Następnego dnia Imelda opadła tuż obok mnie na ławkę przy stole Gryffindoru, niedbale rzucając Proroka Codziennego na blat. Po nocnych wrażeniach nie zmrużyłam już oka, więc wstałam, zanim dziewczyny z dormitorium się obudziły. Przywitałam się z Imeldą, a ona odpowiedziała po ostentacyjnie przedłużającej się chwili, kiedy popatrzyła w kierunku wrót prowadzących do wnętrza Wielkiej Sali.
– Kłótnia kochanków? Tak słyszałam od Grubej Damy – wyjaśniła uprzejmie i dodała przyciszonym głosem: – A sądziłam, że te plotki to nieprawda…
– Słyszałaś o nich i mi nic nie powiedziałaś? – syknęłam, o mały włos nie rozlewając dyniowego soku, gdy szturchnęłam łokciem złoty puchar.
– Tak jak mówiłam, nie wierzyłam w nie. Po co miałabym rozpowiadać dalej coś, co uważałam za bzdury?
To były bzdury, a przynajmniej do dzisiejszej nocy.
Cassius jak gdyby nigdy nic usiadł naprzeciw nas i nie obdarzywszy mnie spojrzeniem ani półgębkiem przywitania, zabrał się do nakładania na talerz obfitej porcji jajecznicy i bekonu. Bezceremonialnie zaczął pochłaniać jedzenie i przy okazji porwał leżącego nieopodal Proroka Codziennego, zamaszystym trzepnięciem rozkładając go wprost przed moją twarzą.
Imelda z wszystkich sił starała się nie uśmiechać, a Arlo, który właśnie się do nas dosiadł, zmarszczył brwi na widok kuriozalnego zachowania Cassiusa. Dlaczego boczył się jak dziecko? To ja zostałam wykorzystana, a przynajmniej tak się czułam…
– Mamy już łajnobomby? – spytałam po przełknięciu gorzkiego smaku w ustach. Sądziłam, że sprowadzenie tematu rozmowy na plan dotyczący przyjęcia Slughorna będzie najmniej konfliktowe.
– A czemu mielibyśmy ich nie mieć? – odezwał się stłumiony, pełen kpiny głos zza gazety.
– Wyluzuj, tylko pytam. – Na próżno próbowałam odnaleźć zrozumienie w spojrzeniu rozbawionej Imeldy.
– Tak kończy się mieszanie związków z przyjaźnią – zawyrokowała.
Papier znów zaszeleścił, odkrywając oblicze Cassiusa, który łypał na nią ostrzegawczo znad gazety.
– Jakie znowu związki? Nie ma i nie będzie żadnego związku.
Rzucił Proroka Codziennego na blat i odszedł, nie oglądając się na nas.
– Nie martw się. – Arlo musiał dostrzec moje skonfundowanie, bo przyglądał mi się z troską. – Za parę dni mu przejdzie i będzie jak dawniej. Zawsze taki jest.
– Mam nadzieję – odpowiedziałam niepewnie. – Przecież mamy razem iść… sami wiecie gdzie. Wolałabym, żeby nie był tam na mnie wkurzony nie wiadomo za co. Chyba że zdecyduje się nas wystawić, wtedy najwyżej pójdę sama…
– Nie wystawi nas. – Z głosu Arlo emanowała wiara we własne słowa. Obsypana piegami twarz rozjaśniła się w pokrzepiającym uśmiechu, za który byłam mu wdzięczna. – Cieszy się na tę akcję jak dziecko. Jadaczka mu się nie zamyka, kiedy jesteśmy sami w dormitorium.
To miałoby sens. Cassius wymienił ten plan jako powód, dla którego mnie lubił. W tę część z sympatią nie do końca wierzyłam, ale naprawdę wydawał się podekscytowany wizją potencjalnego ryzyka.
– O co ma do ciebie pretensje? – zapytała Imelda. Udawała niezainteresowaną, ale wiedziałam, że siedzi jak na szpilkach, wyczekując odpowiedzi.
– Kto wie, co mu strzeliło do głowy. – Odsunęłam od siebie talerz z niedojedzonym śniadaniem. – Wszystko było dobrze do momentu, aż spytałam go o te śmieszne plotki.
Arlo uniósł brwi, a Imelda wzruszyła ramionami.
– Nic dziwnego – stwierdziła. Co mogła rozumieć w tym chaotycznym zachowaniu? – Och, proszę cię, Wando. Czy to nie jest oczywiste?
– Jakby było oczywiste, nie patrzyłabym na ciebie jak na przybyszkę z innej planety! – żachnęłam się, w ostatnim momencie kontrolując ton i donośność swojego głosu. I tak kilka osób na nas spojrzało, ale mogło być gorzej.
– Liczył, że nic nie wiesz. Chciał cię jeszcze trochę poczarować, póki się nie znudzi, a ty zadałaś mu niewygodne pytanie i pokrzyżowałaś plany. – Westchnęła przeciągle, jakby nie wierzyła, że coś tak ewidentnego należy tłumaczyć. – Teraz musi zaczynać cały proces od nowa z kimś innym, biedak.
– Biedak? – zdumiałam się. – Zawsze możesz mu ulżyć w cierpieniu, skoro jest takim biedakiem.
Imelda zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem, a zmieszany Arlo zniknął za tarczą z Proroka Codziennego.
– Nie masz po co być o niego zazdrosna. Doskonale wiedziałaś, jaki jest Cassius. To nie jest zły chłopak, ale… cóż, traktuje dziewczyny jako środek do celu i to wszystko.
– Nie jestem zazdrosna. – Podniosło mi się ciśnienie na sam widok powątpiewania na twarzy Imeldy. – Po prostu doprowadza mnie do szału, nie ma o co się boczyć, ale zachowuje się jak dziecko i… i naraża nasz plan!
– Niczego nie naraża. Będzie cię unikał parę dni, a przed przyjęciem nagle mu się odmieni. Powiedz jej, Arlo.
Ostrożnie opuścił Proroka Codziennego i wymienił z nami spojrzenia.
– Brzmi jak cały Cassius – stwierdził i wzruszył ramionami, przybierając przepraszającą minę. – Choćby się bał, że w tym dormitorium znajdziecie kobierzec weselny zamiast dowodów, i tak by tam z tobą poszedł.
– Wyście poszaleli… – Zdrętwiałam, widząc idącą w naszą stronę ciocię. Imelda już otwierała usta, by coś powiedzieć, więc syknęłam przez zęby: – Ani słowa!
– Co tak nagle połknęliście języki? – spytała z uśmiechem Jana. Ślizgała się wzrokiem po naszych twarzach, a w wokół jej bystrych oliwkowych oczu pojawiły się kurze łapki. – Słyszałam, że Cassius wreszcie wywiązał się z obietnicy nauczenia cię latania na miotle, Wando.
Tym pytaniem zdołała zbić mnie z tropu do tego stopnia, że nie udało mi się nawet rzucić ostrzegawczego spojrzenia chichoczącej ukradkiem Imeldzie. Skąd ciocia wiedziała, w dodatku tak szybko? Nie sądziłam, że w ogóle będzie się tym interesować, przecież to miała być tylko formalność i nic więcej!
Pożegnałam się z przyjaciółmi, kiedy Jana skinęła na mnie głową i wyszłam wraz z nią z Wielkiej Sali. Musiałam co chwilę doganiać ją w półkroku, bo długimi krokami zmierzała do nieznanego mi celu. Gdy już znalazłyśmy się na prawie że pustym korytarzu, powiedziała:
– Byłabym wdzięczna, gdybyś nie opuszczała pokoju wspólnego w środku nocy.
Zapomniałam języka w gębie na niemiłosiernie wyczerpującą chwilę. Skąd o tym wszystkim wiedziała? Jak to możliwe?
– Powiedział ci? – wydukałam zszokowana.
