Niedzielę rozpoczęłam od wylądowania w Hogwarcie z Knedlem pod pachą. Wraz z ciocią szłyśmy przez błonia w stronę majaczącej w oddali chatki położonej na skraju Zakazanego Lasu. Podczas gdy Jana rzucała psu wyczarowaną piłkę, a on aportował ją w podskokach, cieszyłam oczy widokiem dyniowej grządki, kłębów pary buchających z przekrzywionego komina i porośniętych bluszczem cegieł. Ten prosty obrazek uświadomił mi, że nawet jako charłaczka nie potrafiłabym pogodzić się z mugolską egzystencją. Wolałabym być obywatelką drugiej kategorii, móc koegzystować z magią, nawet jeśli nigdy bym jej nie opanowała, niż dać się ponieść zawiści jak matka.

– Rozmawiałaś z rodzicami po moim wyjściu? – zapytała ciocia, przytrzymując targaną wiatrem fikuśną tiarę.

– Zamieniłam kilka słów z matką. Jak udało ci się zmusić ją do mówienia?

– Veritaserum, ale nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Używanie go jest ściśle kontrolowane przez Ministerstwo Magii, nie można tak po prostu podać go nieświadomej osobie. Przynajmniej tyle, że twoja matka nie jest mugolką, inaczej popełniłabym dodatkowe wykroczenie…

Udałam, że zamykam usta na klucz i go wyrzucam, na co ciocia obdarzyła mnie wątłym uśmiechem.

– Na szczęście Iga tego nie wie. Gdyby chociaż trochę zainteresowała się swoimi korzeniami, wyszłoby jej to na zdrowie. – Odetchnęła dżdżystym powietrzem. – Co sądzisz o tym, co wczoraj zaszło?

– Nie wierzę, że kłamała z troski o mnie.

– Mówiła prawdę…

– Eliksir musiał już tracić działanie – odparłam stanowczo, przyspieszając kroku.

– Istnieje taka możliwość, ale wydaje mi się, że wtedy Iga próbowałaby się wybielić.

– To i tak nie ma żadnego znaczenia.

– Oczywiście, że ma. – Ciocia pokrzepiająco ścisnęła moje ramię. – Teraz to wszystko jest świeże i bolesne… ale kiedy minie trochę czasu, będziesz musiała stawić temu czoła. Intencje twojej matki są ważne. Przynajmniej wiesz, że nie kierowały nią wyłącznie złe pobudki.

Nie zgadzałam się z żadnym słowem tej wypowiedzi, jednak w głosie Jany wyczuwałam nieustępliwość, więc przytaknęłam. Gdybym wdała się w dalszą dyskusję, nie zaprzestałaby prób narzucenia mi swojego zdania.

Knedel obiegł chatkę dookoła i z pasją obszczekał zasiadające na ogromnych dyniach wrony. Przeganiał te, co śmiały leniwie przechadzać się po trawie, a zanim ciocia zapukała do drzwi, udało mu się przegonić wszystkie ptaki.

– Właźcie, właźcie! – dobiegł nas gromki głos z wnętrza chatki.

Weszłam do środka, potykając się o stojące w rogu ogromne kalosze. Izbę ogrzewało palenisko, nad którym stał intensywnie parujący miedziany kociołek. Olbrzymi mężczyzna energicznie mieszał w nim chochlą, a na nasz widok wyprostował się znad ognia i uśmiechnął szeroko, przypadkiem zahaczając głową o wiszące z sufitu szynki i martwe bażanty. Knedlowi oczy zaświeciły się na ten widok, mimo że w pierwszej chwili wydawał się nieco spłoszony onieśmielającą posturą profesora.

– A więc to twoja siostrzenica i jej zwierzak, tak? – spytał, patrząc na ciocię Janę. Wreszcie chwycił moją dłoń i potrząsnął nią tak mocno, że aż całą mną szarpnęło. – Nie bój żaby, futrzakowi będzie tu w sam raz! Może nawet mi się do czego przyda… Hagrid jestem.

– Miło pana poznać.

– Ha! Jaki pan, po prostu Hagrid. Miałem kiedyś psa, Kieł mu było… Bał się własnego cienia, ale lepszego kumpla żech nie miał… – mówił, sięgając chochlą do parującego kociołka. – No, macie po kubku grzanego kremowego na rozpoczęcie dnia! Znacznie lepsze niż dyniowy sok.

– Dziękujemy Hagridzie – powiedziała ciocia, podając mi piwo i sama wzięła jedno. Przysiadłyśmy w kącie izby przy sięgającym mi piersi stole z talerzem ciasteczek. – Wpadłyśmy tylko na chwilę, zostawimy Knedla i idziemy do dyrektorki.

– No jasne, częstujcie się. – Hagrid dolał sobie do ogromnego kufla płynu z piersiówki i zamieszał zawartość okrężnym ruchem. – Tak se ostatnio myślałem, że przydałby mi się zaś pies… Kieł zawsze wyczuwał czyjąś obecność, zanim ja się pokapowałem. Bez niego łażenie po lesie to jakbym był bez ręki.

