Akcja rozgrywa się pomiędzy dziesiątym, a jedenastym odcinkiem piątego sezonu.
"Oskarżenie o otrucie króla i wszystko co wiązało się z tymi wydarzeniami, przyczyniło się do znacznego pogorszenia stanu psychicznego Merlina. Jednocześnie jego relacja z Arturem osiągnęła punkt, w którym ukrywanie prawdy nie było już możliwe. Można przypuszczać, że decyzja o ujawnieniu magii - do którego ostatecznie doszło po bitwie pod Camlan - była bezpośrednim wynikiem makabrycznego nieporozumienia, które miało miejsce kilka tygodni wcześniej".
Elanor Wright
"Cień wielkiego króla"
Przedostatni krok
- Czy mam coś jeszcze zrobić, panie? - zapytał Merlin. Patrzył na mnie bez choćby śladu uśmiechu. Ciepły blask, który niegdyś znikał z jego oczu jedynie okazjonalnie, teraz pojawiał się okazjonalnie, lecz to zdecydowanie nie był ten moment.
Właściwie nie — odpowiedziałem. Oparłem się o poduszki i zerknąłem na stojący na stole dzban z winem. A niech to! Albo teraz, albo nigdy. Lepszej okazji do tej rozmowy nie będzie. Żeby tylko nie udało mi się spieprzyć wszystkiego zanim zacznę. Merlin już przyglądał mi się badawczo, jakby na coś czekał. Bezbłędnie wyczuwał moje napięcie, co w tej sytuacji było mi wybitnie nie na rękę.
- Niepokoisz się o Gwen? - spytał, a ja uświadomiłem sobie, że obracam na palcu królewski sygnet. Niech to szlag! Chyba nie mogłem przyznać się do zdenerwowania w bardziej oczywisty sposób.
Gwen wyjechała na parę dni do Arthen, gdzie siostra sir Leona otworzyła dom dla śmiertelnie chorych, którzy nie mieli się gdzie podziać. Wraz z Gwen wspieraliśmy dzieło Eleanor jak mogliśmy. Planowaliśmy utworzenie takich domów w kilku innych miejscach, tak, by objąć pomocą potrzebujących z całego królestwa.
- Zapewniłem jej najlepszą, możliwą ochronę - odparłem. Cień niepokoju oczywiście gdzieś się tam kłębił, jak zawsze, gdy wyjeżdżała, ale nie mogliśmy zamknąć się w cytadeli i zaniedbywać spraw naszych poddanych. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy Morgana uciekała się do najpodlejszych sztuczek, by nas zastraszyć.
Gajusz również pojechał, na prośbę tamtejszego medyka, który chciał się z nim skonsultować w kilku kwestiach. Z tego akurat nie byłem zbyt zadowolony. Wolałbym, aby to raczej medyk z Arten złożył Gajuszowi wizytę, lecz ostatecznie doszedłem do wniosku, że skoro Gajusz nie ma nic przeciwko temu, sugerowanie, że być może jest zbyt słaby, by odbywać takie podróże, byłoby nietaktem. Wiedziałem, że Leon wszystkiego dopilnuje, że Gwen i Gajusz są bezpieczni pod jego opieką.
- Więc co cię gryzie?
Wskazałem ręką na dzban z winem. Irracjonalne zdenerwowanie osadziło się na dobre w okolicach żołądka i narastało we wprost zastraszającym tempie, falami podchodziło do gardła. Utkwione w mojej twarzy, tak jawnie zatroskane spojrzenie Merlina, nie pomagało. Kości zaraz zostaną rzucone i nie będzie już odwrotu. Nie może być odwrotu. Sprawy posunęły się ostatnio za daleko, wymknęły niepostrzeżenie spod kruchej kontroli, jaką starałem się mieć nad tym człowiekiem. Musi do niego dotrzeć, że zapewnianie bezpieczeństwa mi i królestwu nie jest jego rolą i, że nie życzę sobie, by został uprowadzony, ranny, albo zginął, próbując to robić. Fakt, że Morgana wciągnęła go w pułapkę i - jakimś cudem nieskutecznie - próbowała zabić, o czym dowiedziałem się od Gwen, dobitnie potwierdził to, co oboje podejrzewaliśmy od dawna.
