DISCLAIMER: Nie jestem właścicielką „Simsów", niestety :) Życzę miłej lektury.


„Bogini Simsów."

- Jestem boginią - z zachwytem szepnęła Ola, przymykając oczy. - Prawdziwą boginią, a to jest cudowne.

W tej chwili była jednak bardzo senną i zmęczoną boginią, która dawno już powinna udać się na zasłużony spoczynek. Stała teraz przed oknem swej sypialni, usiłując przeniknąć wzrokiem jednostajną czerń późnowieczornego nieba. Może gdzieś tam, hen za pstrzącymi je punkcikami odległych gwiazd, znajdowała się odległa planeta Sixam; jej zielonoskórzy mieszkańcy o wielkich czarnych oczach, mogliby kiedyś złożyć jej wizytę. Myśl ta przyprawiła małą o paroksyzm perlistego chichotu; gdy skończyła się śmiać, zasunęła zasłony i z niechęcią wróciła do komputera, żeby go wyłączyć. Wakacje czy nie, naprawdę powinna pójść spać; pewnie rodzice przyjdą wkrótce sprawdzić, czy już się położyła. Chociaż dzień obecnie dobiegał końca, to był on naprawdę wspaniały, od „a" do „z" - bo niemal w całości spędziła go grając w ulubione „Simsy".

Tak; zmuszeni wysłuchiwać jękliwych błagań Oli przez ostatnie miesiące, mama i tata ostatecznie zgodzili się kupić jej grę wraz z - dziewczynka nie mogła wprost uwierzyć we własne szczęście - wszystkimi dostępnymi na rynku dodatkami! Spory wydatek, niewątpliwie, ale oboje doszli do wniosku, iż ich grzeczna oraz, co nie pozostawało dlań bez znaczenia, świetnie ucząca się córeczka, w pełni na niego zasługiwała. Wykorzystując fakt, że nie musiała teraz chodzić do szkoły, dziesięciolatka całymi godzinami grała pełna zapału, poświęcając cały swój, jak się zdawało, wolny czas na tworzenie wirtualnych ludzików, a następnie zaludnianie nimi uniwersum gry, będącej ostatnim krzykiem mody wśród jej przyjaciółek.

Najlepszą zaś rzeczą, jeśli chodziło o Simów, było to, iż owi nieprawdziwi „ludzie" nic nawet nie podejrzewali, wiodąc swą wypełnioną niewiele znaczącymi życiowymi „dramatami", przyziemną egzystencję w równie nieprawdziwym świecie. Ich młodziutka pani, odkąd zaczęły się wakacje, spędzała po wiele godzin dziennie, za milczącą aprobatą rodziców, zanurzona w sztucznym, lecz wydającym się, och, jakże realnym, mikrokosmosie gry, lecz, jak dotąd, nie czuła się nim ani trochę znużona. Była właścicielką utworzonego przez siebie świata - jego boginią. Wspaniała, uskrzydlająca świadomość.

Na przestrzeni ostatnich kilku tygodni, od kiedy otrzymała grę (plus, nie zapominajmy, wszystkie dodatki do niej, włącznie z jej ulubionym „Witaj w pracy" - to właśnie tam dochodziła możliwość poznania kosmitów z Sixam), Ola zdążyła się bardzo przywiązać do swoich „zwierzątek laboratoryjnych". Tak przynajmniej postrzegała bohaterów „Simsów" i choć w przeciwieństwie do niej samej, nie byli oni przecież realnie istniejącymi ludźmi, mała „bogini" myślała o swoich tworach z prawdziwą czułością. Całkiem niczym ksenoantropolog, obserwująca istoty zamieszkujące jakąś obcą, prymitywną planetę. Podobnie bowiem jak ludziki z gry, owi hipotetyczni kosmici nie zdawaliby sobie sprawy, iż są przedmiotami badań przedstawicielki wszechpotężnej cywilizacji. Zupełnie, jakby żyli pod ogromnym, niewidzialnym, szklanym kloszem, ograniczeni do świata wyznaczanego przez jego granice, lecz nie będąc w stanie go dostrzec. Tak jak Simowie, niezdolni byliby do zrozumienia, iż są niewiele więcej niż swoistym rodzajem zwierząt laboratoryjnych, na których przeprowadzane są eksperymenty socjologiczne.

