Narracja, angielski
Inne języki
"Myśli, nazwy"
Sny, retrospekcje, wspomnienia


Nad drzwiami, znajdującymi się przed nim, prowadzącymi w tajemnicze miejsce, wisiał zegar cyfrowy. Na pierwszy rzut oka nic niezwykłego, prostokątne wypukłe urządzenie z czarnym ekranem i czerwonymi kreskami, układającymi się w cyfry. Pokazywał on nie tylko godzinę, ale także datę oraz temperaturę, utrzymującą się w pokoju. Zegar był jedyną daną, którą otrzymał. Migające cyfry dawały mu do zrozumienia, od jak dawna znajdował się w tym miejscu albo, jeżeli nie trafił tu zaraz po wypadku, ile czasu minęło od jego rozdzielenia z rodziną. Najbardziej przerażała go data, ukazywała bowiem 13 października, a o ile dobrze kojarzy fakty, wyprawa do Japonii zaplanowana była na początek września. Tylko dlaczego? To rodziło w jego głowie nowe pytania, wpychające się pomiędzy poprzednie, na które nadal nie zyskał odpowiedzi. Przez jaki czas leżał nieprzytomny? Może podali mu jakieś narkotyki czy inne środki odurzające? Dlaczego nikt nie chce powiedzieć mu, o co chodzi?

W pokoju utrzymywała się stała temperatura 25 stopni, zegar wskazywał 9.37 rano. Odkąd lekarz, zdający się być głównym dowodzącym tajemniczego projektu "Dziecięce Marzenie" sprawdził jego temperaturę, zmierzył ciśnienie, zbadał oczy i jamę ustną, wszystko zaczęło przybierać formę denerwującej rutyny, sztuczności. Co godzinę do pokoju wchodziła jakaś osoba w białym kitlu i spisywała dane z monitora, sprawdzano kroplówkę i zmieniano w razie potrzeby. Podczas jednej wizyty zorientował się, dlaczego nie musi wstawać do toalety. Dwie rurki, jedna cieńsza, druga grubsza, odprowadzały wydalane z organizmu substancje. Do tego czasu miał wrażenie, że zwyczajnie robi pod siebie. Ale teraz na samą myśl, że ci ludzie grzebali przy jego kloace miał ochotę wymiotować.

Do pokoju weszło dwóch mężczyzn w kitlach, z teczkami w dłoniach. Niższy z nich wyglądał jak typowy Azjata, przypominał bardziej studenta niż w pełni wykształconego lekarza. Nie nosił okularów, a jego twarz nie okazywała żadnych emocji. Obok niego kroczył rosły mężczyzna w średnim wieku, którego pochodzenie nie było już taką błahostką do zgadnięcia. Obaj panowie podeszli do łóżka, po czym młody Azjata skupił swoją uwagę na monitorze, starszy doktor natomiast przysunął do łóżka taboret i usiadł wygodnie, mrucząc coś pod nosem.

– Doktor Morisaki odkrył, że znasz biegle angielski i potrafisz porozumieć się z trzylatką po japońsku. – Mężczyzna pogładził swoją brodę, nie dbając o ukrycie mocnego, charakterystycznego akcentu.

– Jesteś Francuzem? – spytał od niechcenia.

– Prawie – parsknął lekko rozmówca. – Pochodzę z Kanady. W tym projekcie bierze udział ponad trzydziestu naukowców, głównie doktorów, z różnych krajów. W drużynie mamy przede wszystkim Japończyków, potem paru Amerykanów. Poza nimi reszta to pojedyncze osoby, nie ma tu nikogo z Francji.

Zadał jedno proste, krótkie pytanie, a facet zaczął terkotać jak babcia w kościele. Ciągnące się złe samopoczucie i ból w skroniach nasilił się dzięki Kanadyjczykowi. Mężczyzna sprawiał wrażenie miłego gościa od rozmówek przy kawusi, jednak w jego głosie tkwiła jakaś drwina, jakby wiedział, że wkurzy mutanta swoją gadką. Nie mógł dać się sprowokować, okazałby wtedy swoją słabość. Wiedząc, że prędzej czy później tego pożałuje, próbował obronić się tą samą taktyką.

