Nieoceniony Garettcie, Kiepściutki Adepcie Złodziejskiego Fachu,
Żywię gorącą nadzieję, że tym razem użyta sowa okaże się bardziej przyjazna palcom, biurku i Panu Kocurkowi. Tej nie okradniesz z dorobku życia, bo korzystam ze szkolnej, im nie trzeba płacić. Cassius zaoferował swoją, ale coś śmierdziało mi w jego uśmiechu godnym Irytka.
Irytek to poltergeist (możesz w to uwierzyć?!) Napadł na mnie w trakcie podróży zaczarowanymi kondygnacjami schodów, kiedy leciałam na siódme piętro. Ułożył skandaliczną piosenkę na temat moich włosów (matka by się z nim zgodziła) i wlepił mi w nie zaczarowaną gumę do żucia, która rozrastała się za każdym razem, kiedy próbowałam ją wyciągnąć. Musiałam wracać na dół do skrzydła szpitalnego, bo nie znam przeciwzaklęcia.
Co prawda mogłabym poprosić o pomoc Imeldę, ale nikomu nie wyjawiłam prawdziwego powodu, przez który zaczęłam naukę w dopiero na siódmym roku. Powiedziałam, że uczyłam się w domu, a Imelda założyła, że magii. Gdybym przybiegła do niej z połową włosów zaklejoną gumą do żucia, pewnie wzbudziłabym podejrzliwość.
Przemyślałam Twoje słowa. Wątpię, że do świąt zdążę zmienić nastawienie do rodziców, ale jeśli chcesz, możemy umówić się na wyjazd do Londynu po Wigilii. Spędzilibyśmy tam resztę wolnego, co ty na to? Do Hogwartu wraca się pociągiem jadącym z King's Cross, na koniec wyjazdu mógłbyś odprowadzić mnie na peron.
Ranni, Wysłanniczka Mrocznego Księżyca.
Mimo że wszyscy uczniowie przyjęli nadejście weekendu z ulgą, dla mnie niewiele się zmieniło. Wdrożenie w życie planu zakładającego nadrobienie pięciu lat nauki w czasie roku było piekielnie stresujące. Z teorią poradzę sobie bez problemu, ale po kilku dniach nauki odkryłam, w czym przypominałam niemal mugolkę. Sztuka warzenia eliksirów w połączeniu z praktyką obrony przed czarną magią przerażała mnie bardziej niż obliczenia z fizyki kwantowej.
– Do kogo piszesz? – spytała siedząca obok Imelda. Ogrzewała wyciągnięte ku rozpalonemu kominkowi ręce, a przez jej kolana leżał wyciągnięty Filet.
– Do Gniewka, kolegi z Polski. – Ukradkiem podrapałam kota po brzuchu, a w zamian otrzymałam głośne mruczenie. – Obiecałam, że będę pisać co tydzień, ale nawet na to nie potrafiłam znaleźć czasu.
– Złamiesz biedakowi serce – wtrącił Cassius, zasłaniając zmrużone oczy. Zwykle ułożone włosy miał w nieładzie, a poszarzała skóra kontrastowała z cieniami pod oczami.
– Tylko się przyjaźnimy… A ty co robiłeś w nocy?
– Pił. – Arlo wyglądał równie niewyraźnie. Z okularami przekrzywionymi na nosie niemrawo siedział w fotelu, oszołomiony wydarzeniami poprzedniego dnia. – Załatwił ognistą whisky.
– Po to zapraszaliście nas do dormitorium? – rzuciła zbulwersowana Imelda. Emocje przeniosła w intensywne głaskanie Fileta, któremu oczy niemal wychodziły z orbit. – Żeby podwójnie zakpić z odznaki prefekta naczelnego?
– Nie przesadzaj. – Cassius przykrył twarz poduszką przed intensywnymi promieniami słońca. – Nikt nie liczył, że akurat ty przyjdziesz. Myślałem, że Wanda nie jest aż taka sztywna.
– Brak czasu na imprezowanie, wybacz – wymamrotałam, skonfundowana. Skąd wpadło mu coś takiego do głowy? – Mam sporo materiału do nadrobienia.
– Nauka nie ucieknie, a tak możesz czuć się współwinna mojemu zgonowi.
– Niby czemu?
– Jakbyś przyszła, butelka ognistej byłaby podzielona na dodatkową osobę i wypiłbym mniej.
– Ale ja za bardzo nie piję – usprawiedliwiłam się po części z rozbawieniem, po części jeszcze bardziej zdumiona, bo Cassius spojrzał na mnie jak na przybyszkę z innej planety.
Nie piję w towarzystwie nieznanych chłopaków – pomyślałam to, co tak naprawdę chciałam powiedzieć. Darzyłam Cassiusa sympatią, ale znaliśmy się ledwie trzy tygodnie. Za punkt honoru obrał podbijanie damskich serc w Hogwarcie, więc pójście do ich dormitorium bez Imeldy mogłoby skończyć się nieciekawie. Cassius na trzeźwo miał tendencję do przesadnego spoufalania się – kto wie, co by mu strzeliło do głowy po ognistej whisky.
Mimo to nie wahałam się długo, kiedy Corvus zaproponował mi łyka płynnej odwagi chwilę przed tym, jak zabrał mnie na lot dookoła zamku… Tamta sytuacja była inna – pragnęłam zbuntować się przeciwko matce i skorzystać z jednej z niewielu okazji do życia niczym normalna nastolatka. Poza tym wtedy sądziłam, że los drugi raz nie postawi przede mną podobnej szansy.
Nie miałam okazji sprawdzić terminu legilimencji w podręczniku, ale żywiłam szczerą nadzieję, że Imelda nie potrafiła czytać w myślach.
