Narracja, angielski
Inne języki
"Myśli, nazwy"
Sny, retrospekcje, wspomnienia
Wraz z początkiem grudnia i zbliżającą się mroźną zimą, zbliżał się wielkimi krokami koniec wszelkiej nadziei. Miesiąc ćwiczeń zdążył przyzwyczaić Donatella do swojego nowego, bardziej elastycznego ciała. Na ogół ból fizyczny przeminął, jednak wciąż bywały noce, kiedy budził się i zwijał w pościeli, zaciskając zęby. Denerwujący był fakt, że ci głupi ludzie postanowili poskąpić na kupieniu leków przeciwbólowych i morfiny, natomiast leków uspokajających i zwiotczających mięśnie mieli od cholery i nigdy im się nie kończyły zapasy. Morisaki robił to celowo, Donatello doskonale o tym wiedział.
Gad nienawidził swojej ciekawskiej natury coraz mocniej, ponieważ przy każdym treningu i zajęciach z rehabilitacji czuł swego rodzaju fascynację nowymi możliwościami i w pewnym sensie pomagało mu to lepiej zrozumieć, jak działa organizm bliższy ludzkiemu niż jego dawne ciało. Zainteresowanie anatomią pod tym względem nie dawało żółwiowi satysfakcji, natomiast mutant strzelał mentalnego facepalma za każdym razem, gdy słowo "fascynujące" przeszło mu przez myśl.
Do tego wróciły krótsze łańcuchy, które wydawały się cięższe i wzmocnione. Skracały się przy odwiedzinach kogokolwiek z zespołu lekarskiego, a także w obecności Kasumi i Kyoko. Jeśli zacząłby myśleć jak ci zwyrodnialcy, to miało to sens. W końcu po okaleczeniu go na dobre i długiej rehabilitacji, tak naprawdę usprawnili go w wielu aspektach, więc mieli czego się obawiać.
Zegar przypominał mu nieustannie, iż minęły prawie trzy miesiące, odkąd ostatni raz widzieli go bliscy, i niemalże dwa miesiące od ubezwłasnowolnienia go. Nie miał pojęcia, jak z jego "śmiercią" radzili sobie jego bracia i Splinter, wszelkie próby skontaktowania się z nimi w sferze astralnej kończyły się niepowodzeniem.
Donatello często zastanawiał się, dlaczego tak się działo. Przecież nie miał problemu ze złapaniem kontaktu ze Splinterem, kiedy był więźniem Triceratonów poza orbitą, a Splinter medytował na Ziemi, zatem odległość nie grała tu roli.
Żółw miał dwie teorie i obie go przerażały. Według pierwszej, jego rodzina uwierzyła w jego śmierć, a więc odcięła się od niego myślami tak mocno, że nie był w stanie do nich dotrzeć. Druga teoria zakładała, że to on wytworzył pewną blokadę w swoim umyśle, przez którą nie potrafił skontaktować się z żadnym z członków swojej rodziny.
Ale skąd ta blokada? Czyżby powodowała ją trauma? Może umykająca nadzieja, może sam nie wierzył, że mu się uda? A może obawiał się kontaktu, ponieważ uważał, że okrył się hańbą? Jego ojciec i Leonardo bardzo cenili sobie honor i często krytykowali postępowanie Donatella, wycierając sobie gęby tym słowem.
Cokolwiek by nie było przyczyną, skutecznie blokowało gadowi dostęp do połączenia z rodziną. Mutant tak bardzo chciałby ich uspokoić i zapewnić, że żyje, jednak z drugiej strony dodałby im kolejnych zmartwień związanych ze swoim żałosnym położeniem.
Ucieczka nie wchodziła w grę, przekonał się o tym zbyt wiele razy. Stawianie oporu nie dawało rezultatów, a jedynie pogarszało jego sytuację. Czy to oznaczało, że powinien się poddać? To byłoby niehonorowe, jego bracia nigdy by się nie poddali. Lecz czy miał inne wyjście? Co wieczór układał w głowie nowe scenariusze, podparte nowymi niewielkimi garściami informacji, a mimo to nie udało mu się obmyślić skutecznej strategii, poza poddaniem się.
Według danych projekt, którego stał się częścią, nie zakładał jego śmierci w końcowej fazie. Wiązało się to z ogromnym ryzykiem, ale gdyby pozwolił bez dalszych walk na zakończenie tego projektu, być może zyskałby szansę, jakąś drobną lukę, niedopatrzenie, i wykorzystał ją do ucieczki. Szanse były marne, gdyż jak dotąd plan Morisakiego przebiegał bez dziur, lecz była to jedyna strategia, która zakładała jakikolwiek procent szans na powodzenie, a więc warta była ryzyka.
– Witaj, Donatello.
Mutant prawie podskoczył na łóżku. Był tak pochłonięty swoimi myślami, że nie zauważył wchodzących do pokoju Russella i Kuroby. Pięknie, teraz do bólu i utraty godności doszła mu utrata swoich zmysłów ninja.
– Ha ha ha, przepraszam, nie chcieliśmy cię przestraszyć! – ryknął śmiechem Kanadyjczyk.
– Niesamowite, że potrafisz się śmiać, będąc jednocześnie psycholem – mruknął żółw, przewracając oczami. Ryzyko ryzykiem, ale docinanie tej dwójce stało się już tradycją.
– Bardzo dziwny sposób na wypowiadanie słowa "psychiatra", ale niech ci będzie – odparł szatyn.
– Czy wasze zadanie w projekcie czasami nie dobiegło końca tak z, no nie wiem, tydzień temu? – Mutant wykrzywił pysk, wpatrując się w obu mężczyzn podejrzliwie.
– Nasza rola jest ważna na każdym etapie projektu – zapewnił Russell.
– A przynajmniej do czasu, kiedy doktorzy skończą z manipulacjami twojego ciała – dodał Kuroba.
Russell mruknął coś Japończykowi do ucha na tyle cicho, że gad nie zrozumiał nawet, w którym języku to było. Jednak ich zachowanie, mimika i mowa ciała wskazywały na to, że nie powinien był otrzymać tej informacji.
– Możecie przestać brać mnie za idiotę. – Donatello wzruszył ramionami. – Doskonale wiem, że to nie koniec operacji. Jeżeli mam być szczery, to nie trudno zorientować się, czemu służy ten wasz zakichany projekt i jak się zakończy.
– Cóż... – Kuroba zaczął wodzić wzrokiem po ścianach.
– Doktor Morisaki prosił, abyśmy nie zdradzali ci dalszych etapów, ponieważ sam to zrobi już wkrótce.
– Jeżeli "wkrótce" ma wyglądać jak "w swoim czasie", to dziękuję za takie rozmowy. – Mutant skrzyżował ręce.
– Nie dąsaj się, Donatello. Najprawdopodobniej dowiesz się jeszcze dzisiaj.