Postacie z „Simsów" również nie były w stanie dostrzec lalkarki, pociągającej za sznurki ich nic nie znaczącej egzystencji, która jednak, mimo wszystko, była przeplatana momentami tak smutku, jak szczęścia - cóż z tego, że symulowanymi przez władczynię marionetek? Dla nich samych były one prawdziwe; tylko to się liczyło, nawet jeśli były one zaledwie wytworem wyobraźni ich właścicielki. Ich nieformalnej bogini.

Korzystając z beztroski wakacji i związanych z tym oceanów wolnego czasu, podekscytowana Ola spędzała teraz niezliczone godziny przed ekranem komputera, gdzie rozgrywały się dramaty jej „zwierzątek". Jej Simów. Bo też w istocie była to najmilsza część gry – symulowanie trudnych sytuacji, zdarzających się mieszkańcom wirtualnego światka. Ci nie mieli pojęcia, iż to Ola, zwykła dziesięcioletnia dziewczynka, stała za nimi, będąc przyczyną ich cierpień. Ich osobiste bóstwo, do którego wszakże nie zanosili kornych modłów, nie zdawali sobie bowiem sprawy, że to była właśnie ona, niezależnie od tego, jaką wyznawali religię.

Zresztą nawet jeśli Ola pasjami obserwowała ich zgony oraz następujące po nich pogrzebowe ceremonie, przyglądając się z żywym zainteresowaniem, uczestniczącym weń, zalewającym się łzami żałobnikom, z niejaką dozą cichej satysfakcji, nie była, prawdę mówiąc, szczególnie zainteresowana ich potencjalnymi, wymyślonymi wierzeniami. Nie była wszak przecież wykształconym teologiem, lecz po prostu najzwyczajniejszym w świecie dzieckiem, które znacznie bardziej ciekawiły niezliczone sposoby, na jakie mogło uprzykrzyć im życie i sprawić, by cierpieli. Dziesięciolatka to uwielbiała.

Ostatecznie, Simowie nie byli prawdziwi, mimo że wyglądali tak realistycznie. Byli realni tylko dla samych siebie, nawet gdyby dysponowali świadomością własnego istnienia. Ich świat przypominał ten, w jakim żyła sama Ola. W obu istniały pory roku, rośliny i domy, a ich mieszkańcy mieli swoich przyjaciół i zwierzęta domowe. I w obu prężnie rozwijała się technologia - w „Simsach" dostępne była na przykład kariery astronoma i astronauty. Simowie byli też w stanie eksplorować przestrzeń kosmiczną w rakiecie, mogli spotkać obcych z Sixam, jak również samemu wybrać się do świata kosmitów – vide dodatek „Star Wars".

A najlepszą rzeczą, jeśli chodziło o wirtualne „zwierzątka" dziewczynki, było sprawianie, aby w ich nierealnym życiu zdarzały się nieprzeliczone tragiczne wypadki. To ona, chichocząc radośnie, stała za ich rozwodami, bójkami oraz zgonami. Szczególnie lubiła je zabijać na tak wiele pomysłowych sposobów. Pożar. Porażenie prądem. Utonięcie. Śmierć z głodu - wystarczyło parę kliknięć myszką i ludziki momentalnie przenosiły się do simowego nieba, zakładając, iż takowe istniało.

To było fantastyczne. W końcu nie byli oni przecież prawdziwi, więc ich pseudożycie nie mogło wiele znaczyć dla Oli. Zabijanie Simów nie mogło być złe. Ot, po prostu zwykła gra; gra małej bogini na wakacjach. Ona sama nie mogła jednak zaprzeczyć, że naprawdę kochała ich wszystkich - maluchy, młodzież, dorosłych, seniorów... Białych i czarnych. Hetero- i homoseksualistów. Bogate i sławne gwiazdy, zamieszkujące luksusowe posiadłości, jak również biedaków, którzy mogli pozwolić sobie na zaledwie małą chatkę.