– Skąd mieliście alkohol? – spytałam, zaklejając kopertę z listem, a Arlo i Cassius wymienili spojrzenia.
– Nieważne – odpowiedzieli równocześnie.
Imelda przypatrywała się im ze zmrużonymi oczami.
– To bardzo dobre pytanie. – Splotła ręce na piersi, nie spuszczając z nich wzroku w sposób, który często widywałam na twarzy matki. To podobieństwo mnie poraziło. – W zeszłym roku zaopatrywał was Trimble, ale przecież w tym już go nie ma. Ten tępy troll nie zdał ani jednego owutema…
– Nie obrażaj człowieka legendy – powiedział stłumionym głosem Cassius. – Nie lubisz go tylko dlatego, że miał twoje wywody tam, gdzie słońce nie dochodzi. Może wszyscy powinniśmy brać z niego przykład.
Imelda prychnęła. Filet musiał zwietrzyć kłopoty, bo zeskoczył z jej kolan i dostojnym krokiem skierował się do dormitoriów, a jego pełne nadąsania pomruki poniosły się echem przez wąską klatkę schodową.
– Nie zmieniaj tematu – powiedziała. – Na pewno nie zaopatruje was nikt z Gryffindoru, bo zauważyłabym, że ktoś coś kombinuje.
– Zrób mi przysługę, proszę. Weź zajmij tę swoją blond czuprynkę czymś innym.
– Może ktoś ze Slytherinu? – wtrąciłam, pisząc imię Gniewka na kopercie.
Żartowałam, jednak dziwna reakcja chłopaków przyprawiała o zwątpienie. Arlo uciekł wzrokiem, a Cassius zamarł, mimo że dopiero co czarował uśmiechem obserwujące go dziewczyny. Imelda wyglądała niczym smoczyca bliska przerobienia ich na kupkę popiołu.
– Jesteście niepoważni! Ślizgoni wysłali moją siostrę do skrzydła szpitalnego, a wy kupujecie od nich alkohol? – Wbiła paznokcie w oparcie kanapy. – Powiedzcie chociaż, że to nikt z siódmego roku.
Odpowiedziała jej grobowa cisza. Arlo wydawał się pragnąć wsiąknięcia we wnętrze fotela, a Cassius miał minę jak po zdzieleniu z obucha w głowę.
– Jesteście… – Przełknęła epitety, które musiała mieć na końcu języka. – Jak możecie kupować od niego cokolwiek?
– Od kogo? – spytał wyzywająco Cassius, gotów od razu zarzucić Imeldzie brak racji, ale głos mu zadrżał.
– Od kogo, od kogo? Od Rowle'a, a od kogo! Jaki inny Ślizgon ma nielimitowany dostęp do Hogsmeade pod pretekstem pracy w aptece? Czy ktoś wam wcisnął łby w kociołek z eliksirem debilizmu?!
– Nic od nikogo nie kupowałem – odezwał się nieśmiało Arlo. – Ja tylko piłem.
Sfrustrowana Imelda krzyknęła krótko, wyrzucając ręce w powietrze. Zerwała się z kanapy, wrzuciła swoje rzeczy z powrotem do torby i wyleciała z pokoju wspólnego niczym tornado, ciągnąc mnie za sobą.
– Niewiarygodne! Czy oni są normalni? – wykrzyknęła, gdy przechodziłyśmy przez tunel prowadzący do portretu Grubej Damy. – Jakim cudem Cassius wylądował w Gryffindorze? Tiarze Przydziału mózg wyżarły mole!
Pocieszał mnie fakt, że nie byłam jedyną osobą z naszej grupy, która utrzymywała nieodpowiednie kontakty z Corvusem, ale cała ta sytuacja wydawała mi się zastanawiająca. Cassius zdradzający własne ideały dla butelki whisky? W to mogłam uwierzyć, ale Corvus? Gdyby nie pochodził z czystokrwistej rodziny, uznałabym, że desperacko potrzebuje pieniędzy. To zachowanie nie miało sensu.
Czy naprawdę było coś tak nieodpowiedniego w pogawędce raz na jakiś czas? Dla Imeldy z pewnością tak, co tylko podkreślała jej umiejętność nieskończonego wylewania coraz to wymyślniejszych wiader pomyj na Cassiusa. Puszczałam te wywody mimo uszu aż pożegnałyśmy się pod Wielką Salą. Imelda poszła zabrać kilka rzeczy z dormitorium przed wyjściem do Hogsmeade, a ja planowałam wysłać list do Gniewka i odwiedzić Knedla, zanim wymyślę pretekst, żeby przetrzepać zawartość schowka apteki.
Dotarłam do chatki skąpanej w złocistych promieniach słońca, widząc ich z daleka. Knedel nieustannie krążył wokół dyniowych grządek i z pasją rozganiał wrony, poszczekując donośnie. Hagrid wieszał na sznurze martwe fretki, na których widok ścierpła mi mina.
– Siemasz, Wando, niezły mamy dzionek, nie? – zagaił, uśmiechając się ciepło. Jego okrągłe policzki różowiły się od wysiłku. – Widzisz, przydał się na co ten szajbus!
– Co takiego?
Pogłaskałam skaczącego po mnie psa.
– To on wywęszył tego Puchona, co się skonfundowany włóczył po Zakazanym Lesie – powiedział z dumą Hagrid, patrząc na futrzaka z czułością. – Poszliśmy se z samego rańca na przechadzkę do lasu, a jak tylko żeśmy próg przekroczyli, pysk mu się nie zamykał… Poleciał w bok i tak żeśmy znaleźli tego biednego Tobbsa… – Machnął ręką wielkości pokrywy od śmietnika. – Tibbsa, jak zwał tak zwał.
