Biegłam na oślep pustymi korytarzami lochów, a łzy przesłaniały mi widok. Chociaż już dawno oczywistym stał się fakt, że Ebenezer wcale mnie nie gonił, raz po raz oglądałam się przez ramię, przerażona, że go tam zobaczę. Zduszony okrzyk wyrwał mi się z piersi, gdy ktoś chwycił mnie za rękę i pociągnął w głąb pomieszczenia. Z uderzałam na oślep, szarpiąc się w słabnącym uścisku.
– Na gacie Merlina, skończ! Wando!
Otworzyłam oczy i mocniej przylgnęłam plecami do kamiennej ściany, mając przed nosem twarz Corvusa. Puścił mnie ze zmrużonymi oczami, spodziewając się kolejnego ciosu.
– Co ci odbiło? Czemu nie odpisywałaś?… – pytał z wyrzutem, rozmasowując sobie skroń. Dopiero po chwili w jego oczach zabłysło zrozumienie, gdy ogarnął mnie wzrokiem. – Co się stało?
Zamiast odpowiedzieć, skrzywiłam się. Gniewnym ruchem otarłam mokre policzki, jakby łzy były czymś wstrętnym, i osunęłam się po ścianie na zimną posadzkę. Corvus od razu kucnął obok i odwrócił moją dłoń wnętrzem do góry.
– Skąd ta krew?
Pokręciłam głową, nie potrafiąc wydusić z siebie chociaż słowa. Gdybym potrafiła, czy chciałabym mu cokolwiek powiedzieć? Zostawił mnie z nim samą, mimo że znał go o wiele lepiej niż ja, niż ktokolwiek, skoro sam był jego ofiarą.
– Skaleczyłaś się?
Zaglądał mi głęboko w oczy, jakby starał się wyczytać z nich odpowiedź. W ciszy obgryzałam poranione wnętrza policzków, podczas gdy Corvus wyjął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Z obojętnością przypatrywałam się, jak rana po ostrym fragmencie przeszklonej witryny stopniowo znikała. Zasklepiła się, ale pozostał po niej różowy, tkliwy ślad.
– Co to jest?
Patrzył na mój wystający zza rękawa swetra posiniaczony nadgarstek.
– A na co to wygląda? – odparłam gorzko, siląc się na spokój, chociaż te wszystkie pytania doprowadzały mnie do szału.
Usiadł naprzeciwko w wąskim korytarzu prowadzącym do wnętrza komnaty, obracając różdżkę między palcami. Każdą głuchą sekundę jego milczenia przyjmowałam z radością. Niech go nie przerywa.
– Nie sądziłem, że cokolwiek ci zrobi – wymamrotał, niepewnie patrząc na mnie spode łba. Szybko spuścił pełny winy wzrok. – Przepraszam, naprawdę, ja…
– Na nic mi twoje przeprosiny. Slughorn wszystko wypaplał. Ebenezer wiedział, że nie potrafię praktycznie nic… I wie o… – Odchrząknęłam. O nas? – O tobie i o mnie. Że się przyjaźnimy.
Ostatnie słowo wypowiedziałam bez przekonania. Czy po dzisiejszych wydarzeniach będę chciała jeszcze tej przyjaźni?
– I co dalej? – spytał niewyraźnie. Wyglądał, jakbym dopiero co wymierzyła mu siarczysty policzek.
– Nic ciekawego.
– Nic ciekawego? Wando, siedzisz tu z gniazdem na głowie i jesteś cała posiniaczona – wyrzucił napastliwie, ale nie podniósł głosu. Wygładziłam włosy, kiedy przybrał skwaszoną minę. – Mnie możesz powiedzieć. Opowiedziałem ci, co zaszło we Wrzeszczącej Chacie.
– Dusiłeś to w sobie latami. Może ja też chcę się pomarynować w swojej traumie.
– To co innego. Ty w jego oczach jesteś bezbronną mugolaczką z brakami w nauce. Nie masz lat, a tym bardziej luksusu milczenia.
Zamknęłam oczy, opierając głowę o zimną ścianę.
– Nie mam też luksusu decydowania, czy komuś to zgłoszę.
Gdy na powrót uniosłam powieki, Corvus siedział pochylony w moją stronę i przyglądał mi się ze współczuciem. Poruszył się, jakby zamierzał chwycić mnie za dłoń, ale błyskawicznie się odsunęłam. Na wierzch wzburzonej podświadomości wypłynęło obrzydliwe wspomnienie Ebenezera pokazującego, jak poprawnie wykonać ruch przy rzucaniu Reparo.
Rano zareagowałabym inaczej na gest Corvusa. Chciałabym go, czekałabym, aż nasze ręce się splotą, a potem rozmyślałabym nad ciepłym dotykiem, skórą… czy była gładka, miękka, a może taka jak Cassiusa, ze zgrubieniami i pęcherzami od gry w quidditcha?
Zamrugałam szybko, próbując odgonić cisnące się do oczu łzy. Zostałam zdradzona.
– Czym ci zagroził? – Wyrwał mnie z przemyśleń cichym pytaniem, opierając się o ścianę, a na jego twarzy na krótko zawitał grymas zawodu.
– Wspominał coś o futrze z lisa…
Corvus prychnął, ale cień przemknął tuż pod powierzchnią jego twarzy. Ten moment wystarczył, bym rozpoznała obawę.
– Nie martw się, nie zrobiłby tego. To przekroczenie pewnej granicy… Poza tym Knedel jest z profesorem Hagridem.
– Wcześniej też myślałeś, że Ebenezer nic mi nie zrobi. – Rzuciłam mu pełne wyrzutu spojrzenie. – Czemu akurat on miałby oszczędzić psa, skoro nawet twoja ukochana siostra bez wahania przekroczyła tę granicę?
– Nie rozmawiamy teraz o Vulpeculi. Nie ma nic wspólnego z tym, co zrobił ci Ebenezer.