– Wszyscy Kanadyjczycy odpowiadają na pytania jakby dopowiedzieli sobie ich jeszcze parę? – spytał z przesadną ironią w głosie.

– Widzę, że jesteś wygadany. To dobrze, bo ja też i głównie na tym będziemy opierać naszą znajomość – zaśmiał się lekarz, a jego chichot wcale nie poprawił leżącemu humoru. – Jestem tu, by zadać ci parę pytań, ale nie martw się, będą one proste i nie będziemy wymagać od ciebie zdradzenia nam sekretów twego istnienia, przynajmniej na razie – dodał cicho ostatni zwrot, po czym odwrócił się do młodego Azjaty. – Zmień mu kroplówkę i podaj coś na uspokojenie – rozkazał po francusku.

Młody Azjata musiał znać ten język, a Kanadyjczykowi wyraźnie zależało na tym, by mutant go nie zrozumiał. Jego niedoczekanie.

– Właściwie, to znam trochę francuski – bąknął, nie spuszczając w tej chwili oka z młodszego mężczyzny.

– To interesujące.

– Dlaczego chcecie zataić przede mną zwykły środek na uspokojenie?

– No cóż, nie znamy cię, nie mamy pojęcia, jak możesz zareagować na taką informację.

– Słusznie. Nie ma obaw, wasze leki dały mi jak na razie w kość. Jestem rozważny i staram się zawsze zachować spokój w trudnych sytuacjach. Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja też jestem naukowcem.

Mężczyzna roześmiał się, pewnie nie miał zamiaru kupić tej bujdy. Azjata w tym czasie wykonał w ciszy polecenia Kanadyjczyka, po czym usiadł po drugiej stronie łóżka. Starszy lekarz przetarł oczy, od napadu śmiechu łzy popłynęły po jego policzkach.

– Nie wiem, czy zauważyłeś, ale jesteś mutantem, gadem, żółwiem do tego!

– Skąd wiecie, że jestem mutantem?

– Nie wolno nam odpowiadać na takie pytania – odezwał się milczący dotychczas Azjata.

Cała sprawa była mocno podejrzana. Przecież nie musiał być wcale mutantem, prawda? Mogli pomyśleć, że jest kosmitą czy jakimś nieznanym człowiekowi gatunkiem. Nie chcieli odpowiedzieć na jego pytania, jak więc miał dowiedzieć się, co tutaj się wyprawia?

– Możemy zdradzić ci nasze nazwiska oraz odpowiadać na pytania życia codziennego, takie jak co na obiad czy jaka pogoda za oknem.

– Najpierw jednak to ty odpowiesz nam na parę pytań i dobrze radzę współpracować. – Kanadyjczyk wyciągnął notes i długopis. – Czy masz jakieś imię?

– Tak – syknął, mając dość całej tej maskarady. Postanowił więc zagrać obrażonego przedszkolaka.

– Jakie?

– Nie twój interes. Nie życzę sobie, żeby którykolwiek z was nazywał mnie moim imieniem.

Obaj mężczyźni mruknęli jedynie, wymieniając spojrzenia. Kanadyjczyk zapisał kilka krótkich uwag w notesie, po czym wrócił wzrokiem do swego rozmówcy.

– W naszej kartotece zapisany jesteś jako obiekt badań projektu "Dziecięce Marzenie". Zapewne nie chcesz, by tak cię nazywano. Oczywiście, możemy wymyślić ci imię, ale ostrzegam, że za miłe to ono nie będzie.

– Czy znajomość mojego imienia jest aż tak ważna? – prychnął, próbując się rozluźnić.

– Tylko, jeżeli chcesz, żebyśmy nazywali cię w miarę godnie. Poza tym, jesteśmy w posiadaniu paru twoich rzeczy, które znaleźliśmy w stanie nienaruszonym, kiedy znaleźliśmy ciebie i uwierz mi, kiedy mówię, że znamy się na szantażu.