- To nic. Po prostu jest dużo spraw do przemyślenia. Nalej sobie - powiedziałem tonem, który, jak miałem nadzieję, nie sugerował jakichś szczególnych intencji. Merlin powoli pokręcił głową, a ja zakląłem w duchu. Niech cię diabli, Merlinie! Nie ręczę za siebie, jeśli jeszcze raz usłyszę, że lepiej traktuję swoje psy. Żaden z moich psów nie dostąpił zaszczytu pokręcenia łbem z niemal namacalną niechęcią, na propozycję napicia się wina w królewskich komnatach. Ciekaw byłem wymówki. Zbieranie ziół odpadało, bo zanosiło się na nie byle jaką burzę.
- Naprawdę... dziękuję panie, ale chciałbym już iść się położyć - powiedział. Tego się nie spodziewałem. Prawie nigdy nie prosił tak otwarcie o pozwolenie na udanie się na spoczynek. Ewidentnie coś go bolało, widziałem to w jego postawie, przy gwałtowniejszych ruchach po jego twarzy przemykał bolesny skurcz. Gdybym jednak zapytał w nieodpowiednim momencie, uzyskałbym jakąś wymijającą odpowiedź, dlatego narazie udawałem, że niczego nie zauważam.
przesunąłem się na łóżku i poklepałem miejsce obok siebie. Nie zamierzałem odpuścić, choćby się waliło i paliło. Strategia była pozornie prosta; dać zdecydowany odpór wszelkim wymówkom. Chcesz się położyć? Proszę bardzo. Możesz nawet wisieć na suficie, jeśli wola, ale zostajesz i ze mną rozmawiasz.
Na twarzy Merlina odmalowało się zakłopotanie, które potrafiłbym może zrozumieć, gdyby regularnie, przez kilka lat, w godzinach porannych nie zwalał na mnie swojego szkieletu, wrzeszcząc - w najlepszym wypadku - „Wstań i zabłyśnij!" i nie robił paru innych rzeczy, których nazwanie niestosownymi, mogłoby stanowić ilustrację niedopowiedzenia stulecia. I gdybyśmy nie spali obok siebie niezliczoną ilość razy.
- Arturze, jestem w stanie stawić czoła największym okropnościom tego świata - powiedział - ale jeśli myślisz, że będę dzielił z tobą łoże…
Wydało mi się, że kogoś przedrzeźnia, że nawiązuje do jakiejś konkretnej sytuacji, lecz nie mogłem jej sobie przypomnieć. Trudno było stwierdzić, czy próbuje się droczyć, czy jest poirytowany, więc odpowiadając, starałem się uwzględnić obydwie ewentualności.
- Och, nie bądź śmieszny. Jakbyśmy nie leżeli obok siebie setki razy. Potrzebuję cię tu jeszcze przez jakiś czas, a wyglądasz jak dziewczyna, która zamierza zemdleć, więc rzeczywiście lepiej się połóż. Zresztą... jak chcesz, ale nie waż się mi zarzucać, że jestem niewrażliwym dupkiem.
- Jesteś niewrażliwym dupkiem - odrzekł bez przekonania. - I nie bywasz miły bez powodu.
Czyli próbował się droczyć. Uśmiechnąłem się lekko. Napięcie nieco zelżało. Z mozołem, ale jednak krążyliśmy w pobliżu znajomego gruntu.
- No cóż, z pewnych przyczyn zależy mi na tym, żeby twoja bezużyteczność nie osiągnęła dziś krytycznego poziomu.
- To są jakieś poziomy? - zapytał. Udawał bardzo zaabsorbowanego porządkowaniem pergaminów na stole.
- Oczywiście. Kiedyś nawet to sobie rozpisałem. Powinno gdzieś tam być.
- Przygotowujesz jakąś naukową rozprawę na temat bezużyteczności służby?
Ucieszył mnie ten nagły przebłysk humoru, choć zdawałem sobie sprawę, że nie ma w tym ani odrobiny autentycznej wesołości.
- Zgadłeś - rzuciłem ze śmiechem.
Nie przypuszczałem, że masz takie aspiracje. Prawdę mówiąc, do niedawna nie założyłbym się, że potrafisz napisać coś więcej, niż swoje imię.
- Wiesz, że mógłbym cię za to powiesić?
- Wiem - mruknął. - Co ci właściwie stoi na przeszkodzie?