Zaśmiałam się cicho, nie wierząc, że naprawdę dalej zamierzał jej bronić.
– W przyszłości pewnie będzie miała.
– Nie. Pytałem ją o to. To nie ona.
Nie potrafiłam wyzbyć się ze spojrzenia drwiny. Kiedy tylko powiedziałam mu, że dwie osoby były zamieszane w atak na siostrę Imeldy, od razu sam pomyślał o Vulpeculi, a teraz nagle jej wierzył? Niedorzeczne.
– Corvusie, błagam… Czy to naprawdę niemożliwe, że osoba znęcająca się nad zwierzętami, pierwszoroczniakami i mugolakami byłaby zdolna do kłamstwa?
– Nie wiesz, o czym mówisz. Nie znasz jej – powiedział, a w jego słowach rozbrzmiało nieme ostrzeżenie.
Czasami zazdrościłam mu tej umiejętności kontroli, jednak teraz jawiła mi się jako obłuda, fałsz. Skoro chciał bronić siostry, czemu tego nie robił? Pragnął tego, widziałam to ciskającym gromy spojrzeniu. Co go powstrzymywało?
– Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że to ty przestałeś ją znać? – spytałam. – Nie jesteś naiwny. Na pewno wiesz, że już tak łatwo nie przychodzi ci wierzenie w jej kłamstwa… Może nadszedł czas, żeby pogodzić się z utratą siostry.
Kiedy sens moich słów wsiąkł, Corvus przybrał najbardziej zblazowaną minę ze swojego repertuaru i bez słowa pożegnania wyszedł z komnaty.
Po doprowadzeniu się do porządku w pobliskiej łazience powędrowałam na siódme piętro. Z każdym pokonywanym stopniem byłam coraz bliżej poddania się, chciałam paść pod siebie – niech magiczne kondygnacje zaniosą mnie tam, gdzie im się żywnie podoba. Jedynie wyobrażenie bezpiecznego kokonu z pierzyny pchało mnie do przodu, jawiąc się jako wybawienie od świata zewnętrznego.
Zatrzymałam się przed portretem Grubej Damy, niemalże depcząc przewiązane fikuśną wstążką pudełko.
– Co za idiota tego zapomniał?
– Och, nie wiem, drogie dziecko – powiedziała. – Skoczyłam do koleżanki na wino i kiedy wróciłam, już to tu leżało.
Zamierzałam odłożyć podniesiony prezent na parapet pobliskiego okna, ale zamarłam w pół kroku. Do różowej wstążki przymocowana była karteczka z imieniem Imeldy.
– To dla mojej koleżanki – mruknęłam, napotykając ciekawski wzrok Grubej Damy. Jej spragniona plotek mina skutecznie grała mi na nerwach. – Vetiti Fructus.
Rama portretu odskoczyła od ściany, ukazując tunel prowadzący do pokoju wspólnego. Arlo siedział w fotelu, czytając Proroka Codziennego, a Cassius leżał na kanapie, raz po raz łapiąc magiczną piłeczkę przypominającą miniaturową wersję kafla. Chociaż nie wkładał siły w rzucanie nią, szybowała wysoko pod sam sufit i spadała gwałtownie.
Położyłam paczkę na stoliku kawowym między chłopakami.
– To Imeldy. Dacie jej to, jak przyjdzie?
– Zaraz powinna być, skoczyła do skrzydła szpitalnego – powiedział Arlo, bardziej zaprzątnięty artykułem o chińskich kąsających sałatach niż zwracaniem na mnie uwagi.
– A co z lata… – zaczął Cassius, ale uciszyłam go miażdżącym entuzjazm gestem.
– Źle się czuję, idę się położyć.
Pomaszerowałam do opustoszałego dormitorium i zakopałam się głęboko w pierzynie. Skuliłam się pod wpływem nabierających na sile emocji z rana. Jeszcze po spotkaniu z ciocią byłam przekonana, że cały dzień zepsuje mi pogadanka z profesorem Slughornem na temat miernych wyników z eliksirów, ale teraz wydawało się to dziecinną błahostką. Nie mogłam też opędzić się od dziwnego poczucia winy, jakbym to ja była wszystkiemu winna, jakbym wywołała wilka z lasu, rozmawiając z Janą o Ebenezerze.
Łzy spłynęły mi po nosie. Ból wciąż dudnił mi z tyłu głowy w miejscu, w którym chwytem za włosy szarpano mną jak śmieciem. Doskwierające sińcami nadgarstki przypominały, jak skrajnie bezbronna byłam zamknięta sam na sam z Ebenezerem. Tam mogło wydarzyć się wszystko…
Pociągnęłam nosem, odpychając od siebie przyprawiające o mdłości scenariusze. Ebenezer nie potrzebował magii ani zaklęć, by przysporzyć cierpienia, napędzić strachu i skutecznie zamknąć mi usta. Im dłużej leżałam pod kołdrą, tym lepiej rozumiałam perspektywę Corvusa. Już wiedziałam, dlaczego wolał współpracować niż się przeciwstawiać.
Wydawało mi się, że usłyszałam wołanie. Zdjęłam kołdrę z głowy, otarłam łzy i nasłuchiwałam.
– Wando, chodź tu!
Niechętnie wygramoliłam się z łóżka, chociaż długo nad tym debatowałam. Gdyby to był Cassius, na pewno bym nie wstała, ale w głosie Arlo rozbrzmiewała panika. Wystawiłam głowę za drzwi dormitorium i raz jeszcze wytarłam twarz, wołając:
– Czego chcesz?
Nie odpowiedział, ale usłyszałam cichy płacz dochodzący z pokoju wspólnego. Zbiegłam ze schodów. Na dywanie pod kominkiem kuliła się poczerwieniała z emocji Imelda, obok niej stał spetryfikowany ze zdumienia Cassius, a Arlo wyglądał niczym duch, kiedy zapytał:
– Skąd miałaś tę paczkę? Kto ci ją dał?
