A/n
Z jakiegoś niejasnego powodu polska wersja tego zbioru opowiadań została stąd usunięta. Publikuję te historie po angielsku i zastanawiam się, czy jest sens ponownie to tu zamieszczać. Dajcie proszę znać, czy czytacie.
"Uważam, że nie należy lekceważyć tej banalnie brzmiącej teorii o potędze matczynej miłości. Być może rzeczywiście życzenie Ygraine Pendragon, by jej syn był chroniony po jej śmierci, było tak potężne, że przybrało ludzką postać".
Elanor Wright
"Cień wielkiego króla
Z miłości
Ygraine zdjęła but i dotknęła bosą stopą przyjemnie wilgotnej trawy. Po chwili zrzuciła również drugi i wzięła kilka głębokich oddechów. Dotyk rosy na skórze oraz rześkie powietrze przytłumiły trochę dręczący ją niepokój, który narastał w niej z dnia na dzień, aż w końcu zaczął przytłaczać ją do tego stopnia, że nie była w stanie normalnie funkcjonować. Nie wspominała o tym Utherowi, ani nawet Gajuszowi. Nie zrozumieliby. Pomyśleliby, że jest przestraszona ciążą, że potrzebuje lekarstwa na uspokojenie. Nie potrzebowała żadnego lekarstwa. Oszołomiłoby ją tylko i odebrało zdolność do działania, a Ygraine musiała coś zrobić, póki jeszcze miała na to czas. Wiedziała, że ceną za narodziny dziecka będzie jej życie; nie jakiegoś bandyty, złoczyńcy, przypadkowego, anonimowego człowieka, jak chciał wierzyć Uther, lecz jej własne. Pojęła to, gdy tylko poczuła, że jest brzemienna. Życie matki za życie syna. Wtedy też pojawił się w jej głowie natrętny głos, syczący podszept, wślizgujący się w myśli i zatruwające je swym jadem. Zażyj jakąś miksturę i skończ z tym. Pozbądź się z organizmu tego pasożyta, tego stworzonego wbrew naturze potwora, który wyssie z ciebie ostatni oddech.
Toczyła z owym głosem zażarte walki. W umyśle bezlitośnie rąbała go mieczem i wdeptywała w ziemię, bo kochała nienarodzonego syna całą swoją istotą. Zaskoczyła ją siła tego uczucia. Nigdy dotąd nie potrafiła wyobrazić sobie macierzyństwa, a deklaracje matek, że zrobiłyby dla swoich dzieci wszystko, brzmiały dla niej jak kolejny pusty frazes, którego nie wypada nie powtarzać. Chciała urodzić dziecko, dla męża, dla królestwa, lecz niekoniecznie ze względu na samą siebie. Kiedy jednak pojawiło się pod jej sercem, nieoczekiwanie rozgrzało ją od środka, niemal topiąc wnętrzności, rozbłysło niczym najcenniejszy skarb. I zamierzała bronić tego skarbu ze wszystkich sił. Nie dla męża, nie dla królestwa, nie dla siebie, lecz dla niego, by mógł żyć, kochać i być kochany tak jak teraz ona.
Dużo mówiła, śpiewała i grała na lutni, mając nadzieję, że jej chłopiec… Artur nie słyszy tego ohydnego głosu. Zwłaszcza słów o pasożycie i potworze. Wszyscy myśleli, że jest w dobrym nastroju. Uther patrzył na nią z czułym uśmiechem, chwytał jej dłonie, obsypywał pocałunkami i prosił o kolejne pieśni. Znała ich dużo. Ciekawe, czy jej syn je pozna, czy będzie je lubił?
Spojrzała we wciąż jeszcze ciemne niebo. Do świtu pozostało trochę czasu, może godzina. Zdąży wrócić zanim Uther przebudzi się i zaniepokoi jej nieobecnością.
Wyszła do ogrodu po wyjątkowo okropnym koszmarze, w którym ktoś wrzucił jej nowonarodzone dziecko do jamy pełnej węży, a ona nie mogła nic na to poradzić. Nie była w stanie poruszyć najmniejszym mięśniem, tkwiła zawieszona w przestrzeni, niema i przez nikogo niezauważona jak… duch. Ten koszmar się powtarzał i Ygraine była przekonana, że jest w nim jakaś symbolika, skierowane do niej ostrzeżenie. Był też inny sen, który przejmował ją szczególną zgrozą. Trzy wysokie, zakapturzone postacie, stojące nad zbiornikiem z czarną wodą, mówiące jednym głosem o wyroku, który został wydany na jej syna. Gdy kończyły mówić, rozwiewały się we mgle, a do niej dolatywał grzmiący śmiech, szaleńczy rechot jakiejś potężnej istoty. Być może była to ta sama istota, która próbowała podsuwać jej podłe myśli, nazywała Artura pasożytem i potworem, pragnęła się go pozbyć, zanim jeszcze przyjdzie na świat.