Westchnął ciężko, przewracając oczami. Facet był denerwujący, swoją durną gadką przypominał trochę Stockmana. W zasadzie w zdradzeniu mężczyznom swego imienia nie było nic złego. Problem polegał na tym, że on widział to jako mały krok w stronę głębszego poznania, a tego chciał uniknąć. Im mniej o nim wiedzieli, tym lepiej. Starszy z mężczyzn nie da tak łatwo za wygraną, a on był już na straconej pozycji.

– Donatello – mruknął, zwilżając usta językiem. Jego oczy powoli zwracały się to do jednego, to do drugiego mężczyzny, w czasie gdy on obmyślał plan. "Jeżeli ich zagadam, może uda mi się odwrócić ich uwagę od reszty mojego ciała", pomyślał. – Mam na imię Donatello.

Kanadyjczyk parsknął lekko i poprawił okulary.

– Donatello, hę? Teraz ciekawi mnie, skąd ten pomysł, hę? Skąd mutant miałby mieć takie wyszukane imię z renesansu?

– Po prostu mam takie imię i nic wam do tego – warknął Donatello, czując mrowienie w opuszkach palców. Wreszcie udało mu się nimi lekko poruszyć, podobnie z palcami u stóp. – Skoro znacie już moje imię, chyba jesteście mi winni przedstawić się.

– Charakterek, już cię lubię. William Russell, kanadyjski psychiatra, a to mój główny partner w tym projekcie, świeżo upieczony psycholog Kuroba Akira, Japończyk.

– Tak, nazwisko mi wystarcza, żeby się zorientować. – Donatello wytrzeszczył oczy, wymawiając słowo "wystarcza", ciesząc się w duszy z coraz większej kontroli nad ciałem, której mężczyźni byli nieświadomi.

To będzie wielka przyjemność z nim pracować, nieprawdaż, Akira? – zaśmiał się William, ignorując kolejny przewrót oczami Donatella. – Dobrze, już się wszyscy znamy, czas na kolejne pytanie. Twój akcent jest amerykański, a więc musisz pochodzić z USA. Jak znalazłeś się w Japonii?

– Nie pamiętam – odpowiedział szybko, czując się dziwnie lepiej, niż parę chwil temu. Odzyskał kontrolę nad swoim ciałem i mógł uciec w każdej chwili, jednak ciekawość nakazała mu pobawić się z tymi gośćmi jeszcze trochę. – Musiałem uderzyć się w głowę.

– Tak, musieliśmy zbadać twoją głowę, gdy cię tu przywieziono. Miałeś śmiesznego guza w okolicach potylicy. Powiedzmy, że na razie ci wierzymy. Czas na ważniejsze dla nas pytania, ale poprzedzimy je krótką informacją. Akira?

Hai, sir – mruknął w swoim języku Japończyk, który wcześniej siedział cicho i jedynie potakiwał. – Zbadaliśmy twoją krew i ustaliliśmy, że jest ona mieszanką krwi zwyczajnego ziemskiego żółwia, a dokładniej żółwia czerwonolicego, z dziwną substancją, która stała się przyczyną twojej mutacji. Masz w sobie też trochę ludzkiego DNA. Wyodrębniliśmy ze sporej próbki pobranej krwi ten oto szlam. – Akira podniósł wolną dłoń, w której znajdowała się kapsułka z zielonym płynem.

– Mutagen! – Donatello wytrzeszczył oczy.

– O, a więc wiesz coś o swojej przypadłości – zaśmiał się nisko Kanadyjczyk, rad z nagłego zakłopotania na twarzy mutanta. – Chcielibyśmy wiedzieć więcej o twojej mutacji i tym, jak ty to nazwałeś? Ach, mutagen.

– To niebezpieczna substancja, łamiąca prawa natury. Nic więcej wam nie powiem! – Donatello odwrócił głowę od starszego mężczyzny i zamknął oczy, by nie musieć patrzeć na drugiego.

