Narracja, angielski
Inne języki
"Myśli, nazwy"
Sny, retrospekcje, wspomnienia


Kiedy człowiek budzi się po porządnym spanku, oczekuje uczucia pełni sił i chęci działania, ogólnej radości z życia. Piękny sen na pewno dodaje większego wigoru, a spokojna noc to przecież bezstresowy dzień. Nie każdy jednak może zgodzić się z tym stwierdzeniem.

Głosy nad jego głową wymieniały się informacjami w tylu językach, że nie mógł wyłapać z nich niczego. Jego ciało nie ruszało się, oczy były zamknięte. Postanowił wziąć głęboki wdech, ale zatrzymał go piekący ból w klatce piersiowej i brzuchu i zamiast porządnego wdechu zaczął krztusić się, co tylko pogłębiło nieprzyjemne uczucie. Otworzył mokre od łez oczy, nie mogąc się uspokoić. Jego twarz zakrywała plastykowa maseczka tlenowa, jego kończyny nadal były przykute do łóżka, ale metalowy zatrzask wokół jego talii zniknął. Biorąc pod uwagę ogromny ból w tych okolicach Donatello był wdzięczny, że nic nie ściskało go w połowie ciała.

Kobieta w kitlu, jak ona miała na imię? Ach tak, Eika, podała mu zastrzyk w lewe ramię, ponieważ prawe już do niczego się nie nadawało w tej chwili. Miał tylko cichą nadzieję, że jest to morfina, ból dawał mu wrażenie jakby powoli umierał.

Po raz kolejny łapczywie wziął wdech, potęgując pieczenie w klatce piersiowej, a odgłos, który wydał, zwrócił uwagę ludzi zebranych wokół.

Morisaki-san, morfina podana – mruknęła Eika, przyklejając do miejsca ukłucia wacik. Kobieta oddaliła się od łóżka, wraz z nią z pomieszczenia wyszło jeszcze kilka osób, zostawiając doktora Morisaki wraz z inną kobietą i dwoma mężczyznami z pacjentem.

– Morfina powinna złagodzić ból – mruknął doktor Morisaki. – Gdybyś nie marudził wcześniej, dostałbyś jeść, no ale cóż – westchnął Japończyk i podniósł ze stolika miskę z ramen i pałeczki. – Oto twoje ramen. Aigo, nakarm go – nakazał dziewczynie.

Hai, sensei. – Kobieta zabrała z rąk doktora miskę, pałeczki i pochyliła się nad mutantem.

Donatello stwierdził, że i tak nie ma sił na rozmowy czy kłótnie, przyjął więc zimny posiłek bez oporu. Aigo wyglądała na młodą dziewczynę, na pewno nie była dorosła, a jej długie włosy były w połowie przefarbowane na brązowo. Nie zakrywała twarzy, a zimne spojrzenie wskazywało na to, że doktorek zdążył już zniszczyć tę młodą istotę. Ze stoickim spokojem podawała mu makaron z twarzą pozbawioną emocji.

– Tak, wystarczy jak na razie, dopiero co się obudziłeś – rzekł Morisaki po paru minutach. – Aigo, dotrzymaj towarzystwa swojej ciotce w kuchni.

Dziewczyna kiwnęła wolno głową, po czym zniknęła, tak jak wcześniej zrobiła to Eika. Donatello nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, mimo że było mu żal dziewczyny, która tak szybko została bezdusznym eksperymentatorem.

– Więc Aigo jest częścią pańskiej rodziny, prawda? – spytał, przyglądając się doktorkowi.

– A ty skąd to wiesz?

– Zrozumiałem na pewno dwa słowa: ciotka i kuchnia.

– No dobrze, zaliczmy to do bonusowej informacji. – Mężczyzna poprawił krawat i odchrząknął. – Aigo jest moją bratanicą, a ja jej prywatnym nauczycielem. To mój pupilek, ma niecałe siedemnaście lat i zapowiada się na świetną badaczkę.

– Taa, widziałem. – Donatello przewrócił oczami.

– Ach, zapomniałbym. Jak twoje oczy? Odczuwasz ból, pieczenie, swędzenie?

Mutant zamrugał kilkakrotnie, a jego spojrzenie stało się puste. Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się nad tym, jak się właściwie czuje.

– Czuję, jakbym miał w nich piasek – stwierdził, wpatrując się w sufit.

– I tak powinno być, podaliśmy ci parę drogich leków, twoja infekcja jest już pod kontrolą. Zapewne teraz oczekujesz kolejnych wyjaśnień, nie będę ukrywał, że mnie to trochę wkurza.

