A/n

Napisałam ten fanfick już dawno i zupełnie o nim zapomniałam. Mam nadzieję, że komuś się spodoba.

Wróciłem

W przeciwieństwie do reszty, nie skupiałem się szczególnie na tym, co mówił Lupin. Od samego początku nie wierzyłem w powodzenie jego misji i uprzedzałem go, że na założenie watachy, będącej na usługach Zakonu, nie ma co liczyć. Chyba, że dorobi się własnych szczeniaków, co jest na szczęście dość nieprawdopodobne. Greyback już dawno określił jasno, na czym mu zależy i nie trzeba być wilkołakiem, żeby się tego dowiedzieć. Ale skoro Lupin chce się czuć potrzebny, nic mi do tego. Dumbledore wie, co robi. Mimo klątwy, powoli, lecz sukcesywnie wyniszczającej jego organizm, umysł wciąż ma niezwykle sprawny. Czasem odnoszfę wrażenie, że właśnie teraz osiągnął szczyt swych możliwości, że wbrew pozorom jest groźniejszy, niż kiedykolwiek wcześniej.

Całą moją uwagę pochłaniała aktualnie konieczność zapobieżenia ewentualnym niepożądanym skutkom mojej własnej zapobiegliwości. Jakieś dziesięć minut przed udaniem się do kwatery głównej, Dumbledore przyznał niechętnie, że ręka boli go tak, że już nie jest w stanie tego wytrzymać. Kiedy zobaczyłem, że cofa ją odruchowo, gdy wykonuję jakikolwiek gest sugerujący, że zamierzam jej dotknąć, choćby końcem różdżki, uznałem, że sytuacja jest poważna. Udało mi się na jakiś czas skupić działanie klątwy w ręce, dzięki czemu nie rozchodzi się tak szybko, nie uderza odrazu. Naturalnym wynikiem tych działań jest ból ręki, jednak do tej pory byłem pewien, że akurat to da się utrzymać pod kontrolą, co też jest niezmiernie ważne, bo wyczerpanie trudnym do zniesienia bólem może sprawić, że klątwa będzie uwalniała się szybciej. Zirytowało mnie, że nie powiedział mi o tym wcześniej i nie potrafiłem powstrzymać się od zadania pytania, czy życzy sobie, żebym ten problem rozwiązał ostatecznie.

- Gdyby rzecz sprowadzała się tylko do tego Severusie, nigdy nie prosiłbym cię o to, o co cię poprosiłem.

- Ale, że nie sprowadza się tylko do tego, fakt, że przy okazji zaoszczędzi ci to cierpień, ma być dla mnie pocieszający, tak?

- Tak - odrzekł z tym denerwującym spokojem, który niekiedy sprawia, że mam ochotę nim potrząsnąć. Wiem, że naprawdę nie boi się śmierci, lecz okazywanie tego z iście gryfońską arogancją, mógłby już sobie darować, choćby przez wzgląd na osoby, u których myśl o jego śmierci wywołuje… pewien niepokój.

Przygotowałem na tego rodzaju okazję dwa przeciwbólowe specyfiki, przy czym ten silniejszy (własnego pomysłu maść z pięciogłowu japońskiego), przy niewłaściwym zastosowaniu jest nie lepszy od klątwy. Niewłaściwe zastosowanie to w tym wypadku pojęcie bardzo szerokie, jednak doszedłem do wniosku, że lepiej sięgnąć po coś, co na pewno pomoże. Rezultat był taki, że podczas zebrania obawiałem się spuścić Dumbledore'a z oczu choćby na dwie sekundy. Maść należy zmyć po godzinie, a do tego czasu pod żadnym pozorem nie wolno przykrywać opatrunkiem miejsca, na które została nałożona. Grozi to dosłownie wyłączeniem układu nerwowego i zgonem.

Przypadkowe dostanie się maści do ust, lub nosa również prowadzi do śmierci i to w straszliwych męczarniach. Kontakt z oczami natomiast kończy się natychmiastową i nieodwracalną ślepotą. Osłanianie twarzy nie ma jednak najmniejszego sensu, bo ekstrakt z korzenia pięciogłowu japońskiego posiada tę właściwość, że zawarte w nim substancje przenikają przez każdy materiał, nie licząc kryształu oraz zwykłej, mugolskiej folii.