– Módl się, żeby tak było – syknął pacjent. – Ta informacja bardzo poprawi mój stan emocjonalny, jakbyście chcieli wiedzieć. Bo wiecie, ja pacjent, wy spece od szczęścia w mózgu, i tak dalej...
– Zobaczymy, co da się zrobić w tej sprawie – powiedział z wolna Japończyk, wymieniając spojrzenia z Kanadyjczykiem. – A tymczasem zostawimy cię w spokoju.
– Za niecałą godzinę zaczyna się twój popołudniowy trening.
– Możesz wygiąć się mocniej, to tylko mostek – mruknął Morisaki, prawie warcząc.
– No i co z tego, co? Mostek to rzeczywiście nic trudnego, ale inna sprawa, kiedy każecie mi trwać w tej pozycji w nieskończoność – odpyskował, wpatrując się we własne łokcie, które drżały coraz bardziej.
Niesamowitym było, jak szybko jego nowe ciało przyzwyczaiło się do nowych umiejętności. Równie niesamowitym było to, ile wymagali od niego lekarze, jednocześnie ładując w niego środki zwiotczające mięśnie, aby nie próbował uciec. Oczekiwanie od niego nie wiadomo jakiej siły i cudów wydawało się być szczytem głupoty, ale to nie pierwszy raz, kiedy Donatello miał takie wrażenie.
– Niech mu będzie – mruknął niewysoki ciemnowłosy mężczyzna, stojący w rogu pomieszczenia i obserwujący każdy ruch mutanta. – Prawie godzinny mostek z pewnością pomógł mięśniom rozciągnąć się i nabrać większej elastyczności.
Żółw przewrócił oczami i położył się całkowicie na podłodze, kładąc ręce na brzuchu. Zasłużył na odpoczynek i nie miał zamiaru zgadzać się na kolejne ćwiczenie bez chwili przerwy. Kątem oka obserwował ludzi.
– Następne ćwiczenie: skłony z całkowicie wyprostowanymi nogami – oznajmił Morisaki. – Chcę, aby twoje plecy się nie zaokrąglały, a głowa schowała między nogi podczas tego ćwiczenia.
– A ja chcę, abyś wreszcie się uciszył – mruknął cicho do siebie Donatello. – A ten gość to niby kto? – rzucił już na głos, ruchem głowy wskazując na niskiego mężczyznę.
– To jest doktor Bowline, twój fizjoterapeuta. Współpracuje z profesor Yuiragi, która dzisiaj jest nieobecna z przyczyn, o których nie potrzebujesz wiedzieć.
Donatello parsknął niczym koń, krzywiąc pysk, ale nie odezwał się już przez resztę treningu.
Dopiero, gdy znalazł się z powrotem w swoim pokoju na łóżku, a pan Bowline zniknął gdzieś w korytarzu na zewnątrz, ośmielił się otworzyć gębę.
– Kiedy już zrobicie ze mnie gumową sprężynę, co planujecie dalej? – Mutant założył ręce. – Jaka jest następna faza projektu?
Morisaki mruknął coś do siebie i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu z dłońmi splecionymi za plecami. Mężczyzna myślał intensywnie, dając pacjentowi do zrozumienia, że nie jest pewien, czy odkrycie przed nim tajemnic jego przyszłości będzie mądrym posunięciem. Młody ninja rozumiał przez to, że nadal nie zyskał pełnego zaufania Japończyka, jednak wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego ten człowiek tak bardzo chciał zachować w sekrecie swoje plany. Donatello był na takim etapie, gdzie nawet po poznaniu prawdy niewiele by się zmieniło. Bo niby co by mu to dało? I tak spodziewał się czegoś okropnego, a więc nowe informacje nie zmieniłyby jego zamiarów pozostania "grzecznym" żółwikiem. Nowe dane nie obudziłyby w nim żadnych pokładów energii do ucieczki, zatem to wszystko nie miało sensu.
– Wczoraj wieczorem odbyłem długą rozmowę z doktorem Russellem – zaczął Morisaki, zatrzymując się przy łóżku. – Ponoć ciekawie się wam rozmawiało ostatnio.
– Ciekawa rozmowa i Russell. Widzę pewną sprzeczność – odpowiedział mutant, nie kryjąc satysfakcji z wrednej docinki.
– W każdym razie doktor Russell wraz z Kurobą zdobyli dużo interesujących informacji o tobie. Przyznam szczerze, że gdyby nie oni, bez cienia wątpliwości odmówiłbym po raz enty udzielenia ci tak poufnych informacji. – Mężczyzna pochylił się nad gadem, splatając dłonie przed sobą. – Jednakże, chcąc osiągnąć jak najlepsze efekty w fazie końcowej, muszę zadbać o twój komfort psychiczny, a skoro jest to jedyny sposób, aby twój uparty mózg zaprzestał dręczenia nas pytaniami, zmuszony jestem uchylić trochę więcej, niż tylko rąbek tajemnicy przed tobą.
Nastolatek przewrócił oczami. Oczywiście, Morisaki zrobił wielki dramat, bo musiał zrobić coś, czego nie chciał. Donatello miał coraz większe wrażenie, że większość dorosłych tutaj mentalnie pozostała w przedszkolu.
– W takim razie czekam na wyjaśnienia – powiedział przesłodzonym głosem żółw. – Zanim jednak zaczniesz, o wielki przywódco psycholi, czuję ogromną potrzebę poinformowania cię, że moja znajomość twojego ojczystego języka jest wystarczająco dobra, abym wiedział, co oznacza słowo ryū.
Mężczyzna wyprostował się z kpiącym uśmieszkiem i wsunął ręce do kieszeni kitla.
– Zakładam, że połączyłeś słowo ryū z fascynacją mojej córki oraz nazwą projektu, dzięki czemu wiesz już, co czeka cię pod koniec całego przedsięwzięcia?
– Chcecie użyć mutagenu do przemienienia mnie w smoka, aby powołać do życia nieistniejące legendarne stworzenie, którym tak bardzo interesuje się Kyoko. – Gad wykrzywił pysk, jakby z obrzydzenia. – Dla uciechy ledwo rozumnego dzieciaka, bez zastanowienia, bez chwili zwątpienia, tak po prostu postanowiliście złapać, ubezwłasnowolnić i zadać ból stworzeniu, które w niczym wam nie zawiniło.
– Nie powiesz mi, że się tego nie spodziewałeś po ludziach nauki?
W pokoju zapadła cisza. Morisaki z satysfakcją nalał sobie wody do szklanki i wolno pił, wzruszając ramionami. Donatello siedział z nagłą pustką w głowie. Ta sytuacja bardzo go niepokoiła, ponieważ prawie zawsze jego umysł pełen był plączących się myśli.
– Są jednak detale, o których istnieniu nie masz pojęcia – kontynuował Japończyk. – A raczej, nikt cię nie naprowadził na właściwy trop, abyś mógł wydedukować sobie resztę.