Podczas tej wypowiedzi sięgnęłam po ciasteczko. Nie miałam szczęścia we wgryzieniu się w nie (twardsze niż cegła), jednak zdołałam po części uniknąć niezręcznej sytuacji. Gdy Hagrid zasiadł po drugiej strony ławy z głośnym tąpnięciem, z wrażenia ciastko wypadło mi z ręki i zniknęło w bezdennej paszczy czekającego na ten moment Knedla. Z fascynacją obserwowałam, jak trudził się, gryząc ten skamieniały wypiek. Dla zamaskowania odgłosu kłapania psich zębów, powiedziałam:

– Naprawdę smaczne. Dziękuję panu – odchrząknęłam i poprawiłam się: – ci Hagridzie za zajęcie się Knedlem. Będę mogła go tu odwiedzać, prawda?

– Się wie, wpadaj, kiedy chcesz. Do jakiego domu trafiłaś?

– To następny przystanek – wyjaśniła ciocia Jana, za co byłam jej wdzięczna, bo akurat upijałam spory łyk przyjemnie rozgrzewającego kremowego piwa. – Miałyśmy wybór między ceremonią przydziału podczas dzisiejszej uczty w Noc Duchów a odwiedzeniem Tiary Przydziału w gabinecie dyrektorki. Mam nadzieję, Wando, że dobrze wybrałam tę drugą opcję?

Przytaknęłam z ulgą, dopijając kremowe piwo, które idealnie ukoiło podenerwowany żołądek. Wyobrażenie siebie z Tiarą Przydziału na głowie, pośród setek obserwujących mnie uczniów Hogwartu sprawiło, że zjeżyły mi się włoski na karku.

Wylewnie pożegnałam się z Knedlem i pomachałam Hagridowi, zanim ruszyłam za ciocią do zamku. Mimo że nie musiałam się już stresować publiczną ceremonią przydziału, nie oznaczało to, że nie odczuwałam napięcia. Nie dość, że niedługo magiczna czapka zadecyduje o moich dalszych losach w szkole, nie miałam jeszcze okazji poznać dyrektorki. Nie wiedziałam, czego się spodziewać.

– Będę co kwartał sprawdzała twoje postępy w nauce, jeśli chodzi o część praktyczną magii – mówiła ciocia, żwawym krokiem przemierzając korytarze. – Natomiast teorię możesz zdawać na bieżąco z każdym nauczycielem i dowolnie dostosować sobie sposób i tempo nauki, dopóki wszyscy będziemy zadowoleni z twoich osiągnięć. Odnośnie eliksirów i zielarstwa, części zagadnień będziesz uczyła się indywidualnie, części prostszych z resztą uczniów. Podobnie z opieką nad magicznymi stworzeniami, Hagrid nie jest… hm, wymagającym nauczycielem, a w połączeniu z twoją pasją do zwierząt nie powinnaś mieć problemu błyskawicznie nadrobić materiału. Widziałam zresztą, że czytałaś już jeden z podręczników.

– Tak, ale nie wiedziałam, że to podręcznik – wysapałam, wspinając się po kolejnej parze zaczarowanych schodów. Oparłam się o poręcz, gdy kondygnacja frunęła wraz z nami na drugą stronę. – Czy ten gabinet jest w najwyższej wieży Hogwartu?

– Nie, idziemy na drugie piętro. Po prostu musisz sobie wyrobić kondycję.

W duchu niechętnie przyznałam cioci rację. Uczniowie i pracownicy Hogwartu musieli mieć uda ze stali. Kiedy dotarłyśmy do opustoszałego korytarza, oddychałam z równą łatwością co ryba wyjęta z wody. Ciocia wymówiła hasło „Armaty z Chudley", a gargulec drgnął i obrócił się, ujawniając schody rozwijające się wprost na szczyt wieży. Serce dudniło mi w piersi, po części z wysiłku, po części z nerwów.

Emanująca pewnością siebie ciocia weszła do wielkiego, okrągłego gabinetu ociekającego wyrafinowaniem. Z podziwem przyglądałam się ogromnym półkom na książki, ścianom obwieszonym ciekawsko spoglądającymi na nas portretami, a także solidnemu, zdobionemu biurku, za którym zasiadała wiekowa dyrektorka w towarzystwie poszarpanej Tiary Przydziału. Choć misterny kok, baczne spojrzenie i otoczone zmarszczkami usta przywodziły na myśl surowość, w Minerwrze McGonagall mimo wszystko było coś pokrzepiającego.

Po krótkim przywitaniu i wymienieniu grzeczności ciocia machnęła różdżką, wyczarowując drewniany stołek. Zachęciła mnie gestem, więc usiadłam, a wszystkie mięśnie spięły mi się w oczekiwaniu na werdykt, gdy tylko dyrektorka położyła mi na głowie Tiarę Przydziału. Czułam na sobie jej fascynujące ruchy i żałowałam, że nie mogłam przyjrzeć się jej w lustrze.

– Taaak… – zabrzmiała poważnie. To doświadczenie było tak osobliwe, że nie wiedziałam, czy mówiła na głos, czy słyszałam ją wyłącznie w swojej głowie. – Mamy tu naprawdę ciekawy zestaw cech… Chęć udowodnienia swoich umiejętności… Głód wiedzy, który z otwartymi ramionami przyjęliby w Ravenclawie… Poczucie sprawiedliwości godne Gryffindoru…

Zacisnęłam dłonie na krawędziach stołka tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. W namyśle Tiara Przydziału wierciła się, jakby próbowała uwić gniazdo w moich wystarczająco nieposłusznych włosach, podczas gdy dyrektorka wraz z ciocią przyglądały mi się bez słowa.