– Cassius? Proszę cię. – Przyglądała mi się z bezwstydnym rozbawieniem. – Z wiadomych względów kadra nauczycielska została poproszona o wzmożoną kontrolę zamku, szczególnie nocą. A wy mieliście szczęście, że akurat wczoraj parter patrolował profesor Longbottom… – mówiła szybko, wyprowadzając nas na błonia. Zerknęła na mnie przelotnie, w ułamek sekundy świetnie analizując stupor, w którym się znajdowałam. – Posłał po mnie, myśląc, że preferowałabym sama się wami zająć.
Bałam się spytać, czego ciocia jeszcze nie zdążyła dopowiedzieć, wolałam też nie myśleć, gdzie mogła zmierzać. Gdyby chciała urządzić mi zupełnie zwykłą pogadankę na temat wymykania się z pokoju wspólnego w środku nocy, już by do tego przeszła. Nigdy wcześniej nie brakowało jej bezpośredniości.
– Wiem, że dorastanie rządzi się swoimi prawami. – Gdy to mówiła, zmroziło mnie do szpiku kości. – Jednak nie wydaje mi się przesadą oczekiwanie, żebyście następnym razem podejmowali się podobnych… czynności w pokoju wspólnym.
– Czemu nas nie…? – wydukałam, a ciocia uniosła brwi.
– A po co bym miała? Jak wspominałam, chciałabym, żebyś miała normalne życie. Poczekałam, aż skończycie i upewniłam się, że bezpiecznie wróciliście do łóżek. Punkty mogłam wam przecież odjąć rano. – Uśmiechnęła się półgębkiem. – Z Cassiusem minęłam się w wejściu do Wielkiej Sali i przypomniałam mu, co oznacza odznaka prefekta naczelnego, odebrałam dwadzieścia punktów i teraz tobie odejmuję tyle samo.
– Och. Przepraszam.
– Mam nadzieję, że przepraszasz za swoją skrajną nieodpowiedzialność – powiedziała, na co niechętnie przytaknęłam. – Oczekuję też, że to się nie powtórzy.
– Obiecuję.
– Świetnie – skwitowała krótko, poświęcając chwilę na dogłębne analizowanie mojej czerwonej jak burak twarzy. Czerpała zbyt wielką przyjemność z tej rozmowy i bałam się, że postanowi dalej mnie męczyć.
– Mogę cię o coś spytać? – wypaliłam, a ciocia przyzwoliła przychylnym spojrzeniem. – Udało się wam czegoś dowiedzieć, szczególnie po tym, co się stało z kotem Imeldy?
Jana zacisnęła cierpko wargi.
– Nic, o czym mogłabym cię poinformować, ale właśnie po części do tego zmierzałam. Kiedy Imelda pokazała mi to pudełko… Pewnie sama myślałaś o tym samym w kontekście Knedla. Obie z jesteście mugolaczkami, przyjaźnicie się… Co prawda Imelda się wyróżnia, ma specyficzny charakter, jest najlepszą uczennicą Hogwartu i komuś mogło się to nie spodobać, ale co jeśli wcale nie chodziło o nią? – mówiła szybko, a głos ledwo dostrzegalnie jej zadrżał. Spotkała się ze mną spojrzeniem i rzuciła uspokajająco: – Po prostu się zmartwiłam. Troszczę się o dobro wszystkich podopiecznych, ale ty jesteś moją siostrzenicą…
Skoro nawet ciocia próbowała dopatrzeć się związku między tymi wydarzeniami a mną, może Ebenezer zadowolił się Filetem tylko z braku laku?
– Kilka dni temu podczas rozmowy z Hagridem poprosiłam go, żeby podwójnie uważał na Knedla ze względu na tamten incydent. Z tym że… – Zawiesiła głos i potwornie długo się nie odzywała. – Z tym że ktoś już kręcił się w nocy koło jego chatki.
– Co?! – wykrzyknęłam i z łypnęłam groźnie na kilku uczniów, którzy obrócili głowy w naszą stronę. – Nic mu nie jest? – dodałam trochę ciszej, nadal równie wzburzona.
– Cały i zdrów, spokojnie. – Jana położyła mi rękę na ramieniu i zrozumiałam, że cały ten czas kierowałyśmy się w oczywistą stronę. – Hagrid wyskoczył z kuszą na zewnątrz i widział, jak ktoś ucieka, ale nie wie kto.
– Nie wie kto? Ja ci powiem kto! To Ebenezer, jestem tego pewna, on…
– Wando. – Ścisnęła mnie uspokajająco, bo mimowolnie wymachiwałam rękami i ściągałam na nas jeszcze więcej niepotrzebnej uwagi. – Rozmawiałyśmy już o tym.
– Nie, nie rozumiesz. On nienawidzi mugolaków, a w szczególności Imeldy. Mnie też nie cierpi.
– To dlaczego pomagał ci na prośbę profesora Slughorna?
Czy ciotka śledziła każdy mój ruch w zamku?
Przez chwilę rozważałam opowiedzenie o tym, do czego doszło w klasie eliksirów, ale ugryzłam się w język. Wiedziałam, że to jedyna rzecz, która mogłaby skłonić Janę do wzięcia mnie na poważnie, ale równocześnie sprowokowałabym ją do odbycia rozmowy z Ebenezerem. Wtedy połączyłby kropki i przeniósłby mnie na sam szczyt listy, a nie miałam wątpliwości, że nikt nie wyrzuciłby go ze szkoły za szarpanie uczennicą. Może też ubocznie zaskutkowałoby to tym, że Ebenezer zrobiłby się bardziej ostrożny i wtedy jeszcze trudniej byłoby go przyłapać.
– Przecież nie mógł odmówić – powiedziałam. W oszołomieniu nawet nie zorientowałam się, że wznowiłyśmy wędrówkę.
– Dobrze… Dobrze, przyjrzę się mu, ale nie o tym chciałam z tobą rozmawiać. Musimy zadecydować, co zrobić z Knedlem.
– Jest bezpieczny z Hagridem…
– Nie wątpię, ale Hagrid jako profesor ma swoje obowiązki. Knedel nie może towarzyszyć mu bez przerwy.
– Ale w domu…
– Wando, proszę cię – przerwała mi, przystając w niedalekiej odległości od wielkiej kamiennej chatki. Mimo że mocno chwyciła mnie za ramiona, w tym geście kryła się czułość. – Lepiej nie kusić losu.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że ciocia miała całkowitą rację. Przez cały tydzień starałam się odepchnąć od siebie niewygodne przemyślenia, ale miałam podobne. Życie Knedla było ważniejsze, jednak przed podjęciem ostatecznej decyzji wzbraniałam się przez niechęć do rodziców i urazę, która tak wygodnie rozgościła się w moim sercu.
– Będziesz go dziś odsyłać? – spytałam.
– Tak. Pożegnaj się z nim i zmykaj na lekcje, a ja go zabiorę.
Następne kilka dni w pełni poświęciłam na naukę, szczególnie eliksirów, zważywszy na prosty fakt, że towarzystwo moich przyjaciół stało się trudne do zniesienia. Arlo pozostawał bezstronny, ale zachowanie Imeldy i Cassiusa grało mi na nerwach. Traktował mnie całymi dniami jak powietrze, żeby nagle niespodziewanie mi dogryźć, a Imelda zaśmiewała się z tego wszystkiego jakby oglądała znakomitą komedię. Momentami podejrzewałam ją też o celową uszczypliwość i zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem to nie ona cechowała się trudną do wyjaśnienia zazdrością. Chociaż jeszcze dwa miesiące temu uznałabym to za najbardziej niedorzeczną rzecz pod słońcem, teraz nie miałam już takiej pewności.