Schylił się po zwój pergaminu, który upuścił, a po jego twarzy znów przemknął bolesny grymas. Kiedy, u diabła, zdążył się zranić? Nie był ostatnio „w karczmie". Nakazałem rycerzom, by dyskretnie mieli na niego oko i raz złapali go w nocy poza zamkiem, rzekomo na zbieraniu ziół. Dokładnie wtedy, gdy groźna czarownica postanowiła złożyć nam wizytę. Przypadek? Istniało spore prawdopodobieństwo, że nie. Pewnie próbował śledzić ją na własną rękę.
- Przestań zadawać głupie pytania, zostaw to i chodź tu - przynagliłem go,
- Nie zamierzam zemdleć, a skoro nadal tu jestem, równie dobrze mogę to uporządkować.
- Nie możesz robić dwóch rzeczy na raz. Nie potrafisz tego.
- Potrafię. Mam wiele talentów.
- Ach, tak. Trzeba ci przyznać, że jesteś bardzo dobry w ukrywaniu ich.
Świadomość, że musi w tym być sporo prawdy, nadała moim słowom nieoczekiwanie gorzki wydźwięk. Wstałem, by nalać sobie wina, bardziej ze zniecierpliwienia, niż z realnej potrzeby. Merlin odszedł od stołu. Kręcił się niezdecydowanie po komnacie, grzebał w palenisku, wyglądał przez okno, majstrował przy zasłonach, obrywał ze swojej apaszki jakieś nitki. Z trudem powstrzymywałem się, by czymś w niego nie rzucić, choć może to nie byłoby błędem. Zależało mi na zaaranżowaniu swobodnej, naturalnej rozmowy, chciałem potraktować go jak przyjaciel, nie jak król, lecz właśnie zacząłem dochodzić do wniosku, że przy jego obecnym usposobieniu, będę zmuszony przemówić z pozycji króla. Przynajmniej na początku.
- Merlinie - powiedziałem ostro, zaciskając palce na kielichu. Drgnął i natychmiast się do mnie odwrócił. Słowa nie tyle uwięzły mi w gardle, co na chwilę w ogóle zapomniałem o istnieniu mowy. Był śmiertelnie blady, a jego oczy wypełniała przerażająca mieszanka palącego bólu, smutku, goryczy, rezygnacji i tej charakterystycznej, dyskretnej czułości. To właśnie ona się wybijała. Wyraźna i czysta, wypływała na powierzchnię oceanu niepojętej udręki, zdawała się dominować nad wszystkim innym. Jego głos, kiedy się odezwał, stanowił idealne odzwierciedlenie spojrzenia; tak łagodny, ciepły i rozdzierająco smutny.
- Arturze, ja… Jestem ci wdzięczny, że rozegrałeś to w ten sposób. Nawet nie wiesz jak bardzo wdzięczny.
Lekko drżącymi rękami wyjął mi z dłoni kielich. Jego chłodne palce musnęły moje. Patrzyłem na niego zahipnotyzowany, zupełnie niezdolny do jakiejkolwiek reakcji. Przełykał łzy, lecz z jego postawy emanowała naturalna, subtelna godność, jaką nie mogło się poszczycić wielu szlachetnie urodzonych.
- Przysiągłem, że będę ci służył do śmierci i cokolwiek teraz myślisz, chcę, żebyś wiedział, że zawsze tak było. Wszystko, co robiłem, robiłem dla ciebie. Tylko dla ciebie. Świadomie nigdy cię nie zdradziłem. Wolałbym umrzeć, niż cię zdradzić.
Przy ostatnich słowach głos mu się załamał. Czające się pod skórą zrozumienie, uderzyło we mnie z gwałtownością pioruna. Na zewnątrz rzeczywiście zagrzmiało. Poczułem się tak, jakby ktoś jednocześnie mnie spoliczkował i wbił mi sztylet między żebra. Jedna ze świec w stojącym na stole kandelabrze zgasła. Merlin zamrugał. Kilka łez spłynęło mu po twarzy. To mnie otrzeźwiło. Doskoczyłem do niego, jakby wino w kielichu, który zamierzał podnieść do ust, naprawdę było zatrute. Złapałem go mocno za ramię. Drżał pod moją ręką, oddychał szybko.