Ravenclaw? Lepsze to niż Hufflepuff, ale co z Gryffindorem, w którym mogłabym dołączyć do znajomych?

– Gryffindor, ach tak?… Tak, dom Godryka będzie dumny z nowego nabytku. – Tiara nabrała głębokiego wdechu (czy czapki oddychają?), po czym ogłosiła uroczyście: – Gryffindor!

Bezwstydnie szczerząca zęby ciocia zdjęła mi ją z głowy i odłożyła z powrotem na półkę, zanim gorąco mi pogratulowała. Była moją opiekunką!

– Trochę to potrwało, prawda? – powiedziała. – Nie przebiła pani rekordu, profesor McGonagall, ale z cztery minuty na pewno siedziała.

– Nie, nie, ledwo trzy – odezwała się Tiara, poruszając rozcięciem nad rondem. – Jeśli pamięć nie zawodzi, szanowna dyrektorka miała mnie na głowie pięć i pół minuty.

– Było to pięć i pół minuty dobrze spędzone, skoro skutkowało przydzieleniem do Gryffindoru – odezwała się Minerwa, posyłając mi krótki uśmiech. – Sukcesów w nauce, panno Piekielnik.

Podziękowałam jej nieśmiało i wraz z ciocią opuściłam gabinet.

– Powodzenia we wspinaczce na siódme piętro – zażartowała ciocia. Wręczyła mi wyciągniętą zza pazuchy pelerynę rolkę pergaminu. – To materiał, który powinnaś opanować do końca roku. Idealnie byłoby, gdybyś zdołała przygotować się do sumów, ale w razie gdyby okazało się to zbyt trudne, okroimy parę zagadnień. Ach, zapomniałabym. Hasło brzmi „Vetiti Fructus".

– A podręczniki i inne rzeczy?

– Złożyłam już zamówienia, wszystko niezwłocznie powinno dotrzeć pocztą – odparła. Nie potrafiłam odpędzić natrętnego wyobrażenia sów obładowanych pakunkami. – Imelda powinna być o tej porze w pokoju wspólnym, zapozna cię z resztą spraw organizacyjnych.

Na dźwięk tego imienia przypomniałam sobie o złożonej obietnicy.

– Ciociu, mogę o coś spytać?

Jana przystanęła, przyglądając mi się z zaciekawieniem.

– Pamiętasz tę sytuację spod biblioteki? Nie powiem, trochę mnie to zestresowało… – Zacisnęłam ręce na pasku od torby, a gdy w odpowiedzi otrzymałam ponaglające spojrzenie, dodałam: – Udało się wam może ustalić, kto napadł na tamtą dziewczynę?

– Nie masz się czego obawiać, pracujemy nad tym.

– Ale…

– To wszystko.

Ton głosu nie pozostawiał pola do manewru, więc pożegnałam się z ciocią, zanim rozeszłyśmy się różne strony. Na skraju zawału dotarłam do wieży Gryffindoru, zastanawiając się, czy aby przypadkiem nie sprowokowałam Tiary Przydziału do umieszczenia mnie w najwyżej położonym pokoju wspólnym. Gdzie mieściły się inne? Imelda wspominała, że Ślizgoni zamieszkiwali lochy, a reszta? Może z nich wszystkich właśnie Hufflepuff mieścił się na parterze?

– Nowa twarz? – Gruba Dama przyglądała mi się z niepokojącą ciekawością. Odniosłam wrażenie, że jej ulubionym zajęciem musiały być plotki. – Niesłychane!

Kiedy potwierdziłam i podałam hasło, rama portretu odskoczyła od ściany, ukazując tunel prowadzący do wnętrza wieży. Ciepło rozlało mi się na sercu, gdy ujrzałam ściany obwieszone szkarłatnymi gobelinami i podobiznami sławnych Gryfonów, wypolerowany na błysk herb nad kominkiem, w którym cicho trzaskał ogień. O tak wczesnej godzinie pokój wspólny był opustoszały poza jednym wyjątkiem. Na wyblakłej kanapie siedziała po turecku Imelda, raz po raz stukając końcem różdżki w informacje na stronach i zaznaczając wybrane fragmenty.

Uniosła głowę znad podręcznika i spojrzała na mnie tak, jakby nie od razu mnie poznała.

– Co tu robisz? – Z wrażenia przerwała głaskanie leżącego między nogami kota, a książkę rzuciła na koślawy stolik. – Jak tu weszłaś?

– Zostałam przydzielona do Gryffindoru – powiedziałam z uśmiechem. – W weekend ciocia zaproponowała mi naukę w Hogwarcie… Nie mogłam odmówić!

– Och, dlatego rozrosło się nam dormitorium! Myślałam, że po prysznicu mam zwidy od szoku termicznego… Chodź, pokażę ci!

Zeskoczyła z kanapy, pod pachę biorąc śnieżnobiałego, mruczącego donośnie persa, i pociągnęła mnie przez spiralną klatkę schodową do dormitoriów dziewcząt. Wpadłyśmy do naszego, gdzie Imelda wskazała na łóżko po prawej.