W zamyśleniu przystanęłam pod oknem niedaleko portretu Grubej Damy, zaciskając ręce na pasku od torby. Od samego ranka prószył śnieg, co nie poprawiło mi humoru. Zwykle uważałam zimę za szczególnie magiczną, jednak teraz nie odnajdywałam w sobie corocznego entuzjazmu. Nie dość, że wielkimi krokami zbliżało się świąteczne spotkanie z rodzicami, nie miałam przy sobie Knedla, który uwielbiał szaleć w pierwszym śniegu. To coś, co zawsze potrafiło wyciągnąć z niego pełnego wigoru szczeniaka – uwielbiałam przyglądać się jego dzikim pląsom i wybuchom energii. Mimo świadomości, że podjęłam najlepszą możliwą decyzję, i tak odczuwałam tęsknotę. Pocieszałam się jednak faktem, że zaledwie kilka tygodni dzieliło mnie od długo wyczekiwanego spotkania z Gniewkiem.
Jeszcze przez chwilę przyglądałam się zaśnieżonym błoniom, zanim z ciężkim sercem zdecydowałam się przejść przez tunel za portretem Grubej Damy. Kiedy tylko weszłam do pokoju wspólnego, zobaczyłam znajomą parę. Cassius siedział wygodnie na kanapie, wsparty rękami wyciągniętymi za plecy, a Imelda stała nad nim tak blisko, że niemalże znajdowała się między jego rozłożonymi nogami.
Postanowiłam im nie przerywać, szybko przesuwając się w stronę wejścia do dormitoriów dziewcząt. Liczyłam, że własne towarzystwo zajmowało ich na tyle, by mnie nie zauważyć.
– Wando, zaczekaj! Chodź tu.
Zamarłam ze stopą na pierwszym stopniu prowadzącym do wieżyczki. Spostrzegłam, co tak naprawdę robili – wcale nie było to nic poufałego. Z tej perspektywy widziałam tylko tył głowy Cassiusa, ale zrozumiałam, że Imelda wymachiwała różdżką nad jego twarzą i przyglądała mu się krytycznie.
Zanim usiadłam, rzuciłam torbę na dywan pod fotelem. Cassius nie musiał się tak prężyć i wyciągać jak kocur, podczas gdy Imelda go transmutowała, ale to nic zaskakującego w jego wydaniu – z pewnością odgrywał przedstawienie dla obserwujących go z kąta dziewcząt.
– I jak ci idzie? – spytałam.
– Potrzebuję twojej opinii. Sama już nie wiem… Trochę go pozmieniałam, ale nie jestem pewna… Co uważasz?
Gdy zadała to pytanie, pociągnęła brodę Cassiusa do góry, a on zerknął na mnie z ukosa z szelmowskim uśmieszkiem. W zasadzie wszystko w jego twarzy wydawało się łudząco podobne do oryginału, ale zarazem trochę kuriozalnie.
– Za bardzo przypomina siebie – odparłam. Nie potrafiłam znaleźć słów, by lepiej opisać to, o czym myślałam. – Dalej jest zbyt ładny.
– Dzienkujemzakomplenent.
Ledwo zrozumiałam ten bełkot tłumiony uściskiem Imeldy.
– Masz rację – przyznała. – W takim stanie dalej będzie zwracać na siebie uwagę, a przecież to ostatnia rzecz, której chcemy… Trzeba zrobić z niego trolla…
Cassius przeniósł na nią spanikowane spojrzenie i trzepnął ją w rękę.
– Nie przesadzaj! Z Wandy sobie zrób trolla.
Imelda zaśmiała się dźwięcznie.
– Aleś ty przewrażliwiony. – Prychnęła z wyższością, padając na kanapę. Cassius ze stęknięciem wyciągnął nogi na jej kolanach – Może dobrze zrobiłoby ci zasmakowanie życia w skórze przeciętnego chłopaka, bo teraz to chyba jesteś muzą Celestyny Warbeck…
Parsknęłam śmiechem. Pierwszego grudnia Celestyna Warbeck wypuściła piosenkę promującą nowy album, a śpiewała w niej o przystojnym ścigającym z piwnymi oczami. Mimo napiętych stosunków obie z Imeldą rwałyśmy sobie włosy z głowy, gdy tylko któraś z dziewczyn z dormitorium włączała radio i wyła do księżyca, powoli kołysząc się do rytmów utworu.
– Wcale nie jest tak łatwo każdego dnia dźwigać brzemię kariery naszej najdroższej Celestynki – mruknął Cassius. Mimo że brzmiał żartobliwie, dostrzegłam ślad poirytowania na jego przemienionej, ale wciąż niepokojąco atrakcyjnej twarzy.
– A ty masz jakieś specjalne życzenia, Wando? – spytała Imelda. – Może zrobimy z ciebie blondynkę? Albo rudzielca?
– Byleby żaden Ślizgon mnie nie skojarzył.
– Rudy by jej pasował. – Cassius przyglądał mi się z szerokim uśmiechem, który nie zwiastował niczego dobrego. – Nadawałaby się na Pippi Långstrump, widzę podobieństwo…
– Humor ci wrócił – warknęłam, z frustracji krzyżując ramiona na piersi. – Chwała gaciom Merlina, bo już myślałam, że nas wystawisz.
– Przenigdy. – Przyłożył rękę do piersi w geście przesiąkniętym dramatyzmem. – Szczerze wątpię, czy zasnę w nocy, tak się jaram…
– Nie zaśniesz. – Arlo wyłonił się z klatki schodowej prowadzącej do dormitorium chłopców. Oparł się na łokciach o kanapę między Imeldą a Cassiusem i wytrzeszczył oczy, gdy zobaczył jego twarz. – A tobie co się stało?
– Och, musiałam trochę poćwiczyć przed jutrem – wyjaśniła Imelda.
– Aha. – Arlo z konsternacją przyglądał się Cassiusowi. – Bo myślałem, że coś go użądliło… Wygląda trochę jak… Jak przystojny Skalmar.
Razem z Imeldą równocześnie wybuchnęłyśmy śmiechem, a skonsternowana, ale zarazem pełna zaniepokojenia mina Cassiusa tylko dolała oliwy do ognia. Arlo też zaczął się cicho podśmiechiwać, zadowolony z trafnego porównania.
– Czy ktoś łaskawie wytłumaczy, co to jest przystojny Skalmar? – zapytał Cassius, w którym kotłowało się poirytowanie.
– Jak możesz nie wiedzieć? – Złapałam się za brzuch, chichocząc – Przecież jesteś półkrwi. Naprawdę nie widziałeś tego mema?
– Mima? – powtórzył nieudolnie, jakby wymawiał słowo po łacinie. – Przypominam, że wychowywałem się w Dolinie Godryka i ominęły mnie te mugolskie wynalazki…
– Żałuj. – Zaczerwieniona od śmiechu Imelda otarła łezki zbierające się w kącikach oczu. – Jeśli będę pamiętać przez święta, u dziadków wydrukuję ci tego Skalmara… Podobieństwo jest uderzające…
– Odczaruj mnie – zażądał, kiedy obok przeszła grupa zaniepokojonych dziewcząt. – I ani myśl wywinąć coś podobnego jutro!
Następnego dnia przejrzałam się w lustrze, nie mogąc nadziwić się umiejętnościom Imeldy. Widać wzięła sobie do serca słowa Cassiusa na temat Pippi Långstrump, bo zmieniła kolor moich włosów, brwi, a nawet rzęs na intensywnie rudy, doprawiła mi też hojną garść piegów, a rysy twarzy przetransmutowała tak, że mogłabym śmiało ujść za siostrę Arlo. Z lustra patrzyła na mnie zupełnie obca osoba i nawet odczułam lekki żal, że sama nie urodziłam się rudzielcem.
– Marchewka – rzuciła Jęcząca Marta, której głowa znienacka wyłoniła się z odpływu umywalki. Żal ulotnił się w ułamku sekundy. – Marchewka, goryl i… och! – Zakryła usta, wytrzeszczając oczy na stojącego obok Cassiusa. – Och, co ta dziewucha ci zrobiła?!