– Jak dokładnie chcecie zamienić mnie w smoka. – To nie było pytanie, ale twierdzenie. – Dzięki operacji pozbyliście się mojej skorupy, ale nie poradzicie sobie w ten sam sposób z całą resztą.
– Jesteś taki bystry, Donatello, że na pewno sam do tego dojdziesz. Pomyśl, – Morisaki postukał się palcem w skroń, – w jaki sposób zyskałeś nowy kręgosłup, żebra czy mostek. Przypomnij sobie rolę twojego szlamu w naszym projekcie.
– Grzebaliście przy mutagenie.
– Zmieniliśmy jedynie jego właściwości, podporządkowując je naszym potrzebom.
– Czyli mogliście wykorzystać mutagen, aby stworzyć nowe leki – zaczął z wolna Donatello, podnosząc się lekko na łóżku. – Mogliście zrewolucjonizować rynek medyczny, zyskać sławę, produkując lekarstwa na rzadkie i nieuleczalne choroby, zmienić świat na lepsze. A wy zmarnowaliście taką szansę, bo twoja córka wymyśliła sobie, że chce mieć egzotycznego zwierzaka?!
– Powtórzę jeszcze raz, bo chyba nie zrozumiałeś za pierwszym razem. – Morisaki wstał i odsunął taboret. – Jako naukowiec, a tak się nazwałeś podczas naszych pierwszych rozmów, powinieneś wiedzieć, że w nauce liczy się wyłącznie sukces w osiągnięciu postawionego sobie celu. Nie ma tam miejsca na myślenie o cierpieniu maluczkich.
Z tymi słowami mężczyzna pozostawił Donatella na resztę dnia.
Odkąd Donatello nareszcie poznał całą prawdę o projekcie, w którym brał udział wbrew swojej woli, mutant nie był w stanie spać spokojnie. Dni znów mijały mu monotonnie, rutynowo. Żółw był bardziej pochłonięty własnymi myślami i często wyciszał głosy otaczających go ludzi. Słowa Morisakiego nie dawały mu spokoju. Ledwo był w stanie zauważyć, że wizyty Russella i Kuroby stały się rzadsze, a kiedy któryś z nich lub obaj witali do jego pokoju, rozmowy nie były intensywne i również przybrały formę pewnej rutyny.
Według zegara zbliżały się święta, gdyby nie to urządzenie, Donatello był całkowicie pewien, że straciłby rachubę czasu w niepokojąco szybkim tempie. Każdy jego dzień wyglądał tak samo: pobudka, śniadanie, rozmowa z Russellem, a jeżeli go nie było, zawsze ktoś krzątał się po pokoju, obiad, trening, rozmowa z Morisakim, kolacja, a po kolacji albo czekanie na sen, albo na odwiedziny.
Od zawsze uważał się za człowieka, no cóż, mutanta nauki, wierzył, że nauka jest odpowiedzią na wszystko i że wszystko można osiągnąć przy jej pomocy. Jednocześnie miał wielkie serce i był pacyfistą, nie był w stanie nawet zabić małego robaczka, gdy jego brat Raphael prosił go o to. Kiedy wraz z braćmi walczył z przestępcami, jako jedyny starał się unieszkodliwiać wrogów, jednocześnie robiąc wszystko, aby wyrządzić przy tym jak najmniejszą krzywdę. Wszystko, co robił, miało służyć dobru, miało pomagać, ulepszać świat. Wykorzystywał naukę, aby ratować.
Oczywiście nie był głupi i wiedział, ile niewinnych stworzeń, w tym ludzi, straciło życie bądź doznało dużego uszczerbku na zdrowiu w imię nauki, tak zwanego "wyższego dobra". Nie kwestionował faktu, że tak wiele cierpienia pozwoliło nauce na rozwinięcie się. Ale nie chciał nigdy brać bezpośrednio udziału w tak bestialskich metodach, a już na pewno nie jako ten cierpiący. Czyżby była to kara za uznawanie eksperymentów naukowych, które powiodły się kosztem zdrowia bądź życia milionów?
W tej całej plątaninie myśli gad przypomniał sobie, że przez przypadek wyjawił Morisakiemu imiona swoich braci. Psychopatyczny doktorek jeszcze nie poruszył tej kwestii, ale Donatello był pewny, że mężczyzna wykorzysta tę wiedzę przeciw niemu. A to jeszcze bardziej utwierdzało żółwia w przekonaniu, że nie miał już wielu powodów, aby próbować uciec.
Mutant westchnął głośno i spojrzał ponownie na zegar. Drugi tydzień grudnia, co roku o tej porze razem z braćmi i przyjaciółmi przygotowywał się na święta i wprowadzał w świąteczny nastrój. Każdego dnia w jego niewielkim radiu w pracowni notorycznie leciały te same utwory ze świątecznej płyty The Roches. Teraz całymi dniami otaczała go głucha cisza i kłująca w oczy biel.
– Nie powinieneś tu być.
Ze wzrokiem utkwionym w ciemny sufit, Donatello oddychał głośno, skupiając się na słowach.
– Na pewno masz jakąś rodzinę, przyjaciół... A jeżeli nie, na pewno stworzyłeś jakąś wspólnotę dla siebie. Chciałabym wiedzieć...
– Nie powinno cię tu być – odparł, nie odrywając wzroku z sufitu. – W tym pokoju, o tej godzinie. Czy on w ogóle wie, że do mnie przychodzisz?
– Akutarō jest zbyt zajęty swoją pracą, aby zwracać na mnie większą uwagę. – Kasumi spuściła wzrok. – Przynajmniej pamięta jeszcze o własnej córce...
– Szkoda tylko, że w taki sposób.
Kobieta wpatrywała się w ogromną dłoń Donatella. Chłopak mógłby z łatwością złapać ją za twarz i zmiażdżyć tą ręką głowę, a jednak był całkowicie na łasce jej męża. Kasumi zmarszczyła czoło i położyła obie dłonie na jego ręce.
– Chciałabym coś zrobić, abyś poczuł się lepiej – mruknęła. – Niestety jestem poza tym projektem, a już na pewno nie jestem dla męża żadnym autorytetem. Zawsze miałam go za troskliwego i kochającego ojca dla naszej Kyoko, ale myliłam się. Szkoda, że musiało dojść do czegoś takiego, abym przejrzała na oczy...
– Myślę, że nawet jeśli zobaczyłabyś jego ciemną stronę wcześniej, niewiele mogłabyś zdziałać. – Donatello przeniósł wreszcie wzrok na Japonkę. – Tacy ludzie jak on są niemalże nie do zatrzymania.
– Chętnie bym cię wypuściła, ale... Od razu by wiedzieli, że to ja, i miałabym kłopoty, nie mówiąc już o Kyo-chan...
– Więc nie myśl o tym, aby to zrobić – odpowiedział stanowczo. – Skup się na relacjach z rodziną, zanim nastąpią w niej zmiany nie do odwrócenia. Bez urazy, ale dla twojego męża może być już za późno.
