Gdyby nie czarodziejska nalewka hogwarckiej pielęgniarki i tę noc spędziłabym bezsennie. Jednak przespanie nocy niczym dziecko wcale nie sprawiło, że zapomniałam o wszystkich przemyśleniach, które kołatały mi się w głowie poprzedniego wieczoru. Nie dość, że miałam wkrótce rozpocząć naukę magii, co w równej mierze mnie ekscytowało i przerażało, udało mi się samodzielnie podróżować siecią Fiuu! Poza zyskaną dzięki temu świadomością, że jako charłaczka mogłabym chociaż częściowo czerpać korzyści z magii, w locie kominkiem urzekało wszystko – nawet popiół w nosie miał urok!
Poza rozhasanym Knedlem poranek dodatkowo umiliła mi sowa zwrotna. Co prawda jej wygląd mnie zaniepokoił – pióra sterczały jej pod dziwnymi kątami, gdzieniegdzie ich brakowało, a jej samej źle z oczu patrzyło. Po odwiązaniu listu natychmiast rzuciła się ku oknu, a coś w sposobie jej lotu emanowało chęcią rzucenia pracy na poczcie.
Najdroższa mnożąca sobie psy w oczach Wando,
Gdzie dokładnie mieszka Twoja ciotka? Moje podejrzenia są takie, że zdzieliła swoją siostrę w łeb czymś ciężkim, ogłuszyła ją i podstępem zwabiła Cię do domu w głębi lasu, gdzie zrozumiałaś, że jest szaloną, może nawet zdziczałą kobietą. Jeśli nie od niej, skąd do cholery wytrzasnęłaś SOWĘ? Twoja ciotka ją złapała i oswoiła czy jak? Jeśli tak, mogłaby jeszcze nad tym popracować. Podczas czekania, aż odpiszę na list, to upiorne ptaszysko obsrało mi pół biurka, ale to nie wszystko. Pan Kocurek przypałętał się na górę i poszły w ruch pazury, pióra były WSZĘDZIE… Czy bez aż tylu sowa doleci z powrotem…? Nie wiem, ale jednego jestem pewny: Pan Kocurek z zawiści i wstydu przegraną nasika mi do butów. Możesz czuć się temu współwinna.
Jak wrócisz z tej dziczy, musimy razem obejrzeć „The Act". Po pierwszym odcinku uznałem, że Twoja matka jest równie szalona co matka bohaterki serialu. Na necie wyczytałem, że to choróbsko nosi nazwę „zastępczy syndrom Münchhausena". Pewnie w leśnej chacie nie masz tego jak sprawdzić, ale wierz mi na słowo – Ignacja Piekielnik w wersji Amerykańskiej.
PS: Dopisuję te słowa po kolejnym incydencie z sową. Patrzę na nią, a ta ma do nogi przywiązaną sakiewkę. Myślałem, że coś tam dla mnie wsadziłaś, ale w środku były jakieś dziwne pieniądze… To krwiopijcze ptaszysko rzuciło się na mnie z dziobem! Nie wiedziałem, o co mu chodzi – przestał dziobać dopiero wtedy, kiedy wsadziłem monety z powrotem… Czy to była zapłata? Czy prawie okradłem sowę?
Garett, Mistrz Złodziejskiego Fachu.
Cała trzęsłam się ze śmiechu pod wpływem wyobrażeń dantejskich scen odgrywających się w domu Gniewka. Dla rozrywki przeczytałam list drugi raz, jednak zamiast niej popadłam w zamyślenie, a następnie przygnębienie, gdy wspomniano matkę. Zastępczy syndrom Münchhausena obił mi się o uszy, ale skłaniałam się ku wierze, że moja rodzicielka była zdrowa na umyśle. Gdyby na cokolwiek chorowała, użyłaby tego jako usprawiedliwienie na wyrządzone mi krzywdy.
Postanowiłam, że nie pozwolę temu oszustwu zepsuć sobie samopoczucia, więc gdy weszłam do Wielkiej Sali, uśmiechałam się od ucha do ucha. Mina ścierpła mi w momencie dołączenia do Cassiusa, Arlo i Imeldy – chłopcy w ciszy przeżuwali śniadanie, a Imelda grzebała łyżką w misce owsianki.