– A mnie brak odpowiedzi na moje pytania.

– Uwolnię twoją prawą rękę, żebyś mógł dosięgnąć do butelki z wodą, którą zostawię niedokręconą na stole. Znajdziesz też tu kubek z automatu, nie krępuj się pić, przyda ci się dużo wody. Czy morfina działa?

– Nie czuję już bólu, ale jestem zmęczony.

– To normalne po operacji na pełnej narkozie.

To przypomniało żółwiowi o czymś ważnym. Unosząc lekko głowę wytrzeszczył oczy na mężczyznę, przełknął głośno ślinę i zapytał:

– Co mi zrobiliście?

– Och, nie denerwuj się – zaśmiał się Morisaki. – Operacja była częścią projektu. Mówiąc o projekcie DM, za swoje, powiedzmy, grzeczne zachowanie dopowiem ci, że projekt DM dąży do stworzenia czegoś niezwykłego. Chcemy powołać do życia dziecięce marzenie, które dla wielu jest rzeczą niemożliwą, ale z tobą i mutagenem nic nie stoi nam na drodze. Teraz odpoczywaj, musisz szybko wyzdrowieć, abyśmy mogli przejść do następnej fazy.

Doktor Morisaki zostawił żółwia z mętlikiem w głowie. Kolejna bezsensowna podpowiedź, brak przydatnych odpowiedzi, a teraz do tego doszła jeszcze ta operacja. Donatello uniósł głowę, usiłując przyjrzeć się swojemu ciału. Gruba warstwa wat i bandaży okrywała całą jego klatkę piersiową i brzuch, oczywistym więc było, że grzebali w tych rejonach, skoro stamtąd emitował tamten ból, jak na razie wyciszony przez morfinę. Mutant westchnął ciężko, korzystając z chwilowego braku nieprzyjemnych odczuć. Nadszedł czas na kolejne przemyślenia odnośnie przyszłości. Bądźmy szczerzy, Donatello był przerażony, choć starał się to zamaskować za swoją spokojną twarzą. Nie miał szans na ucieczkę, był na łasce szalonych naukowców, którzy zdążyli już go w jakiś sposób okaleczyć, prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy swojej rodziny ani przyjaciół. Żałował, że nie miał okazji powiedzieć im, jak ważni są dla niego i jak bardzo mu przykro, że nie poświęcił im więcej czasu. Nie było mu dane nawet się pożegnać. Nigdy nie przeprosi Splintera za bycie najsłabszym uczniem, nie wesprze Leo w trudnych chwilach, nie pomoże Raphowi w naprawie motocyklu, nie usiądzie z Mikey'm jak brat z bratem, by od tak po prostu spędzić razem parę chwil.


– Czyż to nie cudowne, że znowu mamy okazję porozmawiać i lepiej się poznać, Donatello?

Żółw nie wiedział, czy ma większą ochotę płakać, czy wymiotować. Kiedy tylko nierozłączna dwójka weszła do pokoju, poczuł się schorowany. Papużki nierozłączki, choć nie trzymały się za rączki, były rozgadane, a przynajmniej starsza z nich.

– To bardzo miło ze strony Morisakiego, że dopisał nam parę godzin w tygodniu więcej, nie uważasz?

Gdyby mutant układał w swojej szufladzie akt papierska osób znienawidzonych w kolejności od najbardziej znienawidzonej, nazwisko Williama Russella poprzedziłoby nazwiska Stockmana, Oroku Sakiego aka Shreddera, a nawet agenta Bishopa. Żółw zacisnął zęby i powieki, próbując zignorować denerwującego psychiatrę z japońskim psychologiem zawsze wiernie stojącym u jego boku. Nagle szalenie ciekawym wydawało się, jakie plotki na temat tej dwójki krążą po obiekcie?

– Żebyśmy na pewno niczego nie przeoczyli, podsumujmy naszą wiedzę na twój temat, szlam odstawmy na bok.

– Mutagen.

– Taa, nieważne. – William pstryknął długopisem, zapisał coś nieznaczącego i przyjrzał się plikom w dłoniach. – Imię: Donatello. Nazwisko: nie czarujmy się, już sam fakt, że posiadasz imię był niespodziewany. Gatunek: żółw czerwonolicy. Pochodzenie: Stany Zjednoczone, co wynika z akcentu. Umiejętności: biegły w angielskim, średni we francuskim, podstawy japońskiego; prawdopodobnie potrafi posługiwać się bronią typu kij bō i zna ninjutsu.