– Z Filetem śpimy obok. A to pewnie twoje rzeczy – powiedziała, wskazując wielki kufer ustawiony w kącie. Nie przerywała głaskania domagającego się pieszczot kota, który leżał w jej ramionach niczym futrzasty niemowlak. – Tak ze spraw organizacyjnych, hasła publikujemy na tydzień przed końcem miesiąca na tablicy informacyjnej i…

W podekscytowaniu chłonęłam wnętrze dormitorium, a monolog Imeldy wpadał jednym uchem i wypadał drugim. Pośrodku okrągłego pomieszczenia znajdował się buchający ciepłem piec, a wokół niego ustawiono łóżka częściowo nadal okupowane przez nasze współlokatorki, które na czas spania przesłoniły się bordowymi zasłonami dającymi odrobinę prywatności. Gnana ciekawością oparłam się o parapet i uśmiechnęłam się, widząc jezioro i szamoczącą się w amoku Wierzbę Bijącą. Dziś wszystko wydawało mi się wspaniałe – nawet to zarażone wścieklizną drzewo.

– Byłaś już na śniadaniu? – spytałam, kiedy Imelda wskazała przynależącą do dormitorium łazienkę.

– Jeszcze nie, możemy iść razem.

Gdy zeszłyśmy na dół z plączącym się pod nogami Filetem, w pokoju wspólnym minęłyśmy półprzytomnego Arlo. Błąkał się w piżamie, szukając czegoś między poduszkami na kanapie, aż w końcu wyjął okulary w powyginanych oprawkach. Stuknął w nie różdżką, mrucząc zaklęcie pod nosem, na co wszelkie szkody się odwróciły.

– Od razu lepiej – powiedział, a ziewnięciem mógłby połknąć nas obie. Podrapał się po głowie, podnosząc ocierającego mu się o nogi Fileta, który mruknął z zadowoleniem. – Tak myślałem, że to ty, Wando… Co tutaj robisz?

Wytłumaczyłam mu naprędce wczorajszą propozycję cioci i kameralną ceremonię przydziału w gabinecie dyrektorki, co skwitował ciepłym uśmiechem. Po gratulacjach polecił nam, żebyśmy poczekały na nich na dole. Niedługo później z Imeldą zeszłyśmy na parter, gdzie zastałyśmy Wielką Salę już po zmianie wystroju. Na widok nietoperzy latających pośród zaczarowanych świec i ogromnych dyń doszłam do wniosku, że Noc Duchów musiała być czarodziejską wersją Halloween.

– Jak będzie wyglądać twoja nauka? – spytała Imelda, gdy zasiadłyśmy przy stole Gryfonów.

– Głównie będę uczyć się samodzielnie, tak jak w Polsce – powiedziałam ostrożnie, nie wiedząc, jak to uargumentować. Postanowiłam nałożyć sobie owsianki, by zyskać na czasie.

– To całkiem sensowne – odparła. – Między szkołami jest sporo różnic programowych, nie wspominając o domowym nauczaniu…

Przytaknęłam uradowana, że sama wyratowała mnie z niezręcznej sytuacji. Nie byłam gotowa na zwierzenia i przyznawanie komukolwiek, jak potraktowali mnie rodzice i dlaczego musiałam nadrobić stracone lata nauki w tak krótkim czasie.

Kiedy wrota Wielkiej Sali otworzyły się z łoskotem, prześledziłam wzrokiem wędrówkę Vulpeculi do stołu Slytherinu. Zanim usiadła, powiedziała bratu do ucha coś, co wywołało u niego zduszone parsknięcie śmiechem. Nie spostrzegłam go tam wcześniej, zbyt zajęta podziwianiem dekoracji i niewygodnym pytaniem Imeldy.

Ciekawiło mnie, o czym rozmawiali, ale wolałam nie zostać przyłapana na przyglądaniu się im. Zabrałam się za jedzenie, z bezmyślnym podziwem wpatrując się w ruchome fotografie na leżącym nieopodal Proroku Codziennym, gdzie pisano o ataku trolli na położoną w północnej Anglii wioskę.

– A ci dwoje czego się tak cieszą? – mruknęła Imelda.

Pochylony ku siostrze Corvus mówił coś z uśmiechem tak ujmującym, że aż poczułam drobne ukłucie zazdrości. Vulpecula wywracała oczami i śmiała się z zażenowaniem, aż wreszcie przytknęła mu dłoń do ust. Kiedy się uwolnił, dokończył co miał do powiedzenia i wręczył jej granatowe pudełeczko. Na widok jego zawartości na twarzy Vulpeculi zakwitło zdumienie, zanim ułożyła usta w słowo „dziękuję".

Niemal podskoczyłam, gdy ktoś opadł na ławkę tuż obok. Ledwo mrugnęłam, miałam na ramieniu rękę przylepnego Cassiusa, który ścisnął mnie lekko i nie zamierzał puścić.

– Słyszałem, że jesteś naszą nową koleżanką. – Tak szerokim uśmiechem zawstydziłby kota z Cheshire. – Wiedziałem od początku, że nadajesz się na Gryfonkę.

– Dzięki – mruknęłam speszona. Tak częsty dotyk nie leżał w mojej naturze, w dodatku Cassius naprawdę nie mógł usiąść ani trochę bliżej. – Tiara Przydziału debatowała głównie między Gryffindorem a Ravenclawem.