– Nikt – wymamrotałam zbita z tropu, odnajdując temat rozmowy nadal na stoliku kawowym, ze zdjętym wieczkiem. Stąd nie widziałam, co się w nim znajdowało. – Pudełko leżało zaraz pod portretem Grubej Damy… Nie wiedziała, kto je przyniósł.
Niepewnie postąpiłam o krok do przodu, posyłając Arlo pytające spojrzenie, ale on tylko ukrył twarz w dłoniach. Wyciągnęłam szyję, by zajrzeć do wnętrza pudełka i od razu tego pożałowałam.
Gdybym nie przytrzymała się oparcia kanapy, runęłabym Cassiusowi pod nogi. Zawartość żołądka podeszła mi do gardła. Mimo zamknięcia oczu pod powiekami widziałam wyraźny, wryty w mózg widok spreparowanej skóry pokrytej z wierzchu białym futrem.
– Kto zrobiłby coś takiego? – spytał drżącym głosem Arlo. Chodził z kąta w kąt, unikając naszych spojrzeń, z każdą sekundą blednąc jeszcze bardziej, co zdawało się niemożliwe.
– Ktoś, kto za to odpowie – powiedział Cassius. Starał się zabrzmieć nieporuszenie, ale nie pozostał odporny. Z obrzydzeniem na twarzy z powrotem nałożył wieczko na pudełko i zamknął je dokładnie, jakby szczątki Fileta mogły wyskoczyć ze środka.
– To Ebenezer. – Uklękłam obok płaczącej na dywanie Imeldy i z troską dotknęłam jej trzęsącego się ramienia. – Wcześniej mówił, że podobają mu się futra z lisów, sugerując… Nie sądziłam, że byłby do tego zdolny…
– Co? – Cassius sapnął z oburzeniem. – Musisz powiedzieć ciotce.
Wzięłam łkającą Imeldę w objęcia, zanim powiedziałam:
– I co by mu za to zrobiła? Do niczego się nie przyznał, tylko stwierdził, że lubi futra. To wszystko. Żaden z tego dowód… – Głos uwiązł mi w gardle. – Przynajmniej wiemy już, kto stoi za atakami na mugolaków. Poczuł się pewnie i dlatego tak bezpośrednio próbował mnie zastraszyć…
– Nieważne, że to niczemu nie dowodzi. To wszystko zaszło za daleko. Może i nic Ebenezerowi nie zrobią, ale twoja ciotka będzie wiedzieć, będzie go obserwować i…
– Przecież od razu pójdzie z nim porozmawiać! – Popatrzyłam na niego jak na wariata. Nic nie rozumiał. – Ebenezer pokapuje się, że doniosłam i…
– To odeślij psa z powrotem do domu i jej powiedz! – krzyknął, wyrzucając ręce w powietrze. – Wtedy niczym ci nie zagrozi!
– Nie, wtedy tylko będę pierwsza na liście do odstrzału! Nie ma szans, nikomu o tym nie powiem. Musimy po prostu… – Urwałam, gdy Imelda nagle zerwała się na równe nogi, chwyciła pudełko i wybiegła z pokoju wspólnego. Sweter miałam mokry od łez w miejscu, do którego wcześniej przyciskała zapłakaną twarz. – Musimy wziąć się do roboty. Koniec z głupotami.
Cassius pomógł mi wstać z podłogi.
– Co chciałabyś zrobić? – spytał.
– Mam pomysł, ale nie wiem, na ile mógłby wypalić… – powiedziałam mrukliwie, a zalążek planu formował mi się w umyśle, przybierając coraz to wyraźniejsze kształty i kolory. – Jesteście w Klubie Ślimaka?
Obaj pokręcili głowami.
– Nie, ale Imelda jest. – Ledwo słyszałam ciche słowa Arlo. – Nie wyobrażam sobie, żeby miała ochotę na herbatkę u Ślimaka po czymś takim…
– W trakcie spotkania mogłabym spróbować wejść do pokoju wspólnego Ślizgonów – rzuciłam rozemocjonowana, widząc to oczami wyobraźni. Czułam, że to wykonalne. – Ciocia mówiła, że Ebenezer jest ulubieńcem Slughorna, więc na pewno nie odpuszcza sobie tych imprez. Imelda obserwowałaby, czy aby na pewno nie wychodzi wcześniej, a ja w tym czasie zakradłabym się do jego dormitorium i spróbowała coś tam znaleźć…
– To nie byłby zły pomysł, gdyby nie prosty fakt, że ani nie znasz hasła, ani nie jesteś Ślizgonką. Myślisz, że nikogo nie zainteresuje pojawienie się mugolaczki pośród nadętych dzieciaków Śmierciożerców? – spytał z powątpiewaniem Cassius, padając na kanapę.
– Hasło może okazać się niepotrzebne. Wystarczy poczekać na grupkę pierwszoroczniaków, którzy nie kojarzą wszystkich uczniów i wejść za nimi do środka. Z kolei Imelda ma transmutację ludzką w małym palcu.
– A jeśli ktoś byłby w dormitorium? – spytał Arlo.
Tak daleko nie wybiegłam jeszcze myślami, chociaż gorączkowo starałam się znaleźć odpowiedź na to pytanie.
– Łajnobomba i po sprawie – powiedział Cassius, patrząc na mnie niewidzącym wzrokiem. Podobnie jak ja musiał w głowie opracowywać plan. – Nie mamy pewności, że cokolwiek tam jest. To może być równie wielki niewypał co z apteką.
– Niekoniecznie – odparłam, posyłając mu błagalne spojrzenie. Potrzebowałam go po swojej stronie. – Skoro w sklepie nic nie było, szanse na znalezienie tego w ich dormitorium są znacznie większe.
– No dobra, a kiedy jest następne spotkanie Klubu Ślimaka? – Arlo oparł się łokciami o kanapę. Wpatrywał się w stolik, jakby widział na nim widmo pudełka.