Przez chwilę wewnętrzny atak paniki przygotowywał się do inwazji na umysł mutanta, ale szybko sobie odpuścił. Nic dziwnego, że znali jego umiejętności fizyczne, znaleźli go z całym ekwipunkiem na sobie, poza tym to żadna sztuka dla Japończyków odgadnąć, do czego służy kij bō.

– Zainteresowania: zapewne jakieś naukowe rzeczy, skoro uważasz się za naukowca. – Psychiatra nie mógł powstrzymać krótkiego chichotu. – W notatkach niżej zapisane mam pozostałe informacje, które nie nadawały się do ugrupowania, czyli fakt, że spadłeś z dużej wysokości i uderzyłeś się w głowę, przez co możesz mieć parę niewielkich luk w pamięci. Ciekawi nas, co sądzisz o słowie "rodzina"?

– Może nie do końca o słowo chodzi – wciął się Kuroba. – Raczej chcielibyśmy wiedzieć, czy masz kogoś, kogo nazwać mógłbyś rodziną?

– Czyli chcecie wiedzieć, czy są inni tacy jak ja – podsumował Donatello, błagając w głębi duszy o uwolnienie od sideł tych dwóch.

– Tak, jakoś nie wierzę, że sam nadałbyś sobie imię Donatello. I ktoś musiał nauczyć cię mówić.

– Imię znalazłem w pewnej książce, żyłem w miejscu, gdzie znaleźć można wyrzucone przez ludzi rzeczy, spodobało mi się brzmienie. Życie w cieniu, obserwacja ludzi, słuchanie ich sprawiły, że nauczyłem się mówić, a czytanie czy pisanie przyszło z czasem i paroma zbiorami ćwiczeń dla dzieci.

Sprawiał wrażenie pewnego siebie, kiedy to mówił. Może nawet był zbyt pewny swoich słów? No, ale nie mógł zdradzić swojej rodziny, ponieważ, kto wie, być może ci szaleńcy zechcą ich odnaleźć? Tak było najbezpieczniej dla wszystkich.

– Skąd w takim razie ta cała broń, maska, ochraniacze? Z pewnością nie nauczyłeś się tego, obserwując dzieci z przedszkola, bijące się w piaskownicy o łopatkę? – spytał Akira, mrużąc oczy.

– Z książek i filmów, oczywiście. Jak już mówiłem, ludzie wyrzucają różne rzeczy, a ja mam dryg do chłonięcia wiedzy. Z książek posiadłem wiedzę, a inne rzeczy dostarczyły mi zajęć praktycznych. Tak na przykład naprawiłem stary telewizor i odtwarzacz VHS, podkradłem prąd, znalazłem parę kaset i voilà.

Russell poprawił okulary, mrucząc ze zrozumieniem. "Te informacje muszą jak najszybciej trafić do doktora Morisakiego", pomyślał. Tan gad nie był tylko mądry, był inteligentny, co stanowiło poważne zagrożenie dla projektu DM. Mężczyzna skrobał niespokojnie w swoim zeszyciku, aby nie zapomnieć żadnej istotnej informacji.

– Ciekawi mnie – zaczął tymczasem Kuroba – jeżeli nadałeś sobie imię, czy masz może także nazwisko? Nadając sobie imię, chciałeś zapewne zbliżyć się choć trochę do ludzi, a na pewno słyszałeś niejednokrotnie ich nazwiska, więc zadaję pytanie. Czy nadałeś sobie jakieś nazwisko?

Donatello pokręcił przecząco głową, nie udzielając odpowiedzi słownej. Jak na razie obaj panowie chłonęli wiedzę jak gąbka wodę, nie zastanawiając się specjalnie nad wiarygodnością tych informacji, co było mu bardzo na rękę. Cokolwiek mu zrobili, na pewno był to jedynie przedsionek całego projektu, a na którymś etapie będą musieli odczepić go od łóżka. Póki co, będzie wciskał ze stoickim spokojem przeróżne bajeczki, w które lekarze będą w stanie uwierzyć.

– Jaki jest twój ulubiony kolor?

Tego pytania chyba nikt się nie spodziewał. Nie tylko Donatello wytrzeszczył obolałe oczy na Russella, Kuroba zrobił to samo. Starszy mężczyzna tylko uśmiechnął się i poprawił okulary.

– Co to za pytanie?

– Niezbyt ważne dla projektu.

– Więc dlaczego pan je zadaje?