– O matko… Hagridzie, Zakazany Las jest chyba trochę niebezpieczny?
– A tam, nie masz się czego bać, nic się Knedlowi tam ze mną nie stanie. – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Poza tym on jest podobny do Kła, nie zapuszcza się daleko sam. Strachliwy, ale zażarty.
Coś podobnego kiedyś powiedział Gniewko. Według niego dobrałam sobie psa z identycznym charakterem – wojującego tchórza. Jak mówił, bazował tę ekspercką opinię na podstawie moich bezsennych nocy po maratonie horrorów, po którym przez tydzień ryglowałam drzwi do sypialni, a kiedy niezidentyfikowane dźwięki doprowadzały mnie na skraj wytrzymania, chodziłam po domu na zwiady, uzbrojona w pierwszą rzecz, która wpadła mi w ręce.
– Czyli nie sprawia ci kłopotów? – Nadal lekko uśmiechałam się na myśl o wspomnieniu, które zdawało się należeć do poprzedniego wcielenia.
– Gdzie tam! Ten pies wprowadził kurom musztrę! – mówił z entuzjazmem Hagrid. – Od rana je pilnuje i już nie łażą, gdzie popadnie. Jak tylko zachodzi słońce, zagania je do kurnika, mały skubaniec. Z hipogryfami też próbował, ale one se z niego nic nie robią.
Uśmiechnęłam się na wyobrażenie tego krótkonożnego futrzaka usiłującego wymusić posłuszeństwo nad majestatycznymi hipogryfami. Pocieszył mnie fakt, że nie zwracały na niego uwagi, bo pewnie porządnie uszkodziłyby go celnym kopnięciem.
Po pogawędce pożegnałam się z Hagridem, biorąc ze sobą Knedla w podróż do sowiarni. Raz po raz rzucałam mu piłkę – co prawda nie potrafiłam jej wyczarować tak jak ciocia, ale pamiętałam, by zabrać ją z dormitorium. Ucieszony psiak aportował w podskokach. Nie mógł lepiej trafić – poza pełnym wrażeń życiem u Hagrida, w Hogwarcie miał nieskończone możliwości czarowania zastępów uczniów. Jakby czytał mi w myślach, obskoczył szczebioczącą do niego grupkę dziewcząt i nie pozwalał im odejść, wystawiając spragniony pieszczot brzuch. Zainterweniowałam, odciągając go od nich za obrożę i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę.
Obawiając się, że zapędy pasterskie wezmą górę, zostawiłam futrzaka pod sowiarnią i rozpoczęłam wspinaczkę. Ze szczytu dobiegały dźwięki zbiegania na dół, a zanim zdołałam się zastanowić, z kim niedługo stanę twarzą w twarz, dobiegł mnie krótki skowyt Knedla. Obawa ścisnęła mnie za serce, więc zleciałam po spiralnych schodach, przeskakując po dwa stopnie i wyobrażając sobie, co mogło się stać. Knedel to psia ofiara losu, dlatego byłam pewna, że zastanę go z nogą zaplątaną w krzaki albo coś równie niedorzecznego.
Kiedy znalazłam się na dole, niedaleko oblizującego się nerwowo, skulonego psa zobaczyłam Ebenezera. W ułamku sekundy skoczyło mi ciśnienie, a setka najgorszych scenariuszy mignęła mi przed oczami.
– Coś mu zrobił? – krzyknęłam, pokonując ostatnie stopnie. Prawie że na niego biegłam, wymachując ręką w stronę Knedla. – Coś mu zrobił, pytałam!
Nie zdążyłam nawet zastanowić się nad tym, co zamierzałam, a nagle stałam przed wysokim na dwa metry Ebenezerem. Przyglądał mi się z góry tak jakbym była wyjątkowo odrażającym, ale zarazem intrygującym eksponatem w muzeum, co jeszcze bardziej mnie rozsierdziło.
– Mówię do ciebie!
Pchnęłam go w pierś. Ebenezer cofnął się o krok, bardziej z zaskoczenia tym, że naprawdę się do tego posunęłam, niż z wątpliwego impetu uderzenia.
– Co tu się… – Słyszałam dochodzący zza mnie nerwowy głos. – Wando!
Już miałam się obrócić, ale nie zdążyłam. Kątem oka zobaczyłam drugą postać, zanim siła zaklęcia pchnęła mnie w tył. Trzasnęłam głową w kamień i padłam na plecy, przez potwornie długi moment nie potrafiłam złapać tchu. Oblana zimnym potem automatycznie sięgnęłam za głowę, pośród włosów szukając rany. Spłynęła na mnie ulga, gdy na trzęsącej się dłoni nie zobaczyłam krwi, chociaż się jej spodziewałam.
Podparłam się na łokciu dopiero wtedy, gdy dzwoniących uszu dobiegł pełen agresji warkot. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Knedel brzmiał jak rozwścieczone zwierzę gotowe do ataku.
Mimo że Ebenezer stał w bezruchu z rękami wciśniętymi w kieszenie peleryny, czerwony promień zaklęcia pomknął w stronę psa. Podnosiłam się już z klęczek, nie wiedząc, co najlepszego chciałam zrobić – czy rzucić się na atakującą go brunetkę, czy skoczyć przed broniące mnie zaciekle zwierzę – gdy między nami a zaklęciem znikąd wyrosła tarcza obronna. Po pagórkach przetoczył się ryk:
– Dosyć, czorty małe, nie ma trzaskania się czarami!
Chwyciłam psa w objęcia i szarpałam się z zapiętym pod szyję płaszczem, żeby wyjąć różdżkę zza pazuchy. Hagrid pokonywał odległość między chatką a sowiarnią w zastraszającym tempie, jednak musiałam bronić się tu i teraz.