– Imelda mówiła, że chyba jakoś za dwa tygodnie… – mruknął cicho Cassius, w dłoniach obracając miniaturowego kafla. – Dałoby nam to trochę czasu na przygotowania… i przemyślenie tego wszystkiego… A ty – wskazał na mnie ostrzegawczo palcem – wybij sobie z głowy, że pójdziesz tam sama. Imelda będzie pilnować Ebenezera na przyjęciu, Arlo zostanie na korytarzu jako czujka, a ja idę z tobą.
Nie zamierzałam protestować. Gdyby nie poranne wydarzenia, nie uśmiechałoby mi się współpracowanie z Cassiusem, ale po tych wszystkich okropnych przejściach patrzyłam na niego ze szczerą wdzięcznością.
Ciekawe, jak zareagowałby Corvus na wiadomość o moim planie – pewnie nie zaoferowałby towarzyszenia mi w przeszukiwaniu prywatnych rzeczy Ebenezera. Nie, Corvus powiedziałby, że mam trzymać się od tego wszystkiego z daleka, podczas gdy Cassius zamierzał wesprzeć mnie, Imeldę i resztę mugolaków w próbie zaprowadzenia sprawiedliwości.
Poczułam ciężar w kieszeni. Zajrzałam w jej głąb, nie zamierzając wyciągać fałszoskopu przy chłopakach. Zmrużyłam oczy, z wysiłkiem starając się rozczytać, jakie słowa widniały na srebrnej obręczy.
„Wiem, że to nic nie zmienia, ale naprawdę przepraszam. Żałuję."
Nigdy nie odpisałam na tę wiadomość (ani na żadne kolejne – Corvus wypytywał, czy potrzebuję pomocy z eliksirami), a następny tydzień minął w ponurej atmosferze. Chociaż mieliśmy zalążki planu, który zdecydowanie zdołał wyrwać Imeldę z żałoby i pobudzić w niej determinację, nie było nam łatwo. Morale spadały łeb na szyję, szczególnie po kameralnym pogrzebie urządzonym przez Hagrida na skraju Zakazanego Lasu. Na domiar złego w środku tygodnia po Hogwarcie zaczęły krążyć pogłoski na temat kolejnego mugolaka, który padł ofiarą okrutnego żartu. Nieznany mi Puchon, zakneblowany i spętany czarem, został zamknięty w wygłuszonym zaklęciem schowku na miotły w najmniej uczęszczanej części lochów. Co prawda nie stało mu się nic poważnego, był wyłącznie odwodniony i głodny, ale to wydarzenie podkopało nasze poczucie bezpieczeństwa.
Przebudziłam się ze zduszonym krzykiem, kurczowo chwytając brzegi kołdry. Imelda ani drgnęła, pogrążona w głębokim śnie podobnie jak reszta dziewczyn z dormitorium, tylko jedna z nich wydała z siebie skonfundowany pomruk. Koszmar pamiętałam jak przez mgłę, jednak czułam, że musiał dotyczyć Ebenezera. W ostatnim tygodniu na przemian śnił mi się albo on, albo wnętrze pudełka przewiązanego fikuśną różową wstążką.
Sięgnęłam do szuflady półki nocnej, skąd wyjęłam różdżkę i szepnęłam Lumos. Wątły płomień rozświetlił teraz pogrążone w półmroku dormitorium. Obserwowałam nieruchome sylwetki dziewczyn w łóżkach, wpatrywałam się w każdy obcy kształt i cień, desperacko łaknąc potwierdzenia, że nikt inny nie znajdował się z nami w pokoju.
Potarłam tył głowy w miejscu, w którym Ebenezer trzymał mnie za włosy w klasie eliksirów, a serce zaczęło uspokajać swoją gonitwę. Już miałam odłożyć różdżkę z powrotem do szuflady, gdy kątem oka zobaczyłam białą smugę w okolicy drzwi. Coś drobnego przecisnęło się przez szczelinę nad posadzką i ze świstem wylądowało na kołdrze.
Ze zmarszczonymi brwiami sięgnęłam po samolocik i rozprostowałam papier. Sporządzony trudnym do rozszyfrowania pismem napis głosił: „Zejdź na dół".
W pierwszej chwili zlękłam się, że w pokoju wspólnym czekał na mnie Ebenezer, jednak nie miało to żadnego sensu. Jakby tu wszedł? Skąd znałby hasło? Dlaczego chciałby wyciągnąć mnie w środku nocy z łóżka?
Coś z tyłu głowy podpowiedziało mi, że nie mógłby mieć tak brzydkiego, typowo chłopięcego pisma. Z pewnością pisał kursywą, elegancko i z zawijasami, żadnym ruchem pióra nie pozwoliłby sobie zdradzić pośpiechu, który wyzierał z tego skrawka pergaminu.
Chociaż zastanawiałam się, czy dobrze robiłam, ciche i ostrożne ruchy świadczyły, że już podjęłam decyzję. Przebrałam się w coś bardziej odpowiedniego niż składająca się z bielizny i luźnego t-shirtu piżama, i wymknęłam z dormitorium jak najbardziej bezgłośnie się dało. Zeszłam po schodach, a zanim zajrzałam ciekawsko do pokoju wspólnego, przeczuwałam, kogo tam zastanę.
Cassius siedział na kanapie pod słabo żarzącym się kominkiem. Wyciągnął rękę na oparciu i poklepał je na znak, żebym do niego dołączyła, na co w wahaniu zagryzłam wargi. Mogłabym usiąść na fotelu, ale kiedy tylko ogień gasł, temperatura w pokoju wspólnym szybko spadała. A Cassius miał koc.
Dosiadłam się do niego i pozwoliłam, by okrył mi nogi, co zrobił nad wyraz skrzętnie. Kiedy pochylał się ku mnie, poprawiając przyjemnie rozgrzane przykrycie, zauważyłam, że między jego bokiem a poduszką leżała wciśnięta butelka kremowego piwa.