Gdy zerknęłam na Corvusa, spotkaliśmy się spojrzeniem. Nie uśmiechał się już, tylko patrzył nieobecnym wzrokiem to na mnie, to na Cassiusa znad rozłożonej gazety.

– To tak samo jak w moim przypadku – odezwała się Imelda i przeniosła się w bok na ławce.

Podziękowałam jej w duchu, przesuwając się. Ręka Cassiusa zjechała mi po plecach, ale on nie zdawał się zwrócić na to najmniejszej uwagi – nadal niewzruszenie zaglądał po złotych półmiskach.

– Działo się coś ciekawego, kiedy mnie nie było? – spytałam, nalewając sobie soku dyniowego. – Rozmawialiście z którąś z ofiar z zeszłego roku?

Równocześnie padły sprzeczne odpowiedzi z ust Arlo i Imeldy.

– Jeśli przez „coś ciekawego" masz na myśli, czy ktoś jeszcze został zaatakowany po Perdicie, to nie – powiedziała rzeczowo Imelda i spojrzała wyczekująco na Arlo.

– Gadałem z Locketem, tym Puchonem z szóstego roku – wyjaśnił cicho. Na widok skonsternowanej miny przyjaciela dodał: – No ten, co ktoś mu dolał źle uwarzonego eliksiru na czyraki do dyniowego soku.

– Aaa… Jego akurat nie żałuję. – Cassius przybrał zblazowaną minę, przeżuwając bułkę.

– Nie jest taki zły. Niewiele pamięta, ale za to powiedział coś interesującego. Co prawda mógł to być sen, kto by go tam wiedział… Podobno został wtedy w skrzydle szpitalnym. Przebudził się w nocy i ktoś nad nim stał.

Łyżka wypadła mi z ręki i narobiła sporo hałasu, obijając się o złote półmiski. Kilka głów obróciło się w naszą stronę z zainteresowaniem, a Corvus też uniósł wzrok znad gazety. W duchu przeklęłam piekące policzki.

– Ktoś nad nim stał w środku nocy w skrzydle szpitalnym? – Imelda nie starała się ukryć pobrzmiewającego w głosie zwątpienia. – Nie chce mi się to wierzyć.

– Trochę dziwne – przyznał Arlo. – Może mu się to przywidziało…

– No dobra, ale co zrobił Locket, jak już zobaczył tego kogoś nad sobą? – spytał Cassius ze zmarszczonymi brwiami. – Poszedł dalej w kimę czy jak?

Arlo zaśmiał się cicho, przygładzając sterczące we wszystkie strony rude włosy.

– Ponoć tak się wystraszył, że przykrył się kołdrą i jak już spod niej wyjrzał, to nikogo tam nie było. Musiałem wyciągnąć z niego to wyznanie siłą… perswazji.

Pokiwałam głową w zrozumieniu. Nie wiedziałam, kim był Locket, jednak łączył nas ten sam sposób reakcji na nocne strachy. Wielokrotnie chowałam się pod kołdrą, żeby rano okazało się, że tajemnicza postać dostrzeżona nocą w kącie pokoju to kupka ubrań, której nie chciało mi się poprzedniego dnia wynieść do kosza na pranie.

– Nie wiem, czy warto w to wierzyć – powiedziała Imelda. – Przecież pani Poppy na pewno by zauważyła, że ktoś w środku nocy kręci się po skrzydle szpitalnym.

– Mimo to nie zaszkodzi spytać Perdity – zasugerował Arlo, przeżuwając tosta. – Może też widziała coś dziwnego… Niekoniecznie kogoś, ale coś mogło rzucić się jej w oczy…

– Zapytam. – Imelda złapała leżącą nieopodal gazetę. – Nie sądzę, że cokolwiek takiego miało miejsce. Powiedziałaby mi, kiedy rozmawiałam z nią rano.

– Dowiedziałaś się od niej czegoś ciekawego? – spytałam.

– Nie… Nie pamięta nic poza tym, jak wieczorem siedziała w bibliotece nad wypracowaniem na astronomię. Potem pustka. Może to lepiej.

– Dlaczego?

– Perdita panicznie boi się pająków. Nie wiem, jak do tego doszło, że skończyła w tym kokonie… ale gdyby to pamiętała, byłaby straumatyzowana do końca życia.

Twarz Imeldy niepokojąco zbladła.

– A co z hrabią Fairfaxem? – mruknęłam naprędce, żeby zejść z nieprzyjemnego tematu. – Przenieśliście go do lochów tak, jak planowaliście?

– Nie, jeszcze nie. – Imelda wzniosła oczy ku sufitowi. – Cassius był… zajęty.

Siedzący naprzeciw Arlo zasłonił uśmieszek kuflem, ale musielibyśmy oślepnąć, żeby nie zauważyć, jak rozradowane miał oczy.

– Tak tak, komiczne – burknął Cassius. – Nie byłoby wam do śmiechu, jakbyście czyścili z pięćdziesiąt nocników szczoteczką do zębów.

– My oddajemy prace domowe na czas. – Chociaż głos Imeldy nie zdradzał niczego poza stoickim spokojem, jej mina wskazywała na pławienie się w rozkoszy.