– Bez obaw, Marto. – Chociaż próbował zabrzmieć pewnie, drżenie głosu świadczyło o zaniepokojeniu. – Jeszcze odzyskam ładną buźkę.
– Oby… Bo jakbyś taki został… – Pokręciła głową, przyglądając mu się z odrazą. – Pippi za to nie ma się czego bać, wygląda znacznie lepiej…
Odkąd tylko weszliśmy do łazienki na trzecim piętrze, Marta nie dawała mi ani chwili wytchnienia od głupich zaczepek i miałam jej już po dziurki w nosie. Komentowała każdą zmianę, jaką poczyniła na mojej twarzy Imelda, jadowicie zgodziła się z nawiązaniem Cassiusa do Pippi Långstrump, a także wywołała falę wstrząsających całym ciałem dreszczy, gdy perfidnie przeze mnie przeleciała.
– Dzięki – burknęłam, rozplątując włosy z warkocza.
Marta w odpowiedzi pokazała mi język i pozwoliłam, by natrętne myśli wzięły górę. Odkręciłam kurek od kranu, na którego boku dostrzegłam wydrapaną podobiznę węża, a strumień przeleciał na wylot wprost przez półprzezroczyste usta ducha.
– Wydawałaś się spragniona – rzuciłam z przekąsem, kiedy Marta wyskoczyła z umywalki i teatralnie zaniosła się udawanym kaszlem. Kątem oka dostrzegłam, jak Cassius zasłaniał dłonią uśmiech.
– Ty wstrętna ropucho, pożałujesz tego! – Marta dramatycznie otarła twarz, chociaż pozostawała zupełnie sucha. Skrzyżowała ręce na piersi i omiotła naszą czwórkę pełnym oburzenia spojrzeniem. – Myślicie, że nie wiem, że coś kombinujecie? Zaraz może najść mnie ochota, żeby o tym komuś powiedzieć!
– Nic nie powiesz – warknął Cassius, ale szybko zreflektował się i dodał łagodniej: – Inaczej przestanę odwiedzać twoją łazienkę.
– W takim stanie nie masz nawet po co! – wykrzyknęła i zanurkowała do odpływu.
Przebrana w długą do ziemi, karmazynową sukienkę Imelda stanęła obok nas wraz z Arlo. W myślach niechętnie przyznałam Marcie rację: w istocie przypominał goryla, tak zupełnie obco szeroki w barkach, niski i z krzaczastymi ciemnymi włosami na głowie.
– Musicie przyznać, że odwaliłam kawał dobrej roboty… – powiedziała Imelda.
– No, nie wiem – burknął Cassius. – Naprawdę nie musiałaś zamieniać mnie w goblina z rzodkiewką zamiast nosa.
– Och, skończ już. Przynajmniej nie wyglądasz już jak Skalmar, a i tak dalej jesteś wyższy od Wandy.
– A kto nie jest wyższy od Wandy?
– Touché… Wybacz. – Imelda popatrzyła na mnie przepraszająco.
Wzruszyłam obojętnie ramionami, chociaż nie spodobało mi się przyrównanie do goblina. Wcześniej nieszczególnie przeszkadzał mi wzrost i zdecydowanie nie uznawałam tego za kompleks, jednak trudno było nie zmienić zdania, kiedy miało się przed oczami smukłą, wysoką Imeldę, która prezentowała się wręcz eterycznie w karmazynowej sukni.
Co na takie przyjęcie ubrałby Corvus? Nosiłby tradycyjne czarodziejskie szaty czy może coś innego?
– Może jeszcze raz powtórzymy plan? – rzucił Arlo, a my wszyscy ruszyliśmy za nim ku wyjściu z łazienki.
– A co tu powtarzać? – Z głosu Cassiusa emanowała pewność siebie. – Imelda ogarnia Ebenezera, w razie czego próbuje zatrzymać go na przyjęciu. Ty czekasz na korytarzu, a ja z Wandą włazimy do środka. Cała filozofia.
– Jest jeszcze Fairfax – przypomniałam. – O dziwo, wczoraj prawie bezboleśnie ze mną współpracował. Podał hasło bez stękania i zgodził się przyjrzeć Ebenezerowi… Może da nam znać?
– Nie wiem, czy naprawdę się stamtąd ruszy – wtrącił Arlo. – Poza hasłem w niczym nam nie pomógł, a siedzi już w lochach prawie dwa miesiące.
To nie do końca prawda, ale nie zamierzałam pisnąć słówka. Wczoraj zgłosiłam się na ochotnika, by porozmawiać z hrabią Fairfaxem przed spotkaniem Klubu Ślimaka i udało mi się dowiedzieć, że naprawdę słyszał, jak Ebenezer wspominał Vulpeculi o liście. Dzięki temu wiedziałam, że jest sens jej szukać.
– Tak, masz rację. – Imelda w półbiegu pokonywała stopnie, unosząc sukienkę. – Po wszystkim naprawdę przeniosę Fairfaxa do Gospody pod Świńskim Łbem… Arlo musi wypatrywać mnie albo Ebenezera, a potem dać wam znać. To nasza jedyna pewna opcja.
– A jeśli coś pójdzie nie tak? – Bezwiednie wypowiedziałam myśli na głos, czując, że przyśpiesza mi serce. Dotąd wcale się niczym nie przejmowałam, ale teraz, kiedy plan wreszcie miał się ziścić, dłonie miałam śliskie od potu.
– W najgorszym wypadku się nim zajmiemy – odparł hardo Cassius, unosząc głowę.
Zazdrościłam mu tej pewności siebie. Może sama miałabym podobną, gdybym przez rodziców nie zaczęła edukacji z tak ogromnym poślizgiem. Trochę lepiej opanowałam Expelliarmusa podczas zajęć z Flitwickiem, z Corvusem przećwiczyłam Depulso, ale czy to może wystarczyć w razie starcia z Ebenezerem?
Zanim zeszliśmy do lochów, Cassius odciągnął mnie na bok przy posągu złotego trio.
– Co jest? – spytałam z wyrzutem. Nie mógł powiedzieć mi, żebym poczekała, tylko musiał chwycić za kaptur i przytrzymać?
– Rozmawiała z tobą ciotka?
– Ostatnio? Nie. A co?
– Bo ze mną rozmawiała. Dziś rano.
– …Gratulacje? – mruknęłam z poirytowaniem. Co mnie to obchodziło i czemu ta informacja była tak ważna, żeby odciągać mnie od Arlo i Imeldy?
– Myślałem, że cię uprzedzę. – Wzruszył ramionami. – Ale jak nie chcesz wiedzieć…
– Niemożliwy jesteś. Gadaj.
– Spodziewaj się pogawędki o… bocianach.
Nie czekając na odpowiedź, zszedł do lochów.
To nie mogło być prawdziwe. Gdyby ciotka zamierzała urządzić mi pogawędkę tego typu, zrobiłaby to za pierwszym razem, kiedy łajała mnie za wałęsanie się po Hogwarcie w środku nocy.
Zbiegłam po schodach i kiedy dogoniłam przyjaciół, czekali na mnie obok pustych ram portretu hrabi Fairfaxa, który musiał już udać się na przyjęcie.
– Powodzenia. Hasło to „Nil satis nisi optimum" – przypomniała mędrkowatym tonem Imelda, jakbym od wczoraj zdołała je zapomnieć, i machnęła różdżką, a akcenty naszych szat zmieniły się na zielono-srebrne.
– Co to właściwie znaczy? – Oparty o ścianę Cassius odprowadził ją spojrzeniem. – Coś o najlepszym?
– Tylko najlepszy jest wystarczająco dobry, coś takiego – odparłam nieobecnie, po raz setny wyobrażając sobie, co zrobię, kiedy tylko wpadnę do dormitorium Ebenezera. – Jakby nie patrzeć, pasuje…
Cassius prychnął, kiwnąwszy głową odchodzącemu na ustaloną pozycję Arlo.
– Pasuje? Skąd w tobie ta nagła sympatia do Ślizgonów?