– Na co się gapisz? – Rozległ się dziewczęcy głos. – Puść mnie, bo i tobie się dostanie.
Poderwałam głowę, a kark przeszył mi dotkliwy ból. Ebenezer wciąż stał na uboczu, obserwując całą tę scenę z wyrazem co najwyżej uprzejmego zainteresowania, natomiast Corvus uwolnił łokieć Vulpeculi. Wreszcie wyszarpnęłam różdżkę z płaszcza, a ledwo zdążyłam ją unieść, obca siła wyszarpnęła mi ją z dłoni. Z wytrzeszczonymi oczami patrzyłam, jak w locie złapał ją… Corvus.
Miałam ochotę krzyknąć z frustracji, ale zabrakło mi sił. Płuca i kręgosłup wciąż przeszywał ból po tym, jak Vulpecula cisnęła mną jak szmacianą lalką.
– Na głowę upadłaś? – zwrócił się do siostry Corvus. – Mało ci trzaskania zaklęciami w pierwszoroczniaków, teraz musisz się na zwierzętach wyżywać?
– Chodzi ci o nią czy o psa?
– Ty…
Zdziro. To chciałam powiedzieć, kiedy skoczyłam ku niej, ale zaklęcie ponownie odepchnęło mnie do tyłu. Tym razem lekko, ale wciąż na tyle mocno, bym straciła równowagę przez plączącego się pod nogami psa i znów upadła na ziemię.
– Żałosne. – Prychnęła z odrazą. – Po co jej bronisz?
– Dość tego, wy małe czorty… – zagrzmiał Hagrid, stając między nami. Ziemia trzęsła się od jego kroków tak intensywnie, że wprawiona w drgania głowa odżyła bólem. – Pochować różdżki, ale już! Bo wam wszystkim punkty poodejmuję!
Rodzeństwo posłuchało polecenia, a Vulpecula uśmiechnęła się z pogardą.
– Spokojnie, to tylko małe nieporozumienie – powiedziała. – Już sobie wszystko wyjaśniliśmy.
Wzięła Ebenezera pod rękę i nie czekając na pozwolenie, odeszli niespiesznym krokiem w stronę zamku. Knedel nadal obszczekiwał ich, zajadle kłapiąc zębami, ale nie opuszczał mnie na krok. Hagrid łypnął groźnie na Corvusa i podszedł bliżej z podniesionym paluchem, więc zmusiłam się do wysiłku i chrapliwie wymamrotałam:
– Spokojnie, Hagridzie…
– To czemu ten skubaniec ma twoją różdżkę? – spytał, chwytając moje przedramię. Postawił mnie na równe nogi z taką łatwością, jakbym ważyła tyle co piórko.
– Żeby nie zrobiła nic głupiego, panie profesorze.
Mimo że kręciło mi się w głowie, spojrzałam na Corvusa z wyrzutem. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać, a co dopiero na niego patrzeć, więc sprawdziłam, czy Knedel był w jednym kawałku. Wciąż nerwowy psiak polizał mnie po dłoniach i wystawił brzuch, więc pogłaskałam go, drżąc na całym ciele.
– W porząsiu, Wando?
– Tak… Dziękuję, Hagridzie. Weźmiesz Knedla?
– Się wie.
Hagrid raz jeszcze spojrzał podejrzliwie na Corvusa i zostawił nas samych. Bez słowa wyciągnęłam rękę po swoją własność, czując, że jestem na skraju wytrzymałości. Wyrwałam mu różdżkę z ręki i skierowałam się z powrotem do sowiarni, a chociaż gniew gnał mnie do przodu, z każdym stawianym krokiem traciłam pewność, że dam radę dotrzeć na szczyt.
– Chyba sobie żartujesz – usłyszałam za plecami. – Musisz iść do skrzydła szpitalnego.
– Ja sobie żartuję? – Odwróciłam się z grymasem na twarzy. W czaszce ćmiło tak mocno, że ledwo to znosiłam, jednak nie potrafiłam przełknąć smaku upokorzenia z ust. – To ty mnie rozbroiłeś.
– A co chciałaś zrobić? Rzucić na nich Lumos i pokazać im, że to jedyne zaklęcie, które znasz?
Równie dobrze mógłby dać mi w twarz. Połykałam cisnące mi się na język obelgi, kiedy odwróciłam się gwałtownie z zamiarem kontynuowania wspinaczki, a głowę przeszył mi nagły ból. Podparłam się o kamienną ścianę, nogi pode mną zmiękły.
– Wyślesz ten przeklęty list później, chodź.
– Nic mi nie jest – wymamrotałam gniewnie, gdy zostałam wzięta pod ramię.
– Tak, dlatego ledwo stoisz. Poleciałaś na co najmniej dwadzieścia metrów, walnęłaś głową w kamień. Ciesz się, że Vulpecula nic ci nie połamała.
– Więc to ona, tak? Razem z Ebenezerem napadła na siostrę Imeldy.
– Masz na to dowody? – spytał. Gdzieś pośród udawanej obojętności w głosie Corvusa rozbrzmiała gotowość do konfrontacji.
– Jeszcze nie – odparłam, zadzierając głowę, żeby rzucić mu wyzywające spojrzenie.
Zatrzymał się w półkroku i delikatnie odwrócił mnie w swoją stronę.
– Na twoim miejscu zastanowiłbym się nad tym. Poważnie.
Prychnęłam, kiedy znów poprowadził mnie do przodu. Kręciło mi się w głowie, a nogi plątały jedna o drugą, co tylko sprawiło, że Corvus wzmocnił uścisk na moim przedramieniu.
