Następnego ranka nadal wracałam myślami do wydarzeń ze skrzydła szpitalnego – opuściłam je w pośpiechu, pozostawiając Corvusa bez słowa odpowiedzi. Jak zareagowałby, gdybym potwierdziła jego podejrzenia? Jakie zadałby pytania? Na pewno miałby ich mnóstwo, ale nie mogłabym udzielić na nie odpowiedzi. Nawet jeśli wytłumaczenie mistrzowskiego przekrętu matki byłoby możliwe, na samą myśl dławiła mnie obawa.

Rozległo się nieśmiałe pukanie. Leżący obok Knedel poderwał nastroszoną głowę, więc pogłaskałam go uspokajająco, zanim zaprosiłam ciocię do środka. Minę miała niewyraźną, jakby całą noc spędziła na zamartwianiu się, co podkreślały cienie pod oczami i niezdrowo pobladła skóra.

– Przepraszam, że wczoraj cię tak zostawiłam – powiedziała. Mimo wahania zdecydowała się przysiąść na łóżku i pogłaskała psa, którego futro miętosiłam dla ukojenia tym razem własnych nerwów. – Musiałam porozmawiać z Igą. Nie chciała tego przyznać, ale wydaje mi się, że… cóż, dałam się jej oszukać.

– Oszukać?

Ciocia westchnęła, a po nieuchwytnym spojrzeniu wnioskowałam, że zbierała siły do rozmowy.

– Jak już wiesz, kiedy byłaś dzieckiem, Iga zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc. Chciała ustalić, czy istnieją szanse, że będziesz czarownicą, a na moje polecenie spisywała twoje przejawy magii czy raczej ich brak. Nie miałam powodów, żeby jej nie wierzyć.

– Ale?

– Po wczoraj nie jestem pewna jej intencji.

Usiadłam na łóżku napięta jak struna.

– Sugerujesz, że…?

– Nie znam prawdy – wtrąciła błyskawicznie. – Nie chcę w to wierzyć, ale wydaje mi się, że istnieje szansa… Cień szansy, że Iga wiedziała. Jeśli w twoim dzieciństwie pojawił się punkt zwrotny, moment, w którym zorientowała się, że jesteś magiczna… Mogła ukrywać prawdę przed nami obiema, celowo sprowokować kłótnię i zerwać ze mną kontakt, odciąć się…

– A ojciec? – spytałam przez zmartwiałe wargi. – Jak myślisz? Wiedział?

– Znasz go. Skoczyłby za Igą w ogień, choćby sama go podłożyła… Poza tym zawsze był rasowym pantoflarzem.

W duchu z bólem przyznałam jej rację. Kiedy po przyjęciu urodzinowym dowiadywałam się „prawdy" od matki, bardziej przejmował się jej udawanym płaczem i ckliwymi historyjkami. Nie próbował pocieszyć mnie, oszukiwanej całe życie córki, a zamiast tego poszedł doglądać zranionego serduszka żony. Niezależnie od wszystkiego stanie po jej stronie.

– Skoro była gotowa okłamywać mnie tyle lat, nigdy się do tego nie przyzna. Będzie szła w zaparte jak ostatnio – odparłam posępnie.

– Możesz mieć rację. Zastanawiałam się całą noc, jak przekonać ją do wyznania prawdy… Jak przemówić jej do rozsądku, jak do niej trafić… – Nerwowy uśmiech nie sięgnął jej oczu. – Wymyśliłam coś, ale mogłabym przez to mieć kłopoty, w sumie całkiem poważne…

– Co planujesz?

– Zrobię to tylko w ostateczności. – Brzmiała, jakby próbowała przekonać samą siebie. – Mam asa w rękawie, niespodziankę dla was obu… Może to wystarczy, żeby podstępem zmusić ją do mówienia.

– Kiedy idziemy? – Łaknienie sprawiedliwości wyciągnęło mnie z łóżka. – Dziś?

– Jeśli jesteś na to gotowa.

– Możemy teleportować się nawet teraz.

Mimo że ciocia się uśmiechnęła, minę nadal miała posępną. Zrządzeniem losu zamieniłyśmy się miejscami – dotychczas to ona wierciła mi dziurę w brzuchu z powodu spotkania z rodzicami, podczas gdy ja próbowałam wywinąć się tego, jakby w domu przygotowano dla mnie szubienicę.