Chcąc uniknąć posługiwania się wyczerpującym właściwie zasób powszechnie używanych wulgaryzmów repertuarem mojego ojca, przeklinałem się w duchu dość oryginalnymi wyzwiskami zasłyszanymi od Lucjusza, pomiędzy które wkradło się niepostrzeżenie kilka zapożyczeń od Minerwy. Myśl, że powinienem był sprawdzić ewentualne interakcje maści z zaklęciami, a w szczególności z zaklęciem unieruchamiającym, przyszła mi do głowy dopiero kiedy Dumbledore wykonał taki ruch, jakby zamierzał tą ręką poprawić okulary.

- Ani mi się waż - syknąłem, mając nadzieję, że udało mi się zrobić to dyskretnie. Siedząca naprzeciwko Minerwa popatrzyła prosto na mnie. Tyle w kwestii dyskrecji. Nie wiem, czy jako animag ma wyostrzony słuch, czy to jej cecha wrodzona, ale nic się przed nią nie ukryje.

- Co mówiłeś? - szepnął Dumbledore.

- Nie ruszaj ręką.

Dokładnie w tym momencie Lupin uznał za stosowne przerwać swą pasjonującą opowieść, napić się herbaty, upuścić przy okazji łyżeczkę i zagłuszyć moje słowa.

- Przepraszam, mógłbyś powtórzyć?

- Ile razy ci mówiłam, żebyś tutaj nie palił!? - ryknęła Weasley, sprawiając, że podskoczyli wszyscy, prócz mnie, Minerwy i Moody'ego. Nawet dyrektor drgnął lekko. Spodziewałem się, że Weasley zrobi w końcu coś takiego, bo Fletcher palił już od dobrych kilku minut. Choć gdyby rzeczywiście zależało jej na tym, żeby przestał, a nie na zwróceniu na siebie uwagi, na pewno zareagowałaby dużo wcześniej.

- Czepiasz się i czepiasz - mruknął Fletcher. - Nikomu to nie przeszkadza, tylko ty masz wiecznie do mnie jakieś ale.

- Owszem, mam! Nic do ciebie nie dociera Mundungusie! Nic! Prosiłam setki razy, żebyś mi tu nie kopcił i co?

Niemal usłyszałem prymitywną odzywkę, od wypowiedzenia której Fletcher powstrzymał się ewidentnie w ostatniej chwili.

- To dom pana Pottera. Trzeba by jego zapytać, bo być może wyraża na to zgodę - powiedziałem cicho. Z rozbawieniem obserwowałem, jak w mgnieniu oka na twarzach większości pojawia się wyraz kompletnego niezrozumienia. Weasley, pierwszy raz tego dnia zdecydowała się przestać udawać, że nie istnieję i zaszczyciła mnie podejrzliwym spojrzeniem. Odczekałem chwilę, zanim dokończyłem. - Podobnie jak na nielegalną sprzedaż tego całego szmelcu, który tu został po Blackach.

Weasley wciągnęła gwałtownie powietrze, a Fletcher zaczął bełkotać coś o złomie, pieprzonej bandzie sknerusów i życiowej niesprawiedliwości.

- Dobrze, już. Możemy kontynuować? - spytał Lupin. Nie podniósł głosu, lecz wyraźnie dało się wyczuć, że jest rozdrażniony.

- Nie. Dopóki nie zgasi tego świństwa - warknęła Weasley.

- Zgaś to Fletcher, bo inaczej noc nas tu zastanie - powiedziałem. - Jasna, księżycowa — dodałem ciszej. Minerwa zmarszczyła brwi, jakby wciąż jeszcze wierzyła, że potrafi wywrzeć na mnie wrażenie. Dyrektor lekko dotknął mojego ramienia, na szczęście zdrową ręką. Podejrzewałem, że zechce w jakiś subtelny sposób ukrócić mój niezmiernie aktywny udział w zebraniu i nie pomyliłem się.

- Co wcześniej mówiłeś? - zapytał.

- Żebyś nie...

- No nic nie palę już przecież! - wrzasnął Fletcher, którego obmierzła fizjonomia stawała się coraz bardziej widoczna, wraz z rozwiewaniem się chmury dymu. Gdybym miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia, wolałbym, żeby nadal palił.