Przez mieszaninę ekscytacji i strachu wywołaną kupnem różdżki, a także list Gniewka, zapomniałam o wydarzeniach wczorajszego popołudnia. Miałam ochotę trzasnąć się ręką w czoło.
– Co z Perditą? – spytałam ostrożnie, tracąc ochotę na jedzenie. – Obudziła się już?
– Tak… Rano u niej byłam. Czuje się już lepiej, ale jeszcze dziś tam poleży.
– Pamięta coś? Mówiła, kto jej to zrobił?
– Nie.
Popatrzyłam po chłopakach, ale żaden z nich nie palił się do rozmowy. Arlo schował się za tarczą z Proroka Codziennego, a Cassius jak zaklęty wpatrywał się w swoje zniekształcone odbicie w złotym półmisku, z którego szybko znikała resztka jajecznicy.
– A zrobiłaś tak, jak mówiłaś wczoraj? – spytałam. – Poszłaś do mojej cioci?
– Och, przecież blefowałam… Nic nie mamy. Zresztą nie powinnam była tego mówić, poniosły mnie emocje… – Głos zadrżał jej niebezpiecznie, jakby znajdowała się na skraju płaczu. – Jeszcze przez to Ślizgoni staną się ostrożniejsi…
– Dojedziemy ich, zobaczysz – powiedział hardo Cassius, a Arlo przytaknął uprzejmie zza gazety. Mimo przydzielenia chwili na odpowiedź, żadnej nie otrzymał. – Nie podarujemy im tego. Zacznę chodzić na nocne patrole do lochów, w końcu kogoś przyłapię. Nie ma szans, że powiesili ją tam w ciągu dnia…
Imelda wbiła zęby w dolną wargę, spuszczając głowę. Zaczerwienioną twarz skryła za wypuszczonymi zza uszu włosami.
– Zorganizuję jeszcze kilku chłopaków i się nimi zajmiemy, co nie, Arlo? Poranna zasadzka w lochach, przed śniadaniem, jutro?
– Przestań. Nie zadowoli mnie parę Upiorogacków ani zmienienie ich w ślimaki – powiedziała cicho, ścierając ślady łez z policzków. – Owszem, musimy się zorganizować, ale nie po to, żeby rzucać dziecinnymi zaklęciami. Musimy wymyślić plan. Dowiedzieć się, co tam zaszło. – Przeniosła na mnie spojrzenie zaczerwienionych oczu. – Wando… Proszę cię, porozmawiasz z profesor O'Brien? Mnie nie nie powiedziała, co jest niedorzeczne. Nie jestem przypadkową uczennicą, która chce mieć najgorętszy temat do ploteczek, a siostrą ofiary. Mimo tego nie pisnęła słówka…
– Spytam, ale nic nie obiecuję. Ciotka doskonale wie, że spędzamy razem czas… Pewnie się domyśli.
– Postaraj się, oczaruj ją, cokolwiek. Proszę.
Zgodziłam się i upiłam soku dyniowego, żeby ukryć brak przekonania tym pomysłem. Jana sama z siebie nie podjęła tego tematu, na co wczoraj nie zwróciłam większej uwagi, jednak teraz uważałam to za znaczące.
– A wy próbowaliście już kogoś wypytać? – mruknęłam.
– Nie, ale to nie jest zły pomysł. – Arlo strzepnął gazetę, nim złożył ją na cztery części. – Moglibyśmy pogadać z ofiarami z zeszłego roku i zobaczyć, czy po czasie komuś coś się przypomniało.
– To też, ale myślałam o kimś innym – powiedziałam nieśmiało, niepewna swojego pomysłu. – Na korytarzach jest pełno portretów. A jakby tak wypytać te wiszące po drodze do biblioteki?
Odpowiedziano mi minami pełnymi zastanowienia.
– Może powinnaś dowodzić naszą grupą śledczą?
Mimo że pochlebstwo Cassiusa połechtało moje ego, dopiero na widok jego rozciągniętych w uśmiechu warg poczułam wkradające się na policzki ciepło. Przeklęłam się w duchu i uciekłam wzrokiem – Imelda nie zwróciła na nic uwagi, jednak z miny Arlo wywnioskowałam, że zauważył.