– No cóż, jesteśmy specjalistami i prędzej czy później sami odkryjemy dokładne działanie tego twojego mutagenu. Twoja współpraca byłaby jednak mile widziana, mój przyjacielu.

– Nie jesteśmy przyjaciółmi, panie Russell – sapnął żółw, wypluwając wręcz nazwisko szatyna.

– Ja uważam inaczej, Donatello. Jeszcze zmienisz swoje zdanie o nas, zobaczysz.

O nie, nie zobaczy.

W pokoju nastała cisza, Donatello nie miał zamiaru otwierać oczu, przestał się ruszać. Wytężył słuch, by nie stracić świadomości na temat tego, co dzieje się w pomieszczeniu. Jedynymi słyszalnymi dźwiękami było skrobanie długopisami po kartkach notesów i oddychanie wszystkich obecnych w pokoju. Mutant był wdzięczny, że mężczyźni przestali gadać, mógł teraz poważnie rozważyć całą sytuację. Teraz był w stanie uciec, jego ciekawość wciąż nakazywała mu się zastanawiać. Może zechcą wydobyć z niego więcej mutagenu, eksperymentować z mutacjami, a może wykorzystać mutagen w celu leczenia? Być może odkryli coś, co przysłuży się leczeniu nowotworów czy polepszeniu warunków życia na Ziemi?

Z układania pociągu myśli wyrwał go pisk odsuwających się od łóżka krzeseł. Donatello pozostał w tej samej pozycji, w której leżał przez ostatnie parę minut, zasłuchany. Dwie pary stóp oddaliły się od łóżka, odchodząc daleko na prawo, drzwi skrzypnęły. Ciekawy zapach przedarł się do środka, jedzenie. Drzwi zamknęły się, cisza stała się głuchsza, Donatello został sam. Powoli odwrócił głowę w prawo i uchylił powieki, sprawdzając, czy na pewno został sam. Nie wyczuł żadnej obecności, przyszedł czas na szybkie opracowanie planu. Kiedy ostatnim razem próbował się stąd wydostać, załączył się alarm, gdy tylko opuścił łóżko. W pościeli musiały znajdować się jakieś czujniki ruchu czy ciężkości, połączone z czerwoną gałką. Jego droga z łóżka do drzwi musiałaby zając mu co najwyżej sekundę, ale z jego wzrostem i długimi nogami to nie był problem. Problem polegał na tym, że nie wiedział, co zastanie za drzwiami, jaka będzie architektura budynku, czy jest pilnowany i ile osób napotka na drodze do wolności.

Sprawa była poważna.

– Okay, trzeba się spieszyć – powiedział do siebie, wpadając w swój naturalny trans. – Jeden skok w stronę drzwi, za drzwiami jest korytarz, dość długi. Jeżeli pójdę nim w lewo, najprawdopodobniej dojdę do części, w której mieszka rodzina doktora Morisaki, ta mała dziewczynka i pewnie jej matka. Jeżeli tam znajduje się część mieszkalna, są też drzwi, prowadzące na zewnątrz budynku. Korytarz w prawo jest krótszy, to słychać po krokach, chyba nie prowadzi do żadnego wyjścia.

Miał tylko jedną szansę. Jeżeli jego ucieczka zakończy się fiaskiem, ci wszyscy lekarze zadbają o to, by taka sytuacja nigdy się nie powtórzyła. To jest jedyna szansa, zwłaszcza że środki, które mu podawali ci ludzie, powodowały u niego bezwład w całym ciele, a teraz czuł się w pełni sił.