- Nie mam pojęcia, co śmierdzi! Zobacz do kuchni lepiej, bo jeszcze sama nas z dymem puścisz.

Weasley zerwała się z miejsca z wdziękiem podrywającej się do lotu kury i z wypisanym na tępej twarzy przerażeniem, wytoczyła się z jadalni. Dumbledore z rezygnacją pokręcił głową. Minerwa wychyliła się nieco w naszą stronę.

- Severus cały czas usiłuje ci przypomnieć, żebyś trzymał tę rękę tam, gdzie jej aktualne miejsce. I słowo daję, jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, jak przed chwilą, zmienię ci ją w… grabie.

Minerwa zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest poważna. Dumbledore właściwie jej nie okłamał, mówiąc, że nieopatrznie dotknął pewnego czarnomagicznego przedmiotu, związanego z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Trzeba przyznać, że to wiele ułatwia.

- Interesujący pomysł, moja droga - stwierdził Dumbledore, kładąc rękę na wyczarowanej przeze mnie niewielkiej półce pod blatem stołu. - Choć byłoby to odrobinę niepraktyczne.

- Więc tak to na chwilę obecną wygląda - zakończył Lupin, co prawdopodobnie oszczędziło mi konieczności wysłuchiwania idiotycznych, słownych przepychanek szanownej dyrekcji.

- Cholibka - mruknął Hagrid. - Z olbrzymami guzik, z wilkołakami guzik, z Centaurami w ogóle się gadać nie da, ale to już żem wam mówił, Gobliny jak to Gobliny, będą trzymać z tymi, od których więcej złota wyciągną. Coś mi się to wszystko nie widzi.

- Najgorsze jest to, że Dementorzy poczynają sobie coraz śmielej - rzekł Shacklebolt. - Zdarza się, że atakują Mugoli.

- O ilu takich przypadkach wiesz? - zapytał Dumbledore.

- Słyszałem narazie o pięciu, ale nie da się wykluczyć, że jest ich dużo więcej.

Cóż… Mógłbym to „dużo więcej" ubrać w konkretne liczby, jednak nie mnie pytano. Uznałem, że później naświetlę Dumbledore'owi rzeczywistą sytuację.

Wróciła Weasley, przynosząc ze sobą ostry smród spalenizny.

- Przykro mi, ale nie będzie nic do jedzenia - oznajmiła, omiatając jadalnię groteskowo gniewnym spojrzeniem. - Nie jestem w stanie zajmować się tyloma rzeczami na raz.

- Spokojnie. Nie przejmuj się tak. Zaraz zrobię jakieś kanapki - odrzekł Lupin, przyklejając do swej wychudłej gęby uśmiech, który w zamierzeniu chyba miał być uspokajający.

- Nie, nie. W żadnym wypadku. Jeszcze ciebie w tej kuchni brakuje. Jest ciasto, sałatka… Och, poradzę sobie.

- Zdaje się, że Lupin nie sugerował, by gotowała pani zupę z wilkołaka. Jeśli właściwie zrozumiałem, zaproponował przygotowanie kanapek.

Nie przypuszczałem, że moja wypowiedź rozbawi akurat Lupina. Widziałem, że z trudem powstrzymuje śmiech. Cóż, pewnego rodzaju inteligencji nie można mu odmówić. Weasley popatrzyła na mnie jak na wariata i znów wyszła, ostentacyjnie zamykając drzwi.

- No i dobra - burknął Fletcher. - Siedź tam i najlepiej nie wyłaź.

- Odczepże się wreszcie od tej Molly. - To Hestia Jones oderwała się na chwilę od bezmyślnego bazgrania w swym grubym notesie i posłała Fletcherowi gniewne spojrzenie.

- Nie ona jedna ma nerwy napięte jak postronki - rzuciła Minerwa. - A zachowuje się, jakby była jedyna. Wiecie co do mnie dzisiaj powiedziała, gdy rozmawiałyśmy o Harry'm i o jego udziale w tym wszystkim? Że nie mam pojęcia, jak to jest się zamartwiać, bo nigdy nie miałam własnych dzieci. Dała mi do zrozumienia, że naprawdę tylko jej zależy na Harry'm. Tak, jakbym...