– Nie żartuję – powiedział Cassius, choć w jego głosie zabrzmiało rozbawienie moją reakcją. – Wykombinowaliśmy z Arlo tylko tyle, że warto byłoby przyszpilić jednego Ślizgona z siódmego roku, może najlepiej Notta… on jest dość miękki… Poznęcalibyśmy się nad nim trochę i pewnie puściłby parę, ale pomysł z portretami jest genialny. Musimy z nimi pogadać, co nie, Imeldo?
Pokiwała głową, choć nie przejawiała nawet promila jego ekscytacji.
– Skoro profesor O'Brien nie puściła pary z ust, pewnie uprzedziła portrety, że mają nie informować o niczym uczniów – odparła.
– Gdzieś musimy zacząć. – Mimo silenia się na pokrzepiający ton, udzieliło mi się trochę wątpliwości Imeldy. – Spróbuję z ciocią, a wy z portretami, okej?
Przytaknęła niechętnie, ale po chwili coś w jej postawie uległo zmianie, co uznałam za dobry znak. Zabrała za jedzenie, z zastanawiającą determinacją wpatrując się w owsiankę. Co chodziło jej po głowie?
– Powinnaś pójść z nami – zasugerował Cassius. – To w końcu twój pomysł.
– Sama nie wiem… Po wczoraj ciocia ustawiła mi napięty grafik, zaczynam od historii magii, potem mam pełno innych zajęć, ale może udałoby mi się z wami spotkać…
– Po meczu, pasuje wam? – Popatrzył po reszcie i wszyscy przytaknęliśmy. – Uzgodnione. Damy tym starym piernikom popalić.
Postawienie jasnego celu sprawiło, że śniadanie dokończyliśmy w o niebo lepszej atmosferze. Nie miałam pojęcia, czy istniały realne szanse na przesłuchanie portretów, ale plan skutecznie podniósł morale. Obniżyła je jedynie świadomość, że powiedziałam małe kłamstewko – owszem, szłam na historię magii, ale mój grafik wcale nie pękał w szwach od innych zajęć. Miałam dołączyć do cioci, której udało się wygospodarować dla mnie wolny czas. Gdybym powiedziała prawdę, zostałabym zapytana, dlaczego spędzam z nią aż tyle godzin, a tego chciałam uniknąć.
Może nie powinnam ukrywać bycia charłaczką? Z całej prawdy tę konkretną część dało się najprościej wytłumaczyć, chociaż musiałabym się liczyć ze zmianą stosunków, może nawet odtrąceniem. Rozum podpowiadał, że w takim wypadku nic straconego – znajomość z trójką Gryfonów trwała krótko, a w zamku uczniów na pęczki. Mimo to perspektywa szukania nowych znajomych nie nastrajała pozytywnie. Nie byłam gotowa na stracenie namiastki zwyczajnej nastoletniej codzienności, którą przyszło mi żyć w Hogwarcie.
Z prowadzenia zażartego wewnętrznego boju ocknęłam się dopiero w opustoszałej sali. Ku mojemu zaskoczeniu, zajęto wyłącznie cztery ławki – przyszłam zbyt wcześnie czy tak mało osób interesowało się historią magii?
Zasiadłam w ostatnim rzędzie od strony okien, skąd roztaczał się urzekający widok na jezioro – w jego niezmąconej tafli odbijały się wątłe promienie słońca, które tylko na moment wychynęło spoza szarych kłębów chmur. Nawet gdyby z głębin wystrzeliła macka wielkiej kałamarnicy (jej istnienie nadal uważałam za nieprawdopodobne), nie równałoby się to z zobaczeniem na własne oczy wnikającego przez ścianę ducha. Półprzezroczysty Cuthbert Binns wymamrotał ledwo dosłyszalne przywitanie, pogładził się po łysej głowie i zasiadł za nauczycielskim biurkiem jak gdyby nigdy nic.