– Chciałabym, aby było inaczej...
– Hej, skup się na Kyoko. Jest mała i niewiele wie o świecie. Wykorzystaj to i poświęć jej czas, tyle czasu, abyś stała się dla niej ważniejsza niż jej ojciec.
W pokoju znów nastała cisza. Żółw pozwolił kobiecie dotykać jego ręki, całego ramienia, właściwie to nie widział żadnego problemu w jej dotyku. Poza nieświadomą Kyoko, Kasumi była jedyną osobą, która dotykała go w ten sposób, pełen czułości, delikatności. Brunetka wodziła wzrokiem za własnymi dłońmi, a żółw przyglądał się jej twarzy, lekko osłoniętej opadającymi włosami. Wyglądała jak prawdziwa matka, opiekująca się swoim potomstwem. Na pewno przybierała taki sam wyraz twarzy, kiedy kładła swoją córkę spać.
Nie dane mu było świętować Boże Narodzenie. Dni od 24 do 26 grudnia minęły mu co prawda spokojnie, odbiegały bowiem nieco od rutyny. Tak jak zawsze, o odpowiednich porach ktoś przynosił mu śniadanie, obiad i kolację, a Midori odwiedzała go po obiedzie, ale tylko po to, aby sprawdzić jego parametry. Podczas wizyt profesor Yuiragi Donatello próbował nawiązać z nią dłuższą rozmowę, dowiedzieć się czegoś, ale kobieta marszczyła jedynie czoło z wymuszonym uśmiechem i przepraszała za swój brak czasu dla niego.
Należy tutaj podkreślić, że przez te trzy dni gad dostawał nieziemsko dobre jedzenie, zarówno tradycyjnie japońskie jak i dania zagraniczne. Nie wiedział, dlaczego tak się działo i starał się nie myśleć za bardzo o tym. W końcu prawie wszystkie motywy przetrzymujących go ludzi nie miały dla niego sensu, nie tracił więc energii na kontemplowanie nad tanimi błahostkami.
Trudno było mu zatem przewidzieć piekło, jakie czekało go zaraz po drugim dniu świąt.
Tego dnia Eika spóźniała się ze śniadaniem, a z doświadczenia Donatello wiedział, że to oznaczało kłopoty. Kłopoty dla niego, uciechę dla pseudonaukowców. Pełny żołądek nie przeszkadzał w rehabilitacji, a więc Morisaki zaplanował kolejny poważny krok na ten dzień.
Kiedy więc zatrzaski uścisnęły jego nadgarstki i kostki z tak dużą mocą, że omal nie pogruchotały mu kości, a łańcuchy zwinęły się, efektownie przytwierdzając mutanta do łóżka, żółw zalał się zimnym potem. Do pomieszczenia wkroczył doktor Morisaki w towarzystwie doktora Mayersa i nieznanego jak dotąd chłopakowi mężczyzny. Nieznajomy był wysoki i barczysty, miał ciemne włosy i bujny zarost, ale wyglądał na zadbanego. Z jego prawej ręki zwisał metalowy neseser, od razu przykuł uwagę gada.
– Witaj, Donatello. – Morisaki splótł dłonie za plecami. – Teraz, skoro nie mamy już między sobą tajemnic, pozwól, że przedstawię ci kogoś, kogo nazwisko już obiło ci się o uszy. – Mężczyzna wskazał na nieznajomego. – To jest profesor Harrison z naszego laboratorium. To właśnie on był głównym odpowiedzialnym za badanie i modyfikowanie szlamu.
– Czy on czasami nie był doktorem? – zapytał niepewnie żółw.
– Ach, był, co prawda habilitowanym, ale był. Teraz ma tytuł profesora, a to częściowo twoja zasługa.
– Jakże się cieszę, że mogłem w tym współuczestniczyć – bąknął, przewracając oczami. – Co jest w walizce? – spytał przesłodzonym głosem, nie kryjąc frustracji.
– Za chwilę się przekonasz.
Morisaki skinął głową na swoich współtowarzyszy, dając im wolną rękę, aby rozłożyć się ze swoim sprzętem. Dopiero teraz Donatello dostrzegł, że doktor Mayers przyniósł ze sobą laptopa. Blondyn włączył sprzęt po lewej stronie pacjenta, wpatrując się w ekran znudzonym spojrzeniem. Tymczasem po prawej stronie mutant profesor Harrison położył neseser na stole i otworzył go, ukazując chłopakowi szereg różnych strzykawek, dość pokaźnych rozmiarów, każda wypełniona kolorową cieczą.
– Czy to jest...?
– Szlam – odparł krótko doktor Mayers.
– Oczywiście nie ten sam, który ci zabraliśmy – wciął się szybko Morisaki. – Masz przed sobą owoc pracy profesora Harrisona i jego zespołu.
Mutant przełknął głośno ślinę. A więc nadszedł ten czas, w którym przyjdzie mu pożegnać się na dobre ze swoim ciałem. Nieco spłoszone spojrzenie pokierował na profesora w nadziei, że może w nim wzbudzi jakąkolwiek litość. Niestety, potężnej budowy mężczyzna łypnął na niego niczym na skazańca za okropne zbrodnie, po czym wrócił do grzebania przy strzykawkach.
Donatello zrozumiał, że pozostało mu tylko czekać na niewiadome. Rozejrzał się nieco głupkowato po pokoju.
– Profesor Yuiragi nie będzie? – spytał.
– Niestety jest nadal niedyspozycyjna, ale nie będzie nam potrzebna. Dała nam niezbędne wskazówki na ten zabieg.
– A twoja bratanica?
– Nie może nam towarzyszyć. Przecież nadal musi chodzić do szkoły co jakiś czas.
Co jakiś czas. To musiał być żart, ale Donatello nie miał czasu na myślenie o Aigo.
– Tokugawa, przyślij mi tu Shino – odezwał się głośno Morisaki.
Nazwisko Tokugawy również było już znane żółwiowi, był to ochroniarz, który obserwował pokój dzięki kamerom. Ale nazwisko Shino usłyszał po raz pierwszy. Kim mógł być kolejny szaleniec w tej popapranej ekipie?
Jak na zawołanie, do pokoju wszedł niewysoki Japończyk w okularach. Wyglądał na młodego, na pewno nie był starszy od Kuroby, być może byli rówieśnikami. Morisaki odwrócił się w jego stronę i obaj panowie rozmawiali przez chwilę przyciszonymi głosami. Po krótkiej wymianie zdań Shino bez słowa przeszedł do Mayersa.
– To jest Shino Soku, nasz informatyk. Przyda się w etapie projektu, który właśnie rozpoczynamy. – To powiedziawszy, Morisaki skinął głową na Harrisona, a ten chwycił w dłoń jedną ze strzykawek z bardzo długą i grubą igłą.
Profesor stanął nad Donatellem, pochylony delikatnie do przodu, i patrzył na Mayersa i Shino.