Urwała gwałtownie i zacisnęła szczęki, powstrzymując łzy. Weasley musiała jej naprawdę nieźle zaleźć za skórę. Dumbledore wyciągnął lewą rękę i poklepał ją po dłoni. Miałem zamiar powiedzieć, że nie powinna przejmować się opiniami osób intelektualnie ograniczonych, co na pewno wzbudziłoby w niej chęć obrony Weasley i rozwiązało problem, ale wzięła się w garść zanim zdążyłem otworzyć usta. Był w geście Dumbledore'a jakiś komunikat, widocznie dla niej jasny, bo odetchnęła głęboko i powiedziała:

- Przepraszam. Nie powinniśmy się teraz kłócić.

- Miałaś prawo się na nią zdenerwować - stwierdził Shacklebolt. - Mam dla niej ogromny szacunek, ale Czasami naprawdę… trudno z nią wytrzymać.

Lupin westchnął ciężko i zapadła cisza, którą przerwał dopiero Dumbledore.

- Mógłbym zorganizować coś do jedzenia z hogwarckiej kuchni, Ale Może nie drażnijmy już Molly.

- Coś do picia by nie zaszkodziło - wychrypiał Moody, który do tej pory udawał, że drzemie i nie reagował nawet na wrzaski Weasley.

- Ooo, to by można, panie psorze, jak najbardziej - zgodził się skwapliwie Hagrid.

Piekący ból w lewym ramieniu sprawił, że ich głosy oddaliły się nagle, zdawały się dolatywać z drugiego końca długiego tunelu. Nienawidzę, gdy dzieje się to w obecności członków Zakonu. Trudno przed nimi ukryć, że właśnie zostałem wezwany; poza kilkoma wyjątkami, są to jednak ludzie odznaczający się umiejętnością obserwacji i kojarzenia faktów. Nie znoszę tych szeptów, porozumiewawczych spojrzeń, tej tłumionej ze względu na Dumbledore'a odrazy, która bulgocze w nich jak jakaś wyjątkowo ohydna trucizna w kotłach. Jedynie Black, podobnie zresztą jak jego kuzynka Bellatriks, miał dość głupiej odwagi, by nie kryć się z tym, co sądzi na mój temat.

- Severusie? - Cichy głos i pytające spojrzenie Minerwy przebiły się do mojej świadomości. Skinąłem lekko głową, choć w pierwszej chwili miałem ochotę ją zignorować. Do tej pory nie udało mi się rozgryźć, jakie zależności tak naprawdę łączą ją i Dumbledore'a, ale niewątpliwie musi być w tym coś z jego geniuszu, bo Minerwa jako jedyna nigdy nie zakwestionowała mojej lojalności, nawet wyrazem twarzy. Po śmierci dyrektora stanie się jedną z najniebezpieczniejszych osób. Zawiedzione zaufanie, w połączeniu z gryfońską głupotą i umiejętnościami przewyższającymi niejednego Aurora, to wyjątkowo nieprzewidywalna mieszanka. Dlatego staram się, by miała poczucie, że się z nią liczę, że ją w pewien sposób szanuję. Wiem, że to dostrzega, a gdy stanę się jej domniemanym wrogiem, pewnie - zgodnie ze swą naturą - doceni, co może okazać się hamulcem dla czystej nienawiści oraz głupoty.

Wstałem. Po twarzy Dumbledore'a przemknął dziwny grymas. Zauważyłem, że moje wizyty u Czarnego Pana niepokoją go bardziej, niż kiedyś. Pewnie obawia się, że jeżeli zdarzy mi się zginąć, jego misterny plan najzwyczajniej w świecie trafi szlag. Też się tego obawiam.

- Jeśli potrwa to krócej niż dwie godziny, wróć tu jeszcze - rzekł cicho. Potwierdziłem skinieniem głowy, choć nie widziałem w tym poleceniu najmniejszego sensu.

- Lepiej to zmyj - powiedziałem, spoglądając na jego rękę. - Obecne stężenie powinno uśmierzyć ból na kilka godzin, a później to powtórzymy.

- Dam sobie radę. Zostało jeszcze piętnaście minut, a naprawdę jest dużo lepiej.

Uderzyła mnie determinacja, którą dojrzałem w jego oczach.