– Skąd wiedziałeś, że nie śpię? – spytałam nieco zmieszana faktem, że stykaliśmy się nogami.
– Nie wiedziałem. Słyszałem coś na górze, a Imelda wspominała, że budzisz je wszystkie koszmarami… – Wzruszył ramionami, podczas gdy przeklinałam ją w myślach. Skąd wzięła czelność, aby to wypaplać? – Nie masz się czego wstydzić, mnie też śni się to pudełko.
Cassius przyglądał mi się z mieszaniną zaciekawienia i oczekiwania. Nie powiedziałabym, że należał do typu chłopaka, który chętnie dzieliłby się z innymi swoimi oznakami słabości. Nawet wtedy, kiedy wszyscy tkwiliśmy w głębokim szoku i obrzydzeniu losem Fileta, Cassius starał się sprawiać wrażenie nieporuszonego. Dlaczego więc o tym wspominał?
– Śniło ci się to dzisiaj? – spytałam, próbując niepostrzeżenie zmienić pozycję na wygodniejszą, bo czułam zaczątki skurczu w łydce. – Dlatego tu siedzisz?
Cassius przytaknął i przysunął się trochę bliżej, siadając ukosem. Niespodziewanie wciągnął mi nogi na swoje ciepłe kolana.
– Tak wygodniej? – mruknął takim tonem, jakby wcale nie zrobił czegoś szczególnie poufałego. Kiedy nie znalazłam w sobie żadnych słów odpowiedzi, wyciągnął ku mnie butelkę. – Chcesz?
Przystałam na to, a Cassius schował ręce pod koc. Poczułam palący dotyk tuż nad kolanami i chociaż wiedziałam, co poczuję w ustach, pociągnęłam łyk.
– Ognista. – Głos miałam ochrypły, a twarz wykrzywioną w grymasie. Jeszcze moment temu myślałam, że jestem przygotowana ekstremalne doznania, ale się przeliczyłam.
– Na poprawę nastroju. Chyba nam wszystkim by się to przydało.
Kształtne wargi miał delikatnie rozchylone, a jego osobliwe spojrzenie ślizgało się po mnie całkiem frywolnie. Nie poruszał się pod kocem, ale z jakiegoś powodu nie mogłam przestać koncentrować się nad ciepłem spoczywających na mnie rąk. Czy on robił to specjalnie?
– Mam pomysł. – Kącik jego ust uniósł się huncwocko, oczy rozjarzyły blaskiem. Oczywiście, że specjalnie. – Co byś powiedziała na tę obiecaną lekcję latania?
– Teraz? Jest środek nocy, Cassius. Jest zimno i…
– To napij się jeszcze trochę i będzie ci cieplej. Poza tym lepiej, że jest noc. Nikt nie zobaczy, jak spadasz z miotły.
– Skąd pomysł, że spadnę? – powiedziałam z wyrzutem, chociaż w moim głosie zabrzmiała cieplejsza nuta.
Byłam pewna, że ją wychwycił, bo uśmiechnął się zawadiacko, z zadowoleniem obserwując, jak pociągnęłam kolejny łyk. Na wierzch umysłu wypłynęła świadomość, że matka zabiłaby mnie za wszystko, co tu robiłam, a co dopiero za to, co miało się stać. Przecież wiedziałam, gdzie Cassius zmierzał.
– Mam pewne niewyjaśnione przeczucia. – Niby przypadkowo przejechał dłonią po boku mojego uda, gdy sięgnął po butelkę. Dzielnie zniósł smak whisky niczym zaprawiony w boju koneser wysokoprocentowych trunków. – Nie daj się prosić, Wando. Chwilę polatamy, zapomnisz o koszmarze, spędzimy ciekawie czas i…
– I o trzeciej nad ranem będziemy z powrotem włazić na siódme piętro? – Zerknęłam przelotnie na tarczę zegara. Wiedziałam, że się zgodzę, ale z niezrozumiałego powodu nie chciałam zabrzmieć, jakbym była szczególnie chętna.
– Wniosę cię, jeśli będę musiał.
Nie powstrzymałam uśmiechu.
– To nie będzie konieczne.
Równocześnie wstaliśmy z kanapy i wyszliśmy na skąpany w półmroku korytarz. Gruba Dama pochrapywała cicho w ramach portretu, ale nie wiedziałam, czy warto wierzyć w jej drzemkę. Kiedy dotarliśmy do wyjścia z zamku i owiał nas lodowaty podmuch listopadowego wiatru, zrozumiałam, że zbyt dużo wypiłam. Na zastanawiająco miękkich nogach dotarłam wraz z Cassiusem na boisko quidditcha i obserwowałam, jak wyjmował ze schowka miotłę. Uniosłam brwi, gdy wsiadł na utrzymanego w ciepłych kolorach Nimbusa.
– To ja miałam latać, a nie ty – zauważyłam, ciesząc się, że whisky nie pozbawiła mnie możliwości racjonalnej oceny sytuacji.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś latała sama.
Prychnęłam kpiąco.
– Z tego co wiem, pani Hooch nie siedzi z pierwszoroczniakami na miotle…
– Nie, ale pani Hooch nie uczy ich po nocach, tylko wtedy, kiedy skrzydło szpitalne jest otwarte. No i dzieciaki nie są wstawione.
Cóż, w tej kwestii miał rację, choć nie zamierzałam mu jej przyznać.
– Ty też jesteś wstawiony – zawyrokowałam, splatając ręce na piersi.
– W przeciwieństwie do ciebie latałem na miotle, zanim nauczyłem się chodzić.
Nie wiedziałam, czy to możliwe, czy podkoloryzował fakty. Może gdyby nie błędna decyzja matki, ja też mogłabym mieć podobnie magiczne dzieciństwo.