– Nie mam nad czym się zastanawiać. Ta gnida zaatakowała bezbronnego Knedla… Odpłacę jej pięknym za nadobne.
Corvus zaśmiał się głucho i w tym momencie uderzyła mnie świadomość, że pierwszy raz słyszałam jego śmiech. Nie tak to sobie wyobrażałam, nie miał być nieprzyjemny i zimny.
– Rób, co chcesz. Nawet jeśli uczyłabyś się tu siódmy rok z rzędu, nie miałabyś żadnych szans z Vulpeculą. – Przybrana przez niego mina wskazywała, że miał tego serdecznie wszystkiego dość. – Nie powiem… nie jest najbystrzejsza. Właśnie dlatego tak denerwuje ją Imelda, ale za to Vulpecula nie ma sobie równych w pojedynkowaniu się. Gdyby tylko chciała, wysłałaby cię dziś do skrzydła szpitalnego w pudełku po zapałkach.
– Zaryzykuję.
– Nie wątpię – odpowiedział beznamiętnie. – Ale następnym razem mnie tam nie będzie, żeby cię uratować. A jak będę, to tego nie zrobię.
Gdybym nie słaniała się na nogach, wyrwałabym mu się. Ból bezlitośnie usiłował rozłupać mi czaszkę na pół, a podchodzący do gardła żołądek przyniósł na język kwaśną ślinę.
– Czyli będziesz jej bronił mimo tego, co robi, tak? – wymamrotałam wbrew rozsądkowi, bo w każdej chwili mogłam puścić pawia. – Choćby znęcała się nad zwierzętami, pierwszorocznymi i mugolakami, tak?
– Nie bronię jej, ale na pewno nie przyczynię się do jej nieuchronnego upadku. Póki mogę, chciałbym mieć siostrę… – Corvus prowadził mnie po schodach na pierwsze piętro z nieobecną miną. – Kiedyś taka nie była. Nie do takiego stopnia.
– Zrobiła się gorsza, odkąd poznała Ebenezera, tak?
– Można tak powiedzieć.
To niczego nie zmieniało. Nie wyobrażałam sobie troszczenia się o brata, który okazałby się żywić tak skrajnie nienawistne, obrzydliwe poglądy, nawet jeśli wcześniej nikogo nie krzywdził. Nieistotne, co było kiedyś – Vulpecula zawsze uważała się za lepszą, ale kiedy zyskała poparcie w Ebenezerze, poczuła się bezkarna. On wyjął na wierzch to, co zawsze w niej siedziało, nieważne, jak głęboko. Ważne, że siedziało.
Zatrzymaliśmy się pod uchylonymi wrotami do skrzydła szpitalnego. Wyślizgnęłam się z uścisku i oparłam o ścianę, woląc w razie upadku wybić sobie zęby. Po zdarzeniach spod sowiarni dotyk Corvusa był równie przyjemny co oplecenie przez diabelskie sidła.
– Poradzę ci ostatni raz. Zostaw tę sprawę w spokoju. Zostaw Vulpeculę i Ebenezera… Przełknij dumę, jeśli jesteś w ogóle do tego zdolna – powiedział. Starałam się dosłyszeć go przez dzwonienie w uszach.
– Daruj sobie.
– Mówię poważnie. Ebenezer posiada dar sprawiania, że przeciwstawiający mu się ludzie żałują. – Sięgnął po moje ramię, żeby wprowadzić mnie do skrzydła szpitalnego, ale zdołałam się odsunąć. – Pamiętasz, jak byliśmy w Pubie pod Trzema Miotłami?
– Mhm…
– Kojarzysz, kto cię szturchnął? Tibbs. Opowiadał, że w koszmarach włóczy się po Zakazanym Lesie… Ebenezer siedział stolik dalej. Dziwnym trafem Tibbsowi przydarzyło się dokładnie to, czego tak bardzo się bał. Chyba nie chciałabyś, żeby z tobą było podobnie?
Mimo że dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa, poświęciłam więcej uwagi wypływającemu na wierzch świadomości wspomnieniu. Malfoy zaczepił Imeldę podczas transmutacji i wyśmiewał jej przerażoną akromantulami siostrę…
– Z Perditą zrobił to samo – zauważyłam. – Bała się pająków.
– Tak, słyszałem o tym. Trafiła na listę wyłącznie przez Imeldę.
– Listę?
– Parę razy słyszałem, jak o niej mówił – odparł, wzruszając ramionami.
– Wiesz zastanawiająco dużo jak na kogoś, kto go rzekomo nie cierpi.
– Dzielę z nim dormitorium, jesteśmy razem w drużynie quidditcha. Jak już zauważyłaś, owija sobie moją siostrę wokół palca. Trudno, żeby było inaczej. – Westchnął. – To bez znaczenia. Śpieszy mi się do pracy.
Nie czekając na odpowiedź, Corvus wprowadził mnie do skrzydła szpitalnego, gdzie zostałam otoczona opieką przez panią Poppy, która niemal od razu chciała posłać sowę do cioci. Byłam skłonna błagać na kolanach, żeby odwieść ją od tego pomysłu. Poszła mi na rękę i wepchnęła mnie do łóżka, po czym napoiła przygotowaną nalewką na sen.
Przebudziłam się w środku nocy, nie od razu wiedząc, gdzie tak naprawdę się znajdowałam. Szorstka pościel, sterylny zapach unoszący się w powietrzu, cienie gromadzące się dookoła inaczej niż w pokoju wspólnym… to wszystko było obce. Usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi i zesztywniałam. Kiedy pośród ciemności dostrzegłam skradające się sylwetki, przypomniałam sobie słowa Arlo. Zaatakowanemu w zeszłym roku Locketowi złożono nocną wizytę w skrzydle szpitalnym, a teraz dwie plamy nieubłaganie zbliżały się w moją stronę.