– Znajomość tego faktu zaszkodzi ci w czymś, Donatello?

– Właściwie, to nie.

– Co ci więc szkodzi powiedzieć?

– Skoro je zadajecie, ma to jednak jakieś znaczenie.

– Niewielkie, nie zmieni niczego dla projektu ani twojego stanu zdrowia, a przynajmniej fizycznego.

– A to co oznacza?

– Oznacza to tyle, że jeżeli zdradzisz nam kolor miły dla twojego oka, oszczędzimy ci spędzania czasu w zgniłym, brązowym jak gówno pokoju.

Nie był pewien w stu procentach, ale czuł, że to swego rodzaju wskazówka. Co prawda, niewiele mu mówiła, ale jednak. Planowali zamknąć go gdzieś indziej, albo przemalować ściany. Być może chcą zrobić z niego swoje zwierzątko? Cokolwiek by to nie było, nadal nie stanowiło wystarczającej informacji do wysnuwania wniosków.

– Fioletowy – odpowiedział po chwili zastanowienia.

– To było do przewidzenia, twoja maska ma fioletowy kolor – mruknął Akira.

Akira, chciałem nawiązać lekką konwersację – odparł William, krzywiąc twarz na swojego protegowanego. – Tak czy inaczej, zapchaliśmy ci kolejną godzinę twojej egzystencji, czas na małą przerwę. Za jakieś pół godziny ktoś powinien się tu zjawić, sprawdzić to i owo, przynieść ci coś do jedzenia.

– Panowie uważacie, że wasza obecność zapewnia mi rozrywkę? – parsknął śmiechem mutant, omal się przy tym nie dławiąc.

– Skądże znowu, nasz ty pocieszny mutanciku – rzekł przesłodzonym głosikiem doktor Russell. – Jesteśmy specjalistami od psychiki, a ty, nie będę ukrywał, czujesz się tu jak więzień i jesteś, w pewnym znaczeniu tego słowa, naszym więźniem. Rozmowa z innymi ludźmi powinna więc pomóc ci stłumić niepokój i uchronić przed depresją.

– Tak się składa, że pluję na pańską pomoc! – warknął Donatello, sięgając opuchniętą dłonią po kubeczek z wodą.

– Żałuj, że nie widzisz teraz swojej miny, jesteś przeuroczy, gdy się gniewasz. Przypominasz mi wielu moich pacjentów, z którymi dałem sobie radę z palcem w dupsku, więc i z tobą sobie poradzę.

– Zostawimy cię teraz samego, Donatello-kun.

Obaj panowie opuścili pospiesznie biały pokój. Donatello odprowadził ich wzrokiem, popijając w spokoju wodę. Puścił mu nerwy, też coś, każdy by się zdenerwował, zwłaszcza jeśli był osobą, czującą się bezpiecznie tylko wtedy, kiedy wie wszystko o swoim położeniu. Niewiedza należała do listy dziesięciu największych lęków żółwia.

Zegar cyfrowy wskazywał 14 października, godzinę 15.26, temperatura cały czas wynosiła 25 stopni. Operacja musiała trwać kilka godzin, albo lekarze nie trudzili się z wybudzeniem go w odpowiedniej chwili. Mimo że morfina zlikwidowała tymczasowo ból, ukryte pod bandażami, cokolwiek, swędziało jak pogryziona przez komara skóra. Z czystej ciekawości mutant dotknął palcem wierzchnie warstwy bandaży, po czym nadusił trochę, aż poczuł lekkie pieczenie, przekonujące go do nie grzebania więcej, przynajmniej na razie. Poza tym był zmęczony, znowu, a rozmowa z Russellem i Kurobą zwiększyła to zmęczenie co najmniej dziesięciokrotnie.


Zimno mi.

No, tropiki to to nie są. Chodź tu bliżej.

Trzymajcie się razem, moje dzieci, temperatura nie jest sprzyjająca.

Słyszał rozmowy, ale nic nie widział. Rozpoznawał głosy, ale i tak nie potrafił ich zidentyfikować. Wiedział tylko, że również odczuwa chłód, tak jak reszta, a dudnienie w uszach stawało się coraz bardziej wyczerpujące. Z jakiegoś powodu nie był w stanie otworzyć oczu, czuł jedynie, jak zwija się w kłębek, zaciska zęby i przytyka dłonie do skroni, by stłumić dziwne warczenie.

Don, chodź tutaj.