- Idź - szepnęła Minerwa,

- Nie sprawdzałem interakcji z zaklęciami - mruknąłem. - Ani z alkoholem - dodałem, bo Moody, Hagrid i Dedalus Diggle zaczęli się głośno zastanawiać, jak najlepiej sprawdzić, czy odnaleziona nie dawno w salonie butla wina skrzatów nadaje się do wypicia.

- Możesz iść - przynagliła mnie Minerwa, obawiając się najwidoczniej, że zaraz udzielę im kilku praktycznych porad, które rzeczywiście miałem na końcu języka.

Udałoby mi się wyjść niezauważonym, gdybym nie natknął się w holu na Artura Weasley'a.

- Już skończyliście? - zapytał, zdejmując mokry od deszczu płaszcz. - Nie dałem rady zjawić się wcześniej. Mieliśmy dziś bardzo dużo pracy.

- Niewiele pan stracił. Ale radzę się pospieszyć - odparłem, wymijając go i wychodząc w mrok późnojesiennego popołudnia.

Przestronny salon w mugolskim domu nie był otoczeniem, w jakim spodziewałem się ujrzeć Czarnego Pana. Siedział w niskim, skórzanym fotelu, który musiał sobie wyczarować, bo mebel wyróżniał się na tle stanowiącej wyposażenie salonu tandety, w większości obitej beżowym pluszem. W powietrzu unosiła się specyficzna mieszanka woni; pieczonego ciasta, owocowych perfum, kawy i krwi. Szybko zlokalizowałem źródło tej ostatniej. Przy prowadzących na taras, przeszklonych drzwiach leżało kilka ciał, spod których wystawał czarny od krwi dywan.

- Jesteś wreszcie, Severusie.

Pozornie łagodny ton Czarnego Pana zmroził mi krew w żyłach. Gdy zaczyna w ten sposób, najtrudniej przewidzieć, jak zakończy.

- Czyżbym pokrzyżował ci jakieś plany?

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Czas, który upłynął od wezwania, do mojego przybycia nie zbliżał się nawet do granic tolerowanej normy.

- Nie ma planów ważniejszych od twoich, mój panie - odrzekłem, osuwając się na kolana. Wbił we mnie spojrzenie, sięgnął do umysłu. Pozwoliłem mu zobaczyć kilka sprawiających wrażenie przypadkowych obrazów z dzisiejszego dnia, uważając, by w tych z zebrania nie pojawił się żaden charakterystyczny szczegół, mogący zasugerować lokalizację kwatery głównej. Wiem, że szuka takiego szczegółu. Nie mogę na ten temat nic powiedzieć, ale nie mam pewności, czy nie odwiedził kiedyś tego miejsca i czy przeglądając moje wspomnienia przypadkiem nie rozpozna zasłon, albo serwisu do herbaty. Na szczęście Weasley raz w życiu znalazła sobie pożyteczne zajęcie i sukcesywnie pozbawia ten dom wszelkich, wyróżniających go elementów, co znacznie ułatwia mi zadanie.

Wycofał się szybko. Nic go dostatecznie nie zainteresowało. Wyczułem, że jest w dobrym nastroju, dokładnie w tym, który na własny użytek nazywam żartobliwym. Kiedyś odetchnąłbym z ulgą, teraz jednak miałem się na baczności jeszcze bardziej, niż gdyby był wściekły. Paradoksalnie, w gniewie jest dość przewidywalny, można się mniej więcej domyślić, co zrobi.

Jego różdżka świsnęła w powietrzu. Błysnęło i poderwało mnie do góry. Przygotowałem się na ból, lecz ból nie nadszedł. Czarny Pan po prostu postawił mnie zaklęciem na nogi. Zachwiałem się, ale złapałem równowagę. Zimny pot spływał mi po plecach. Jego śmiech wypełnił salon, zadźwięczał w stojących na stoliku dwóch, wysokich szklankach.

- Bardzo dobrze, bardzo dobrze - powiedział, spoglądając na uchylone drzwi, za którymi czaił się jakiś cień. - Wyobraź sobie Severusie, że niektórzy byli zbyt zajęci, by odpowiedzieć na moje wezwanie i musiałem zjawić się u nich osobiście.

Znów błysnęło. Zza drzwi dobiegł krótki krzyk. Głos z całą pewnością należał do młodego mężczyzny.