Innymi zatem słowy, jej wirtualni „ludzie" byli tak odmienni od siebie, zaś w związku z tym, niemal boleśnie realistyczni. Od czasu do czasu, dziesięciolatka niemal czuła coś na kształt wyrzutów sumienia, dziesiątkując ich populację, ale wtedy przypominała sobie, iż istoty te nie były nawet naprawdę żywe, czemu więc miałaby nagle zacząć się nad nimi użalać?

Ola była małą boginią; boginią w pełni kontrolującą mikrokosmos życia owych pociesznych stworzonek. „Simsy" były niezmiernie popularną grą i to, co w niej się działo, zależało od graczy. Niektórzy tworzyli idylliczne, rajskie światy, inni zaś, pchani morderczymi instynktami, zabijali swoich „ludzi" z całą pasją. A Ola zaliczała się do tej drugiej kategorii.

Jej Simowie stworzeni zostali oni przez kaprys swej pani, pojawiając się nagle w jednym momencie i myśląc zapewne - gdyby rzecz jasna, byli realnymi istotami, będącymi w stanie wykonywać takie operacje umysłowe - że istnieli przez cały czas jako prawdziwi ludzie z własną historią życia. A jeśli ich „bóstwo" znudziłoby się grą - jakkolwiek w najbliższym czasie się na to nie zapowiadało - mogło zawsze zresetować zapis tejże, sprawiając tym samym, że jego „zwierzątka" znikną na zawsze, później zastępując je nowymi. Ola zawsze mogła stworzyć ich przecież więcej - była w końcu boginią.

Mała spojrzała na ekran komputera. Westchnęła. Grała przez niemal cały dzień, tylko z krótkimi przerwami na toaletę i była naprawdę zmęczona. Jutro na powrót zagra. Miała wciąż tyle świetnych pomysłów na rozgrywkę. Może ten mężczyzna powinien zamarznąć w zimie? Albo ta kobieta straci swą córeczkę, zabraną jej przez opiekę społeczną, ponieważ nie karmiła jej wystarczająco często? Do licha, dorobiła się w końcu z mężem sześciorga dzieci, nie powinna więc zbytnio się przejąć!

Moc, jaką nad nimi dzierżyła dziewczynka, była ogromna; może nawet zbyt wielka, jak dla zaledwie dziesięcioletniego dziecka, ale właśnie dlatego było to zarazem absolutnie wspaniałe. Ola niechętnie wyciągnęła jedną ze swoich osiemnastu fluorescencyjnych, zielonych macek w stronę urządzenia, aby je wyłączyć. W jednej chwili, świat Simów zniknął z ekranu. Nawet jeśli ci, uwięzieni w swym małym wirtualnym mikrokosmosie, sami woleli być nazywanymi ludźmi, Ziemianami; mieszkańcami Ziemi, znajdującej się w galaktyce nazywanej przez nich Mleczną Drogą.

- Oni naprawdę są milutcy - ciepło pomyślała Ola - czy też raczej: Ola'lw'nafhnah'uaaahnyth'ot'shuggog'ph'nglui hh'h'ahr'luh; krótkie „Ola", było po prostu uroczym przydomkiem, nadanym jej przez rodziców we wczesnym dzieciństwie. Był to w zasadzie zabawny pseudonim, brzmiący zupełnie jak prawdziwe imię z Ziemi - planety jej wirtualnych „zwierzątek". Przez nieludzki umysł przemknęła krótka, na poły tylko uformowana myśl, czy mogły one także stworzyć własną grę w „Simsy". A czy w tejże grze, Simy mogły symulować własne Simy, nie zdające sobie sprawy kim są. I tak w nieskończoność, równie niekończoną co sam kosmos, w którym znajdowała się planeta Oli. Była to jej ostatnia refleksja tego dnia. Ola'lw'nafhnah'uaaahnyth'ot'shuggog'ph'nglui hh'h'ahr'luh, dziesięcioletnia twórczyni wirtualnego świata - Ziemi w Mlecznej Drodze; członkini cywilizacji, jaka już dawno, dawno temu osiągnęła to co „Ziemianie" nazywali siódmym poziomem skali Kardaszewa, weszła do łóżka i zamknęła wszystkie sześć par oczu.

Teraz nadszedł czas na zasłużony odpoczynek, jutro jednak z powrotem zagra w ulubioną grę.