– Podłączyłam wasz kominek do sieci Fiuu, więc nie będziemy się teleportować – odparła, wstając. Długo gładziła ciemne szaty. Wydawało mi się, że przynosiło jej to wytchnienie od stresu. – Ubierz się, doprowadź do porządku i możemy lecieć.

Kiedy przejrzałam się w lustrze, uradowało mnie własne odbicie – niech dzisiejszy armagedon na głowie stanowi drzazgę w oku matki. Porwałam Knedla z podłogi i po zejściu na dół w roztargnieniu przywitałam się z Corvusem, który rozpoczął weekendową zmianę w aptece od zaparzenia kubka herbaty i wyjęcia książki. Gdy znikałam otulona przez zielone płomienie kominka, zauważyłam jego delikatny uśmiech, z pewnością wywołany widokiem dyndającego mi z rąk psa.

– Staraj się zachować zimną krew – szeptem poinstruowała ciocia po dołączeniu do mnie w pustym salonie. W powietrzu unosił się zapach jajecznicy na cebulce i boczku, której jadanie w weekendy było rodzinną tradycją. – Przynajmniej do czasu, aż nie stanie się jasne, że Iga mówi prawdę.

Kiedy zawołała rodziców, łaknienie sprawiedliwości zastąpił stres. Nie wiedziałam, co ze sobą począć, więc chodziłam z kąta w kąt, aż do pokoju przypałętał się ojciec. Bokserki i podkoszulek świadczyły, że dopiero wykaraskał się z łóżka, co leżało w jego naturze – sypiał do oporu.

– Co tu robisz? – Chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak zawiesił głos, gdy nieśmiało wyłoniłam się zza cioci. – Wanda? Wanda!

Zniknął w korytarzu, z którego chwilę później niosło się dudnienie szybkich kroków i podniesione głosy. Ubrany w pierwsze lepsze spodnie wrócił w towarzystwie bladej jak śmierć matki. Rzuciła się na mnie z takim impetem, że po drodze z włosów wyplątał się jej jeden z wałków. Zatrzymałam się w ostatniej chwili przed przewróceniem się o fotel i zostałam zakleszczona w uścisku. Nie odwzajemniłam go, odliczając sekundy do upragnionej wolności, a nieznośny dotyk matki parzył moją skórę tak, że równie dobrze mogłabym dokonać spontanicznego samospalenia.

– Wystarczy – powiedziałam, kiedy wydało mi się, że przeciągała tę chwilę dla lepszego efektu. – Mam dość.

– Nie możesz jej winić. – Ojciec z troską objął kurczącą się pod sensem moich słów matkę i odsunął tak delikatnie, jakby miała rozsypać się mu w rękach. – Przez cały tydzień się o ciebie zamartwiała.

Przytaknęła drżącym głosem, ciaśniej otulając się szlafrokiem. Spojrzała na mnie przepełnionymi żalem zielonymi oczami, w których szybko wzbierały łzy. Jedna spłynęła po bladym policzku, jednak jej wilgotny ślad uparcie nie zostawał starty – czy matce zależało, żebyśmy wszyscy widzieli, w jakim stanie się znajdowała?

– Nie wątpię – odparłam, starając się przełknąć gniew. Przegrałam. – Pewnie cały tydzień chodziła po ścianach, bo nie mogła śledzić każdego mojego ruchu.

Przycisnęła dłoń do ust. Pozwoliła ojcu odprowadzić się na kanapę, gdzie usiedli, nie mogąc opędzić się od psa, którego dzika radość i tryskanie energią tak kontrastowały z atmosferą w salonie. Ledwo razem z ciocią spoczęłyśmy na ustawionych naprzeciwko fotelach, matka niespodziewanie zabrała głos:

– Wando, musisz mi uwierzyć, że ja nie…

– Przepraszam, że ci przerywam, ale wolałabym zacząć od czegoś innego – powiedziała ciocia, ignorując piorunującego ją spojrzeniem ojca. – Czegoś przyjemniejszego. Nasza wczorajsza rozmowa nie poszła zbyt dobrze, więc chciałam zadośćuczynić za nią ofertą pomocy.

– Jaką znowu ofertą? – spytała, marszcząc brwi.

– Cały wieczór opracowywałam plan, zaciągałam przysługi i załatwiałam potrzebne zgody. – Ciocia ignorowała nasze skonsternowane miny. W tym momencie rozumieliśmy ją równie dobrze, co Knedel próbujący ściągnąć poduszkę z kanapy. – Otrzymałam je. Wiem, że to nie wynagrodzi straconych lat, Wando, ale nie wszystko przepadło. Jeśli tylko zechcesz, od poniedziałku możesz zostać przyjęta do Hogwartu.