– Też oddałbym na czas, gdyby Locket nie uwiódł tej Krukonki, od której kupuję wypracowania. Zamiast siedzieć z nosem w pergaminie jak zawsze, wiecznie gździ się z nim po kątach. Już nawet nie chce mi sprzedawać za pół ceny. Może stara się wzbudzić we mnie zazdrość…

Imelda prychnęła, patrząc na Cassiusa z niedowierzaniem, zanim powiedziała tonem godnym karcącej nauczycielki:

– Tej Krukonki? Znasz ją siedem lat i dalej nie wiesz, jak ma na imię?

– Ellie czy jak jej tam… Erin. Ellen?

– Niesamowite. Ma na imię Emma. Pomyślałby ktoś, że pamiętasz imiona osób, z którymi kiedyś sam gździłeś się w schowku na miotły.

– Hola, hola… – Uniósł rękę, jakby Imelda nie miała racji, ale po chwili namysłu dodał: – No, w sumie chyba coś takiego było…

Nic mnie w tym nie zdziwiło – Cassius pasował do typu chłopaka, który skrada niewieście serca, żeby chwilę później zmienić obiekt zainteresowań. Nie pomagał fakt, że twarz miał niczym członek boysbandu z lat dziewięćdziesiątych i fryzurę na modłę młodego Leonardo Dicaprio. Z pewnością niejedna dziewczyna w Hogwarcie marzyła, by siedzieć teraz na moim miejscu.

Niejedna, ale zdecydowanie nie Imelda.

– Zastanawialiście się, kto pasowałby wam na tę dwójkę spod biblioteki, o której mówił Fairfax? – spytałam, na co Cassius zaśmiał się cicho, spoglądając znacząco na Imeldę.

– Czy to nie oczywiste? – powiedziała. – Tylko dwie osoby pasują do tego opisu.

Co? Znaliśmy jedynie płeć tajemniczych osób odpowiedzialnych za tamten incydent. Zdecydowanie nie nazwałabym tego mianem opisu.

Imelda nie paliła się do odpowiedzi. Cassius szturchnął mnie kolanem i wskazał w stronę stołu Slytherinu, dokładnie tam, gdzie siedział Corvus wraz z Vulpeculą – on pogrążony tym razem w lekturze książki, ona zawzięcie dyskutująca z inną Ślizgonką. Nie mogłam uwierzyć, że doszli do tak dalekosiężnych wniosków na podstawie zaledwie kilku ubogich w informacje słów Fairfaxa.

– Dlaczego oni?

– A kto inny? – mruknął Cassius. – Kto poza rodzeństwem może mieć tak zażyłe stosunki?

– No nie wiem… Przyjaciele? Para? – zasugerowałam niepewnie. Arlo przytaknął, co trochę mnie pokrzepiło. – To raczej zbyt mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski.

– Nie zapominaj, że to on kręcił się pod biblioteką. – Cassius rozgrzebał widelcem jajecznicę na złotym talerzu. Nie spuszczał wzroku z zaczytanego Corvusa. – Był na miejscu zbrodni, to podstawowy błąd.

– Albo zwykły zbieg okoliczności – bąknęłam, zastanawiając się, czy nie posuwałam się za daleko w marnej próbie wyperswadowania tego niedorzecznego pomysłu. – Nie sądzę, że pomógłby ci nieść Perditę do skrzydła szpitalnego, gdyby miał z tym cokolwiek wspólnego.

– Chciał oczyścić się z podejrzeń i tyle – skwitował.

– Przynajmniej od jutra będziemy mieli Fairfaxa w lochach, żeby podglądał każdy ich ruch. To kwestia czasu, aż wpadną – powiedziała Imelda, rozkładając szeleszczącą gazetę.

Wysyłanie Fairfaxa na przeszpiegi wyłącznie za dwoma Ślizgonami, w dodatku moim zdaniem niewinnymi, to strata czasu i marnowanie potencjału, ale co mogłam zrobić? Bez wzbudzania podejrzeń zupełnie niewiele.

Byłam rozdarta. Z jednej strony czułam, że Corvus nie mógł być zamieszany w napad na Perditę, a z drugiej pewne wątpliwości nadal mnie nie opuszczały. Znałam go tak krótko, więc skąd brała się wiara w jego słowa? Nie powinnam akceptować jako pewnik tego, co mi mówił, podczas gdy niektóre z jego czynów mogły temu przeczyć. Jeśli Imelda dowiedziałaby się, że Corvus zaopatrywał w coś Ebenezera, z pewnością jeszcze bardziej utwierdziłaby się w przekonaniu, że przykładał rękę do tych incydentów.

– Jak często możemy odwiedzać Hogsmeade? – spytałam.

– Zwykle raz na miesiąc – odparła. – Następne wyjście wypada chyba za dwa tygodnie.

Dlaczego Corvus prosił, żebym nikomu nie mówiła o Wrzeszczącej Chacie ani o tym, co dał Ebenezerowi w aptece? Czy coś dalej się w niej znajdowało?

Im dłużej nad tym rozmyślałam, dochodziłam do coraz bardziej ponurych wniosków. Wyrzucając z równania przeczucia i dziwny sentyment do Corvusa, zaczynałam dostrzegać, że jego postępowanie nie należało do krystalicznie czystych. Wpadało raczej w kategorię tych co najmniej podejrzanych.