Najwyraźniej nie zamierzał przestać dyszeć mi w kark.
– Po prostu hasło pasuje do głównych założeń Salazara Slytherina. – Wychyliłam się zza rogu, spoglądając na zakończony ślepym zaułek korytarz. Przed pustą ścianą zgromadziła się grupka starszych uczniów. – Dobrze wiesz, co miałam na myśli.
– Może i wiem. – Drgnęłam, tuż za plecami słysząc przyciszony głos Cassiusa. Zaczął bawić się kosmykiem moich włosów. – Ale czy wiesz, że to, co wtedy mówiłem, było prawdą?
– Niby co? – syknęłam, chociaż zdawało mi się, że mam pojęcie, gdzie zmierzał.
– Samo skradanie się do pokoju wspólnego Ślizgonów daje niezłego kopa adrenaliny, ale jest podwójnie ekscytujące, kiedy mam cię u boku.
Cassius obrócił mnie ku sobie i wsparł rękę obok mojej głowy. Przywarłam plecami do zimnego kamiennego muru, a na widok kulfoniastego nosa momentalnie pożegnałam się z napięciem.
– Teraz zebrało ci się na podrywy? – powiedziałam z westchnieniem. – Nie mamy czasu na głupoty, musimy wejść tam jak najszybciej i…
– I tak czekamy, aż sobie pójdą. – Nieśpiesznie okręcił wokół palca rudy kosmyk. Pociągnął go lekko. – Póki tam stoją, możemy zająć się czymś innym. Do twarzy ci w tym kolorze, wiesz?
– Może i wiem, ale tak się składa, że nie mam ochoty na igraszki z człowiekiem-rzodkiewką.
Wbrew oczekiwaniom Cassius zaśmiał się cicho pod nosem. Spodziewałam się, że przy jego przewrażliwieniu na punkcie wyglądu tym tekstem zetrę mu uśmiech z twarzy.
– Czyli potem? – spytał.
Zmarszczyłam brwi.
– Co potem?
– Zakradniemy się tam, przetrzepiemy ich dormitorium i potem będziesz miała ochotę na igraszki, tak?
Odebrało mi mowę. Miałam ochotę zapaść się we wnętrze kamiennej ściany, byleby tylko nie musieć odpowiedzieć na to pytanie. Skąd on brał tę paraliżującą pewność siebie i tupet, żeby mówić takie rzeczy na głos?
– Nie – wydusiłam wreszcie, kiedy stwierdziłam, że Cassius zbyt długo przyglądał się moim rozchylonym ustom. To nawet nie byłam ja! – Nie. Cały tydzień traktowałeś mnie jak powietrze, dogryzałeś mi przy każdej okazji i myślisz, że będę się chciała z tobą całować? Jesteś niemożliwy…
Cofnął się, śledząc twardym wzrokiem mijającą nas grupkę Ślizgonów, zanim powiedział:
– Po prostu mnie zirytowałaś.
– Niby czym?
Zlustrował mnie od stóp do głów lekceważącym spojrzeniem.
– Niepotrzebnie zaczęłaś marudzić o jakichś idiotycznych plotkach i tak samo niepotrzebnie marudzisz teraz. – Niespodziewanie ruszył żwawym krokiem w stronę wejścia do pokoju wspólnego Slytherinu. – Nie mam czasu na głupoty.
Pobiegłam za nim, ale szedł tak szybko, że w połowie drogi sobie odpuściłam, zadowalając się byciem kilka kroków w tyle. Poczułam na języku gorzki smak niepewności i strachu, a niezrozumiały impuls sprawił, że sięgnęłam do ostatnio zapomnianej kieszeni, skąd ukradkiem wyjęłam połyskujący w świetle pochodni fałszoskop.
Nasz plan miał słabe punkty. Najsłabszym z nich był znikomy przepływ informacji w razie nieprzewidzianego wyjścia Ebenezera ze spotkania Klubu Ślimaka. Gdyby do tego doszło, Imelda musiałaby pobiec poinformować Arlo, a on nas i w tym nieznośnie przedłużającym się czasie mogłoby wydarzyć się dosłownie wszystko.
Zerknęłam przelotnie na tył głowy Cassiusa, gdy zza pazuchy wydobyłam różdżkę, wyszeptałam Scriptio i skupiłam się na słowach:
„Potrzebuję przysługi. Obserwuj Ebenezera i napisz do mnie, kiedy tylko zobaczysz, że wychodzi z przyjęcia. Proszę."
Z szybko bijącym sercem wpatrywałam się w napis wygrawerowany na srebrnej obręczy. Nie znikał. Od razu pomyślałam, że pewnie Corvus przestał nosić fałszoskop przy sobie, w końcu tak długo nie używaliśmy go do komunikowania się.
„Dlaczego o to prosisz?"
„To nieistotne, nie mam czasu na tłumaczenia. Zrobisz to dla mnie?"
„Zrobię."
Z nerwowym, ale zarazem usatysfakcjonowanym uśmiechem schowałam fałszoskop i dogoniłam Cassiusa, który szedł śladem małego pierwszoroczniaka. Chłopiec obejrzał się na nas przez ramię, dzierżąc pod pachą ciężkie tomisko.
– O! Dobrze, że jesteście! – wydyszał, niedbałym ruchem ręki odgarniając przydługą blond grzywkę opadającą na oczy. – Nie pamiętam nowego hasła.
– Bez obaw, ślizgoński pobratymcu. – Zadowolony Cassius roztrzepał mu ledwo co ułożone włosy i przystanął wraz z chłopcem na wprost pustej ściany. – Wando?
– Nil satis nisi optimum.
Ledwo zdołałam powstrzymać się od nerwowego podskoku. Nie spodziewałam się, że z podsadzki błyskawicznie wyrośnie ogromny kamienny wąż, spod brzucha którego wyłonią się przyozdobione srebrnymi żmijami, stające przed nami otworem wrota.
Chłopczyk jak gdyby nigdy nic przeszedł przez nie, a my z Cassiusem popatrzeliśmy po sobie bez słowa, zanim weszliśmy do środka. Zbiegliśmy spiralnymi schodami w dół i zatrzymaliśmy naprzeciw wysokiej statuy przedstawiającej dumnie pozującą trytonkę. Z jej włosów wprost do marmurowego brodzika z lekkim szumem spływały strumyki krystalicznie czystej wody, podczas gdy trytonka wodziła ręką po połyskujących łuskach na ogonie.
Cassius bezceremonialnie szarpnął mnie za ramię i wciągnął za fontannę, a następnie wyjął z torby dwie łajnobomby, zaglądając w głąb pokoju wspólnego Slytherinu. Czy naprawdę musiał obchodzić się ze mną, jakbym była workiem kartofli?
– Wiesz co, może lepiej załóż kaptur – mruknął, lustrując mnie spojrzeniem. – Rzucasz się w oczy, marchewo.
Mimo irytacji spełniłam sugestię.
– Tak żeby w oczy nie rzuciła ci się moja pięść.
Cassius prychnął, odbezpieczył bombę i rzucił ją ponad fontanną wprost w serce pomieszczenia. Ktoś zdołał wydać z siebie zaskoczony pomruk, zanim łajnobomba eksplodowała z hukiem, roztaczając wokół brązową chmurę smrodu o imponującym zasięgu.
Kiedy rozległy się krzyki, przytłumione przekleństwa i jęki obrzydzenia, uczniowie zerwali się z miejsc i popędzili wprost na nas, zasłaniając twarze ubraniami, pokasłując i mrużąc oczy, żeby cokolwiek dostrzec. Cassius pociągnął mnie za rękaw i kucnęliśmy za wzdychającą teatralnie trytonką, która pełnym gracji gestem odrzuciła włosy do tyłu i przy okazji smagnęła mnie lodowatą wodą między oczy.