Bardzo powoli podniósł górną część swojego ciała i usiadł na łóżku, zsuwając dłońmi kołdrę aż po kostki u stóp. Zauważył, że nadal miał na sobie tę samą białą koszulę szpitalną, a jego skóra przybrała chorobliwy odcień szarozieleni. Szybko zorientował się, że samo wydostanie się z pokoju nie będzie takie proste. Jego prawa ręka nadal była zabandażowana, a igła z kroplówką wziąć tkwiła powyżej jego nadgarstka. Skóra pod bandażami była lekko poszarpana, sam był sobie winien. Ta igła była porządnie zabezpieczona, więc żeby nie zrobić sobie większej krzywdy, będzie musiał zabrać ze sobą woreczek z kroplówką. Ale to nie była jedyna przeszkoda, w jego nozdrzach nadal znajdowały się rurki, doprowadzające tlen, przymocowane do ciężkiego urządzenia z tym pierwiastkiem, a w jego kloace wciąż siedziały dwie rurki, odprowadzające wydalane przez jego organizm substancje. Nie miał pojęcia, jak je wyciągnąć i nie uszkodzić żadnych organów wewnętrznych.

– Fiu, no dobra, skup się, to chyba dasz radę wyciągnąć – mruknął do siebie, zaciskając grube palce na rurkach, łaskoczących jego twarz. – Ostrożnie, powoli.

Delikatnym ruchem wysunął obie rurki z nozdrzy i przełożył je przez głowę. Dziwne uczucie wierciło go w nosie, taka niepokojąca pustka, zmuszająca go do kichnięcia. Po pozbyciu się tleniku, przyszedł czas na ruszenie się i znalezienie pojemników, do których spływał jego mocz i kał. Cała sytuacja była żenująca, ci ludzie grzebali w jego kloace! Dwa zbiorniczki znajdowały się pod szpitalnym łóżkiem, były nieduże i lekkie, pewnie niedawno zmienione. Donatello zabrał oba pudełka na łóżko i zdjął woreczek z kroplówką, po czym odłączył rurki doprowadzające tlen od zbiornika z tlenem, żeby przywiązać do siebie pojemniki, których jak na razie nie mógł się pozbyć. Wszystkie trzy przyłożył do plastronu i przewiązał się rurkami w pasie na tyle ciasno, by żaden pojemnik się nie wydostał, ale również nie uległ pęknięciu.

– Masz tylko jeden skok, nie zmarnuj tego – warknął sam na siebie, patrząc na drzwi jak dziki kot na swoją ofiarę.

Kucając na łóżku, odwrócił się w stronę drzwi, nie spuszczając ich z oczu, nawet nie mrugając. Dłonie oparł przed sobą, między kolanami, gotowy do ataku. "Wystarczy jeden szybki skok", przypomniał sobie w głowie, po czym przystąpił do dzieła.

Tak jak przewidywał, kiedy jego ciało oderwało się od łóżka, gałka nad drzwiami zaczęła migać na czerwono, a nieprzyjemny dźwięk rozległ się w całym budynku. Oszołomiony hałasem wypadł na korytarz i pobiegł w lewo, odpychając od siebie pierwsze napotkane osoby w kitlach. Rozpoczęły się wrzaski, alarm przybrał na sile i dopiero wtedy Donatello zdał sobie sprawę, że jednak nie jest na to gotowy. Zbyt wielki hałas, zbyt wiele głosów, zbyt wiele osób, nagły spadek sił nie współgrał z jego planami. Obraz przed oczami powoli stawał się mniej wyraźny i zbyt ruchliwy. Trzymetrowy gad znalazł się w miejscu, które mógłby nazwać kuchnią połączoną z salonem, gdzie zastał młodą kobietę. Nie miała ona na sobie kitla, na widok mutanta jej usta otwarły się, a z jej rąk wypadł talerz, który akurat wycierała szmatką. Dźwięk tłuczonej porcelany dobił jego opuchnięte bębenki słuchowe.

Wtedy zauważył drzwi, niecałe pięć metrów od siebie. Instynkt przejął górę nad rozumem i żółw chwiejnym krokiem skierował się w stronę wyjścia. Ktoś za nim krzyknął coś, ale on tego nie zrozumiał, wszystko zlało się w jeden wielki hałas. Coś metalowego wbiło się w jego ramiona i łydki, a sekundę później ogromny ból przeszył całe jego ciało. Prąd. Potraktowano go paralizatorami od tyłu. Urządzenia o wielkiej mocy szybko powaliły go na kolana, a tylko kwestią czasu było, zanim przestał czuć cokolwiek.