- Dziękuję - wyszeptał. - Dziękuję za te wszystkie lata, w których… miałem po co żyć.
Sztylet obrócił się z dużą siłą. Wstrzymałem oddech i zacisnąłem szczęki. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie chciałem w to uwierzyć. Jedyny człowiek na świecie, w którego lojalność nie zwątpiłem nawet na mgnienie oka, był przekonany, że zamierzam go po cichu zabić. Z jakichś przyczyn zwątpił we mnie. Mimo dławiącego bólu, musiałem coś zrobić, przerwać jakoś ten niedorzeczny koszmar. Gdy otworzyłem usta, słowa wyprzedziły myśli.
- Czyś ty o jeden raz za dużo upadł na głowę i całkowicie uszkodził tę marną imitację mózgu, którą ponoć posiadasz? Jak śmiesz!? Po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy! Chyba byłoby już lepiej, gdybyś mnie zdradził! Choć w sumie właśnie to zrobiłeś!
Za głośno, zbyt brutalnie, źle. Odetchnąłem głęboko, próbując zapanować nad gniewem, sączącym się z zadanej przez sztylet rany. Gdybym pozwolił ponieść mu się dalej, niechybnie wyrządziłbym nieodwracalne szkody, ostatecznie zdusił wątłą, lecz wciąż żywą nadzieję, że jest jeszcze co ratować. Desperacko trzymałem się nadziei, mimo, że gniew przychodził zdecydowanie łatwiej i zagłuszał ból.
Kolejny grzmot wstrząsnął zamkiem. Chwyciłem kielich i upiłem kilka łyków wina. Masz swoją truciznę, idioto! Ramię Merlina wysunęło mi się z dłoni. Osunął się na kolana. Nie był już blady. Jego skóra praktycznie straciła kolor.
- Arturze - wykrztusił. - Ja… Wszystko ostatnio jest takie… Wybacz mi. Błagam, wybacz mi.
Gdy podczas naszego pierwszego spotkania Merlin ośmielił się publicznie mnie znieważyć, niczego nie pragnąłem bardziej, niż doprowadzenia go właśnie do takiego stanu, zmuszenia go, by na kolanach błagał o wybaczenie. Domagałem się skazania go na chłostę, a skończyło się na dybach wyłącznie dlatego, że pokręcona relacja mojego ojca i Gajusza znajdowała się akurat w punkcie, w którym Gajusz mógł liczyć na królewskie względy i skwapliwie z tego skorzystał. Cóż, jak to mówią, uważaj czego sobie życzysz, bo po wielu latach spełnienie może ci niespodziewanie przywalić prosto w twarz i wybić zęby.
Ująłem dłonią jego podbródek, zmuszając go, by na mnie spojrzał. Oczy miał wilgotne, ale nie płakał. Był przerażony, niemal na granicy utraty zmysłów. Strach, niczym olbrzymi pająk, opadł mi na plecy, wgryzł się w kark i ohydnymi odnóżami ciasno oplótł klatkę piersiową. Nie mogłem nie zacząć się bać, skoro ten wstrząsająco odważny człowiek został przez coś tak okrutnie złamany. Dotarło do mnie z całą mocą, że nie znaleźliśmy się w tej sytuacji bez powodu, że Morgana już od dawna próbuje sięgać do serca Camelotu i stopniowo rozrywać je na strzępy.
„Wszystko ostatnio jest takie" - powtórzyłem w myślach. Merlin jak zwykle trafił w sedno. Albo raczej spektakularnie się z nim zderzył. Cały on. Byłem głupcem sądząc, że uda mi się go przed tym uchronić. Pozostawał moim sługą, bo uważałem, że tak jest dla niego stosunkowo bezpiecznie; blisko najistotniejszych wydarzeń, lecz nie pod ich bezpośrednim wpływem. Nie mogłem się bardziej mylić. Jego oficjalny status w żaden sposób nie zmieniał tego, kim był naprawdę, a co za tym idzie, nie odsuwał od niego zagrożeń. Morgana znała nas dobrze i celowała dokładnie tam, gdzie należało. Drażniła się z nami, zastraszała, prowokowała, lecz w rzeczywistości stawiała na jedno uderzenie, na precyzyjnie wymierzony cios, który miał nas popchnąć w przepaść, ale mimo swego chorego geniuszu, nie była w stanie tego zrobić. Ktoś zawsze stawał jej na drodze, znajdował w sobie niepojętą siłę, by walczyć z największymi wrogami, ze zwątpieniem i rozpaczą, by w porę powstrzymywać krzewiony przez nią obłęd.