- Bellatriks namierzyła kolejną, małą szlamę. Wezwałem Wilkinsona, żeby sprawdzić jego przydatność i… bardo się rozczarowałem.

Chłopak o nazwisku Wilkinson ukończył Hogwart w zeszłym roku. Należał do Ravenclawu, a z nauki eliksirów zrezygnował po Sumach, dlatego zapomniałbym o nim zupełnie, gdyby kilka miesięcy później Carrow będący dobrym znajomym jego matki — nie przyprowadził go do Malfoy'ów. Zanosiło się na to, że Czarny Pan zyska kolejnego, wiernego sługę, jednak sprawy potoczyły się według dobrze znanego scenariusza. Dzieciak stchórzył i postanowił się wycofać. Tyle, że to nie klub gargulkowy, z którego można się w każdej chwili wypisać.

Ośmieliłem się odwrócić wzrok, by przyjrzeć się ciałom. Były cztery, zakrwawione i powykręcane. Dwie dorosłe kobiety (prawdopodobnie matka i córka), mężczyzna oraz kilkuletnia, pulchna dziewczynka o kasztanowych włosach i brązowym oku. Połowę twarzy miała poczerniałą, jak ręka Dumbledore'a. Z pustego oczodołu wciąż wypływała krew. Obrażenia reszty były podobne. Widocznie Bella nie pozwoliła się dziś ponieść fantazji.

- Wezwałem cię Severusie, bo przy okazji przydarzył nam się tu mały wypadek.

Rozciągnął usta w uśmiechu, sięgnął po coś do kieszeni szaty i rzucił mi to pod nogi. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, na co patrzę. Cofnąłem się o krok.

- Mój panie, co to jest?

Zaśmiał się znowu, tym razem głośniej dłużej.

- Wygląda na brudną szmatę, ale musisz mi uwierzyć, że to Glizdogon. Jeszcze żyje, więc postaraj się coś z nim zrobić. Wiesz, że mimo wszystko jest użyteczny.

- Tak, panie. Czy mogę wiedzieć, co mu się stało?

- Kazałem mu dyskretnie sprawdzić, czy nikt nie chowa się w piwnicy. Kot go zaatakował. Widocznie go zaskoczył, bo jak widzisz, nie zdążył się przemienić. Nie mielibyśmy pojęcia, co się z nim stało, gdyby kot nie postanowił spożyć posiłku na salonach i nie przyniósł go tutaj.

Pierwszy raz w życiu powstrzymanie chęci wybuchnięcia śmiechem przyszło mi z ogromnym trudem. To byłby dokładnie taki koniec, na jaki ten szczur zasługiwał.

Schyliłem się i przez chusteczkę podniosłem zakrwawioną kupkę futra. Drobne kostki zachrzęściły mi pod palcami. Wyjąłem z kieszeni buteleczkę Dyptamu, którą zawsze noszę przy sobie i nasączyłem nią chustkę, by zapobiec wykrwawieniu.

- Dobrze, zajmij się tym. - Czarny Pan wstał z fotela. - Będziesz musiał wyjść na zewnątrz, żeby się teleportować. Ale nie tędy. - Wskazał ręką drzwi na taras. Skinąłem głową. - Angusie, przydaj się w końcu do czegoś i posprzątaj tu! - zawołał. Do salonu, chwiejnym krokiem wszedł niski chłopak o jasnorudych włosach. Szata na jego prawym ramieniu była rozdarta. Ze sporej rany sączyła się krew. Czarny Pan popatrzył na mnie znacząco i wyszedł. Po chwili usłyszałem odgłos zamykanych drzwi wejściowych. Opuścił dom, lecz wiedziałem, że nie zostaliśmy sami.

Rzuciłem na szczura kilka uzdrawiających zaklęć. Wyglądał źle, lecz serce biło mocno. Trzymał się swego parszywego życia jak mało kto. Uznawszy, że nie zdechnie w ciągu następnych kilkunastu minut, wepchnąłem go do kieszeni i spojrzałem na Wilkinsona, który stał przed skórzanym fotelem, wpatrując się tępo w stertę ciał.