Przesłyszałam się. Miałam omamy. Halucynacje. Może tak naprawdę śniłam. Spodziewałam się wszystkiego – WSZYSTKIEGO – tylko nie tego. Za bardziej prawdopodobne uważałam uderzenie domu przez meteoryt, zmiecenie z powierzchni ziemi przez pędzący salonem pociąg, a nawet dobrowolne przyznanie prawdy przez matkę.

– Myślałam, że zrobię na was pozytywne wrażenie – powiedziała ciocia. – Miny macie pogrzebowe.

– Ja… Co? – wydukałam. – Naprawdę?

– To nie wszystko. Udało mi się zorganizować kwaterę dla Knedla. Siedmiopiętrowy zamek nie jest odpowiednim miejscem dla psa, ale profesor opieki nad magicznymi stworzeniami zgodził się wziąć go pod swoje skrzydła.

– Żartujesz.

– Nie żartuję.

– Zostanę przydzielona do domu?

– Oczywiście, Tiara Przydziału nie może się doczekać. Poza wymyślaniem piosenki na przyszły rok nie ma wiele do roboty…

Bez zastanowienia wystrzeliłam z fotela i porwałam ciocię w objęcia, a oczy zaszły mi łzami. Jeszcze wczoraj byłam przekonana, że wolałabym zostać zesłana do dziewiątego kręgu piekła niż odwiedzić rodziców, a jednak ze wszystkich miejsc na świecie to właśnie tu spotkało mnie tak ogromne szczęście.

Mimo to ekscytacja zaczęła się ulatniać, gdy tylko zobaczyłam ich wstrząśnięte miny. Matka wyglądała, jakby zdzielono ją z obucha w łeb, a ojciec przyglądał się jej z rosnącym niepokojem.

– Jestem pewna, że docenisz ten gest, Igo – powiedziała ciocia, kiedy wreszcie uwolniłam ją z uścisku. – Musiałam stanąć na głowie, żeby dyrektorka Hogwartu zgodziła się przyjąć Wandę na alternatywnych warunkach.

– Doceniam…

– W takim razie wyrażasz to w dość niecodzienny sposób.

– Cieszę się…

– Jest w szoku – wtrącił tata, gładząc ją po ramieniu. – Chyba wszyscy jesteśmy! Jano, wyjaśnisz nam, jak będzie wyglądać… nauka Wandy?

– Och, z przyjemnością, ale może najpierw zaparzę nam herbaty? – spytała, przystając w drodze do korytarza. – Iga, zielona Gyokuro jak zawsze? Franek… Lipton z torebki? Dla Wandy oczywiście kawa.

Kiedy z kuchni dobiegł szum wody, a następnie włączanego czajnika elektrycznego, z westchnieniem opadłam na fotel, gdzie nieustannie wierciłam się i zmieniałam pozycje. Hogwart! Zamek ociekający historią, pełen sekretów, duchów, tajnych przejść, a w środku ja… Dziewczyna, która siedemnaście lat była mugolką, przez tydzień charłaczką, żeby resztę życia spędzić jako czarownica!

– Och, pies rozbebeszył poduszkę. Będę musiała wspomnieć Hagridowi o tych tendencjach… – Ciocia wychynęła zza drzwi, niosąc tacę z czterema parującymi kubkami. Postawiła ją na stole i zasiadła w fotelu. – Odnośnie nauki… Z dyrektorką uznałyśmy, że najbardziej korzystny okaże się tryb częściowo indywidualny. W razie możliwości Wanda będzie dołączać do poszczególnych roczników podczas lekcji praktycznych, a wiedzę teoretyczną nadrobi samodzielnie. Jest w tym weteranką, więc nie powinno to stanowić problemu.

Kiedy podczas przemowy cioci równocześnie sięgnęłyśmy z matką po swoje kubki, sposępniałam z powodu tego podobieństwa, natomiast ona uśmiechnęła się blado. Zmieniłam ułożenie dłoni oraz przerwałam chęć pociągnięcia łyka, widząc w niej swoje lustrzane odbicie.