- Przepraszam - powiedziałem cicho. - Uspokój się.. Wstań.
Wyciągnąłem do niego ręce, lecz podniósł się bez pomocy. Było w tym coś niedobrego, piekielnie niedobrego, nienaturalna, desperacka siła. Wpatrywał się we mnie, nadal z tym samym przerażeniem. Pragnąłem, żeby przestał, żeby już nie cierpiał. Złapałem go za nadgarstki i z przywołaną z niemałym trudem, wyćwiczoną przez lata, spokojną pewnością człowieka, sprawującego całkowitą kontrolę, rzekłem:
- Nie puszczę cię, dopóki nie dowiem się, co się z tobą dzieje. Ciągle dajesz mi do zrozumienia, że to nie moja rzecz i starałem się nie naciskać, po prostu czekałem, aż zmądrzejesz, ale miarka się przebrała. Bywałeś na tyle bezczelny, żeby nazywać się moim przyjacielem i udowadniać, że rzeczywiście nim jesteś, gdy wykrzykiwałem ci w twarz, że sobie tego nie życzę, więc licz się z konsekwencjami. To działa w obie strony, Merlinie.
Zadygotał gwałtownie. Nie mógł uspokoić oddechu i zacząłem się obawiać, że zaraz naprawdę zemdleje. Po dłuższej chwili odezwał się jednak, zdławionym głosem:
- Trudno już cokolwiek rozpoznać. Kto używa magii, kto jest pod wpływem magii, co jest manipulacją Morgany, co śmiertelną pułapką. Trudno zorientować się, kto kogo o co podejrzewa, kto jest zdrajcą i czy z własnej woli. Nawet swoich działań nie można być pewnym.
Wiatr za oknem zawył wściekle. Stanowił groteskowo idealne tło dla jego słów, jakby jacyś bogowie o spaczonym poczuciu humoru zabawiali się naszym kosztem.
- Zauważyłem, że od jakiegoś czasu rycerze mnie obserwują. Wszędzie na nich wpadam, Percival praktycznie za mną chodzi. Wczoraj ktoś zabrał moją torbę. Pamiętałem, gdzie ją zostawiłem. Przeszukałem chyba cały zamek, żeby w końcu znaleźć ją tam, gdzie była wcześniej. A kiedy tu sprzątałem... - urwał i wziął drżący wdech - natknąłem się na pergamin ze spisaną twoją ręką listą osób, które dopuściły się czegoś strasznego. Moje imię też tam było. Na samym początku.
Zrobiło mi się gorąco. Elementy makabrycznej układanki z głuchym stukotem wskoczyły na swoje miejsca. Rzeczywiście, wynotowałem sobie wszystkie przypadki, w których Merlin wprost mnie ostrzegał, albo zachowywał się tak, jakby coś przeczuwał. Analizowaliśmy to z Gwen. Zupełnie bez zastanowienia odłożyłem tę notatkę na stół, gdzie zniknęła w stosach dokumentów. Merlin rzecz jasna miał do nich swobodny dostęp, a ja nie czułem najmniejszej potrzeby przejmowania się tym, do czego miał dostęp.
- Wysłałeś Gajusza i Gwen w podróż - ciągnął. - Niepokoiłem się coraz bardziej, lecz całkowicie zdałem się na ciebie. Miałem nadzieję, że cokolwiek to jest... jakoś się wyjaśni. Ale kiedy nalegałeś, żebym został, kiedy zobaczyłem dzban z winem, którego sam nie przyniosłem, byłem zdruzgotany. Bałem się, że zrobiłem coś... nieświadomie. Pomyślałem, że musisz, że nie masz innego wyboru.