Cassius kwiczał ze śmiechu, dociskając dłoń do ust. Przetarłam twarz rękawem bluzy i zaczęłam oddychać przez usta, bo chwila wystarczyła, żeby każdy kąt pokoju wspólnego przeniknął intensywny, duszący smród gnoju.
Cassius wykradł się zza fontanny i rzucił kolejną łajnobombę, tym razem poza zasięg mojego wzroku, i sprintem wrócił na miejsce, a z jego piwnych oczu biły iskry ekscytacji i wręcz dziecięcego entuzjazmu.
– Jeszcze moment…
Rozległ się drugi huk, tym razem przytłumiony, znów rozgorzał chaos i chmara kaszlących chłopaków wystrzeliła z dormitoriów. Kiedy skończyli przeciskać się po spiralnych schodach, Cassius pociągnął mnie za sobą. Przylgnęliśmy konspiracyjnie do ściany, a po sprawdzeniu horyzontu pognaliśmy do celu, jakby po piętach deptało nam coś gorszego niż wilkołak w trakcie pełni księżyca. Na korytarzu odnaleźliśmy tabliczkę oznaczoną cyfrą VII i wpadliśmy do środka opustoszałego dormitorium, zatrzaskując za sobą drzwi.
W środku panował połowiczny chaos wymieszany z porządkiem. Dwa łóżka z pomiętymi pościelami wyglądały tak, jakby dopiero co ktoś z nich wyskoczył, a dookoła walały się podręczniki, wymięte rolki pergaminu i puste pojemniki po atramencie. Jeden kąt dodatkowo usłany był papierkami po słodyczach z Miodowego Królestwa i imponującym stosem brudnych ubrań. Natomiast po drugiej stronie dormitorium pozostałe dwa łóżka były zaścielone, a wokół panował wręcz hermetyczny porządek.
– Na gacie Merlina, jak my mamy coś znaleźć w tym syfie? – Cassius załamał ręce nad kupką mieszaniny wymiętych hogwarckich szat i przypadkowych śmieci.
– Twierdzisz, że wasze dormitorium wygląda inaczej? – Przekroczyłam rozsypane obok pieca gargulki.
– Pytasz, bo chciałabyś je zobaczyć? – spytał, na co prychnęłam. – Może dla ciebie bym posprzątał.
– Mniej gadania, więcej robienia.
Podeszłam do zasłoniętego zielono-srebrnymi kotarami łóżka, obok którego na półce nocnej jak gdyby nigdy nic spoczywała mugolska czaszka. Na ten widok upiornie powoli wzdłuż kręgosłupa przekradł mi się dreszcz.
– Od którego zaczynamy? – spytał Cassius.
– Od Ebenezera, a kogo.
– A skąd mamy wiedzieć, które rzeczy są jego? – odparł ze zniecierpliwieniem, na co wzruszyłam ramionami.
Zamiast zakasać rękawy, Cassius podrzucił w powietrze czaszkę, a na ten widok zmroziło mnie do szpiku kości. W błogiej nieświadomości raz po raz zręcznie ją łapał.
– CASSIUS! – ryknęłam, kiedy pochwycił ją w ostatniej chwili przed upadkiem na wyściełaną dywanami posadzkę. Porażony moim wrzaskiem podskoczył i przybrał zatrwożoną minę. – Weź się do roboty…
Nie mogłam zrobić nic więcej. Jak wyjaśniłabym wiedzę, że ta czaszka należała kiedyś do człowieka z krwi i kości?
Z podchodzącym do gardła żołądkiem przeszukałam szufladę, niestety nie znalazłam w niej nic poza drobiazgami i metalową puszką pełną przyborów do rysunku. Tym razem Cassius wreszcie zaczął przetrzepywać wnętrzności półki nocnej i komody. W przeciwieństwie do mnie nie przejmował się niczym, wyjmując całe szuflady i wysypując ich zawartość wprost na podłogę. Pod nogi potoczył mi się srebrno-czarny sygnet z literą R i domyśliłam się, że Cassius dobrał się do prywatnych rzeczy Corvusa.
Od wysiłku zagryzłam zęby, starając się wywrócić do góry nogami kufer Ebenezera. Kiedy trzasnął na ziemię, machnęłam różdżką i jego zawartość rozpierzchła się na boki, co ułatwiło mi ogarnięcie wzrokiem wszystkiego, co się tam znajdowało.
Na pierwszy rzut oka nie odnalazłam niczego podejrzanego ani niecodziennego, co sprawiło, że odczułam przygniatające poczucie niepokoju. Poddanie się nie wchodziło w grę, więc znów padłam na kolana i zaczęłam przeglądać wszystkie rzeczy, najpierw powierzchownie, ale w końcu udało mi się opanować. Rozwijałam zwinięte w rulon skarpetki, zaglądałam do pojemniczków ze składnikami na eliksiry i z podejrzliwością wąchałam ich zawartość, a także trzepałam podręcznikami, jakbym spodziewała się, że spomiędzy stron wymsknie się lista ofiar.
– Tu jest czysto. Może u tego świniaka na przeciwko coś znajdę. – Cassius kopniakiem odsunął na bok walający mu się pod nogami kufer, a coś w tym widoku szczególnie mnie poirytowało.
Akurat gdy chciałam zaproponować, żeby przyszedł mi pomóc, poczułam ciężar w kieszeni bluzy. Spojrzałam na zrywającego materac z łóżka Cassiusa i ukradkiem wyjęłam fałszoskop, obracając go w dłoniach.
„Wiesz coś o jakichś łajnobombach?"
Przełknęłam ślinę. Przecież nie mogłam powiedzieć mu prawdy, przynajmniej nie teraz.
„Nie…"
„To dobrze. Ebenezer wychodzi, żeby sprawdzić, co jest grane."
Serce zamarło mi w piersi, gdy drżącymi rękami schowałam fałszoskop z powrotem do kieszeni. Co teraz? Jak mieliśmy szanse przeciwko Ebenezerowi? Może Cassius poradziłby sobie z nim w pojedynku, gdyby był sam… A jeśli zabrał ze sobą Vulpeculę?
– Musisz iść – powiedziałam, a myśli pędziły mi łeb na szyję. – Musisz iść do Arlo, teraz.
– Niby czemu? – Cassius poderwał głowę znad rozbebeszonego kufra. – Co jest?
– Coś jest nie w porządku. – Zacisnęłam ręce w pięści, żeby uspokoić ich drżenie. Nie wiedziałam, jak to wszystko wytłumaczyć, jak skłonić go do wyjścia. – Ja tu zostanę… ale ty musisz… i…
– Dobra, spokojnie – wtrącił, przyglądając mi się zagadkowo. – Zerknę do Arlo i zaraz po ciebie wrócę, okej?
Kiedy tylko Cassius wyszedł, ze ściśniętym gardłem zerwałam się na równe nogi. Przerzucałam walające się po ziemi rzeczy Ebenezera, obmacywałam ubrania, jakbym miała między nimi coś znaleźć, aż w końcu zamaszystym ruchem odgarnęłam kotary i stęknęłam przeciągle, z trudem zrywając z łóżka potwornie ciężki materac.
Pusto.
Drgnęłam, słysząc głuchy trzask. Coś gdzieś spadło.
Rozejrzałam się po splądrowanym dormitorium, oblizując spierzchnięte wargi. Prawie że połamałam nogi, zaplątując się w porozrzucane dookoła ubrania i inne rzeczy, ale wreszcie udało mi się dopaść oprawiony w ciemną skórę notatnik.
Gwałtownie go otworzyłam, spodziewając się znaleźć w środku zapiski Ebenezera, jednak to wcale nie był notatnik, a szkicownik. Zwilżyłam suche palce i zaczęłam przerzucać kolejne kartki. Większość z nich przedstawiała najróżniejsze miejsca w Hogwarcie: przewinął się skraj Zakazanego Lasu, wschód słońca nad sowiarnią, wejście do biblioteki, często pojawiała się też Vulpecula uchwycona z różnych perspektyw: z profilu, z przodu, z…
Krzyknęłam krótko, gdy zerwano mi kaptur z głowy. Zamknęłam oczy, kiedy zostałam gwałtownie odwrócona do tyłu i modliłam się w duchu, żebym zaraz stanęła oko w oko z Cassiusem. Dotyk obcych dłoni na ramionach nieznośnie palił i coś w głębi duszy podpowiadało mi, że zobaczę Ebenezera.