Potrząsnął przecząco głową, przyciskając skorupę mocniej do ściany. Gdzie on był? Byli tu inni? Znał te głosy, tylko miał problem z ich dokładnym rozpoznaniem. Pomieszczenie, w którym się znajdował kołysało się lekko, ale przecież nie był na statku, to było inne uczucie.

Donatello, nie powinieneś pozostawać sam w tak trudnych warunkach.

O co chodzi? Te głosy, on je znał, ale nie miał zamiaru ryzykować. Czego oni od niego chcieli? To wszystko było mocno pogmatwane. Dlaczego nic nie widział? Ach, zamknięte oczy. Może powinien spróbować je otworzyć i zobaczyć, gdzie jest, kto jest tutaj z nim, cała sytuacja wydawała się być przerażająco znajoma.

W końcu czerń zaczęła powoli przeistaczać się w szarość, i tak już pozostało. Pomieszczenie trzęsło się na wszystkie strony, było pełne różnych pakunków, toreb, walizek. W ciemniejszym jego rogu siedziały wtulone w siebie postaci, których nie mógł dokładnie obejrzeć. Na pewno zauważył długi, różowy ogonek oraz pary dużych, zielonych stóp, takich samych jak jego.

Don, proszę powiedział drżący głos, z ciemności wyłoniła się trójpalczasta dłoń, po chwili z całym ramieniem, a na końcu z głową, której twarzy nie sposób było nie zapamiętać, kiedy jest się bratem takiej osoby. Chodź do nas, pomogę ci.

Potrząsnął ramionami, zamrugał oczami, po czym pokiwał lekko głową, czując się o wiele swobodniej i bezpieczniej, niż parę chwil temu. Powoli wyciągnął przed siebie zmarzniętą dłoń, pochylając się delikatnie do przodu, kiedy w powietrzu rozległ się okropny trzask. Jeżeli wcześniej pomieszczenie się trzęsło, teraz panował w nim istny sztorm, huragan, tornado. Dopiero w tej chwili skojarzył, gdzie jest, dlaczego, z kim jest. Zanim jednak zdążył coś z tym zrobić, luk bagażowy otworzył się, zimne powietrze zaczęło wysysać wszystko, co znalazło się w pomieszczeniu, także jego, siedzącego tuż przy zapadni.

W ostatniej chwili złapał się jakiejś metalowej rury, jego nogi zwiało z pokładu, nie potrafił pomóc sobie drugą ręką. W uszach słyszał przeraźliwy świst wiatru, który skutecznie zagłuszał krzyki jego rodziny, wołającej jego imię. Przez przymrużone powieki widział swojego brata, trzymanego przez drugiego, trzymanego przez trzeciego, zaczepionego stopami o inną rurę, razem tworzyli linę ratunkową, niestety zbyt krótką, by mu pomóc. Jego dłoń zamarzała, a dodatkowy wysiłek tylko pogarszał ból, potęgował go trzykrotnie.

Jedno ostatnie spojrzenie na rodzinę, to było tylko jedno, trwające sekundę spojrzenie. A potem Donatello puścił rurę...


Obiekt badań projektu "Dziecięce Marzenie", który przedstawił się nam jako Donatello i tak też go nazywamy, zasnął, Morisaki-san.

Doktor Morisaki pochylił się nad ramieniem innego mężczyzny, siedzącego przed ekranem, ukazującym nagranie monitoringu z pokoju, w którym przebywał trzymetrowy mutant. Żółw miał zamknięte oczy, oddychał miarowo, czasami mruknął coś i przekręcił głowę, ale poza tym nie wykazywał żadnej aktywności.

Doskonale – mruknął doktor. – Miej oko na kamery, Tokugawa.

Hai.

Aigo, przyprowadź moją małą Kyo-chan.

Hai, sensei.

Przewodniczący projektu DM przeciągnął się lekko, nie spuszczając wzroku z ekranu. Aigo w tym czasie udała się do części mieszkalnej budynku, gdzie w kuchni zastała swoją ciotkę. Kobieta krzątała się po pomieszczeniu, przygotowując obiad dla swojej rodziny i wszystkich pracowników, przez co prawie w ogóle nie wychodziła z kuchni. Mała Kyoko siedziała w salonie przy kotatsu i zajęta była rysowaniem.

Konnichiwa – przywitała się pokrótce Aigo i natychmiast przeszła do salonu.