Usadowiony wygodnie na Nimbusie Cassius wyciągnął ku mnie dłoń, przesuwając się na tył drążka.
– Mam być z przodu – bardziej stwierdziłam niż spytałam. Kiedy ostatni raz znajdowałam się w podobnej sytuacji, siedziałam za Corvusem.
– A jak inaczej miałabyś sterować miotłą?
– Nie wiem – odburknęłam poirytowana satysfakcją w jego głosie. Nie bez wahania dosiadłam się, a przez wpływ alkoholu zahaczyłam o nogę Cassiusa butem. – No i co teraz?
– Jesteś za daleko. Przesuń się trochę do tyłu, śmiało. – Odchylił się, więc dosięgłam palcami ziemi i nieznacznie zmieniłam pozycję. – Bliżej, inaczej nas przechyli.
Zanim zdążyłam zareagować na jego słowa, Cassius ze zdecydowaniem chwycił mnie w pasie i przygarnął do siebie. Każdy mięsień w ciele mi stężał, gdy przylgnęłam plecami do twardego ciała. Cassius musnął brodą włosy nad moim uchem, przez co lekko zadrżałam. Nie chciałam konfrontować domysłów z rzeczywistością, ale przeczuwałam, że byłam obserwowana.
– Chyba nie musisz mnie ściskać – powiedziałam defensywnie, odsuwając na bok rękę, którą przepasał mnie w talii.
– Niby nie, ale przecież jakoś muszę się trzymać… W sumie zawsze mogę złapać się drążka o tu – powiedział, a jego dłoń szybko powędrowała między moje kolana. Trzasnęłam ją jak komara.
Od razu pożałowałam wszystkich decyzji, które doprowadziły mnie do tej sytuacji. Skąd mogłam wiedzieć, że Cassius wpadnie na tak skrajnie szalony pomysł?!
– Jak wolisz…
– Nie przeginaj – powiedziałam ostrzegawczo, zarzekając się w duchu, że już nigdy nie napiję się z nim alkoholu. Oddechem poruszył mi włosy nad uchem. – Tłumacz.
Cassius zabrał się za wyjaśnianie podstaw sterowania, pokazując mi, w jakiej odległości od siebie najlepiej trzymać drążek i jakie ruchy powinnam wykonywać, żeby wprawić miotłę w ruch. Oczywiście nie omieszkał skorzystać z okazji, by zademonstrować to wszystko, trzymając moją dłoń. Kiedy zostałam wprowadzona w meandry elementarnej wiedzy miotlarskiej, bez uprzedzenia odepchnął się mocno nogami od podłoża, jeszcze bardziej zakleszczając mnie w uścisku. Gdybym chciała, nie mogłabym się od niego odsunąć nawet na milimetr.
Gdybym chciała? Chciałam, ale nie mogłam.
Wzbiliśmy się w powietrze i w panice mocno zacisnęłam ręce na drążku. Widok szybko oddalającej się ziemi był przerażająco rozmazany.
– Patrz przed siebie – przypomniał mi głos tuż obok ucha.
– Nie chcę już lecieć w górę! – Starałam się przekrzyczeć wiatr. – Zrób coś!
Cassius przyciskał twarz do boku mojej głowy i mogłabym przysiąc, że czułam jego uśmiech.
– Spokojnie. – Trzymał mnie w pasie tylko jedną ręką, a drugą chwycił moją dłoń, wywierając nacisk. Z częściową ulgą zauważyłam, że w istocie przestaliśmy lecieć w górę. – Na co tak patrzysz w dole? – spytał z zaciekawieniem.
Serce zapadło mi się do żołądka – nie potrafiłam oderwać wzroku od jego ud zwarto obejmujących moje, a bogatsza o tę świadomość od razu pomyślałam o innych miejscach, którymi też się stykaliśmy.
– Nieważne. – Mimo intensywnych smagnięć lodowatego wiatru miałam wrażenie, że obłożono mi twarz żarzącymi węglami. – Gdzie mam lecieć?
– Gdzie tylko chcesz.
Coś w tych słowach sprawiło, że wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi wzruszający całym ciałem dreszcz. Cassius jakby w odpowiedzi objął mnie jeszcze mocniej i gdyby nie zapierająca dech w piersiach, przerażająca odległość od ziemi i świadomość, że to ja kierowałam i mogłam w każdej chwili nas zabić, chyba zmiękłabym w jego ramionach.
– Lecisz cały czas prosto.
Ile to cały czas? Nie mogłam ocenić, jak długo trwałam w osłupieniu.
– Boję się skręcić – wyznałam w panice, kiedy zrozumiałam, że w uszach wcale nie szumiał mi wiatr, a krew.
– W razie czego przejmę stery. Jak wolisz, zleć niżej i dopiero wtedy skręcaj, przecież nie musimy lecieć tak wysoko.
– Pomóż mi.
Chwycił mocno moją spoconą dłoń i naparł na nią, kierując w dół drążek drgający od oporu wiatru. Cassius odłożył rękę z powrotem na udo, ale tylko częściowo, bo teraz dla odmiany jego palce muskały mi nogę.
Pokierowałam nas prawie że nad ziemię, jako że to jedyne miejsce, w którym odczuwałam komfort potrzebny do wykonywania jakichkolwiek manewrów lotniczych. Stąd możliwy upadek zdecydowanie nie byłby śmiertelny, może nawet nie dotkliwy.
Obleciałam boisko od zewnętrznej strony, a od naporu wiatru drętwiały mi ręce. Nie miałabym żadnych szans w grze w quidditcha – wykonywałam długie, powolne zakręty, a już się męczyłam. Co by było, gdybym chciała spróbować zrobić gwałtowny zwrot, tak jak mieli w zwyczaju to członkowie drużyny? I jak miałabym tego dokonać tylko jedną ręką, w drugiej trzymając kafla?