– To ona! – wyszeptał znajomy głos.
Usiadłam na łóżku, gdy koniec różdżki Imeldy zabłysł nikłym, bladym światłem. Na jej twarzy malowała się ulga zmieszana z zaniepokojeniem, podczas gdy majaczące obok oblicze Cassiusa wyrażało niewiele więcej poza niewyspaniem.
– Na gacie Merlina, nie mogłaś poprosić pielęgniarki, żeby nam przekazała, że tu leżysz? – skarciła mnie przyciszonym głosem, jakby zwracała się do dwulatka. – Nigdy nie dotarłaś do Hogsmeade… Uznałam, że się uczysz. Wracam do dormitorium z nocnego patrolu, a ciebie nie ma w łóżku, dziewczyno! Musiałam upewnić się, czy nic ci nie jest, czy może wałęsasz się po Zakazanym Lesie jak ten Puchon, więc poleciałam po Cassiusa, a on mówi, że podobno pojedynkowano się pod sowiarnią… A ty miałaś wysłać list!
Hogsmeade! Przez ten chaos z poranka zupełnie o nim zapomniałam.
– Nie musiałaś po mnie lecieć – wtrącił mrukliwie Cassius.
– Tak, to genialny pomysł, żebym nocą łaziła sama po zamku, kiedy Ślizgoni atakują mugolaków przy każdej okazji. Zresztą, wisisz mi. – Wzniosła oczy ku sufitowi, szukając tam pokładów cierpliwości. – Co się stało? To prawda z tym pojedynkiem?
– Żeby nazwać to pojedynkiem, musiałabym w nim uczestniczyć – odparłam niechętnie, zawstydzona na samą myśl, jak zostałam potraktowana. Opowiedziałam im zwięźle, co się wydarzyło pod sowiarnią, w historii pomijając obecność Corvusa.
– No tak. – Cassius zabrzmiał na całkowicie rozbudzonego. – Oczywiście, że to Vulpecula…
– I co dalej? – dopytała Imelda.
– Hagrid ich przegonił. Musiałam zostać tu na noc przez wstrząśnienie mózgu.
– Dobrze, że tam był. – Imelda przysiadła na krześle pod rozłożonym parawanem.
– Tak, chwała Hagridowi. – Cassius niecierpliwie wywrócił oczami. – Teraz możemy już wracać do łóżek?
– Możecie, ale… Miałam pewien pomysł…
– Streszczaj się – burknął. – O świcie mam trening quidditcha.
– Nic wam nie mówiłam, bo wpadłam na to niedawno… Zanim was poznałam, w aptece cioci widziałam, jak Corvus dał coś Ebenezerowi. Wyniósł to ze składzika. Zamierzałam iść tam po wysłaniu listu, ale nie jestem pewna, czy by się udało…
– Chciałabyś pójść tam teraz, tak? – powiedział, a wcześniejsza uszczypliwość ulotniła się z jego głosu, zastąpiona zainteresowaniem.
– Tak byłoby prościej. Jest noc. Mam klucz. Wejdziemy, przeszukamy składzik i wrócimy. Nikt nie będzie nam przeszkadzał.
– Jak? Jasne, moglibyśmy przejść posągiem jednookiej czarownicy do Miodowego Królestwa, ale to proszenie się o przyłapanie na gorącym uczynku – wtrąciła Imelda, przyglądając się nam, jakbyśmy postradali zmysły. – To się nie uda.
– Jest jeszcze jedno przejście – powiedziałam cicho.
Zmarszczyła brwi, przybierając trudną do rozszyfrowania minę, a Cassius przyglądał mi się… inaczej. Miałam okazję widzieć u niego podobne spojrzenie, kiedy był przekonany, że uda się z Imeldą na „nocną schadzkę" do lochów.
– Wstawaj, tylko nie hałasuj – zadecydowała, zerkając przez ramię na gabinet pielęgniarki.
Wygramoliłam się z łóżka i kazałam im się odwrócić, gdy naprędce przebierałam się z szpitalnianej piżamy w codzienne ubrania. Ubrałam płaszcz, który czekał na mnie na krześle dla gości i byłam gotowa.
– Wiesz co, Wando? – Cassius uchylił dla nas wrota. – Cofam to, co powiedziałem rano. Wcale nie jesteś sztywna.
Pozwoliłam sobie na niepewny uśmiech, który został odwzajemniony zabójczym wyszczerzeniem zębów.
– Nie czas na pochlebstwa, ale dzięki – powiedziałam.
– Cassius, ja też tu jestem. – Imelda wsparła ręce na biodrach.
– No i co? Jeden chochlik wiosny nie czyni. Musiałabyś się nieźle postarać, żebym rozważył zmianę zdania na twój temat. A teraz panie przodem.
Pogrążony we śnie Hogwart był dla mnie czymś zupełnie wyjątkowym. Choć przemierzaliśmy dobrze znane mi już korytarze i klatki schodowe, nigdy wcześniej nie widziałam ich przy akompaniamencie takiej aury – pogrążone w ciszy, skąpane w półmroku i migotliwych cieniach pochodni, z których paliła się tylko część. Boczne hole i rzadziej uczęszczane ścieżki całkowicie pochłaniała ciemność, na szczęście nie musieliśmy się tamtędy skradać.
Po wydostaniu się z zamku półbiegiem dotarliśmy pod Wierzbę Bijącą. Imelda patrzyła na mnie jak na obłąkańca, gdy w ciszy z bezpiecznej odległości studiowałam korzenie rozbudzonego drzewa.