– Której próbki masz zamiar użyć? – mruknął blondyn, odsuwając się nieco w bok, aby zrobić miejsce dla Shino.
– PIC-12 – oznajmił spokojnym tonem Harrison. Brzmiał na profesjonalistę.
Shino zaczął wpisywać jakieś literki lub cyferki, Donatello nie był w stanie powiedzieć, ponieważ nie widział ekranu ani klawiatury ze swojej pozycji. Wszystko wskazywało na to, że panowie w jakiś sposób musieli współpracować, aby osiągnąć zamierzony cel. Chłopak nie miał jednak pojęcia, co mutagen w probówce ma wspólnego z laptopem Mayersa.
Choć była to najciekawsza rzecz tego dnia i chętnie pomyślałby nad nią, nie dane mu było się zastanowić, ponieważ Mayers dał głową sygnał Harrisonowi, a ten przybliżył igłę do twarzy Donatella.
– Czekaj! – krzyknął spanikowany, wciskając głowę w poduszkę.
– Co znowu? – warknął Morisaki.
– Co chcecie zrobić?!
– Przechodzimy do modyfikacji kształtu i rozmiaru twojego ciała, zaczynając od głowy. Musimy wstrzyknąć szlam do kośćca. Jeżeli nie wspominałem o tym wcześniej, to mówię ci teraz. A teraz nie wierć się, bo możesz przez przypadek stracić oko.
Profesor Harrison wycelował igłą w czoło, między oczami, delikatnie nad nimi. Wkłucie się przez skórę nie sprawiło mutantowi bardzo dużego bólu, aczkolwiek nietypowe miejsce bardzo zestresowało Donatella. Kiedy czubek igły dotknął jego czaszki, gad wciągnął szybko powietrze do płuc, czując drżenie na całym ciele.
Kiedy igła wbiła się w kość czołową, myślał, że zaraz wrzaśnie z bólu. Ale coś go powstrzymało. Nie był w stanie stwierdzić, co konkretnie, ale z jego rozchylonych ust wydobywały się tylko ciche lub średnio głośne sapnięcia, świadczące o bólu. Z oczu pociekły mu łzy, dłonie zacisnął w pięści, skulił ogon.
O wiele gorszy ból rozlał się wokół jego głowy, gdy profesor nadusił i zmodyfikowany mutagen zaczął wlewać się w tkanki. Wtedy Donatello krzyknął raz, ale niesamowicie głośno, a dźwięk ten trwał dobre kilka sekund. Po nim był już tylko szloch, a Harrison wysunął igłę z głowy żółwia. Na miejsce ukłucia przysnął niewielki wacik gazowy kciukiem i trzymał.
Donatello czuł, jak mutagen krąży po całej jego głowie, dosięga każdego kąta w czaszce, mięśniach i skórze, ale nie wydostaje się poza ten obszar. Ciecz wydawała się bardzo ciepła, a jej temperatura stale rosła, aż do momentu, kiedy stało się to ledwo znośne i Donatello zaczął płakać jak dziecko.
Nikt go oczywiście nie słuchał. Mayers i Shino nadal pochylali się nad laptopem, Mayers odczytywał jakieś zapiski, najwyraźniej instruując młodego informatyka. Shino kiwał co chwila głową, operując dotykową myszką i okazjonalnie wpisując szybko jakieś hasła.
Wtedy coś chrupnęło, skutecznie przerywając lament gada na kilka sekund. Przerażony odgłosem, który słyszał najlepiej z obecnych w pokoju, zamilkł na chwilę mimo bólu i nasłuchiwał. Ludzie przyglądali mu się z uwagą, z wyjątkiem Shino. Japończyk znów zrobił coś na laptopie i fala głośnych chrupnięć rozniosła się po czaszce Donatella.
Kolejne wrzaski bólu wypełniły pokój. Każde chrupnięcie tworzyło nowe intensywne ognisko bólu. Pękały zrosty kości czaszki, z przodu, z tyłu, po bokach, wszędzie. Działo się coś dziwnego. Czuł, jakby dżdżownice chodziły mu między czaszką a skórą. Kości zmieniały kształty, zwłaszcza kości pyska.
Mięśnie i skóra również się zmieniały, ale w nieco wolnym tempie, przez co naciągały się do granic możliwości, jedynie potęgując cierpienie.
Kiedy jego pysk zdawał się wydłużać, chłopak nie wytrzymał i stracił przytomność.
W stanie nieświadomości słyszał głosy, dużo głosów, niektóre znał z przeszłości, niektóre dręczyły go po nocach. Brzmiały różnie, jedne były czyste i wyraźne, inne jakby dochodziły zza ściany lub spod wody. Gdyby miał siłę myśleć, zorientowałby się, że głosy z przeszłości to jedynie marzenia senne, a pozostałe oznaczają czyjąś obecność w białym pokoju.
Tak właśnie było. Donatello nie otwierał oczu przez długi czas, jego organizm nie najlepiej zniósł efekt zmodyfikowanego mutagenu, którym Morisaki potraktował jego głowę. Oczywiście żółw nie miał poczucia czasu, ponieważ był w stanie podobnym do śpiączki.
Jednak nadszedł dzień, w którym się obudził.
Było wczesne popołudnie, gdy jego świadomość całkowicie powróciła. Nie otwierając oczu, starał się włączyć proces myślenia, co okazało się niezwykle trudne. Czuł śmieszne mrowienie w całej czaszce i na skórze głowy. Nie był to ból, ale uczucie sprawiało mu niemniejszy dyskomfort. Większy ból odczuwał w szyi, czego nie potrafił zrozumieć.
Jego głowa była przechylona na bok, może to przez to. W nozdrzach ponownie zawitały rurki dostarczające dodatkowy tlen. Musiały więc wystąpić problemy z funkcjonowaniem układu oddechowego albo po prostu bali się, że mutant jak na złość zaliczy im zgon.
Wreszcie odważył się uchylić nieco powieki. Przywitał go widok sprzętu medycznego, który zawsze znajdował się po jego lewej stronie. Czyli sprawdziła się teoria o odwróconej głowie. Bardzo ostrożnie spróbował odwrócić głowę, jednak ból w szyi był zbyt silny na to. Z cichym sykiem zaniechał poruszania głową, natomiast przykuł wzrok do czegoś dziwnego przed twarzą.
To było zielone, dokładnie tego samego odcienia, co jego skóra, i znajdowało się tuż pod jego oczami. Niepewnie podniósł dłoń, która nie była już przykuta do łóżka, i dotknął tego, po czym z niepokojem stwierdził, że był to jego pysk. Ale nigdy wcześniej nie mógł tak po prostu go dostrzec, bo był za krótki. Teraz natomiast był dłuższy i smuklejszy, delikatnie zwężał się przy końcówce, gdzie znajdowały się nozdrza, ale był zakończony czymś w rodzaju pazura, zakrzywionego lekko w dół.