– Wstajemy, wstajemy. – Czyjaś zimna dłoń poklepała go po policzku. – Nie chcielibyśmy znów karmić cię przez rurkę, bo to niezdrowe.

– Mmm... – Donatello niechętnie uchylił powieki, od razu zauważając biel, do tego światło było nie do wytrzymania. Szybko zamknął oczy, ale to nie przynosiło pożądanych efektów. Dopiero, gdy spróbował podnieść lewe ramię, by zasłonić oczy, doszedł do niepokojących wniosków.

– Po twoich desperackich, aczkolwiek nieprzemyślanych próbach ucieczki, zdecydowaliśmy, że nie możemy dać się zwieść twoim sztuczkom, mutancie – mruknął głos, ten sam, który wcześniej zapoznał go z nazwą projektu, którego był ponoć częścią.

Donatello zaczął się lekko szarpać, żeby przetestować wytrzymałość metalowych zatrzasków na jego nadgarstkach, kostkach i w pasie. Bez skutków, był przypięty do łóżka na amen. To było w sumie do przewidzenia, dobrze wiedział, że porażka oznaczać będzie zaostrzone środki bezpieczeństwa, którym nie da rady.

– Muszę jednak przyznać, że mnie zaskoczyłeś – ciągnął dalej doktor Morisaki. – To był dobry test. Podaliśmy ci środki, przez które nie masz sił na jakikolwiek ruch, ale z opóźnionym działaniem. Twój plan ucieczki był... niezły. Po obejrzeniu nagrania nie mogę doczekać się dalszej części poznania ciebie. Twoja osobowość, jeżeli tak mogę to nazwać, zaczyna mnie coraz bardziej interesować.

– Zrobiliście to celowo, żeby mnie przetestować.

– Zgadza się. Twoje wyniki są zadowalające, więc w nagrodę po raz pierwszy możesz normalnie zjeść, a potem może odpowiem na jedno i tylko jedno twoje pytanie.

Po jego lewej stronie usiadła kobieta, Azjatka, ale nie ta sama, którą spotkał podczas nieudanej próby ucieczki. Ta była w podobnym wieku, jej twarz zakrywała szpitalna maseczka. W dłoniach trzymała talerz z sushi i pałeczki. Donatello szybko zorientował się, że dziewczyna ma zamiar go nakarmić, jednak wizja podsuwanej mu pod nos ryby nie brzmiała zachęcająco, pachniała również.

– Nie lubię sushi, ani innych surowych ryb, ani w ogóle ryb. – Zmarszczył twarz, czując ulgę, że mógł nadal poruszać głową.

Hmm, nie lubi ryb i nie będzie tego jadł, dobre sobie – zaśmiał się pan Morisaki, tłumacząc po japońsku sytuację młodej asystentce. – Eika nie rozumie angielskiego, mutancie.

Nie lubię ryb! – powtórzył po japońsku Donatello.

Kawałek sushi zniknął sprzed jego twarzy na moment, a zastąpiła go gniewna twarz doktora.

– Nie obchodzi nas, co lubisz, a czego nie lubisz jeść. Będziesz jadł to, co ci dajemy i pił to, co od nas dostajesz. Chyba, że wolisz zdechnąć z głodu?

– Uważa mnie pan za głupka, hę? – parsknął żółw, wiercąc się trochę. – Gdybym nie był wam potrzebny żywy, zabilibyście mnie przy próbie ucieczki.

Pan Morisaki wycofał się i opadł z powrotem na taboret, unosząc brwi. Schwytany gad był mądrzejszy niż przewidywał, co czyniło go jeszcze bardziej interesującym okazem. Donatello zauważył zmieszanie w oczach mężczyzny.

– William Russell obiecywał mi w miarę uczciwą grę, ale teraz widzę, że więcej punktów przypadło na wasz koszt niż na mój.