– Moment – powiedziałam nerwowo, mając nadzieję, że w tym miejscu mój misterny plan nie spali na panewce. Wskazałam na odstającą od drzewa bulwę. – Tak, to chyba tu. Musimy trafić w ten korzeń.
– Po co? – spytała.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Cassius posłał wiązkę zaklęcia wprost w wyznaczone miejsce. Wierzba Bijąca znieruchomiała, a na ten widok biegiem poprowadziłam ich pod ziemię. Zeszliśmy po misternych stopniach z korzeni, a kiedy tylko rozświetliłam nieprzeniknioną ciemność, zaschło mi w ustach. Przewodzenie korowodowi w wąskim tunelu nie należało do przyjemnych, szczególnie po puszczeniu wodzów wyobraźni.
– Co dalej? – spytał Cassius, gdy doszliśmy do czarnego zaułka.
Wskazałam w górę. Oboje zadarli głowy, żeby popatrzeć na złowieszczo rozwartą klapę w podłodze, a Imelda wytrzeszczyła oczy.
– Czy my jesteśmy pod Wrzeszczącą Chatą? – spytała.
– Tak.
– No, która pierwsza? – powiedział beztrosko Cassius, złączając dłonie. Przygotował się, żeby nas podsadzić, a kiedy żadna z nas nie odpowiedziała, dodał: – Wando, jakby nie patrzeć, honory powinny należeć do ciebie. Ty nas tu przyprowadziłaś.
Przytaknęłam mizernie. Wiedziałam, że im dłużej będę zwlekać, tym mniejsze szanse, że zdecyduję się na ten krok. Chwyciłam Cassiusa za ramiona, stając na jego splecionych dłoniach, i poszybowałam w górę. Z trudem wdrapałam się na podłogę, a kiedy tylko mogłam, natychmiast wydobyłam różdżkę. Rozpaliłam ją i z paniką rozejrzałam się po wnętrzu Wrzeszczącej Chaty. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, ale pojawienie się Imeldy dodało mi desperacko potrzebnej otuchy. Sporo wyższy od nas Cassius nie miał problemu doskoczyć do krawędzi ani podciągnąć się na górę, co zrobił bez wydania z siebie choćby stęknięcia. Gdy staliśmy już w trójkę na parterze, z oczu wyzierała mu ekscytacja.
– Coraz bardziej cię lubię.
Obejrzałam się na niego przez ramię, mając nadzieję, że w przełamywanej światłami ciemności nie dostrzegł delikatnego rumieńca na mojej twarzy. Nie wiedziałam, co mnie podkusiło, żeby na niego zajrzeć, ale miło słuchało się takich słów.
Przeszłam przez dziurę w ścianie i przystanęłam, nagle w głowie mając pustkę. Błąkaliśmy się po rozgałęzień korytarzy, aż wreszcie Imelda zniknęła w zdezelowanej sypialni. Cassius pochłaniał otoczenie niedowierzającym wzrokiem, podchodząc ścian, z których sypał się tynk i zwisały płaty tapet.
– Myślicie, że tu naprawdę straszy? – spytał ożywiony, a Imelda wydała z siebie lekceważące prychnięcie. Szarpnął za jedną z desek. – No co? Z jakiego innego powodu zabijaliby okna?
– Już wiem, którędy musimy iść – powiedziałam, zanim otwierająca usta Imelda wdałaby się w niepotrzebną dyskusję. – Trochę się pogubiłam, chodźcie.
Już niemal wyszłam, ale dostrzegłam ją kucającą przy kominku. Obracała pustą butelkę po ognistej whisky, a kiedy spotkała się ze mną spojrzeniem, powoli odłożyła ją na miejsce. Nie odezwała się ani słowem, Cassius natomiast niczego nie zauważył, więc wyprowadziłam ich przez wyrwę w deskach na szczypiące od mrozu powietrze. Po wspięciu się na zbocze, ujrzeliśmy wioskę. Była pogrążona w prawie całkowitej ciemności – tylko niektóre z latarni w centrum tliły się słabym światłem, wskazując drogę do apteki. Wewnątrz rozpaliłam lampę olejną, a następnie wprowadziłam przyjaciół do niewielkiego składzika.
– Ciasno, ale przyjemnie.
– Och, zamknij się, Cassius – odwarknęła Imelda.
Odnośnie pierwszego w istocie miał rację – kiedy w trójkę staliśmy w składziku, brakowało miejsca na swobodny oddech. Większość powierzchni zajmowały półki i kartony zapchane do granic możliwości zapasami najróżniejszych specyfików, a pośród tego wszystkiego kłębiliśmy się my.
– Czego szukamy? – spytał Cassius, bez przekonania zaglądając do pierwszego z brzegu pudła.
– Czegoś, co by się przydało Ebenezerowi. – Imelda stanęła na palcach, żeby zajrzeć ponad głowę blokującego jej widok Cassiusa. – Czegoś, czego nie mógłby sobie ot tak kupić w pierwszym lepszym sklepie…
– Myślicie, że warzą razem jakiś eliksir?
– Całkiem możliwe – odparła, chwytając kilka kartonów. – Rozłożę się gdzie indziej, tu nie ma miejsca.
Kiedy wyszła ze składzika, od razu zrobiło się luźniej. Uklękłam na ziemi i wzięłam się za wertowanie dolnej półki – dokładnie studiowałam etykiety, zaglądałam do mniejszych pudełeczek i z powrotem ustawiałam wszystko na swoim miejscu, by w razie czego nikt nie domyślił się, że coś było nie w porządku. Z naszej trójki bez wątpienia miałam najmniejsze pojęcie, co mogliśmy uznać za niecodzienny towar w aptece. Do teraz przerobiłam garść różnych eliksirów, więc kojarzyłam część składników, ale poza tym musiałam liczyć na ekspertyzę przyjaciół.