Z trybun gra w quidditcha nie wydawała się szczególnie wymagająca, ale teraz już wiedziałam, jak wiele krzepy, wprawy i pewności siebie wymagała. Poniekąd musiało to też wyjaśniać, dlaczego Cassius miał tak silne ręce.
Postanowiłam wybrać nieco bardziej wymagający cel niż boisko i pełna samozadowolenia uśmiechnęłam się szeroko, gdy udało mi się oblecieć dookoła samotnie rosnące drzewo. Nawet nami nie szarpnęło, mimo że wcale nie leciałam aż tak wolno!
– Widziałeś?!
– Widziałem. Ładnie – szepnął mi wprost do ucha.
Ten szept sprawił, że z ekscytacja udanym lotem momentalnie wyparowała. Cassius w tak prosty sposób przypomniał mi o swojej obecności, przez co wbrew rozsądkowi żar zalał każdą centymetr ciała, którego dotykał. Gdy ucieszyłam się, że podczas chwili skupienia na locie Cassius nie ośmielił się przenieść ręki tam, gdzie na pewno chciał, uzmysłowiłam sobie coś.
Zataczał powolne kręgi kciukiem na mojej talii. Na nagiej skórze. Pod golfem!
– Uw…
Sięgnęłam w dół, by szarpnąć Cassiusa za rękę, a kiedy tylko się jej uczepiłam, miotła wierzgnęła pod nami i zostaliśmy brutalnie wyrzuceni w powietrze. Z krzykiem zderzyłam się z wilgotną od rosy trawą i padłam na wznak, tępo wpatrując się w gwieździste niebo, zanim dotarło do mnie, co się stało. Po chwili ponurej refleksji stanęłam na drżących, miękkich w kolanach nogach i odszukałam leżącego nieopodal Cassiusa.
– …ażaj – dokończył, ciężko wypuszczając powietrze z płuc. Jego głos kipiał pretensją, gdy spytał: – Co się stało? Czemu puściłaś miotłę?
– Ty… To przez ciebie! Dotykałeś mnie!
Cassius uśmiechał się kpiąco, nie doceniając mojej przemożnej chęci, by trzasnąć go z pięści w twarz.
– Jakbyś nie zauważyła, cały lot się dotykaliśmy, ale dopiero koło drzewa zaczęłaś się szamotać.
Sapnęłam z furią i niedowierzaniem.
– Dobrze wiesz, co robiłeś i gdzie mnie dotykałeś – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami, ja rozsierdzona do granic możliwości, on ewidentnie pławiący się w samozachwycie.
– Wiem. Masz tam delikatną skórę.
Spąsowiałam, a coś przewróciło mi się w żołądku. Z wytrzeszczonymi oczami patrzyłam, jak Cassius wyciągnął rękę, przybierając zbolałą minę.
– Chyba sobie żartujesz.
– Przez ciebie miotła grzmotnęła mnie w plecy – stwierdził głuchym głosem, podczas gdy bacznie obserwowałam jego skwaszony wyraz twarzy w poszukiwaniu oznaki kłamstwa. – Przecież cię nie ugryzę, tylko pomóż mi wstać.
Zacisnęłam gniewnie wargi i pociągnęłam go, ale on nawet nie spróbował mi asystować. Szarpnięciem nieznacznie uniosłam górną połowę jego tułowia, ale poza tym nie miałam szans podnieść Cassiusa, skoro zachowywał się niczym bezwładny wór kartofli.
Gdy stęknęłam z wysiłkiem i mentalnie przygotowałam się do powtórzenia próby, tym razem tak, żeby wyrwać mu ramię ze stawu, Cassius z łatwością pociągnął mnie na siebie. W ostatniej chwili odchyliłam się, bo inaczej zderzylibyśmy się czołami, i zamarłam na zbyt długi moment w jego ramionach. Prześlizgnęłam się wzrokiem po twarzy oświetlonej wątłą poświatą księżyca, rzucającą cienie na wysokie, wydatne kości policzkowe i ostro zarysowaną szczękę. Dotarłam do rozchylonych ust, a niedaleko nich na brodzie dostrzegłam ciemny ślad. Bezwiednie wyciągnęłam rękę, by zetrzeć tę smugę brudu i gdy dotknęłam skóry Cassiusa, nasze spojrzenia odnalazły się.
Wyglądał na zaskoczonego, że ośmieliłam się to zrobić.
Sama byłam.
Coś w jego piwnych oczach zabłysło i Cassius przewrócił mnie na plecy tak niespodziewanie, że zaparło mi dech w piersi. Splótł palce z moimi, przyciskając mnie do wilgotnej trawy i pocałował. Usta Cassiusa najpierw musnęły pytająco, jakby zastanawiał się, czy zaraz go z siebie nie zrzucę, a gdy nic takiego nie nastąpiło, naparł na mnie zachłannie, a może nawet zaborczo. Zachłysnęłam się powietrzem, zdumiona tą intensywnością, i poczułam, jak jego usta uśmiechnęły się na moich na krótki moment, zanim wznowiły pocałunki. Nie potrafiłam się nadziwić, jak to możliwe, że te kształtne, pełne wargi wydawały się tak jedwabiście miękkie, ale i zarazem…
Stop. Wanda, stop.
– Dlaczego?
– Co dlaczego? – wymamrotał niewyraźnie, pocierając mnie nosem. Zanurzył ręce w moich splątanych włosach i zszedł niżej, muskając szyję, a ja nie byłam pewna, jaki dźwięk zaraz wydostanie się z moich ust. Czy to będą słowa, czy nie.
– Dlaczego to zrobiłeś?
– Bo cię lubię.
– Co we mnie lubisz? – zadałam z obawą pytanie, które leżało mi na sercu od dłuższego czasu. Co on właściwie o mnie wiedział? Czym się kierował?
– Lubię… – mamrotał, oddychając chrapliwie w zagięcie mojej szyi. – Lubię, że jesteś taka… – Przesunął ustami po wrażliwej skórze. Czy on grał na czasie? – …spontaniczna.