Na dźwięk zamykanych drzwi przelotnie zerknęłam przez ramię. Tkwiłam w tak ciężkim szoku, że przez chwilę wpatrywałam się w przybysza, nie rozumiejąc, na kogo patrzyłam. Ledwo rozpoznałam wahanie we wzroku ślizgającym się po wszystkich wolnych ławkach, Corvus opadł na krzesło obok. Torbę odłożył na ziemię, nie wyjąwszy z niej podręcznika ani przyborów do prowadzenia notatek, a kiedy zabębnił palcami w blat, przypomniała mi się nasza wczorajsza wymiana zdań.
– Nie wstydzisz się bycia zobaczonym w towarzystwie charłaczki? – szepnęłam, kiedy profesor Binns nużącym głosem podjął wykład na temat współczesnej historii Wielkiej Brytanii.
Corvus zmarszczył brwi.
– Dlaczego uważasz, że się tego wstydzę?
– Może dlatego, że w bibliotece ledwo wypowiedziałeś to słowo na głos?
– Naprawdę to jest pierwsza teoria, którą na mój temat miałaś? Gorszej nie było? – Prychnął cicho. – Dość dobrze dobrałaś sobie znajomych… Swoją drogą ciekawe, co powiedziałaby twoja wścibska koleżanka, gdyby wiedziała o naszych pogawędkach.
Zerknęłam nerwowo na pozostałych uczniów. Nikt nie zwracał na nas uwagi – drzemali na ławkach, oddychając miarowo zaraz pod nosem profesora Binnsa, który wskazywał na mapie omawiane punkty.
– Wspomniałam Imeldzie, że poznaliśmy się w aptece mojej cioci – odparłam, starając się naśladować obojętny ton głosu Corvusa. Nie było to łatwe, jako że powstrzymywałam się przed wygłoszeniem kontry na uszczypliwą uwagę. – To normalne, że czasem zamienimy kilka słów.
– Ta wymówka ma szanse zadziałać jeszcze raz czy dwa. Może wystarczy ci do czasu, aż wrócisz do domu.
– Nie wracam – odparłam i zdziwiłam się stanowczością we własnym głosie. Czyżbym podjęła decyzję? – Przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Czekałam na odpowiedź, a im więcej czasu mijało, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że tym razem jej nie dostanę. Niedopowiedzenie nie wisiało w powietrzu, a Corvus przeciągnął się, zanim dłonią skrył potężne ziewnięcie.
– Dlaczego wtedy wymówiłeś słowo „charłaczka" tak cicho? – spytałam, kiedy zorientowałam się, że nigdy nie pofatygował się na wyjaśnienia.
– Nie chciałaś tego przede mną przyznać, więc podejrzewam, że w Hogwarcie też nikt nie wie. Wolałabyś, żebym to wykrzyczał? – Umościł się wygodnie na blacie i podparł czoło na skrzyżowanych rękach. Jego głos był stłumiony. – Zresztą wybrałaś mądrze, nikomu nie mówiąc…
– Dlaczego?
– W Hogwarcie wieści szybko się roznoszą. Znam osobę, która mogłaby je wykorzystać.
– Nie zrobiłby tego – odparłam takim tonem, jakbym próbowała przekonać siebie samą. – Czemu miałby się zainteresować akurat mną?
– Powodów jest całkiem sporo. Po pierwsze: twoja ciotka jest mugolaczką. Po drugie: trzymasz się z Imeldą. Po trzecie: jako charłaczka jesteś całkowicie bezbronna. Po czwarte…
Słowa Corvusa poruszyły mnie na tyle, że z wrażenia przestałam go słuchać. Dotychczas nie wzięłam pod uwagę, że naprawdę mogłabym wpisać się w profil ofiar Ebenezera, ale nie to w tym wszystkim było najgorsze. Gdyby ktoś próbował okraść mnie w mugolskiej ciemnej uliczce, zawsze istniała szansa na wyrwanie się napastnikowi i ratowanie się krzykiem czy wzięciem nóg za pas. Tutaj? Nie potrzebowałam znajomości zaklęć, żeby mieć ponurą świadomość o istnieniu takich, które mogłyby uniemożliwić ucieczkę i wołanie o pomoc.
– Nie pomyślałam o tym – przyznałam, poprzez niechęć starając się zamaskować obawę.