Z małą dozą ciekawości powoli przesunął dłoń wzdłuż nowego pyska, aż sięgnął do skroni. Tam jego palce natknęły się na dziwne wyrostki, z wrażenia jego ręka aż odskoczyła. Nie spodziewał się takiej zmiany w tamtym miejscu. Kiedy zbadał dokładniej okolicę starał się zobrazować sobie wygląd nowej głowy. Smukła, podłużna, z długimi wyrostkami, wystającymi z boków i czubka głowy, skierowanymi do tyłu.
To nadal nie tłumaczyło aż tak mocnego bólu w szyi.
– Zabawny jesteś.
Donatello ponownie prawie podskoczył na łóżku. Ten młody, dziewczęcy głos brzmiał znajomo. Taki mrukliwy, znudzony, z nutką pogardy. Aigo.
– Wreszcie się obudziłeś, mój stryj już zaczynał się martwić – mówiła dalej. – Pewnie za kilka minut ktoś tu przyjdzie.
– Dlaczego boli mnie szyja? – zapytał, wskazując palcem na tę część ciała na wypadek, gdyby dziewczyna go nie zrozumiała.
– Szlam – odparła zabawnym według niego sposobem. Ona również chciała, aby jej przekaz dotarł. – Masz dłuższą szyję – dodała łamanym angielskim.
– Dlaczego tu jesteś?
– Stryj kazał mi obserwować cię. Już od kilku dni spekulował, że się wybudzisz.
Mutant nie zrozumiał całości, ale wyłapał pierwszą część. Westchnął głośno, zbyt zmęczony, by znów zacząć płakać, mimo iż bardzo chciał. Z drugiej strony było mu głupio zachowywać się jak dziecko w obecności dziewczyny.
Przed dalszą niechętną rozmową ocaliła go Midori, która wśliznęła się po cichu do pokoju. Kiedy Aigo ją ujrzała, wstała z taboretu, ukłoniła się jej sztywno, po czym opuściła pomieszczenie. Profesor Yuiragi usiadła na jej miejscu i chrząknęła, aby dać mu znać o swojej obecności.
– Przykro mi, że nie byłam przy tobie podczas zabiegu – zaczęła od przeprosin, kładąc dłoń na jego ręce. – Niestety, mam też drugą pracę i nie mogłam ci towarzyszyć przez ostatnie tygodnie.
– Czułbym się lepiej, gdybyś tu była, kiedy przyszedł ten Harrison – szepnął Donatello, próbując ukryć fakt, że znowu zaczyna się mazać.
– Wiem, Donatello – westchnęła kobieta. – Ale będę obecna przy następnych zabiegach, obiecuję. A teraz chciałabym obejrzeć twoją głowę, jeśli można.
– Bardzo boli mnie szyja.
– Nic dziwnego. Kiedy byłeś w śpiączce, wykonali na tobie kolejny zabieg. – Profesor Yuiragi pochyliła się nad pacjentem i zaczęła delikatnie badać nowe wyrostki palcami.
– Dlaczego?!
– Ja i doktor Mayers mówiliśmy, że to zły pomysł, ale reszta się uparła. Doktor Morisaki chce zakończyć tę część projektu przed lipcem. Niestety, twój organizm nie zareagował najlepiej na pierwszy zabieg.
– Zauważyłem.
– Do tego igła wbiła się nieco zbyt głęboko i omal nie uszkodzili ci mózgu, to dlatego tak długo leżałeś nieprzytomny.
– Poczekaj. – Gad zacisnął zęby i odwrócił odrobinę głowę tak, aby kątem oka móc zobaczyć swoją rozmówczynię. – Tak długo to znaczy ile?
– Dłużej, niż oni by chcieli...
– Który jest dzisiaj, Midori? – niemalże warknął.
– 3 marca. – Kobieta odsunęła się i podrapała po karku, zakłopotana.
– Byłem w śpiączce przez ponad dwa miesiące?!
– Nie denerwuj się, Donatello. Mimo twojego złego stanu postanowili wykonać jeszcze jeden zabieg, skupili się na twojej szyi. To przez ten zabieg miałeś kłopoty z oddychaniem i leżałeś dłużej, niż sądziliśmy, że będziesz.
Mutant westchnął ciężko. Nie chciał przestraszyć Midori ani zrazić jej do siebie, ale po raz kolejny okazało się, że nadal nie grają w czyste karty i Morisaki bawi się nim.
– Nie chciałem na ciebie warknąć...
– Nie szkodzi. Ból w szyi powinien minąć za kilka dni.
– Ile jeszcze tych zabiegów mnie czeka?
– Nie jestem pewna, i mam dylemat, która opcja byłaby dla ciebie lepsza. Więcej modyfikacji za jednym razem i ryzyko kolejnej śpiączki, czy jeden zabieg na raz i długie czekanie na polepszenie twojego stanu, aby rozpocząć kolejny. Tym razem nikt nie da ci czasu na rehabilitację, kochany.
– Czy wiesz, na kiedy planują następny zabieg?
Profesor Yuiragi pokręciła głową.
Ból w szyi nie minął pomimo upływu tygodnia, jednak przestał być aż tak uciążliwy i żółw był w stanie poruszać szyją i ignorować dyskomfort z tym związany. Po zabiegach związanych ze zmianami głowy i szyi jego łóżko musiało zostać wymienione na dłuższe. Poduszka została lekko podniesiona i oparta o ścianę, aby było mu wygodniej.
Przez tydzień, ludzie wchodzili, sprawdzali, czy nie wystąpiły żadne komplikacje, czy nowe struktury pozwalają na normalne funkcjonowanie. W tym czasie dwa razy prześwietlili go wszystkim, co mieli.
Podczas kolacji spróbował nawiązać kontakt z Eiką i, o dziwo, udało mu się.
– Przepraszam – zaczął niepewnie. Kiedy kobieta zwróciła na niego swe ogromne oczy, kontynuował. – Wiesz, kiedy znowu zaplanują...? – Uciekły mu słowa, wskazał więc niedbale na swój nowy pysk. – Te zmiany? – dodał.
Eika przekręciła lekko głowę, po czym pokręciła nią z wolna.
– Niestety nie – mruknęła.
Odpowiedź na to pytanie uzyskał dopiero dwa dni później, podczas wizyty Russella i Kuroby. Obaj panowie rozmawiali z nim intensywnie dzień po jego przebudzeniu się, aby skontrolować jego zdrowie psychiczne. W inne dni przychodzili pojedynczo lub wcale i tylko na kilka minut.
– Ból fizyczny mija, to dobra wiadomość – mruknął Russell, zapisując coś agresywnie w swoim notatniku. – Ból psychiczny to inna sprawa.
– Człowieku, znowu mnie okaleczono. Ile razy mamy wywlekać to na wierzch? – Donatello uderzył lekko dłońmi o kołdrę. – Uwierz mi, kiedy mówię, że na tym etapie powtarzanie, że źle się czuję, nie daje już rezultatów.