Mała Kyoko na widok swojej dużo starszej kuzynki zaśmiała się i pokazała swoje brudne, kolorowe rączki, tłuste i lepkie, jak to każdego małego dziecka. Aigo uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do kotatsu, po czym klęknęła przy małej kuzynce i oparła łokieć o blat, przyglądając się w ciszy temu, co robi dziewczynka. Kyoko wróciła do bazgrolenia po kartce, jak na razie rysunek nie był najwyraźniej w połowie skończony, była tam duża, okrągła, zielona obręcz, a w niej dwa żółto-czarne kółka i łuk, narysowany brzuszkiem w dół.

Co rysujesz, Kyo-chan? – spytała cichym głosem Aigo.

Ryū – odpowiedziała dziewczynka.

Nastolatka spojrzała przez ramię na swoją ciotkę, nadal przejętą czekającymi na nią wyzwaniami kuchennymi. Kobieta nie pochwalała niczego, co miało miejsce w jej domu, od laboratorium i badań naukowych w pobliżu małej do przetrzymywania i krzywdzenia różnych zwierząt, kiedy mała jest w pokoju obok. Aigo natomiast popierała inicjatywę stryja całym sercem i nie przejmowała się uczuciami "istot niższych".

Hej, Kyo-chan – szepnęła, odwracając wzrok z powrotem na dziewczynkę. – Twój tatuś cię woła. Chcesz zobaczyć Ryū?

Słysząc słowo klucz, mała bez słowa wsadziła wszystkie kredki do kartonu, odniosła karton i kartki, mniej lub bardziej zapełnione kolorami, i podbiegła do nóg kuzynki, wpatrując się w nią dużymi, ciemnymi oczkami. Aigo posłała jej krótki uśmiech, po czym nachyliła się i podała jej rękę. Razem, unikając kontaktu wzrokowego z ciotką, obie opuściły część mieszkalną budynku i poszły wzdłuż korytarza. W jednym z pomieszczeń czekał na nie doktor Morisaki wraz z paroma pracownikami w kitlach, trzech z nich obsługiwało sprzęt, w tym wspomniany wcześniej Tokugawa.

Ojciec dziewczynki kucnął przed nią, chwytając w swoje szorstkie ręce jej malutkie, gładkie dłonie. Kyoko posłała mu szeroki uśmiech, po czym jej brązowe oczka przemierzyły wszystkie pozostałe twarze i trzylatka speszyła się delikatnie. Jej mała główka wbiła się w klatkę piersiową mężczyzny, żeby tylko jej twarzyczka stała się niewidoczna dla innych ludzi.

Tatuś ma teraz chwilę przerwy, dlatego pomyślałem, że będziesz chciała zobaczyć...

Ryū! – przerwała mu rozradowana dziewczynka, podskakując w miejscu.

Nasz duży, zielony przyjaciel ma na imię Donatello, ale już wkrótce wszyscy będziemy nazywać go...

Ryū! – powtórzyła podekscytowana Kyo-chan.

Doktor parsknął tylko lekko śmiechem, pocierając krótkie ramiona swojej księżniczki, po czym wziął ją na ręce i wyszedł na korytarz. Mała nie mogła doczekać się spotkania z dużym, zielonym stworzeniem, całą drogę podskakiwała i wierciła się, utrudniając ojcu wycieczkę.

Rodzic z dzieckiem stanęli przed białymi drzwiami z czarnym numerem 6 i napisami "Obiekt DŻM15" i "Projekt Dziecięce Marzenie", wyrytymi w pozłacanych tablicach. Mała nie rozumiała niczego poza cyferkami, nie znała literek, a wszystko było po angielsku, czyli dziwnym języku, którym mówili w jej domu prawie wszyscy nieznajomi, ubrani podobnie do jej ojca.

Otworzysz drzwi, księżniczko? – szepnął Morisaki, przysuwając się z nią bliżej.

Kyoko wychyliła się, asekurowana przez ramiona ojca, i chwyciła pulchną rączką klamkę. Jej malutkie serduszko biło z zawrotną prędkością, nie mogła doczekać się widoku. W pokoju światła były przygaszone, ale nie panowały całkowite ciemności. Lekko szarawa przestrzeń była smutna i wyjątkowo pusta, poza okupowanym łóżkiem, taboretami i monitorami, stojącymi na dziwnych maszynach, pokój dysponował mnóstwem przestrzeni, ponieważ wszystko to wepchnięte było do jednego kąta.