– To nie będzie proste, ale powinno się udać – ciągnęła Jana. – Przygotowałam już dla ciebie harmonogram nauki, Wando. Przy dobrych wiatrach w latem powinnaś zdawać sumy. Jestem pewna, że taka bystra dziewczyna jak ty sprosta temu wyzwaniu…

Matka upiła herbaty i zabębniła palcami w kubek, jakby wywód cioci grał jej na nerwach. Wreszcie wyłoniła się na chwilę zza histerycznej maski.

– Igo, czy chciałabyś mi się do czegoś przyznać? – spytała Jana. Przerwała wyjaśnianie mojej przyszłości w Hogwarcie tak raptownie, że aż rozlałam odrobinę kawy.

– Nie.

– A Wandzie?

– Nie.

– Wspaniale!

Wspaniale?…

– Czy wiedziałaś, że Wanda jest czarownicą? – Ciocia założyła nogę na nogę, władczo wyciągając ręce wzdłuż podłokietników. Lekceważącym machnięciem uciszyła otwierającego usta ojca.

– Tak – odparła z trudem matka.

Serce zamarło mi w piersi. Wiedziała. Dlaczego się przyznała?

– Kiedy zaczęłaś ją podejrzewać i kiedy miałaś pewność? – spytała Jana. – Jak to przejawiała?

– Podejrzewałam, odkąd skończyła cztery lata. Myślałam, że z gniewu tłucze rzeczy, ale przyłapałam ją na wysadzeniu szklanki. – Zachłysnęła się powietrzem i przytknęła dłoń do poruszających się ust. Ciocia machnięciem różdżki uniemożliwiła jej tłumienie słów. – …te przeklęte włosy, wtedy wiedziałam… Starałam się jej pomóc, wydawałam setki złotych na fryzjera, a ona po sekundzie wyglądała tak samo jak wcześniej! Robiła mi na złość…

– Czy ty siebie słyszysz! – Zerwałam się z fotela, a potrącony stół spłynął mieszaniną herbaty i kawy. Zignorowałam skwapliwe „tak" wypowiedziane przez panicznie strzelającą oczami matkę. – Odebrałaś mi życie i jeszcze śmiesz kpić z moich włosów!

– Wando, ona mówi teraz prawdę – powiedziała uspokajająco ciocia. – W ten sposób objawiałaś magię. Ze mną było podobnie, jeszcze w podstawówce… Ach, kończy się nam czas! Pytaj.

Tysiące kotłujących mi się w głowie myśli zniknęły bez śladu. Posłałam Janie bezradne spojrzenie, przestępując z nogi na nogę.

– Dobrze… Igo, czy robiłaś to z troski o córkę? Postąpiłabyś inaczej, gdyby dano ci drugą szansę? Żałujesz?

Ku mojemu sięgającemu zenitu zaskoczeniu, na każde pytanie otrzymała twierdzącą odpowiedź. Matka spuściła głowę jak zbity pies, a kiedy zrozumiała, że przesłuchanie dobiegło końca, schowała się w objęciach zawieszonego w stuporze ojca.

Jakie to wszystko miało znaczenie? Troska? Dokonanie innego wyboru? Żałowanie popełnionych czynów? Kogo to obchodzi! Zostałam okradziona z czarodziejskiego życia i wolności. Ta zakłamana kobieta kontrolowała każdy mój ruch, z powodu nieistniejącej choroby nie pozwoliła mi na uczęszczanie do tradycyjnej szkoły, kręciła nosem na jedynego przyjaciela, którego miałam!

Po co to wszystko?

– Zrobiłaś to z zazdrości? – spytałam, resztkami samokontroli powstrzymując się od krzyku.

– Częściowo – wymamrotała w ramię ojca. – Nie chciałam, żebyś żyła odseparowana od nas, tak jak robiła to Jana. Dziesięć miesięcy w roku w Durmstrangu, po skończeniu szkoły zaszyła się w magicznym świecie i…

– Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej – wtrąciłam. Wyjęłam z torby dwa prezentowe pudełka i trzasnęłam nimi w zalany stół. – Kupiłam wam to, zanim… Kiedy myślałam… Cóż, to skarpetki. Cześć.

Nie czekając na odpowiedź, ominęłam rodziców szerokim łukiem przekonana, że w każdej chwili mogliby mnie złapać i przetrzymać w domu. W towarzystwie ganiającego psa zagłębiłam się między drzewami, idąc doskonale znaną ścieżką jak w transie. Przeskoczyłam przez strumyk i dotarłam do miejsca, w którym niedawno widziałam psidwaka, gdzie wpatrywałam się w nieruchome krzaki, jakby znów miał z nich wyskoczyć.