– W takim razie co możemy zrobić, aby je uzyskać? I oczywiście wypuszczenie cię czy zaprzestanie zabiegów nie wchodzi w grę.
– Mieliście załatwić dla mnie morfinę – warknął cicho mutant.
– Nasze starania o morfinę okazały się nieskuteczne – powiedział Kuroba, zakrywając usta folderem. – Próbowałem negocjować z doktorem Morisakim, ale według profesora Harrisona podawanie morfiny może zakłócić działanie szlamu, w wyniku czego efekty mogą nie być zadowalające.
– No jasne... – Gad przewrócił oczami. – To może chociaż wiecie, kiedy czeka mnie następna tortura?
– Jeżeli masz na myśli kolejną dawkę szlamu, to prawdopodobnie jutro – odparł Russell, nie odrywając wzroku od notatnika.
Późnym wieczorem przeklinał siebie za to pytanie. Wiedząc, że następny dzień znów przyniesie mu mnóstwo cierpień, nie potrafił zasnąć. W takim stanie bez problemu ustanowiłby rekord Guinnessa w największej liczbie powtórzenia "Zamknij się, mózgu" w ciągu jednej godziny.
– Nie dam rady drugi raz – szepnął sam do siebie, czując gorące łzy spływające po jego policzkach. – Ten ból, on był taki rozrywający, zupełnie jakbym rozszczepił się na atomy, a potem każdy z nich odfrunął w inną stronę.
Pozostało mu tylko użalanie się nad sobą, skoro nie mógł uciec, nie mógł zdobyć morfiny, nie potrafił porozumieć się z rodziną. Po raz kolejny dopadł go potworny stan depresyjny, chciał płakać, chciał móc się do kogoś przytulić, chciał umrzeć. Ale jednocześnie chciał śmiać się histerycznie, chciał zadawać pytania, poznać tajemnicę Harrisona, dzięki której udało im się zniekształcić jego czaszkę. Chciał dowiedzieć się, jak działa zmodyfikowany mutagen, i co wspólnego miał z tym wszystkim laptop Mayersa i informatyk Shino.
Było tyle rzeczy, których chciał tamtej nocy, dlatego nie powinien się dziwić, że nie zmrużył oka. Całą noc serce waliło mu jak młot pneumatyczny, czuł i słyszał jego bicie niezwykle precyzyjnie. Dudniło mu w uszach, na przemian było mu gorąco i zimno, czuł duszność i cudowną lekkość powietrza w tym samym czasie.
Bał się. Bał się bólu, cierpienia, dalszych etapów. Bał się stracić ponownie przytomność, bał się niepowodzenia. Bał się śmierci, której niejednokrotnie pragnął tej nocy.
Kiedy nastała odpowiednia pora, w jego pokoju znów zawitali Morisaki i Harrison. Towarzyszył im Shino i laptop Mayersa, tym razem bez Mayersa. Za nimi do środka zawitała także Midori, zgodnie z obietnicą. Wystarczyło jedno zetknięcie ich spojrzeń, a Donatello odetchnął z dziwną ulgą. Przecież jej obecność nie zmniejszy cierpienia, nie złagodzi bólu, a mimo to czuł się o wiele lepiej. W końcu Midori była specjalistką od spraw medycznych u zwierząt, a to oznaczało, że kolejne modyfikacje nie powinny zakończyć się dodatkowymi komplikacjami.
Profesor Harrison ponownie usiadł po jego prawej stronie i otworzył swój metalowy neseser, a Shino rozsiadł się wygodnie po lewej stronie pacjenta i włączył laptopa. Profesor Yuiragi szybko dołączyła do niego. Donatello nie mógł się powstrzymać od zadania pytania. Oblizał usta ze wzrokiem utkwionym w urządzeniu.
– Jaki właściwie związek ma wasz mutagen z laptopem?
Morisaki uśmiechnął się drwiąco i zbliżył do Shino i Midori. Przez chwilę obserwował, co młodszy Japończyk robi.
– Dzięki specjalnemu programowi jesteśmy w stanie kontrolować działanie szlamu po jego wstrzyknięciu – odpowiedział.
– Jak? – Mutant zmarszczył czoło, nie rozumiejąc.
– To przez mikroskopijną technologię, zawartą w zmodyfikowanej substancji – odezwała się Midori. – Program kontroluje technologię, mamy zatem pełną kontrolę nad tym, jaki kształt i ułożenie mają osiągnąć twoje kości, mięśnie i skóra.
Chłopak wykrzywił twarz, pochłonięty myślami. Wtedy do pomieszczenia wszedł doktor Mayers w towarzystwie Aigo. Tylko jej tu brakowało. Z jakiegoś powodu Donatello pałał szczególną niechęcią do bratanicy Morisakiego, nie potrafił jednak powiedzieć, dlaczego tak było.
Szybko jednak zrozumiał ich obecność. Profesor Harrison wręczył im po strzykawce, jedną dał Morisakiemu. Cztery ogromne strzykawki, i to wykorzystane w tym samym czasie? Chcieli go zabić czy co? Gad ponownie spanikował.
– Spokojnie, Donatello – powiedziała cicho Midori. – Wszystko jest w porządku.
Przełknął ślinę, obserwując otaczających go ludzi. Każda z osób ze strzykawką ustawiła się przy jednej z jego kończyn, układając igłę mniej więcej w połowie długości kończyny. Od razu stało się jasne, co chcą zrobić.
Przeżył coś w rodzaju déjà vu, kiedy strzykawki wbiły się do kości i wypuściły substancję. To samo ciepło spowiło wszystkie cztery kończyny. Żółw zaczął nastawiać się na ból, z niepokojem zerkając na Midori i Shino.
– Użyte substancje? – mruknął informatyk.
– Cztery dawki RIN-7 – oznajmił Harrison. – #1 na prawej ręce, #2 na prawej nodze, #3 na lewej nodze i #4 na lewej ręce.
Shino kiwnął lekko głową, a Midori pochyliła się mocniej nad ekranem. Kobieta zaczęła instruować informatyka, a efekty Donatello poczuł sekundy później.
O tym, że ponownie zemdlał z bólu, chyba nie trzeba nikomu mówić.
Tym razem, kiedy się obudził, nadal odczuwał dość silny ból w kończynach, lecz nie na tyle silny, aby znów stracił przytomność. Poruszanie kończynami nie wchodziło w grę, oczywiście, skupił się więc na ruszaniu głową i oczami. Jego wzrok momentalnie padł na zegar. 13 marca, czyli dzień zabiegu. Ale to by oznaczało, że uszkodzili jego nerwy, skoro ból był znośny, prawda?
– Donatello-kun?
Żółw oderwał wzrok od cyfrowego zegara i przeniósł zdezorientowane spojrzenie na siedzącego przy nim Kurobę. Mężczyzna wydawał się przez chwilę równie zdziwiony, co on. Podrapał się długopisem po głowie, mrużąc oczy.