Uniosłam powieki, napotykając wzrokiem skonsternowaną twarz Corvusa. Przyglądał mi się ze zmarszczonymi brwiami i nierozumiejącym wzrokiem przez kilka rozciągających się w nieskończoność sekund.
– Wanda? – spytał, a ja zorientowałam się, że przecież wyglądałam inaczej. W odpowiedzi tylko pokiwałam głową, bo wciąż ściskało mnie w gardle ze strachu. – Co to jest?
Spuścił głowę, patrząc na szkicownik, który kurczowo ściskałam w dłoniach. Odebrał mi go, w zamyśleniu przerzucając kolejne kartki i zatrzymał się dopiero w momencie, gdy zobaczyliśmy wyczerpujący szkic wyciągniętej na łóżku Vulpeculi. Uśmiechała się zalotnie, sunąc długim, czarnym paznokciem po talii i zaokrągleniu biodra, a miała na sobie wyłącznie jedwabną koszulę nocną.
– Chyba nie powinienem tego oglądać… – bąknął zmieszany, a policzki poczerwieniały mu z zakłopotania. Wcisnął mi szkicownik w ręce i otrzeźwiał, bo rzucił wstrząśnięty: – Coście zrobili z naszymi rzeczami?
– My… No, tego…
– Cholera! – wykrzyknął tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam. – On zaraz tu będzie…
Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Corvus zakleszczył moje ramię w uścisku i pociągnął za sobą. Myślałam, że chce mnie siłą wyciągnąć z dormitorium, ale kierował się ku swojemu łóżku.
– Co robisz? – wydukałam, kiedy Corvus kopniakiem otworzył kufer.
– Pakuj się do środka!
Popatrzyłam na niego jak na zbiega z oddziału zamkniętego w Świętym Mungu, ale coś w nieugiętym spojrzeniu Corvusa powiedziało mi, że wcale nie zwariował. Z sercem w gardle wskoczyłam do kufra i podciągnęłam nogi pod klatkę piersiową, bo inaczej nie dałabym rady się zmieścić, a wieko zatrzasnęło się, pogrążając mnie w całkowitej ciemności. Gwałtownie się przesunęłam i po chwili pozostało mi nic innego, jak wsłuchiwać się w dźwięk przyspieszonego oddechu.
Nic się nie działo, więc z trudem sięgnęłam po wbijającą mi się w brzuch różdżkę i wyszeptałam Lumos, a wątły promień światła oświetlił wnętrze kufra. Wierciłam się, starając przybrać pozycję, w której mogłabym dalej przeglądać szkicownik, i kiedy wreszcie udało mi się go otworzyć, spomiędzy stron wypadł skrawek pergaminu.
Obróciłam go na drugą stronę.
SZ.
B. D.
W. O
T. Z
I. B.
K. T.
W. P.
C. R.
M.
Niepokojąco krótka. Nie wiedziałam, co oznaczało pogrubienie i podkreślenie podwójną kreską K.T., ale domyśliłam się, że W.P. odnosiło się do mnie. Musiało. Natomiast na widok C. R. od razu pomyślałam o Corvusie, ale to nie miało żadnego sensu – należał do czystokrwistej rodziny. W całym Hogwarcie musiała znajdować się druga osoba, mugolak lub mugolaczka, o jednakowych inicjałach.
Coś huknęło, rozległy się głosy. Wytężyłam słuch i wstrzymałam oddech, chcąc zrozumieć wszystko z toczącej się nerwowej rozmowy.
– …coś?
– Skąd mam wiedzieć? Dopiero tu przyszedłem.
– I nikogo tu nie widziałeś, tak? – Ebenezer podniósł głos, dzięki czemu słyszałam go lepiej. – Myślisz, że w to uwierzę?
– W dupie mam to, w co wierzysz. Jakbyś nie zauważył, moje rzeczy też są przetrzepane… – Zapadła dłużąca się, pełna napięcia cisza. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby Corvus mówił w podobny sposób. – Tego drugiego chłopaka też trafiłeś?
– Nie.
– Jeśli coś wzięli, pewnie on to ma.
Nasłuchiwałam, ale żadne słowo już nie padło. Czy Ebenezer faktycznie wyszedł, żeby odszukać Arlo albo Cassiusa? Jeśli tak, dlaczego Corvus nie wypuścił mnie jeszcze z kufra?
Oblana zimnym potem wierciłam się z frustracją, próbując wcisnąć szkicownik wraz ze zwitkiem pergaminu do kieszeni. Jeśli Ebenezer cudem domyśli się, że nie był w dormitorium sam z Corvusem, do samoobrony potrzebowałam wolnych rąk.
Kufer przesunął się z impetem, przez co wyrżnęłam głową w ściankę i stęknęłam cicho. Po kliknięciu wieko odskoczyło do góry, ukazując podenerwowaną twarz. Z wdzięcznością chwyciłam zaoferowaną dłoń, bo sama chyba nie dałabym rady wykaraskać się z ciasnego wnętrza, i pozwoliłam, żeby Corvus pomógł mi wstać.
Wciągnął mi kaptur na głowę i powiedział:
– Poszedł, ale i tak musimy uważać. Idź za mną i się nie wychylaj.
Kiedy tylko wyściubiliśmy nosy zza drzwi dormitorium, ktoś poradził sobie z łajnobombami. Znikła brązowa chmura, a chociaż pozostałości gnojowego zapachu wciąż unosiły się w powietrzu, nie piekły już w oczy ani nie gryzły w gardło. Kilka osób kręciło się bez celu po skąpanym w zielonkawym świetle pokoju wspólnym. Bezwiednie przystanęłam, wpatrując się w ogromne okna wychodzące na głębiny hogwarckiego jeziora.
Zjawiskowe.
Zniecierpliwiony Corvus pociągnął mnie w stronę schodów, po których przeskakiwał po trzy stopnie, przez co prawie wybiłam sobie zęby. Wężowy brzuch znów zmaterializował dla nas wrota, a my wypadliśmy na korytarz, rozglądając się na boki. Cel naszej ucieczki stał się dla mnie oczywisty dopiero w ostatniej chwili, kiedy spostrzegłam znajomy gobelin. Drzwi tajnej komnaty zatrzasnęły się za nami, a Corvus puścił moją rękę i odszedł w głąb pomieszczenia, splatając dłonie na tyle głowy.
Strach topniał – byliśmy bezpieczni. Mimo że na początku wyczekiwałam komentarza z jego strony, po chwili skupiłam się na tym, jak dobrze wyglądał w białej koszuli z podwiniętymi rękawami i czarnej kamizelce. Wizerunku dopełniały ciemne spodnie i wypolerowane na błysk buty, brakowało jedynie peleryny. Gdyby miał ją na sobie…
– Co sobie myślałaś? – Odwrócił się do mnie z oczami emanującymi poirytowaniem. Nie brzmiał napastliwie, tylko jakby już częściowo godził się z tym, co zaszło. – Wiesz, jak to wszystko mogło się skończyć?
– Wiem…
– Gdybym się nie połapał, Ebenezer miałby cię jak podaną na tacy. Zostałabyś z nim znów sama i…
– Już raz to przeżyłam – ucięłam mimo świadomości, że Corvus miał rację. Wolałam udawać niewzruszoną niż wysłuchiwać elaboratów na temat swojej głupoty.
– Ostatnim razem nie włamałaś się do naszego dormitorium, szukając na niego dowodów. Nie podarowałby ci tego.