Ani się obejrzałam, a stałam pod drzwiami znajomego domu. Już myślałam, że nikogo nie zastałam, gdy drzwi stanęły otworem. Zaspany, ubrany w piżamę Gniewko odgarnął włosy opadające mu do oczu i przyglądał mi się w szoku, zanim porwał mnie w objęcia.

– Czemu nie mówiłaś, że przyjeżdżasz?

– To spontaniczna decyzja – mruknęłam, uśmiechając się na jego widok. – Mam ci wiele do opowiedzenia.

– Zamieniam się w słuch! Leć na górę.

Na strychu jak zwykle panował połowiczny bałagan – chociaż z wierzchu sypialnia wydawała się posprzątana, szafa nie domykała się od natłoku byle jak wciśniętych do środka ubrań, spod niepościelonego łóżka wystawało kłębowisko kabli i starych części komputerowych, a pod biurkiem dostrzegłam wymięte sportowe ubrania. Podeszłam do okna i przesunęłam na bok parapetu wyschniętą na wiór roślinkę, chłonąc widok na rzekę i las, a Knedel bez oporów wskoczył na łóżko za zachęcającym go do tego Gniewkiem. Uśmiechnęłam się, dopiero w tym momencie rozumiejąc, jak bardzo brakowało mi tej prostoty.

– Przygotuj się na jazdę bez trzymanki – powiedziałam, wręczając mu pudełko. Błyskawicznie zerwał ozdobną wstążkę. – Poczekaj! Otworzysz na koniec, ale nie przerywaj.

– Tak jest.

Chodząc z kąta w kąt, krętą opowieść rozpoczęłam od imprezy urodzinowej. Streściłam kłamstwa matki, pierwszą teleportację do czarodziejskiego świata, opisałam widok Hogwartu nocą – zauważyłam błysk zwątpienia w oczach Gniewka, gdy przelotnie wspomniałam o locie na miotle z Corvusem, jakby ta część historii była najmniej wiarygodna. Palił się do wygłoszenia komentarza, ale pozwolił mi dotrzeć do końca: pierwszej lekcji magii z ciocią, feralnej herbatki u rodziców i zostania uczennicą Hogwartu.

Gniewko błądził palcami wokół fantazyjnego pudełka prezentowego. Nie zareagował nawet wtedy, gdy Knedel zaczął lizać go po karku, czego szczerze nienawidził.

– Czyli twierdzisz, że… wcale nie jesteś chora, twoja matka podmieniała ci leki i tak naprawdę umiesz czarować? – spytał ostrożnie.

– Tak.

– Powiedzieć ci, jak to brzmi?

– Wiem…

– Brzmi to tak, jakbyś była chora i do tego wszystkiego wciągała kreski. – Zadarł głowę, żeby spojrzeć na mnie od dołu. – No, pokaż nochala, widzę tam coś białego…

– Po prostu otwórz prezent – burknęłam z uśmiechem, odtrącając jego rękę.

Gdzieś w trakcie mojej opowieści Gniewka opuściła wcześniejsza ciekawość. Zanim zdjął wieczko, wpatrywał się w pudełko tak, jakby kryło dowód szaleństwa. Niepewnie sięgnął po parę skarpet, przyglądając się jej pod każdym kątem, aż wreszcie wywrócił ją na lewą stronę. W milczeniu obserwował, jak magiczne nitki same się przeszywały, zmieniając ruchomy wzór na skarpetce przedstawiającej wędrówkę samotnego zombie.

– Co to jest? – spytał.

– Dowód.

– Dowód… Dowód na to, że oboje jesteśmy chorzy i wciągamy kreski? – Założył je i nie mrugał, chyba spodziewając się innego rezultatu, kiedy miał je już na stopach. – Ty je… wyczarowałaś?

Zaprzeczyłam, śmiejąc się z tego niewinnego pytania jak z dobrego żartu i z westchnieniem ulgi padłam na łóżko, odsuwając przymierzającego się do pocałunków psa.

– Kiedy się zobaczymy przez tę szkołę z internatem? – spytał Gniewko. – W święta?

– Nie mam pojęcia.

– Czarodzieje nie obchodzą świąt? – Dramatycznie przytknął dłoń do piersi. – Zazdroszczę tym bezbożnikom.