Następne półtora tygodnia zleciało mi jak z bicza strzelił. Miałam za sobą stresujące rozpoczęcie samodzielnej nauki przeplatanej z indywidualnymi lekcjami, dołączyłam też kilka razy do różnych roczników podczas zajęć eliksirów i zielarstwa. Działo się tak wiele, że z głowy wyleciał mi Ebenezer i szczucie mugolaków, co prawda Corvus raz na jakiś czas zakradał się do mojej głowy, szczególnie wtedy, kiedy traktował mnie jak powietrze.

Musiałam przyznać, że czułam sprzeczne z logiką poczucie winy. Nie chciałam uczestniczyć w obradach na temat nowych nic niewnoszących informacji od Fairfaxa, który zdecydowanie nie sprawdzał się w roli szpiega, ale trudno było się z tego wykręcić. Imelda obserwowała mnie bacznie, kiedy próbowałam dorzucić swoje trzy grosze do rozmowy i zasugerować, że być może lepiej byłoby przyjrzeć się wszystkim Ślizgonom, a nie tylko dwóm. Jedyną otwartą na moją perspektywę osobą był Arlo, niestety on tak samo jak ja dawał się zagłuszyć Cassiusowi i Imeldzie, a najczęściej po prostu słuchał ich bez słowa.

Mimo spotykania Corvusa na lekcjach historii magii, nie powiedziałam mu, że razem z siostrą stanowili głównych podejrzanych. Na początku planowałam zrobić to z poczucia winy. Znów usiadłam na jego miejscu, sądząc, że do mnie dołączy i porozmawiamy, jednak nie zrobił tego. Kilkukrotnie wybrał drzemanie w przedniej ławce, nie nawiązując żadnego kontaktu poza pozbawionym emocji przywitaniem.

Może poinformowałabym go o planach Imeldy, gdyby nie ignorował mojego istnienia. W zachowaniu ciszy pomogło rozpamiętywanie naszej ostatniej rozmowy w aptece, kiedy przekazałam mu informacje, a on nie zamierzał zdradzić tożsamości dziewczyny, z którą Ebenezer napadł na Perditę.

Pora obiadowa już dawno minęła, ale co chwilę kilka niedobitków i spóźnialskich przewijało mi się koło nosa, niemniej przy stole siedziałam sama, popijając dyniowy sok. Nie starczało mi czasu, żeby przenosić się z pisaniem wypracowania do biblioteki. Od rana do wieczora siedziałam nad nauką i najczęściej zostawałam tam, gdzie padłam, aż nadchodził czas na sen.

Przerzuciłam kilka stron w podręczniku do historii magii, szukając konkretnego akapitu na temat powodów dla wybuchu buntów goblinów. Mózg pękał mi od natłoku informacji, przez co nie potrafiłam znaleźć odpowiedniego zapiska, mimo że wcześniej zaznaczyłam ważne daty kolorami. Z frustracji przyciągnęłam podręcznik bliżej i przy okazji przewróciłam puchar z dyniowym sokiem, który rozlał się po całym pergaminie.

Zaklęłam cicho pod nosem i ze zrezygnowaniem rozejrzałam się dookoła. Po ustaleniu, że nikt mnie nie obserwował, niepewnie wyjęłam zza pazuchy szaty różdżkę. Odchrząknęłam i mruknęłam:

Chłoszczyć.

Niewiele się stało, niemniej można powiedzieć, że zaklęcie miało efekt. Sok dyniowy spłynął z pergaminu na stół, ale w istocie niczego nie wyczyściłam. Mimo że w ciągu tygodnia udało mi się jako tako nauczyć kilku innych podstawowych inkantacji, zdecydowanie nie byłam na dobrej drodze do opanowania zaklęć gospodarczych.

Ponowiłam próbę, znów na daremno i postanowiłam poddać się na dziś. Miałam tego wszystkiego po dziurki w nosie. Spędzałam dnie i noce na nauce, więc samodzielny sabotaż przelał czarę goryczy. Kiedy z frustracją zdecydowałam, że jutro wstanę wcześniej i przepiszę wypracowanie, nagle wszelki ślad po wpadce z dyniowym sokiem zniknął.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Choć to nieprawdopodobne, byłam bliska uwierzenia, że może moje zaklęcie zadziałało po czasie. Wtedy coś mnie tknęło i spojrzałam za siebie. Corvus chował różdżkę do kieszeni spodni, a w drugiej ręce trzymał przyciśniętą do uda wymiętą książkę.

– Dzięki. – Rumieniec wstydu zalał mi twarz, kiedy zrozumiałam, że właśnie zaprezentowałam swoje umiejętności w pełnej krasie, a raczej ich zupełny brak. – Już myślałam, że będę musiała to wszystko przepisać…

– Mogłaś poprosić przyjaciół o pomoc – stwierdził po namyśle, patrząc na mnie w nieodgadniony sposób. Coś podpowiadało mi, że ruszały mu się zębatki w głowie. – Chyba że dalej im nie powiedziałaś.

Oczywiście, że mogłam wrócić z zamoczoną rolką pergaminu do pokoju wspólnego i spytać Imeldę, czy uratuje dla mnie pracę domową, ale wtedy zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego ktoś w moim wieku nie potrafi poradzić sobie z prostym zaklęciem czyszczącym. To podstawy.