– Pasowałabyś do Gryffindoru. – Nieznacznie przekręcił głowę wspartą na rękach, żeby móc na mnie spojrzeć. Nie widziałam niczego poza okiem i skrawkiem policzka, ale ich ułożenie podpowiedziało mi, że musiał się uśmiechać. – Wobec mnie założyłaś najczarniejszy scenariusz, a zagrożenie wobec siebie samej całkowicie zignorowałaś.
– Naprawdę musisz ze mnie kpić w tej chwili? – Mimo zamiaru zabrzmienia żartobliwie, w moim głosie pojawiła się nieprzyjemna nuta.
Dotychczas skutecznie udawało mi się spychać na bok wyobrażenia o byciu pełnoprawną uczennicą Hogwartu, możliwości dorastania i uczenia się w zamku przesiąkniętym magią od najniżej położonego zakamarka lochów po szczyt wieży astronomicznej, ale teraz nie potrafiłam od tego uciec. Gdzie przydzieliłaby mnie Tiara Przydziału, gdybym była czarownicą? Jakie to doświadczenie przynależeć do domu, mieszkać w towarzystwie tylu rówieśników? Czy nauka przychodziłaby mi równie łatwo co w mugolskim świecie?
Corvus najwyraźniej nie przejął się moim uszczypliwym tonem głosu. Zamierzałam kontynuować rozmowę, jednak w ostatniej chwili spostrzegłam jego miarowy, spokojny oddech. W trakcie rozmyślań nie zauważyłam, że kolanem muskał moją nogę, jednak teraz trudno byłoby przegapić jego dotyk wyróżniający się ciepłem w chłodnej komnacie. Krążyłam wokół tego myślami, a im dłużej mu się przyglądałam, tym bardziej narastało we mnie napięcie.
Czy zrobił to celowo? Nie. Nie, jego ciało rozluźniło się we śnie, którego ostatnimi czasy zdawało mu się brakować. Co robił nocami? Wymykał się gdzieś, uczył czy może nie potrafił zmrużyć oka w towarzystwie Ebenezera? Gdyby zmuszono mnie do spania w jednym dormitorium ze swoim oprawcą, też wolałabym nadganiać sen na historii magii.
Gdy lekcja dobiegała końca, nie miałam serca wybudzać Corvusa z drzemki. Zostałam wyręczona przez pozostałych uczniów, którzy między prowadzeniem głośnej dyskusji zaszurali zasuwanymi krzesłami. Przetarł twarz, wymamrotał półprzytomne pożegnanie i odszedł na następne zajęcia, nie zwracając uwagi na nasze stykające się kolana.
Przeklinanie w duchu swoich urojeń towarzyszyło mi całą drogę na drugie piętro do pustej klasy transmutacji. Byłam wdzięczna Janie za wybranie tego miejsca na ćwiczenia – po niemal tygodniu niekończącego wędrowania między piętrami zamku dorobiłam się nie tylko zakwasów, ale i nawracających snów o utknięciu na schodach Penrose'a.
Ledwo co drzwi zdążyły zamknąć się za ciocią, machnięciem różdżki sprawiła, że ławki poszybowały pod ściany, a lustra służące do ćwiczeń transmutacji ludzkiej zniknęły. Przesadziła. Jako charłaczka nie potrzebowałam aż tyle miejsca, w końcu pierwsza lekcja Wmiguroka składała się z listy kroków odpowiedniego trzymania różdżki.
– Zanim zaczniemy, mam wieści z Polski – powiedziała, krzyżując ręce w pasie. – Twoi rodzice… Cóż, Ignacja się niecierpliwi. Chciałaby cię zobaczyć i porozmawiać.
Kąśliwy komentarz na temat matki miałam już na końcu języka, jednak resztkami samokontroli zdołałam się powstrzymać przed wygłoszeniem go. Cioci musiało na tym zależeć, skoro wracała do tego tematu, a za gościnę powinnam okazać jej wdzięczność. Towarzyszyła mi też świadomość, że wizyty w domu nie mogłam odkładać w nieskończoność. Nigdy nie będę na nią przygotowana, więc szybkie zerwanie plastra wydawało się najlepszą możliwą opcją.
– Gotowa na naukę? – spytała ciocia, kiedy z ciężkim sercem zgodziłam się na odwiedzenie rodziców.