– Obchodzą, ale po tym wszystkim, czego dziś się dowiedziałam… Sama nie wiem, czy zniosę towarzystwo rodziców. – Zamknęłam oczy, kiedy poczułam zbierające się pod powiekami zaczątki łez. – Może spędzilibyśmy święta razem, na przykład w Londynie? Mogłabym nas tam zabrać w kilka sekund. Co ty na to?

– Zamierzasz opuścić Wigilię? Jeśli twoja matka jest z nami jeszcze w świecie żywych, tym na bank wyślesz ją w zaświaty.

– Same plusy – zachichotałam. – To tylko luźny pomysł. Przemyśl temat, przegadamy to listownie.

– No właśnie, listy! O co chodzi z tymi przeklętymi sowami? – Z poważną miną podparł się na łokciu. Między nami sterczały krótkie łapki leżącego brzuchem do góry Knedla. – I kiedy zachorowałaś na Parkinsona?

– W czarodziejskim świecie nie ma telefonów, stąd sowy – odparłam, marszcząc brwi. – Jakiego znowu Parkinsona?

– Twoje pismo. – Zatrząsł rękami niczym geriatryk. – Wyglądało to tak, jakby ktoś przystawił ci spluwę do głowy i powiedział, że strzeli, kiedy wyjedziesz za linię.

Zaśmiałam się, ukrywając twarz w dłoniach, przypominając sobie swoje marne próby używania pióra. Resztę dnia spędziliśmy na graniu na konsoli i opychaniu się niezdrowym jedzeniem pod czujnym okiem żebrzącego Knedla. Wylaliśmy wiadro pomyj na moich rodziców, ze szczególnym uwzględnieniem przesiąkniętej zawiścią matki, a kiedy wieczorem wyszliśmy z lasu tuż obok mojego domu, dobry humor opuścił mnie jak za pstryknięciem palców. Cicho zamknęliśmy za sobą furtkę, a pod drzwiami Gniewkowi znów zebrało się na sentymenty. Zostałam zgnieciona w pozbawiającym tchu uścisku, zanim powiedział:

– Możemy spędzić przerwę świąteczną razem, ale powinnaś wrócić do domu chociaż na Wigilię.

– Poważnie? Czegoś takiego spodziewałabym się po cioci, a nie po tobie…

– W takim razie masz łebską ciotkę – odparł, z rękami w kieszeniach kurtki opierając się o ścianę. – Twoi rodzice są jacy są, ale przynajmniej się tobą interesują, nie to co moi.

– Okłamywali mnie całe życie.

– Nie powiedziałem, że masz im wybaczyć. Po prostu powinnaś docenić to, że ich masz. Gdybym mógł, zamieniłbym się z tobą na miejsca.

Prychnęłam.

– Nie żartuj, że wybrałbyś to wariatkowo…

– Wariatkowo nadal bije na głowę melinę… – Odwrócił głowę w stronę przeszklonych drzwi wejściowych, gdy zabłysło za nimi słabe światło. – No to powodzenia. Następnym razem przyślij mniej zdziczałą sowę.

Na pożegnanie machnął mi poznaczoną skaleczeniami dłonią. Rozmył się w mroku, a gdy skrzypiąca furtka umilkła, nie pozostało po nim już nic poza widmem jego słów. Trudno było mi przed sobą przyznać, że mimo burzliwych relacji z matką i tak ją ceniłam. Nie miałyśmy wiele wspólnego, ale lubiłam rozmawiać z nią o książkach i często podbierałam z jej prywatnej biblioteczki tytuły, które przyprawiały o wypieki na twarzy. Kiedy mnie na tym przyłapywała, urządzała mi pogadanki, ale mogłabym przysiąc, że potem się z tego śmiała. A tata… Łączyło nas zamiłowanie do zwierząt, dzięki niemu miałam Knedla – to on wiercił matce dziurę w brzuchu miesiącami, aż wreszcie się zgodziła na psa.

Czy taką zdradę naprawdę można wybaczyć?

Drzwi stanęły otworem, a matka błyskawicznie zakleszczyła moje ramię i wciągnęła do środka. Poluzowała uścisk, przybierając zatroskaną minę, jakby to miało wymazać utratę panowania sprzed sekundy. Wyrwałam jej się, wołając Knedla do środka, i ruszyłam w głąb domu.