Stłumił szloch. Puściłem jego ręce, postąpiłem krok do przodu i otoczyłem go ramionami. Gdyby nie drżał, nie różniłoby się to niczym od obejmowania kamiennego posągu. Bardzo się starał o mnie nie oprzeć, nie pozwolić mi się trzymać. Idiota. To dzięki niemu zrozumiałem, że przyjęcie wsparcia przyjaciela w chwili słabości nie ma nic wspólnego z ujmą na honorze, lecz jest najrozsądniejszą rzeczą, jaką można zrobić. Ale Merlin oczywiście był cholernym medykiem, umierającym na chorobę, którą z powodzeniem leczył u innych. Jego zaciekły upór, zbawienny w krytycznych sytuacjach, a w codziennym życiu na przemian irytujący i zabawny, na przestrzeni lat nabrał zdecydowanie niedobrego, wyniszczającego charakteru. Trzeba go było przełamać, wykruszyć, przebić się jakoś przez te rosnące w zastraszającym tępie, przeklęte mury, wydrzeć kilka cegieł i spróbować skłonić Merlina by przynajmniej ukazał się w wyłomie. Minęły już czasy, gdy można go było stamtąd wydostać celnie wymierzonym, nie rzadko pozornie szorstkim słowem i wymownym spojrzeniem. Minęły już czasy, gdy to potrafiłem. Czułem się kompletnie bezradny, lecz ostra, jasna, niczym dobrze wypolerowana klinga myśl, że go tracę, choć w zupełnie inny sposób, niż zawsze się obawiałem, zmusiła mnie do podjęcia natychmiastowego działania.
- Nie ulegniemy temu terrorowi, Merlinie - powiedziałem z przekonaniem, które mnie samego zaskoczyło. - Jesteśmy silniejsi od Morgany. Razem. Zależy jej na tym, żebyśmy nie czuli się ze sobą bezpiecznie, żebyśmy przestali wierzyć w tkwiące w nas dobro. Usiłuje nas przekonać, że wszystko, co zbudowaliśmy, prędzej, czy później się zawali, że żadne fundamenty nie istnieją, choć kładliśmy je własnymi rękami.
Coś w postawie Merlina uległo zmianie. Oddychał swobodniej i zdawało się, że nie próbuje mnie już odpychać samą siłą woli. Wiedziałem, że słucha, więc mówiłem dalej.
- Chce nam dowieźć, że nikt nie jest godzien zaufania, że każdy może zdradzić, jak ona, lecz jedyne, co osiągnęła, to wskazała mi najbardziej oddane, lojalne osoby, w które wierzę z całego serca, bo bez nich nie byłoby mnie tu, a Camelot upadłby już dawno. Okrutne próby, którym wciąż nas poddaje, ujawniają… prawdziwe diamenty. Moja korona byłaby bez nich niczym. I będę o nie walczył, jak o królestwo, jeśli będę musiał. Nie jestem głupcem. Już nie. Mam świadomość z czym się mierzymy i co może z nami zrobić. Rozumiem jak się poczułeś, rozumiem dlaczego i nie pozwolę, żebyś zagubił się w tym obłędzie, przyjacielu. Obiecuję.
Merlin oparł głowę na moim ramieniu. Opuszczała go ta dziwna siła, uspokajał się wyraźnie. Zalała mnie fala niewysłowionej ulgi. Nie mogłem pozbyć się uczucia, że opanowałem coś potężnego, jakbym conajmniej powstrzymał szalejącą za oknem burzę. Wzmocniłem trochę uścisk, zapominając o tej niewiadomego pochodzenia kontuzji w okolicach klatki piersiowej, ale nie zrobił nic, co wskazywałoby, że sprawiło mu to ból. Czułem, że coś w nim powoli pęka, niczym lód na zamarzniętej rzece, pod wpływem pierwszych, wiosennych promieni słońca. Wiedziałem, że to nie stanie się odrazu, lecz już wkrótce, że jestem bliżej rozszyfrowania go, niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie wiem jak długo tak staliśmy, dzieląc tę wyjątkową bliskość ludzi, którzy wielokrotnie pokonali razem drogę do piekła i z powrotem. Burza straciła swój pierwotny impet. Docierał do nas jedynie odgłos deszczu.
- Ale to przecież... To coś było, prawda? - odezwał się w końcu Merlin, odsuwając się ostrożnie. Nadal był śmiertelnie blady. Zastanawiałem się, czy zdoła utrzymać się na nogach. Oparł się o stół. - Ta lista... Moja torba...
- Wiesz co się stało z twoją torbą? Pies lady Eleanor wygryzł w niej dziurę. Ten mały, kudłaty, którego wszędzie ze sobą nosi. Eleanor czuła się winna i uparła się, że to naprawi, choć mówiliśmy jej z Gwen, żeby się nie przejmowała, bo dostaniesz nową.