To prawda. Gdyby Ebenezer przyłapał mnie na gorącym uczynku, śniłyby mi się koszmary znacznie gorsze od obecnych, ale czy to istotne? Plan został wdrożony w życie i mimo wielu niedociągnięć wypalił. Zrobiliśmy postęp.
Wyjęłam z kieszeni szkicownik i otworzyłam go, siadając na ziemi po turecku.
– Nie oglądaj tego. – Corvus spróbował mi go odebrać, ale uchyliłam się przed jego lepkimi rękami. – Tam są rysunki mojej siostry.
– Nie na wszystkich jest Vulpecula, widzisz? – Pokazałam mu zachód słońca nad sowiarnią. – Nie wzięłabym Ebenezera za typ romantyka, który wzdycha do ładnych krajobrazów…
– To nie jest krajobraz.
Podniosłam głowę i ze zdziwieniem stwierdziłam, że Corvusowi krew odpłynęła z twarzy. Usiadł obok i wskazał na bok wieży. Z powodu odległej perspektywy i wielu dokładnych szczegółów nie zwróciłam uwagi na coś, co w pierwszej chwili uznałam za rozmytą smugę grafitu z ołówka. Z kamiennego boku wieżyczki zwisała niewyraźna sylwetka.
Odebrał mi szkicownik i zaczął przeglądać rysunki od samego początku. Niektóre ilustracje niczego nie wnosiły, więc omijał je bez słowa, ale w końcu zatrzymał się przy jednej przedstawiającej chłopaka śpiącego w skrzydle szpitalnym.
– Coś ci to mówi? – spytałam z nadzieją.
– Tak… W zeszłym roku któryś Puchon wylądował w skrzydle szpitalnym, cały obsypany czyrakami…
– Locket. Słyszałam o tym.
Dalej przeglądaliśmy zawartość szkicownika, a Corvus z zaróżowionymi policzkami szybko pomijał wszystko, co dotyczyło Vulpeculi. Przyglądałam mu się z jawnym rozbawieniem przez dłuższy czas, zanim to mnie udało się dostrzec coś na szkicu wejścia do biblioteki. Wskazałam na jaśniejszą, rozmazaną plamę w kącie sufitu. Kokon. Gdybyśmy nie wiedzieli, czego szukamy, z pewnością też bym ją pominęła.
– Siostra Imeldy. Dobre oko.
– Co zaszło na korytarzu? – spytałam, kiedy przeszliśmy do studiowania kolejnej ilustracji. – Co z Imeldą i Arlo? I Cassiusem?
Potarł kark.
– Imelda daleko nie zaszła – stwierdził po chwili ciszy. – Ebenezer wyszedł z przyjęcia razem z Vulpeculą, a ona szybko się połapała, że Imelda ich śledzi. Nie była zbyt dyskretna… – Zamilkł, więc ponagliłam go szturchnięciem w bok. – Dostała tylko z Petrificusa Totalusa. Domyślili się, że coś jest na rzeczy i pobiegli prosto do pokoju wspólnego. Cassius i Arlo dali radę chwilę ich powstrzymać, ale w końcu Arlo też dostał.
– Skąd wiedziałeś, że to Arlo? Byliśmy przetransmutowani.
– Nietrudno się domyślić. Kiedy tylko Vulpecula trafiła Arlo, Cassius uciekł.
Szczęka mi opadła.
– Chyba sobie żartujesz. Zostawił go? Zostawił Imeldę? I…
– I zostawił ciebie, tak? Mówiłem ci, żebyś mu nie ufała. Cassius to tchórz. – Spojrzał na mnie ponuro, omijając szkic tańczącej Vulpeculi. – Mogłaś mi powiedzieć, co planujecie…
– Po co? Żebyś mi powiedział, że mam sobie odpuścić? Dobrze wiesz, że byś mi nie pomógł.
– Wando… – Westchnął, opierając głowę o ścianę. – Tak, pewnie dokładnie to bym ci powiedział, ale przynajmniej nie zrobiłabyś czegoś tak skrajnie głupiego…
– Może to głupie, ale mamy ten szkicownik, prawda? Wreszcie mogę pokazać coś cioci.
– Myślisz, że to coś da? Nie bądź naiwna, to tylko rysunki. Nie są podpisane gorącym przyznaniem do winy z parafką Ebenezera.
Kiedy z frustracją wyszarpnęłam mu szkicownik, musnęłam szeleszczącą kieszeń. Lista. Dławiła mnie świadomość, że na niej byłam.
– No i co? – odparłam drżącym głosem. Przewracałam kolejne strony, ale tak naprawdę wcale się im nie przyglądałam. – Może nauczyciele wiedzą więcej niż my i szkicownik wreszcie da im do zrozumienia, że te wszystkie incydenty naprawdę są z jego winy? Znal…
Zamilkłam, kiedy Corvus złapał mnie za nadgarstek. Z obrazka patrzyłam na nas ja. Miałam odchyloną do tyłu głowę, usta rozchylone w niemym okrzyku, oczy pełne przerażenia, a czarna dłoń zaciskała się wokół garści moich włosów, w które wplątał się sygnet.
Serce zaczęło dudnić mi w piersi tak mocno, jakbym znów stała w klasie eliksirów razem z Ebenezerem. W przypływie natychmiastowej paniki wyrwałam tę stronę i zgniotłam ją tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
– Co to miało być? – spytał cicho Corvus. – Co on ci zrobił?
Odwróciłam głowę.
– Nic… Poszarpał mną, rzucił o szafkę…
– I to jest niby nic?
Wzruszyłam ramionami.
– Przynajmniej nie błąkałam się w całkowitych ciemnościach po Wrzeszczącej Chacie, nie spadłam przez klapę w podłodze i nie skręciłam sobie kostki – burknęłam niewyraźnie i jeszcze mocniej zacisnęłam rękę na kulce z papieru, kiedy usłyszałam łamanie się własnego głosu. Łzy cisnęły mi się do oczu. – Po co on to rysował?
Corvus milczał, kiedy ocierałam mokrą twarz. Nie patrzył na mnie, za co byłam mu wdzięczna. Płakanie przy kimkolwiek wydawało mi się najgorszą rzeczą pod słońcem.
– Podejrzewam, że mu się to podobało – odparł cicho.
Żołądek podszedł mi do gardła. Nigdy wcześniej nie czułam się tak bezbronna i upokorzona. Jeśli Corvus miał rację, Ebenezer znów zaskoczył mnie stopniem zdeprawowania – teraz nie potrafiłam już nawet wierzyć, że był w pełni człowiekiem. Kto o zdrowych zmysłach sporządzałby takie rysunki i czerpał z nich przyjemność?
– Spal to. – Rzuciłam zmięty szkic na ziemię. – Nie chcę tego widzieć.
– Ty spal. Dasz radę.
Mimo prób nie osiągnęłam nic poza wystrzeleniem rozżarzonych iskier, które wypaliły mi garść dziurek w spodniach. Z trudem powstrzymałam się przed cisnięciem różdżki na drugi koniec komnaty.
– Spokojnie. – Corvus chwycił mnie za rękę, zanim bez najmniejszego problemu sprawił, że szkic zajął się ogniem. Płomienie strawiły go szybko, pozostawiając po sobie popiół. – Poćwiczymy nad tym jeszcze.
– Chcesz mnie dalej uczyć? – Spojrzałam na nasze złączone dłonie i przełknęłam ślinę. – Myślałam, że po naszej ostatniej rozmowie jesteś na mnie zły…
– Byłem, ty zresztą też. Jeśli chcesz, możemy znów zacząć się spotykać.
Spotykać. Chociaż wiadomym było, co Corvus miał na myśli, do głowy przychodziło mi inne znaczenie tego słowa. Wstałam, ściskając pod pachą szkicownik, i powiedziałam:
– Dobrze, napiszę do ciebie. A teraz przetransmutuj mnie z powrotem, proszę, zanim pójdę do cioci.