Dziś, siedząc na kamiennej ławce, w ogrodzie, którego miała więcej nie zobaczyć w pełnym rozkwicie, Ygraine uznała, że nie może dłużej lekceważyć tego, co wydaje się być dodatkowym, macierzyńskim zmysłem, że skoro nie będzie jej tu, by strzec każdego kroku Artura, musi zapewnić mu możliwie najlepszą ochronę. Nie posiadała magicznych zdolności, lecz Gajusz wspominał, że istnieją rodzaje magii, w których liczy się wyłącznie siła intencji, że do niektórych zaklęć wcale nie potrzeba szczególnego talentu i lat praktyki.
Z kieszeni płaszcza wyjęła swoją pieczęć. Zacisnęła ją w dłoni, jak zawsze, gdy chciała się skoncentrować. Potem stanęła boso na mokrej od rosy trawie. Nie znała żadnego rytuału, lecz serce podpowiadało jej, że żadnego nie potrzebuje. Uniosła dłoń z pieczęcią, do nieba, do migoczących gwiazd, wciągnęła w płuca powietrze, wyimaginowanym mieczem uciszyła szepczący gniewnie głos, wypchnęła z umysłu wszystkie lęki, wszystkie zbędne myśli, pozostawiając tylko to, co było jej celem.
- Niech Artur będzie bezpieczny na swej drodze - powiedziała cicho. - Niech pojawi się przy nim ktoś, kto będzie go kochał i strzegł, tak jak ja kocham i jak ja bym strzegła. Niech go otacza prawdziwa miłość i ludzie o najszczerszych sercach. Niech go omijają wszelkie nieszczęścia, a te, które go ominąć nie mogą, niech go czynią silniejszym i lepszym. Niech będzie szczęśliwy i niech przyniesie światu szczęście.
Energia, pochodząca jakby z wnętrza ziemi, przepłynęła przez nią gwałtownie, od palców u stóp, aż po palce dłoni, zaciśniętych na ciepłej i pulsującej delikatnie pieczęci. Ygraine zauważyła ze zdumieniem, że spomiędzy jej palców wypływa cieniutka stróżka błękitnego światła. Ogarnęła ją euforia. Powtórzyła swoje słowa głośniej, pewniej, z większą mocą. Pieczęć płonęła, lecz nie parzyła skóry. Stróżka światła przekształciła się w płomień. Ygraine, zafascynowana, przysunęła go do twarzy. Był tak piękny, że aż bolało. Nie chciała, by zniknął. Tym razem wyszeptała swoje słowa wprost do niego, cichutko, jak do ucha ukochanej osoby. Po jej policzkach spływały łzy szczęścia. Płomień zmienił się w ogromną kulę, która jeszcze przez chwilę pozostała na jej ręce, a potem uniosła się nad wierzchołki drzew i płynęła powoli przez ciemność, w sobie tylko znanym kierunku. Kiedy stała się ledwie maleńkim punkcikiem, Ygraine opadła z powrotem na ławkę. Nadal ściskała pieczęć, nie chcąc się z nią rozstawać. Nie miała pojęcia, co właśnie zrobiła, ale czuła każdym, najmniejszym nerwem, że wydarzyło się coś wielkiego. Ona tego dokonała: Ygraine, matka Artura. Głos może sobie szeptać, może nawet ryczeć ze śmiechu. Ona jest potężniejsza.
Przyłożyła pieczęć do zaokrąglonego brzucha. Życie matki, za życie syna. Artur będzie krwią z jej krwi, kością z jej kości, duszą z jej duszy. Będzie wyjątkowy. Myśl o rozstaniu się z życiem wywoływała mdlący strach, , lecz Ygraine prawdopodobnie zdecydowałaby się na to nawet mając pełną świadomość ceny. A może od początku miała pełną świadomość ceny? Może sama w głębi serca podjęła decyzję? Królestwo potrzebuje następcy tronu i tak jak mężczyźni poświęcają się na polach bitew, tak ona również nie może uchylać się od spoczywającego na niej obowiązku.
Włożyła pieczęć do kieszeni i ruszyła w stronę zamku. Trzeba dopilnować, żeby Artur ją dostał. Jeszcze dziś porozmawia z Gajuszem, który jako medyk zdaje sobie przecież sprawę, że podczas porodu może wydarzyć się wszystko i nie będzie zaskoczony prośbą. Nie zamierzała mącić szczęścia Uthera, skoro miały to być ich ostatnie, spędzone razem miesiące. Wykorzysta ten czas, da mu tyle ile zdoła, a potem… A potem będzie miał syna.
Cztery lata później, gdy za sprawą Uthera w Camelocie działy się rzeczy, o których Ygraine nie śniła w najgorszych koszmarach, w małej wiosce, w sąsiednim królestwie, akuszerka podała wyczerpanej porodem kobiecie drobniutkiego chłopca.
- Byłoby dla ciebie lepiej, gdyby ten twój bękart nie zaczął oddychać - powiedziała, spoglądając na nią z nieskrywaną pogardą.
- Ma na imię Merlin - odparła młoda matka. - I nie waż się nazywać go inaczej.