- Co? - Wyglądał na tak zaskoczonego, że miałem ochotę się roześmiać.
- To, co słyszałeś. Wystarczyło zapytać, czy ktoś jej nie widział, a nie biegać po całym zamku jak idiota.
Merlin westchnął ciężko, spuścił wzrok.
- Masz rację - wyszeptał. - Przepraszam. Naprawdę nie wiedziałem już, co myśleć. Po tym jak zostałeś otruty... Nie słyszałeś, jak Gwen mówiła, że z łatwością mogę zrobić praktycznie wszystko. Wiem, że była pod wpływem Morgany, ale to utkwiło mi w głowie i... Trudno to wytłumaczyć.
- Nie ważne. Nie myśl o tym więcej. Nie można wykluczyć, że znalazłeś się pod wpływem zaklęcia, które miało cię doprowadzić do szaleństwa.
Merlin spojrzał na mnie ze zdumieniem. Znalazłem drugi kielich, nalałem wina i podałem mu.
- Ludzie myślą, że pijemy, więc niech będzie w tym choć trochę prawdy - powiedziałem. Uniósł jedną brew, w doskonałej imitacji Gajusza.
- Ludzie myślą, że pod nieobecność królowej upijasz się ze swoim sługą? Czy to nie jest przypadkiem wizerunkowa katastrofa?
- Już zatrudnienie ciebie było wizerunkową katastrofą. Gorzej nie będzie - odparłem.
Usiedliśmy na łóżku. Milczeliśmy przez jakiś czas, popijając wino. Obaj potrzebowaliśmy chwili na ochłonięcie przed poruszeniem kolejnej kwestii.
- Odnośnie listy... - podjąłem. - Wbrew twoim przekonaniom, nie jestem ani ślepy, ani głupi. Gwen też nie. Zabraniam ci tropienia na własną rękę czarowników, zdrajców i innych niebezpiecznych ludzi.
- Podejrzewam, że to parę razy uratowało twój królewski tyłek - mruknął z rezygnacją.
- Czyli nie zaprzeczasz?
Pokręcił głową. W duchu biłem sobie brawo.
- Czy to prawda, że Morgana wciągnęła cię w pułapkę i próbowała zabić, kiedy zorientowała się, że wiesz o Gwen i próbujesz temu przeszkodzić?
Wyprostował się gwałtownie i skrzywił z bólu.
- Czy ostatnio szpiegowałeś czarownicę? Czy zostałeś przy tym ranny?
Nie musiał odpowiadać. Jego wyraz twarzy powiedział mi wszystko.
- Nie wiem co wbiłeś sobie do tego pustego łba, ale nie będziesz tego więcej robić. I to nie jest coś, o czym zamierzam dyskutować.
- Ja też nie zamierzam - odrzekł z jakąś twardą nutą w głosie. - To, że będę cię chronić własnym życiem, w ogóle nie podlega dyskusji.
Utkwiłem w nim spojrzenie, najbardziej władcze na jakie byłem w stanie się zdobyć. Nie odwrócił wzroku, nawet nie mrugnął.
- Merlinie, nie żartuję. To jest rozkaz. Robi się bardziej niebezpiecznie, niż kiedykolwiek wcześniej. Chcę, żebyś nawet idąc po składniki dla Gajusza, brał ze sobą kogoś, kto potrafi posługiwać się mieczem. Żadnego samotnego włóczenia się. Jeśli uważasz coś za podejrzane, natychmiast mnie informujesz.
- A ty mi wierzysz i dokładnie badasz sprawę? Jak w przypadku Agravaine'a?
Powiedział to bez wyrzutu, bez zgryźliwości, bardziej ze smutkiem. Wolałbym, żeby dźgnął mnie czymś ostrym.
- Jak w przypadku Gwen - odparłem. Dopił wino i popatrzył na mnie lekko mrużąc oczy.
- Może rzeczywiście nie jesteś już takim osłem - stwierdził. W tym momencie z za okna dobiegł czyjś śpiew. Ktoś ewidentnie opuścił karczmę i znajdował się w stanie, w którym ulewa mu nie przeszkadzała.