– Mam dobre wieści, Donatello-kun – odezwał się po chwili namysłu.
– A ja mam kolejne pytania – burknął ledwo słyszalnie pacjent.
– Pytaj śmiało.
– Dlaczego się obudziłem?
– Odpowiedź na to pytanie wspaniale łączy się z moimi dobrymi wieściami. – Uradowany Akira obrócił kilka stron w swoim folderze. – Mam tutaj kilka raportów z ostatniej doby. Jeden z nich, podpisany między innymi moim nazwiskiem, mówi o dostawie kilku silniejszych środków przeciwbólowych. Niestety, doktor Morisaki nie pozwala na stosowanie środków typu morfina, ale udało mi się z nim dogadać. To znaczy, gdyby nie wtrącenie się profesor Yuiragi do naszej rozmowy, pewnie obudziłbyś się za miesiąc.
– A więc zdobyliście dla mnie coś na ból – przyznał z nutką podziwu chłopak.
– Nie ma za co. Leki nie zbiją bólu, ale utrzymają go na poziomie do wytrzymania. Oczywiście mamy rozkaz odstawić cię od nich po trzech lub czterech dniach, ale do tego czasu oryginalny ból powinien spaść do podobnego poziomu, co teraz, a może nawet jeszcze niższego.
Który to już raz przewracał oczami? Trudno by zliczyć. Oni chcieli jego cierpienia, a przynajmniej Morisaki tego chciał. I być może Russell. Tak, William Russell na pewno sekretnie marzył o jego cierpieniu, byleby mu dopiec.
– Skoro już rozmawiamy – rzucił jakby niechętnym tonem. – Uczynisz mnie bardzo szczęśliwym zdradzając mi, na czym będzie polegał następny zabieg oraz na kiedy jest on planowany.
Akira postukał się długopisem w brodę. W jego oczach rozbłysła pewna skierka. Miał zamiar powiedzieć Donatellowi o dalszych etapach.
ŁNS-59 była chyba najgorszą substancją jak dotąd. Nie tylko paliło, piekło, bolało i wszystko to, co działo się z ciałem żółwia podczas poprzednich zabiegów, ale zmiana była bardzo rozległa i źle się goiła.
Donatello nie zemdlał tym razem, ale musiał przyznać, że ten jeden raz naprawdę bardzo by chciał nie wiedzieć, co działo się z jego ciałem po wstrzyknięciu zmodyfikowanego mutagenu w jego łopatki. Zabieg miał miejsce poprzedniego dnia, ale nowa część ciała w pełni wykształciła się dopiero pod wieczór. Shino i Midori spędzili z nim prawie cały dzień, manipulując ciepłą cieczą, tworząc zupełnie nową część ciała.
Musiał znów leżeć na brzuchu. Jego kończyny mrowiły nieprzyjemnie, ale przynajmniej najgorszy ból zdążył minąć, nim przystąpiono do tworzenia dla niego skrzydeł. Nigdy nie sądził, że im się uda. Nie miało to sensu, nie było to możliwe z metodami, którymi dysponowali. A jednak, dwa potężne wyrostki o maksymalnej długości 300 centymetrów, leżały zawinięte wzdłuż jego pleców i nóg, albo raczej tylnych łap, i bolały niesamowicie. Gdyby mógł przyjrzeć się sobie w lustrze, stwierdziłby, że wygląda jak coś, czemu należy współczuć. Czuł się jak sponiewierane zwierzę, i poniekąd stał się nim.
Co jakiś czas łypał ciekawskim wzrokiem na skrzydła, zafascynowany cienką, ale mocną powłoką skórną, okrywającą ich kości. Dzięki długiej szyi nie miał problemu z obserwacją całego pokoju. Toteż bez problemu odwrócił swój smoczy łeb w stronę drzwi, gdy usłyszał, jak otwierają się.
– Kasumi.
Kobieta posłała mu smutny uśmiech, nadal stojąc w progu. Nie chciała wejść albo nie mogła. Po chwili dowiedział się, o co chodziło. Japonka spojrzała w bok na korytarz, pomachała lekko ręką, a mała Kyoko uczepiła się jej niczym pijawka. Obie weszły do środka i Kasumi zamknęła za nimi drzwi.
– Ryū! – krzyknęła niemalże natychmiast dziewczynka.
– Pamiętaj, kochanie, że nie wolno dotykać skrzydeł – przestrzegła kobieta, wystawiając palec wskazujący w górę.
Malutka kiwnęła tylko główką i szarpnęła swoją mamę do przodu, aż obie znalazły się przy łóżku. Kasumi posłała Donatellowi przepraszający wyraz twarzy. On westchnął głośno, wypuszczając potężny podmuch powietrza nozdrzami. Włosy Kyoko poleciały do tyłu, a dziecko roześmiało się. Dla świętego spokoju, gad przybliżył do niej swój pysk, aby mogła go podotykać. Wiedział, że mała chce go dotykać, a jego głowa była obecnie najmniej bolącą częścią jego ciała.
Kyoko śmiała się, a on podniósł spojrzenie na jej matkę. Kasumi usiadła na taborecie.
– Akutarō chciał, abym ją przyprowadziła – wyznała krótko. Wyglądała, jakby obwiniała się za całą sytuację. – Nie martw się, to tylko na chwilę.
Mutant nie chciał spłoszyć dziewczynki, mrugnął więc tylko raz. To wystarczyło.
Zaczął się czerwiec, a Donatello wciąż narzekał na ból skrzydeł, a także i ogona. Pozostałe użyte na nim substancje, KIO-33 oraz OIO-114 były ostatnimi, które miały zmodyfikować jego ciało. Po wykonaniu wszystkich zabiegów był w kropce, ponieważ nie wiedział, co czeka go dalej. Odkąd zaczął zyskiwać siłę w nowych mięśniach, zwłaszcza skrzydłach i nowym, bardzo długim ogonie, chyba niewielu chciało przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Natomiast absolutnym odganiaczem ludzi okazała się umiejętność, którą zyskał po zmuszeniu go do wypicia i wdychania substancji OIO-114. Ten mutagen dał mu zdolność ziania ogniem.
Co prawda, to była kolejna niewiadoma, nie miał żadnego pomysłu, jak mogli tego dokonać, ale nie narzekał. Oczywiście, mieli na niego haka. Wciąż miał skute kończyny, a do tego doszedł automatyczny kaganiec, który nasuwał mu się na pysk, kiedy ktoś wchodził do środka.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Donatello przestał już być żółwiem i kolejny etap projektu dobiegł końca. W drugim etapie ryzykowali wszyscy. Donatello ryzykował życie ulegając Morisakiemu. Naukowcy ryzykowali fiasko projektu nie dając mu odpocząć. Kasumi ryzykowała bardzo wiele prywatnych spraw. Ryzyk-Fizyk.
Co zatem czekało go w etapie trzecim?