– Poczekaj – mówiła, depcząc mi po piętach. – Musisz dać nam szansę wytłumaczyć…

– Teraz się chcesz tłumaczyć? Nie wydawałaś się szczególnie rozmowna, kiedy ciocia rozplątała ci język magią. Zresztą nie mam ci nic do powiedzenia i nie zmieni się to przez dłuższy czas.

– Jesteś naszą córką…

Przyspieszyłam, zaciskając pięści.

– Dokładnie. Popatrz, jak mnie traktowałaś przez siedemnaście lat.

W ostatniej chwili wyślizgnęłam się z zasięgu dłoni matki i porwałam Knedla pod pachę, zanim biegiem rzuciłam się do skórzanego mieszka pozostawionego na gzymsie kominka. Zniknęłam w wybuchu zielonych płomieni, a przed oczami przez pewien czas majaczyły mi zawiedzione twarze rodziców, które tylko utwierdzały w przekonaniu, że mój gniew był słuszny.

Po wylądowaniu w aptece zdziwiła mnie tląca się na ladzie, ledwo przełamująca ciemność lampa olejna. Chybotliwy płomień był tak mały, że nie od razu zauważyłam poruszającą się na fotelu postać. Gdyby nie wyróżniająca się plama bladej karnacji, ubrany na czarno Corvus zniknąłby w cieniu.

– Co tu robisz? – spytałam, odkładając psa na ziemię. Mój głos zabrzmiał dziwnie, co musiało mieć związek z wciąż szybciej bijącym sercem po ucieczce przed szponami matki.

Corvus podniósł z kolan wymiętą książkę i rzucił ją na blat, zanim przetarł twarz dłońmi.

– Przysnęło mi się…

Odwieszając płaszcz na wieszak, złapałam się na podważaniu tych słów. Miałam ochotę pociągnąć za klamkę, żeby sprawdzić, czy drzwi były otwarte, ale za wskazówkę wystarczyły mi wygaszenie wszystkich świateł i witryny, która w godzinach pracy tętniła życiem. Corvus przygotował sklep na zamknięcie, a jednak nie wyszedł. Dlaczego?

– Co ciekawego czytałeś?

– Ach, taki tam… memuar chłopca do bicia. – Pogłaskał żebrzącego o pieszczoty psa. – Wszystko w porządku?

– A dlaczego miałoby być inaczej?

– Wydajesz się… podminowana – powiedział ostrożnie.

Rozluźniłam odruchowo zaciśnięte pięści i nabrałam uspokajającego wdechu. Mimo spędzenia prawie całego dnia z Gniewkiem, kilka sekund konfrontacji z matką przed wylądowaniem w Hogsmeade wystarczyło, żebym cała napięła się ze stresu.

– Moi rodzice… Nieważne. W poniedziałek przetestuję twoją pozbawioną sensu teorię z Gryffindorem.

– Poważnie? Przyjęli cię do Hogwartu mimo… no wiesz?

– Mimo że mam sześć lat nauki w plecy? Tak. – Opadłam na fotel pod wygaszonym kominkiem i objęłam podciągnięte do piersi nogi. – Ciekawe, jak sobie poradzę…

– Dasz radę – odparł z przekonaniem, przeciągając się niczym kot zadowolony z kilkunastogodzinnej drzemki. – A moja teoria nie jest pozbawiona sensu. Byłbym skłonny postawić na nią kilka galeonów…

– Skąd ta pewność?

– Wystarczy sam fakt, że węszysz wokół Ebenezera.

– Przesadzasz. Poszliśmy pogadać z portretami spod biblioteki i to wszystko.

– I co dalej?

– Niewiele. Rzucono na nie Obscuro, ale jeden z nich słyszał dwa głosy, damski i męski. Nic więcej.

– Naprawdę ryzykowaliście dla uzyskania tak szczątkowych informacji? – Zgarnął książkę do torby, zanim ubrał płaszcz. – Zastanów się raz jeszcze, czy warto się w to pakować… Niemniej dzięki. Mnie to wystarczy.

– Wystarczy? – Spotkałam się z nim pod drzwiami. Oparłam się o nie, kiedy sięgnął po klamkę. – Domyślasz się, kim jest ta dziewczyna?

– Domyślam? Nie, ja wiem, kim jest ta dziewczyna… ale zepsułbym wam zabawę, gdybym ci tak po prostu powiedział, co? – odparł z nutą rozbawienia. – Do zobaczenia w Hogwarcie… i powodzenia z Tiarą Przydziału.