– Nie twoja sprawa – mruknęłam, odstawiając daleko od siebie puchar, w którym została resztka dyniowego soku. Nie zamierzałam popełnić tego samego błędu drugi raz.

Corvus wzruszył ramionami.

– Też bym im nie powiedział – mruknął. Sądziłam, że chciał skrytykować mój dobór towarzystwa, jednak jego ciekawska mina na to nie wskazywała. – O czym piszesz?

– Gobliny. Buntowały się dziesiątki razy, czasem o sprzeczne ze sobą sprawy… Chyba same nie wiedzą, o co im chodzi. To jest niemożliwe do zapamiętania…

Ku mojemu zdziwieniu, Corvus rozejrzał się po Wielkiej Sali i pochylił się nad stołem. Odsunął na bok podręcznik, a na jego miejsce przeciągnął rolkę pergaminu. Przesuwał palcem po akapitach, czytając szybko to, co miałam już napisane.

– Brakuje ci tylko tych najważniejszych – powiedział zaczepnie, ale nieszczególnie się tym przejęłam. Pachniał prosto, mydłem i trawą cytrynową, w zupełnie nienachalny, przyjemny sposób. – Seryjne morderstwa goblinów popełnione przez Platta, próba zniewolenia ich na wzór skrzatów domowych i kontrola banku Gringotta. Jakim cudem już piszesz z tego wypracowanie? To materiał na drugi rok.

Przez moment nie odzywałam się, dziwnie oszołomiona.

– Historia to najprostszy przedmiot, jest ciekawa i nie wymaga żadnych zaklęć… – powiedziałam. – Odbębnię całą i przynajmniej z nią będę miała spokój.

– Najprostszy przedmiot, ciekawa? Mało kto powiedziałby coś takiego.

– Bo uczy was Binns, którego nie da się słuchać bez zapadnięcia w śpiączkę. Sama nie mam problemów z przyswojeniem materiału, to tylko teoria. Bułka z masłem.

– Bułka z masłem?

Przymierzałam się do wywrócenia oczami, ale zorientowałam się, że Corvus po prostu nie rozumiał użytego przeze mnie idiomu. Istotnie, dla nich posmarowanie bułki masłem to zbytnie kłopotanie się, podczas gdy jedzenie pojawiało się samo z siebie w Wielkiej Sali.

Dla nich? Dla nas… Zakładając, że kiedyś nauczę się zaklęć gospodarczych.

– Coś dziecinnie prostego – wyjaśniłam po chwili, nie potrafiąc wymyślić porównywalnie nieskomplikowanej czynności w świecie magicznym. – Dla ciebie chyba też, skoro potrafisz wyrecytować materiał przerabiany lata temu.

– To podstawa w zawodzie, w którym zamierzam pracować.

Cofnął się o krok. Odniosłam wrażenie, jakby zaoferowano mi cukierka tylko po to, żeby w ostatniej chwili zabrać mi go sprzed nosa. Nie sądziłam, że można tak odbierać czyjąś obecność i jej brak.

– Jaki to zawód? – spytałam zachrypniętym z emocji głosem.

– Łamacz klątw.

– Do tego jest ci potrzebna znajomość historii?

– Wypadałoby znać kontekst historyczny danego miejsca, chyba że ktoś chce łamać klątwy w ciemno – powiedział obojętnie, chociaż coś w jego spojrzeniu się zmieniło. – Łatwiej też się domyślić, co na człowieka może czekać, inaczej podchodzi się do klątw goblinów, inaczej czarodziejów. Zakładają inne zabezpieczenia i pułapki. W gruncie rzeczy najlepiej mieć szeroką wiedzę z każdej dziedziny magii.

Byłam pod wrażeniem – Corvus miał ambitne cele na swoją przyszłość, w przeciwieństwie do mnie, osoby znającej tyle magicznych profesji, że szłoby je zliczyć na palcach jednej ręki.

– To chyba niebezpieczny zawód – mruknęłam, dopisując maczkiem notkę odnośnie brakujących informacji o buntach goblinów na rogu pergaminu. Bałam się, że wypadną mi z głowy po tym spotkaniu.

– Wszystkie interesujące zawody są niebezpieczne. Można marnować życie na byciu popychadłem w ministerstwie albo uciec, żeby podróżować po świecie, uczyć się i ryzykować… Bardziej przemawia do mnie ryzyko niż marnotrawstwo.

Rozległ się łoskot otwieranych wrót Wielkiej Sali. Zanim zdołałam rozpoznać wchodzącą do środka osobę, Corvus pożegnał się i odszedł.

Odprowadzałam go wzrokiem, zastanawiając się, co miał na myśli, mówiąc o ucieczce. Opinię na temat jego rodziny wyrobioną przez siedzącego w Azkabanie ojca? Jeśli byłam na dobrym tropie, wraz ze świadomością, że Corvus musiał na to jeszcze długo poczekać, ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Może powinnam mu powiedzieć, o co jest podejrzewany?

– Lepiej nie siedź tu sama, chodź – odezwała się Imelda, patrząc przez ramię na Corvusa, z którym się niedawno minęła.

– Dlaczego?

– Nie słyszałaś? Ktoś napadł na kolejnego mugolaka, Tibbsa z naszego roku, Puchona. Dostał z Confundusa i błąkał się całą noc po Zakazanym Lesie.