Na łóżku, do połowy przykryty białą kołdrą, leżał Donatello i chrapał cicho. Z nieprzykrytymi ramionami, spoczywającymi wzdłuż ciała i lekko rozchylonymi ustami zmutowany gad był zupełnie nieświadomy swojego otoczenia. Zapewne zmęczyła go porządna dawka leków przeciwbólowych, a poza tym nuda, którą musiał odczuwać, będąc przykutym do łóżka. Po operacji jego zielona skóra lekko poszarzała, ale powoli zaczęła wracać do dawnego stanu.

Morisaki podszedł ze swoją córeczką do łóżka i zaśmiał się cicho na widok jej błyszczących z fascynacji oczu.

Podoba ci się, prawda? – zapytał, a ona pokiwała energicznie głową. – Możesz go dotknąć, nie bój się, kochanie, podejdź – dodał, stawiając Kyo-chan na podłodze i prowadząc za rękę.

Kyoko stanęła przy łóżku, zadzierając lekko główkę, by zobaczyć długie ramię z grubym, skutym nadgarstkiem i ogromną dłonią, obłożone bandażami. Już raz udało jej się dotknąć dużego żółwia, ale odbyło się to poza zgodą jej ojca, a teraz wreszcie może śmiało pogłaskać mutanta niczym domowe zwierzątko. I tak też zrobiła. Najpierw położyła płasko dłoń na bandażach, zakrywających ścięgna na łapie gada, potem zacisnęła rączkę wyżej, gdzie bandaże nie zasłaniały zielonej skóry. Donatello był pogrążony we śnie zbyt głębokim, by ten lekki jak podmuch wiatru dotyk mógł go wybudzić.

Ryū – powiedziała, szturchając śpiącego. – Ryū! – powtórzyła głośniej.

Ależ księżniczko! – Morisaki klęknął przy niej i zabrał jej rączki z ciała mutanta. – Donatello śpi, nie chcemy go chyba obudzić. Chodź. – Mężczyzna podniósł dziewczynkę i posadził na taborecie, tuż przy poduszce. – Widzisz, kochanie? On śpi, ty nie lubisz, kiedy ktoś przerywa ci sen. Poza tym Donatello jest po ciężkiej i wyczerpującej operacji, potrzebuje czasu na regenerację, w przeciwnym razie nie będzie gotów na kolejne zabiegi.

Ryū?

Doktor pokiwał głową. Kyoko pochyliła się nad łóżkiem, jedną dłoń opierając na materacu, drugą wyciągnęła, by wreszcie móc dotknąć twarzy Donatella. Udało jej się położyć lepką kończynę na jego policzku, tuż przy kąciku ust, dalej zaczęła wędrować po pysku, czole, czubku głowy. To była dla niej przednia zabawa, a przynajmniej do czasu...

W pewnym momencie z gardła żółwia wydobył się ciężki stęk, a mutant przechylił głowę na bok, bliżej niej. Nim jednak zdążyła coś zrobić, znów stęknął i zaczął poruszać głową oraz ramionami do tego stopnia, na ile pozwalały mu zatrzaski na nadgarstkach. Doktor Morisaki szybko podniósł swoją córkę, zanim zostałaby uderzona przez przypadek, sam nagle zaciekawiony sytuacją. Niewykluczone, że Donatella dopadł koszmar, trudny do zniesienia. Najciekawsze natomiast zaczęło się chwilę później.

– Mmm... Leo... – jęknął cicho, rzucając się, a raczej rzucając swoją głową, na wszystkie strony. – Leo, pomóżcie mi! Proszę! Raphie! Mikey!

Zainteresowany, a wewnątrz nawet nieco zdenerwowany doktor wyszedł na chwilę z pokoju, by odstawić córeczkę do salonu. Ta nie kryła zawodu z tego powodu, ale ojciec obiecał jej kolejne odwiedziny, kiedy gad poczuje się lepiej. A więc wybronił się, robiąc dziewczynkę w balona, że Donatello nie czuje się najlepiej i prawdopodobnie jest chory. W tak samo niespokojnym tempie wrócił do białego pokoju, wściekły z pewnego powodu, o którym wcześniej nie wiedział, a powinien był. Nie wspominając o tym, że ich obiekt badań bezczelnie ich oszukał, zachowując przy tym pokerową twarz i stoicki spokój, a w swoich zeznaniach był tak przekonywający, że sam Bóg miałby problem z wykryciem kłamstwa.

– Mistrzu... Splinter... Ojcze! – Gad nadal szarpał się z zamkniętymi oczami, nie potrafiąc się wybudzić.