W przeciwieństwie do Glizdogona, nie miał żadnych szans na przeżycie. Stwarzanie wrażenia, że się komuś upiekło, by po kilku minutach wykonać wyrok, jest klasycznym schematem postępowania w takich sytuacjach. Zastanawiałem się, kto jeszcze tu jest. Pewnie Bella, ewentualnie Gibbon, który podejmuje się tego rodzaju zadań ze szczególnym zapałem. Zacisnąłem palce na wydobytej z drugiej kieszeni kryształowej fiolce. Mogłem zrobić dla tego chłopaka tylko jedną rzecz.

- Pokaż mi to ramię - powiedziałem. Nie ruszył się z miejsca, nawet nie drgnął. Wciąż gapił się na ciała. - Wilkinson, mówię do ciebie. - Belferski ton przyniósł oczekiwany rezultat. Odwrócił się powoli w moją stronę. Twarz miał szarą, wzrok błędny. Nałożyłem na ranę niewielką ilość maści, potem wyczarowałem bandaże i naprawiłem rękaw. Do dziesięciu minut powinno być po wszystkim, przy czym utrata zmysłów następuje zwykle dużo szybciej.

- Zmiataj stąd - rozkazałem. Rozejrzał się wokół bardziej przytomnie, po czym przebiegając po ciałach, rzucił się ku drzwiom na taras.

- Nie tędy, idioto - mruknąłem, obserwując go z narastającym obrzydzeniem. - Sądziłeś, że nasz pan zostawiłby Mugolom drogę ucieczki?

- Spróbował uderzyć pięścią, lecz jego dłoń nawet nie dotknęła szyby. Odrzuciło go do tyłu, upadł na ciała. Złapałem go za ramię i wypchnąłem na korytarz. Głos Bellatriks i okrzyk bólu rozległy się niemal natychmiast.

- Ty tchórzu! Myślałeś, że się wymkniesz!? Pan kazał ci posprzątać! Jak śmiesz ignorować jego polecenia!? Crucio!

Przetransmutowałem ciała w niewielkie, białe kamienie i ukryłem pod szatą. Usunąłem sztywny od krwi dywan; z jakichś nieokreślonych przyczyn myśl o pozostawieniu go napawała mnie odrazą. Zapach pieczonego ciasta zaczął się przeradzać w swąd spalenizny. Krzyki na korytarzu ucichły. Wyszedłem. Bellatriks stała przy schodach prowadzących do piwnicy, wpatrując się w rozciągnięte na podłodze ciało Wilkinsona.

- Niech Carrow nie przyprowadza nam więcej dzieci swoich szlamowatych kochanek - rzekła, nie podnosząc na mnie wzroku. - Są zupełnie do niczego. Zdechł, ledwie zdążyłam go dotknąć.

- Pomów o tym z Amycusem. Może zamiast dzieci swoich kochanek, zacznie przyprowadzać kochanki? Pożytek rzeczywiście byłby większy.

W końcu na mnie spojrzała, nie starając się ukryć nienawiści. Dobrze wie, że mój stosunek do niej to nie blef. Uśmiechnąłem się.

- Zabieram się stąd - powiedziałem.

- Tak, tak, zabieraj się jak najszybciej. Wracaj do Dumbledore'a, bo zdaje się, że nie ma kto mu lizać butów.

- Powtarzałem ci setki razy, żebyś przedyskutowała swoje wątpliwości z Czarnym Panem.

Nie odpowiedziała, nagle bardzo zajęta czyszczeniem peleryny. Coś w jej poprzednich słowach zwróciło jednak moją uwagę na kwestię, nad którą wcześniej się nie zastanawiałem. Tak, wracam zawsze do Dumbledore'a, nie do Czarnego Pana.

Teleportowałem się na Spinners End, gdzie opatrzyłem dokładniej Glizdogona. Zastosowane środki okazały się skuteczne. Podejrzewałem, że przez noc dojdzie do siebie. Obrażenia, choć rozległe, nie były magiczne, dlatego opanowanie ich nie nastręczało wielkich trudności. Zostawiłem go w pokoju, w którym mieszkał latem, skreśliłem na kawałku pergaminu kilka słów uprzejmej prośby o jak najszybsze wyniesienie się z mojego domu i odwiedziłem jeszcze jedno miejsce.