Zmarszczyłam brwi.
– Wcale nie jestem spontaniczna.
– Ależ jesteś – sprzeciwił się, a gdy spięłam mięśnie, zrozumiał, że nie wierzyłam. Wyjaśnił szeptem: – Kto w środku nocy wyskoczył z łóżka w skrzydle szpitalnym, żeby iść podziemnym tunelem do Wrzeszczącej Chaty? – Podniósł się i zawisł nade mną, patrząc mi w oczy. – Kto zamierza razem ze mną zakraść się do pokoju wspólnego Ślizgonów i przeszukać rzeczy Rosiera i Rowle'a? Kto to w ogóle wymyślił? Ty.
Wcale nie wymyśliłam przeszukiwania rzeczy Corvusa, ale jak widać Cassius brał to za pewnik. Po co myślałam teraz o Corvusie? Nie zamierzałam dyskutować o planie, więc wychrypiałam:
– I tak nie rozumiem.
– A co tu trzeba rozumieć? – powiedział nieco głośniej, a w jego głosie rozbrzmiało zniecierpliwienie. Zreflektował się po chwili i twarz mu złagodniała, gdy dodał: – Po prostu myślę, że gdybyś nie siedziała tyle z nosem w książkach, moglibyśmy ciekawie spędzać razem czas…
Ciekawie spędzać razem czas? Co on przez to rozumiał? Myślał o kolejnych eskapadach z rodzaju tych, które wymienił wcześniej, czy chodziło mu o to… o to, co robiliśmy teraz?
Cassius znów naparł na mnie ustami, jakby chciał przeszkodzić mi w zadaniu kolejnej serii pytań. Próbowałam walczyć z falami rozluźnienia, ale beztrosko miękkie wargi skutecznie, nienasycenie pozbawiały mnie dostępu do powietrza i wkrótce logiki.
Zadrżałam nagle, gdy ciało przeszedł mi przyjemny dreszcz w miejscu, gdzie Cassius dotknął mojej talii. Chwycił ją stanowczo i ścisnął tak mocno, że poczułam na skórze każde przyjemnie szorstkie zgrubienie jego dłoni. Sunęła ku górze, powoli, ukradkiem, ale nieprzypadkowo. Wierzgnęłam pod irytująco silnym naporem ciała, a Cassius oderwał wargi od moich i spojrzał na mnie z błogim niezrozumieniem.
– Co się stało? – spytał chrapliwym głosem, owiewając mnie gorącym oddechem.
– Ręka.
Spojrzał między nasze ciała i po chwili namysłu pociągnął golf z powrotem na dół. Kiedy zastanawiałam się, czy celowo przejechał paznokciami po wrażliwej skórze, a Cassius schylił się, jakby znów chciał mnie pocałować. Ostatkami siły woli wykręciłam głowę w bok. Niewiele mogłam zrobić, jako że wciąż mnie przygniatał, ale to wystarczyło, by zmarszczył brwi.
– Wybacz, trochę mnie poniosło – powiedział po irytująco długiej chwili namysłu.
– Poniosło? – Sztyletowałam go spojrzeniem. – Mnie też poniosło, ale cię nie obmacuję!
– Podoba mi się, że cię poniosło – mruknął i znów pochylił się, tak skutecznie wodząc na pokuszenie rozciągniętymi we frywolnym uśmiechu wargami, które musnęły moje.
Nie, nie pytałam go, co mu się podoba.
Spróbowałam się wykręcić i choć niewiele z tego wyszło, przynajmniej Cassius zrozumiał aluzję. Uniósł się na rękach, a lodowate powietrze wślizgnęło się między nasze rozgrzane ciała, przypominając, co to trzeźwość umysłu.
– Skończ – wymamrotałam. – I zejdź ze mnie. Nie powinieneś był… Nie możesz tak po prostu… – Uciekłam wzrokiem od rozbawionej twarzy. – Mogłeś zapytać, czy tego chcę.
– Następnym razem zapytam.
Zgromiłam go spojrzeniem i niechętnie przyjęłam pomocną dłoń. Cassius postawił mnie na równe nogi i z włosów wyjął mi kilka zmokłych liści, jakby z troską. Udawaną czy prawdziwą? Nie mogłam tego ocenić w półmroku, ale i tak pierś przygniotły mi wyrzuty sumienia. Wcale nie powinnam mieć podobnych wątpliwości wobec osoby, z którą dopiero co obściskiwałam się na mokrej trawie.
Odnieśliśmy miotłę do schowka i wspięliśmy na siódme piętro zamku. Pozostała nam do pokonania ostatnia prosta, długi korytarz oświetlany dwoma przygaszonymi pochodniami, na którego końcu jawiły się złociste ramy portretu.
– Jesteś dziwnie cicha. – Głos Cassiusa rozbrzmiał tak nagle, że niemal wyskoczyłam ze skóry. Przystanął i chwycił mnie za rękę. Jego palce wydawały się… drętwe.
– O co chodzi z tymi plotkami? – spytałam, kiedy wspomnienie rozmowy z Corvusem wypłynęło na brzeg wzburzonej świadomości. – Słyszałam, że powinnam cię o nie spytać.
Zaskoczony Cassius odsunął się.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Wiesz. Wygląda to tak, jakbyś rozpowiedział o nas coś, co nie było prawdą – powiedziałam, starając się zabrzmieć asertywnie.
Rozbiegane spojrzenie Cassiusa uspokoiło się na moment, zanim spojrzał mi w oczy. Zaciśnięte szczęki i cierpko ułożone wargi świadczyły o niezadowoleniu.
– Po prostu trochę się pośpieszyłem – odparł spokojnie, wciskając ręce w kieszenie spodni. Patrzył na mnie z góry i wzruszył ramionami. – Teraz to bez znaczenia, bo treść plotek jest już prawdziwa.