Znajdując się nad mutantem w trzech krokach, Morisaki podniósł ramię i z całej siły zadał cios w zabandażowaną klatkę piersiową mutanta. Czekoladowe oczy otworzyły się, źrenice zwęziły, a z kącików niemalże natychmiast popłynęły łzy. Donatello syknął z bólu, sapiąc parę razy.

– Nie mam rodziny, tak?! Wychowałem się wyłącznie na obserwacji ludzi? Wszystkiego nauczyłem się tylko dzięki temu?! – wrzeszczał doktorek, wpatrując się w przerażone spojrzenie swojej "ofiary".

– Ale... Przecież... – zająknął się Donatello. – Nie kłamałem! – odpowiedział z niepokojem, jego maska nie trzymała się najlepiej, ten koszmar właśnie przypomniał mu parę ważnych detali, dzięki którym być może już niedługo dowie się całej prawdy o tym, jak się tu znalazł i dlaczego.

– Gówno prawda! Właśnie przed chwilą sam mi wszystko wyśpiewałeś. – Powoli gniew zniknął z twarzy mężczyzny, a zastąpił go szeroki uśmiech. – Drogi Donatello, przede mną niczego już nie ukryjesz, najwyższy czas mówić ze sobą szczerze.

– Jak mam to robić, skoro wciąż coś przede mną ukrywacie?!

W tym momencie do pokoju weszło parę osób, w tym Kuroba, jak raz bez Kanadyjczyka, Eika i Aigo. Przez ich usta przewinęło się parę szybkich zdań w języku japońskim, zbyt szybkich, by mógł coś z tego wyłapać. Następnie kilka par rąk zsunęło z niego kołdrę, odsłaniając grubą warstwę gazy i bandaży. Dwie osoby stanęły po jego bokach z ogromnymi nożycami i zaczęły rozcinać warstwy materiału, ktoś podał mu kolejną dawkę morfiny. Serce w jego piersi biło tak mocno i miał wrażenie, że jak zaraz nie przebije się przez jego klatkę piersiową, to podskoczy mu do gardła. Z niecierpliwością czekał, aby zobaczyć na własne oczy, co ta grupa psychopatów mu zrobiła.

Wszystkie warstwy zakrywające jego ciało zostały powoli zabrane, co mimo podania morfiny, bolało do tego stopnia, że zacisnął zęby i syknął, przyciskając na moment głowę do poduszki. Mały tłum wokół łóżka rozszedł się, pozostał tylko doktor Morisaki i inny Japończyk w kitlu, którego Donatello wcześniej nie widział albo nie rozpoznał go, ponieważ teraz nie miał na sobie maski, a mógł mieć ją wcześniej, kiedy zabierali go na operację.

Przeszczepione tkanki przez pewien czas będą musiały być zakryte, żeby zasłonić luki, ale dzięki zmodyfikowanej substancji szybko się zarosną, komórki powinny przyspieszyć proces podziału – mruknął nieznany mężczyzna, dotykając delikatnie palcem kilka miejsc, dziwnie miękkich i dziwnie piekących od bólu. Zbyt skomplikowany język nie pozwolił mutantowi zrozumieć wiele, coś tam zakryte, substancja, komórki...

Doskonale, myślę, że tydzień wystarczy na regenerację, a następnie kolejny tydzień na przyzwyczajanie. – Doktor Morisaki odprowadził drugiego chirurga wzrokiem, po czym wrócił do wpatrywania się w leżącego żółwia.

Donatello przyciskał tył głowy do poduszki, z zaciśniętymi zębami i oczami, z których ciekły łzy, wahając się nad spojrzeniem na dziwnie czujące się części ciała. Słysząc rozbawiony pomruk ze strony człowieka odpowiedzialnego za jego położenie, uniósł drżącą głowę, przygryzając wargi i otworzył mokre oczy. Widok wstrząsnął nim dogłębnie.

Jego plastron nie istniał, zniknął, nie było go. Dranie amputowali mu przedni pancerz, narażając na śmierć. Zamiast tego, cały przód wyglądał jak rozszarpane mięso. Wierzch zakrywała cienka warstwa skóry, która wyglądała bardziej jak zielona siateczka, pełna dziur, luk. Pod nią leżały jakieś tam mięśnie, również z dziurami. Widoczne były naczynia krwionośne, niektóre popękane.

Sam nawet nie wiedział, kiedy panika przejęła nad nim kontrolę i zaczął krzyczeć, kręcić głową, zaciskać i rozszerzać powieki, pociągać nosem, wypierać się tego, co właśnie zobaczył. A wszystko to ku wielkiej uciesze i radości stojącego spokojnie doktora Morisakiego.