Gdyby zostawiła poprzedni temat na koniec lekcji, pewnie przytaknęłabym bez wahania. Przygnieciona widmem konfrontacji z matką nie potrafiłam ustalić swoich emocji. Podekscytowana? Prędzej zestresowana. Ale czy gotowa… Trudno powiedzieć.
– Czułaś cokolwiek wobec swojej różdżki? – spytała Jana, stając pośrodku komnaty. Przywołała mnie do siebie gestem, więc dołączyłam do niej. – Próbowałaś czegoś?
– Nie próbowałam… Co powinnam czuć?
– Czarodzieje i czarownice często odczuwają pewien typ energii, gdy pierwszy raz są sparowani z odpowiednią różdżką – mówiła, przechadzając się po sali z dłońmi splecionymi za plecami. – Prąd, przyciąganie, czasem nawet zrozumienie.
– A ciepło?
Przystanęła.
– Czułaś je?
– Tak, kiedy pierwszy raz chwyciłam różdżkę u Ollivandera.
– To ciekawe – powiedziała cicho. – Wiesz, że zadaję to pytanie każdemu charłakowi, z którym rozpoczynam zajęcia? Nigdy nie dostałam takiej odpowiedzi.
Udzieliło mi się jej zaintrygowanie. Może wytwórca różdżek dotykał jej przede mną i ogrzał rączkę, zanim ją chwyciłam? Nie… Otworzył pudełko, sama wyjęłam ją z jego środka…
– A po jakimś czasie nauki zaczynają coś czuć, tak?
Ciocia powoli pokręciła głową, a kosmyk jasnobrązowych włosów wymknął jej się zza ucha.
– Na początku pracy wyszłam z podobnego założenia. Byłam pewna, że kiedy uda się moim uczniom rzucić pierwsze zaklęcie, poczują chociaż odrobinę tej więzi, porozumieją się ze swoją różdżką. Jak dotąd nic takiego się nie stało.
Ostatnie słowa wypowiedziała w tak nieobecny sposób, że ze stresu dłonie miałam śliskie od potu. Bałam się myśleć, co mogła oznaczać ta różnica między mną a resztą podopiecznych cioci.
– Wyjmij ją i pokaż, jak trzymasz.
Wykonałam polecenie, a ona wyprostowała mi łokieć i złapała za palce, mocno zaciskając je na rączce spiralnej różdżki.
– Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż luźny chwyt – wyjaśniła z nieobecnym uśmiechem. – No, może noszenie różdżki w kieszeni spodni. Sama wypaliłam sobie w ten sposób sporo dziur. Wykonaj taki gest. – Zaprezentowała okrężny ruch nadgarstka. – I powiedz Lumos.
Zaprezentowała znaną mi już kulę światła – Corvus wyczarował podobną we Wrzeszczącej Chacie, choć nie używał do tego słów. Pod wpływem zachęcenia cioci kilkukrotnie powtórzyłam ruch wraz z inkantacją, jednak nie doczekałam się żadnych rezultatów. Poinstruowała mnie ponownie, pokazując ten sam ruch i prześledzając go moją ręką, ale uparcie nie osiągałam żadnych efektów.
– Może spróbujemy czegoś innego? – zaproponowałam, przytłoczona niezliczoną ilością nieudanych prób.
– To jedno z podstawowych zaklęć. Nie ma nic prostszego, co mogłabym ci zaoferować.
Zawahałam się. Topniejące pokłady motywacji sprawiły, że zapragnęłam grać na czas.
– Jak długo zajmuje twoim podopiecznym opanowanie tego zaklęcia? – spytałam, ćwicząc sam ruch.
– To kwestia indywidualna. Jedna z moich uczennic do teraz musi kilkakrotnie rzucić zaklęcie, żeby wreszcie udało się jej wyczarować kulę światła. Inny chłopak odnosi sukces za pierwszym razem, ale nie potrafi wyczarować niczego poza świecącym punkcikiem.
Resztki entuzjazmu uszły ze mnie jak powietrze z przebitego balona. Przed snem wyobrażałam sobie, że okażę się orłem z magii, jednak wcale w to nie wierzyłam. Mimo przygotowania się na podobną ewentualność, nadzieją nie napawał fakt, że będę musiała wymachiwać różdżką kolejne tysiąc razy, by cokolwiek osiągnąć. Nie wiedziałam, co gorsze – za każdym razem odnosić kilka porażek pod rząd czy wyczarowanie małego punkciku.