– Hę? – Wyrwany z transu Morisaki ponownie spojrzał mutantowi w oczy.

– Wiecie o mnie o wiele więcej, niż ja o waszym projekcie. Nie uważa pan, że zasługuję na jakieś wyjaśnienia?

Eika, zostaw sushi w kuchni i przynieś ramen – mruknął lekarz, odsyłając kobietę wzrokiem. – A więc poznałeś się już na Russellu i Kurobie, fantastycznie. Oczywiście, masz rację, jesteś potrzebny nam żywy i mamy co do ciebie parę planów. Nie mylisz się także twierdząc, że gramy nie fair w stosunku do ciebie, ale nie możemy objaśnić ci tajników projektu "Dziecięce Marzenie".

– Właśnie o tym chcę posłuchać, panie doktorze – odparł Donatello, wymawiając tytuł mężczyzny w drwiący sposób.

Pan Morisaki poprawił okulary, odliczając w głowie do dziesięciu, aby nie wybuchnąć. Żółw był inteligentny i bezczelny, kpił sobie z niego i najwyraźniej nie miał pojęcia, z kim zadarł. Jeżeli tak stawia sprawę, niech tak będzie. Mężczyzna pomyślał nagle o zmianach w harmonogramie, głównie o dopisaniu w paru miejscach nazwiska Williama Russella. Z diabelskim uśmieszkiem potarł czoło i wrócił do rozmowy z mutantem.

– Doktor Russell przekazał mi parę informacji o tobie, to prawda. Masz na imię Donatello, pochodzisz z Ameryki, a przynajmniej twój akcent tyle wyjaśnia. Znasz japoński na poziomie, na którym potrafisz wyłapać ogólny sens wypowiedzi, i francuski na poziomie średnim. Spadłeś z dużej wysokości i uderzyłeś się w głowę. Wydobyliśmy z twojej krwi substancję, którą nazywasz mutagenem, bardzo ciekawa i przydatna rzecz. Do tego William twierdzi, że przedstawiasz się jako naukowiec, co jest do prawdy zabawne.

– Nie wiem, co w tym śmiesznego – warknął Donatello.

– Wracając do mutagenu – kontynuował doktor, jakby nie usłyszał gada, – zdradzę ci ciekawostkę. Nie jest to substancja nam nieznana, zdarzyło nam się wejść w jej posiadanie wcześniej, a nasz projekt w dużej mierze będzie opierał się na różnego rodzaju serum na bazie twojego cennego szlamu.

Nagły niepokój wstąpił na twarz Donatella, nie umknął on uwadze doktorka. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej, widząc zakłopotanie i strach w oczach żółwia, kiedy coś innego przykuło jego uwagę. Bez ostrzeżenia złapał mutanta za skronie i zmrużył oczy, aby się mu przyjrzeć.

– No tak, do twoich oczu dostała się paskudna infekcja. Czy odczuwasz ból, pieczenie, swędzenie?

– Nie – odparł szybko Donatello. Nie skłamał, gdyby Morisaki nie powiedział mu o infekcji, pewnie nigdy by się nie zorientował, że coś jest nie tak. Wydawało mu się, że oczy puchną mu ze zmęczenia albo to efekt uboczny leków, którymi faszerują go ci "naukowcy". – To na pewno infekcja? – spytał.

– Na to wygląda. No nic, przyjrzymy się temu za chwilkę. Przechodzimy do pierwszej fazy mojego planu. Eika!

Kobieta pojawiła się przy łóżku, nie wiadomo skąd, z ogromną strzykawką w dłoni. Do pokoju weszło jeszcze paru lekarzy, wszyscy w maseczkach, z rękawicami lekarskimi. To przestało być zabawne i Donatello zaczął się znów szarpać. Igła wbiła mu się w szyję, substancja strasznie piekła, przedostając się do jego krwiobiegu.

– Odliczaj od dziesięciu do zera, Donatello – nakazał głos.

Mutant zaczął posłusznie odliczać.

– Dziesięć, dziewięć, ooosiem, siee...d...