, opierając dłoń na udzie. – Ale jak już będziesz w Polsce, to pewnie pożałujesz, że się nie przeleciałaś.

Trudno polemizować z takim argumentem. Żałowałabym, ale równocześnie nie uśmiechała mi się wizja upadku z miotły i roztrzaskanej czaszki. Wybór był nieciekawy: pozostawało wyłącznie plucie sobie w brodę za życia albo z zaświatów.

– Zrobimy parę kółek wokół boiska, podlecimy do obręczy. Powinnaś być zadowolona. – Cierpliwie wyczekiwał odpowiedzi, a po przeciągającym się wahaniu zaproponował: – Łyka płynnej odwagi?

Matka obdarłaby mnie ze skóry żywcem, ale tu jej sokoli wzrok nie sięgał. Przez kilka dni byłam wolna.

Niepewnie przyjęłam butelkę, a Corvus zaklęciem posłał kapsel na trawę. Pociągnęłam porządny haust i skrzywiona do granic możliwości, z trudem przełknęłam whisky, która zdawała się bliska wypalenia dziury w przełyku.

– Trochę się tego napiłaś. – Corvus spoglądał na mnie z obawą. – Miałem na myśli mały łyk.

– Mały łyk by nie wystarczył – wychrypiałam, oddając mu butelkę. Sam się nie napił, ale stuknął różdżką, a kapsel wyskoczył z trawy i ponownie przylgnął szczelnie do szklanej szyjki. – Już wiem, skąd ta nazwa.

Z wypalonym przełykiem i wypiekami na policzkach dosiadłam miotły. Wbrew oczekiwaniom czułam, jakbym siedziała na poduszce, a nie na twardym drążku.

– Chwyć mocno i nie puszczaj.

Zrobiłam, co kazał, choć nie bez wahania. Poły płaszcza miał rozpięte, więc gdy zacisnęłam wokół niego ręce, dłońmi dotykałam ciepłego swetra tuż poniżej klatki piersiowej Corvusa, który delikatnie wprawił miotłę w ruch.

Dotrzymał obietnicy – najpierw oblecieliśmy podstawę trybun raz, na tej samej wysokości, na której wcześniej się znajdowaliśmy, jednak przy drugim okrążeniu nieznacznie wzbiliśmy się wyżej, przy okazji nabierając na prędkości. Choć smagane lodowatym wiatrem dłonie drętwiały i piekły od zimna, nie puszczałam, a wręcz ciaśniej przylgnęłam do Corvusa, kiedy tylko wznieśliśmy się na pełną wysokość trybun.

Wreszcie whisky nie tylko zaczęła ogrzewać, ale i uderzyła do głowy. Paniczny strach wyparował – zebrałam się na odwagę, by nieco – tylko trochę – rozluźnić uścisk, żeby móc obserwować otoczenie. Wydawało mi się, że szybowaliśmy na wysokości obręczy wolno, ale to złudzenie. Choć malujący się na horyzoncie las zdawał się nieruchomy, po spojrzeniu w dół pojęłam, jak błyskawicznie przecinaliśmy boisko. Serce prawie wyrwało mi się z piersi.

– Patrz na zamek! – Ledwo go usłyszałam.

Tak pięknego widoku nie mogłabym wyśnić. Hogwart malował się przed nami w pełnej krasie: ogromny, przebijający gwieździste niebo licznymi wieżami i wieżyczkami, z tysiącem okienek błyszczących złotym światłem, które biło z wewnątrz.

– Gdzie lecisz?! – krzyknęłam, ale mój głos zginął w ogłuszającym świście wiatru.

Zbliżaliśmy się ku jednej z najciemniejszych wież. Sądziłam, że Corvus planował przelecieć nad dachami, by dać mi widok z perspektywy lotu ptaka, ale nie mogłam się bardziej mylić. Jeszcze bardziej zbliżyła nas do siebie siła raptownego hamowania, na co żołądek podszedł mi do gardła. Corvus wylądował na szczycie niezadaszonej wieży otoczonej blankami, na której środku znajdowała się drewniana klapa w podłodze.

– Już nigdzie nie będę zeskakiwać! – powiedziałam za głośno, jakbym dalej leciała na miotle zagłuszana przez wiatr.

– Zostajemy tutaj. – Zlodowaciałą ręką rozczepił moje dłonie. – Możesz zejść.

Zgramoliłam się z miotły. Kolana miałam miękkie jak z waty, a stawiane kroki po długim locie były tak osobliwe, jakbym co najmniej przechadzała się na księżycu.

– Chyba połamałaś mi żebra – mruknął, rozcierając sobie tę okolicę. Puściłabym ten komentarz mimo uszu, gdyby nie płynący w żyłach alkohol, przez który się zarumieniłam. – Jesteśmy na wieży astronomicznej. Stąd widać wszystko, błonia, jezioro, Zakazany Las…

Podszedł do krawędzi, stając między rozstawionymi dookoła teleskopami. Podążyłam za nim chwiejnym krokiem i dołączyłam do opierania się o ząb blank. Pochłaniałam spektakularny widok jeziora, odbijającej się w nim srebrzystej tarczy księżyca, a także mroczne, gęste oblicze nieprzeniknionego Zakazanego Lasu.

– Niesamowite – wyszeptałam. – Wiesz, kiedy kilka dni temu opuszczałam dom, nie spodziewałam się, że zobaczę… i przeżyję coś tak poruszającego. Dziękuję.

Corvus spojrzał na mnie kątem oka, jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.

– Mówiłem, że będziesz zadowolona.