– Znalazłaś coś ciekawego? – mruknął cicho Cassius, kucając obok.
Pokręciłam głową. Nie wiedziałam, czego się spodziewał, jako że szukaliśmy dopiero od kilku minut, ale nie zamierzałam rozwijać wypowiedzi. Migał się od pracy.
– Wiesz… – szepnął mi wprost do ucha, a szyję owiał miarowym oddechem. – Nawet ładna jesteś.
Nawet ładna jesteś? To naprawdę wszystko, na co było go stać?
Odwróciłam się ku niemu, żeby zadać to pytanie na głos, ale Cassius źle to odebrał. Przymknął oczy i zbliżał się jakby w spowolnionym, ale nieuchronnym tempie.
Od nieproszonego pocałunku dzieliła nas sekunda, kiedy położyłam dłoń na jego piersi. Być może przez chwilę sama się do niego zbliżyłam, ale ostatecznie coś mnie powstrzymało. Nie tak sobie to wyobrażałam. Nie chciałam siedzieć na brudnej podłodze pośród zakurzonych pudeł z chłopakiem, którego może i uważałam za atrakcyjnego… w końcu usta Cassiusa wyglądały na przyjemnie miękkie… ale przecież nie chodziło o sam wygląd. Wcale się nie znaliśmy.
– Serio? – zapytałam chrapliwie, nie wiedząc, dlaczego nagle szybciej zabiło mi serce. Trzeszczenie kartonu za ścianą przypomniało, że nie byliśmy sami, więc wyszeptałam: – Naprawdę myślałeś, że dam ci się pocałować na podłodze składziku, z Imeldą za ścianą? Tak po prostu?
– A co w tym złego?
Niedomyślny, przesadnie niewinny ton głosu Cassiusa zbił mnie z pantałyku.
– Niby nic – wymamrotałam skołowana, obserwując jego usta, które nagle wykrzywiły się w szelmowskim uśmieszku. Wpadłam w popłoch, musiał zauważyć, gdzie patrzyłam. – Po prostu nie tak wyobrażałam sobie swój pierw…
Przytaknęłam dłoń do ust, gdy tylko zorientowałam się, co też najlepszego plotłam.
– Pierwszy pocałunek? – Cassius wcale nie wydawał się zaskoczony. Czy naprawdę wyglądałam na taką, co nigdy się nie całowała? Boże! – Masz rację, znam lepsze miejsce, jest tu taka herbaciarnia…
Mówił dalej, ale zamiast słuchania wyobraziłam sobie nas dwoje w Herbaciarni u pani Puddifoot, siedzących przy stoliku nakrytym różowym obrusem z białą koronką, z latającymi dookoła cherubinami, w otoczeniu falbanek, wstążek i przybierających kształt serc oparów unoszących się znad drobnych filiżanek.
Zemdliło mnie. Nie wiedziałam, czy ze stresu, czy z powodu zupełnie niepasującej do mnie propozycji spotkania. Lepsza była ta podłoga.
– …co ty na to?
Zamiast słuchać, cały ten czas patrzyłam, jak usta Cassiusa układały się w słowa, a później zdania, z których nie zarejestrowałam nic. Założył mi kosmyk włosów za ucho i ledwo wyczuwalnie musnął szyję. Gdybym stała, z pewnością zmiękłyby mi nogi.
Czy naprawdę byłam aż tak powierzchowna?
– Zastanowię się.
– Świetnie, więc jesteśmy umówieni – powiedział. Samozachwyt na jego twarzy sprawił, że nie tylko otrzeźwiałam, ale i porządnie się zirytowałam.
– Powiedziałam, że się zastanowię.
Zamiast zrozumieć swój błąd, Cassius uśmiechnął się szerzej.
– Przekonam cię.
Machnęłam ręką, nie chcąc tracić ani chwili dłużej na tę dyskusję. Próbował doprowadzić do pocałunku, mimo że w ciągu kilku tygodni znajomości nie włożył najmniejszego wysiłku poznanie mnie, a kiedy tylko się mu oparłam, nagle wyciągnął z kapelusza królika pod postacią herbaciarni. Instynkt podpowiadał mi, że to jego typowa zagrywka.
– A wy co, gołąbeczki? – Imelda zaglądała na nas zza framugi.
– Żadne gołąbeczki – odparłam, zwalczając przemożną chęć, by wywrócić oczami. – Cassiusowi nie chce się szukać.
– Nic nowego… Chyba coś znalazłam, chodźcie.
Popatrzeliśmy po sobie i podążyliśmy za Imeldą do głównego pomieszczenia sklepu. Na boku lady piętrzyła się zawartość kartonów, a na środku rozsypany był biały pył.
– Co to takiego? – spytałam.
– Nie wiem – odpowiedziała. – Wygląda na to, że coś twardego zostało starte w moździerzu…
Razem z Cassiusem pochyliliśmy się nad niezidentyfikowaną substancją. Dotknęłam jej – część była dokładnie starta na proch, część pozostawała w formie nieustępujących pod naciskiem, nieregularnych w kształcie grudek.
– Minerał? – mruknął Cassius, powtarzając moje ruchy.
– Może wzięlibyśmy to z powrotem do zamku i spróbowali zidentyfikować? – zaproponowałam, chociaż nie wiedziałam, czy istniał na to sposób.
– Tak. Spróbuję ustalić, z czym mamy do czynienia. – Imelda, przesypała drobną garść do mieszka, a następnie resztę odłożyła z powrotem do oryginalnego pojemnika. – No, posprzątajmy i możemy wracać do zamku.