– Nie przejmuj się – powiedziała z westchnieniem ciocia. – To coś, z czym trzeba się pogodzić. Im szybciej, tym lepiej.
Przyglądała mi się z żalem, co dodatkowo spotęgowało narastające w piersi poczucie niesprawiedliwości. W ciągu tygodnia spadło na mnie tak wiele rzeczy: zostałam oszukana przez rodziców, dowiedziałam się o istnieniu alternatywnej rzeczywistości, do której nie przynależałam w pełni. Stałam jedną nogą w świecie czarodziejskim, drugą w mugolskim jak jakiś wybryk natury.
– Lumos!
Oszołomiona, wpatrywałam się w rosnący krąg światła. Nie przybrał tak dużych rozmiarów jak ten widziany u cioci czy Corvusa, jednak nie nazwałabym go mianem świecącego punkciku. Z gardła wyrwał mi się cichy okrzyk, a z zaskoczenia upuściłam różdżkę, która zgasła, stukając o posadzkę.
– Widziałaś to? Udało mi się!
– Jeden chochlik wiosny nie czyni – powiedziała. – Jeszcze raz.
– Lumos! – Nie tylko ponownie odniosłam sukces, ale kula rozbłysła jaśniej i intensywniej niż wcześniej. – Nie wierzę!
– Tak, trudno w to uwierzyć… – Zamiast uśmiechu, na jej twarzy wykwitła niepokojąca mina, która nie zdołała ostudzić mojej przybierającej na sile ekscytacji. – Spróbujemy innego zaklęcia. Uczniowie Hogwartu uczą się go na pierwszym roku, ale charłakom sprawia ogromne trudności. Nie wiem dlaczego, ale prawie żaden nie potrafi go rzucić.
Pochwyciła mój nadgarstek i pokazała odpowiedni ruch – obrót i trach – a następnie powtórzyła inkantację, jednak nie wyjaśniła, jakich efektów powinnam się spodziewać. Sama wyczarowała pióro i pozwoliła, by leniwie opadło na posadzkę, a następnie zachęciła mnie do podjęcia prób.
– Wingardium Leviosa.
Cel drgnął i to wszystko. Gestem nakazano mi kontynuować, więc dla uspokojenia pędzącego łeb na szyję umysłu nabrałam głębokiego wdechu. Czy pióro poruszyło się, bo po szybkim ruchu ręki posłałam w jego stronę podmuch powietrza? Czy może… Co jeśli matka okłamywała wszystkich dookoła, twierdząc, że nie przejawiam żadnych objawów magii?
Zacisnęłam wolną rękę w pięść.
– Wingardium Leviosa!
Pióro wystrzeliło w górę, szybując w kierunku, który wskazywałam różdżką. Zszokowana rezultatem cofnęłam się o krok, a gonitwa serca w piersi musiała być słyszalna nawet dla bladej jak ściana cioci. W obecnym stanie można by pomylić ją z duchem.
– O co chodzi? – spytałam z obawą.
– To się dzieje zbyt szybko… Gdybyś była charłaczką, nie widziałybyśmy żadnych efektów przez długi czas…
– Gdybym była? – powtórzyłam, nie wierząc w te słowa. Całym sercem pragnęłam ich potwierdzenia, ale zarazem ta perspektywa wydawała się przerażająca. – Przecież jestem!
– Nie jesteś. Wszystko było błędem… Przepraszam cię, Wando, ale muszę… muszę coś zrobić.
Niemal wybiegła z komnaty, rzucając mnie na pożarcie własnym myślom. Niedawno odczuwana radość po poprawnym rzuceniu dwóch zaklęć jawiła mi się jako coś odległego o lata, a na jej miejsce zawitało zgorzknienie zmieszane z przybierającym na sile gniewem wobec matki. Nie miałam już żadnych wątpliwości – niezależnie od opowiadanych przez nią ckliwych historyjek, jej czyny wcale nie były podyktowane moim dobrem.