Cmentarz w Dolinie Godryka był zupełnie opustoszały i teoretycznie nie miałem podstaw, by podejrzewać, że ktoś mnie tu śledzi, lecz i tak rzuciłem na siebie zaklęcie zwodzące. Gdy stanąłem przy grobie Lily, zaczął padać deszcz ze śniegiem. Wyjąłem spod szaty cztery kamienie i wkopałem je w lekko zmrożoną ziemię, przy nagrobku. Jest ich tu około trzydziestu, może więcej. Tyle, ile miałem możliwość zabrać. Ta myśl przyszła mi do głowy zaraz po powrocie Czarnego Pana, po jednym z pierwszych spotkań. Dumbledore pewnie by się ucieszył, może nawet wzruszył. Zupełnie niepotrzebnie, bo nie robiłbym tego, gdybym nie przypuszczał, że ona uznałaby takie postępowanie za właściwe. Lily potrafiła instynktownie określać, co jest właściwe.

Wyczarowałem czerwoną różę, przyozdobioną kryształkami lodu, który długo nie topnieje. Umiałem to robić już jako chłopiec, bez różdżki, bez konkretnej formuły. Lily bardzo chciała wiedzieć jak, a ja bardzo nie chciałem jej tego zdradzić, by nie przestało to być dla niej czymś wyjątkowym. I nie zdradziłem.

Przez chwilę trzymałem kwiat w dłoniach, wsłuchując się w panującą wokół ciszę. Padająca z nieba, zimna breja spływała mi po twarzy. Nie pozwoliłem uwolnić się wspomnieniom, nie tym razem. Chciałem po prostu, by zanim wrócę do kwatery głównej, w mojej głowie przestał rozbrzmiewać śmiech Czarnego Pana i krzyki tego chłopaka. Chciałem pobyć trochę w zawieszeniu pomiędzy dwoma, tak odmiennymi światami. W końcu złożyłem różę na marmurowej płycie i deportowałem się.

Zebranie, zgodnie z utartym schematem, przekształciło się we wspólną kolację. Wślizgując się do jadalni, z ulgą odnotowałem, że Dumbledore żyje i nawet nie oślepł, bo spojrzał na mnie znad okularów. Minerwa siedziała teraz obok niego, a jej poprzednie miejsce zajmował Shacklebolt. Zbliżyłem się do nich z zamiarem zapytania Dumbledore'a, czy moja obecność naprawdę jest konieczna. Miałem dość tego parszywego popołudnia i jedyne o czym marzyłem, to powrót do Hogwartu.

- Severusie, masz krew na rękach. - Te słowa, wypowiedziane cichym, niskim głosem sprawiły, że na kilka sekund ogarnęło mnie dzikie przerażenie. Dopiero widok kraciastej chustki Minerwy uświadomił mi, o czym mówi Shacklebolt. Istotnie, miałem krew na rękach. Podrapałem się kolcami róży, na co nie zwróciłem uwagi. Chciałem usunąć zadrapania, ale okazało się, że zaczęły znikać pod wpływem kontaktu z chusteczką Minerwy. No tak. Stare, szkockie sztuczki, proste, a niezmiernie użyteczne.

- Zmieścisz się tu - stwierdziła Minerwa, zagarniając mnie ramieniem i wyczarowując dodatkowe krzesło. Kiedy mnie dotknęła, niespodziewanie poczułem do siebie taką odrazę, że niemal się jej wyrwałem. Gdyby wiedziała, że właśnie otrułem jednego z naszych absolwentów, gdyby w pełni zdawała sobie sprawę z tego, jakim zbrodniom często biernie się przyglądam…

Usiadłem, ściśnięty między nią, a Dumbledore'em. Artur Weasley opowiadał o jakiejś idiotycznej sytuacji w mugolskim pociągu, która rozbawiła połowę stołu. Dyrektor nalał mi wina, choć wcale go o to nie prosiłem. Sięgnąłem jednak po kieliszek. Wrzaski, znów rozeźlonej na kogoś Weasley, boleśnie wwierciły mi się w mózg. Fakt, że stykałem się ramionami z Minerwą i Dumbledore'em mnie irytował. Strzępki rozmowy pomiędzy Lupinem, a Hestią Jones, dotyczącej oczywiście Pottera, były trudne do zniesienia. Najchętniej kazałbym im wszystkim się zamknąć, uciszyłbym jakąś klątwą tę bezsensowną gadaninę, śmiechy. Wróciłem. Znów wróciłem i czułem z tego powodu niewysłowioną ulgę.