- Hej, hej, obudźmy smoka! - zawył. Gotów byłem się założyć, że to Gwaine. - Niech nie śpi smacznie bestia! Niechaj wypije z nami tyle, żeby zdechła!
Niespodziewanie Merlin zaczął się śmiać, w gwałtowny, niepohamowany sposób. Nie oblał się winem tylko dlatego, że jego kielich był pusty. Dawno nie widziałem, żeby śmiał się tak bardzo. Odchylił się do tyłu, przycisnął rękę do piersi, z oczu popłynęły mu łzy - być może te, które powinny były popłynąć wcześniej. Szturchnąłem go łokciem.
- Hej! Co w tym takiego zabawnego!? - zawołałem.
- W-wyobrażasz sobie pijanego smoka? - wykrztusił, kiedy udało mu się trochę opanować.
- Śmiejesz się, jakbyś słyszał to pierwszy raz - powiedziałem. Lekko uniósł brwi.
- Bo słyszałem to pierwszy raz.
- Pół życia spędzasz w karczmie i słyszałeś to pierwszy raz?
Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. Klepnąłem go w ramię i dolałem nam wina.
- Gwaine popukał się w głowę, gdy zapytałem kiedyś, czy widział cię w karczmie. Nawet dobrego kłamstwa nie potrafisz wymyślić. Powinieneś był się lepiej postarać, skoro próbowałeś oszukać swojego króla.
Posmutniał, a ja pomyślałem, że to jeszcze nie wszystkie elementy układanki. Merlin wciąż był zagadką. Tym bardziej skomplikowaną, im więcej się o nim dowiadywałem.
- Wierz mi, wolałbym cię nie oszukiwać - odrzekł cicho.
- Wierzę. Nigdy nie wątpiłem w twoją lojalność, Merlinie.
Uśmiechnął się, prawdziwym, szczerym uśmiechem, obejmującym oczy. Uświadomiłem sobie, jak dawno tego nie widziałem. Wypiliśmy jeszcze jedną kolejkę, po której Merlin zapomniał, że dzielenie ze mną łoża zalicza się do największych okropności tego świata i kiedy się położyłem, bezczelnie wyciągnął się obok. Długo rozmawialiśmy, wymieniając się coraz dziwniejszymi spostrzeżeniami na różne tematy. W pewnym momencie opowiedziałem mu o kuli światła, która wyprowadziła mnie z jaskini, gdy szukałem dla niego antidotum na truciznę. Z jakichś przyczyn, ta historia bardzo go poruszyła. Zamyślił się głęboko, w końcu podparł się na łokciu i spojrzał na mnie z tym swoim szczególnym, absurdalnie poważnym wyrazem twarzy.
- Skąd wiedziałeś, że to jest dobre, że możesz temu zaufać? - zapytał.
- Cóż… Nie wiedziałem. Mogło być kolejną pułapką, ale czułem, że nie jest. Zrozumiałbyś, gdybyś zobaczył - odrzekłem.
- Patrzyłeś sercem - stwierdził. W odpowiedzi trzepnąłem go w głowę. Odsunął się na skraj łóżka, prawie spadł. Zacząłem mu dokuczać, że jest tak pijany, że nawet w pozycji poziomej nie potrafi się utrzymać, lecz wyczerpanie wreszcie wzięło górę i zamknął oczy, zanim zdążył wymyślić ripostę. Po chwili wymamrotał coś o powrocie do siebie oraz o drewnie, które trzeba będzie przynieść. Obawiając się, by przypadkiem nie spróbował tego zrealizować, położyłem mu rękę na ramieniu. Deszcz bębnił o szyby, dopaliła się ostatnia ze stojących na stole świec, a mnie tłukła się po głowie myśl, że Merlin gotów był przyjąć śmierć z mojej ręki, gdybym tylko sobie tego zażyczył. Uczucie, że jest w nim coś wyjątkowego, jeszcze nigdy nie było tak silne; kotłowało się we mnie, szczypało, domagało się czegoś. Zapadłem w sen, w którym biegliśmy z Ginewrą za kulą niebieskiego światła, usiłując ją pochwycić. Była blisko, niemal w zasięgu moich rąk, jednak jak to zwykle bywa w snach, nogi wrosły mi w ziemię.
- Masz ją! - krzyknęła radośnie Gwen. - Jeszcze krok! Jeszcze jeden krok!
