Zbliżające się święta wywoływały we mnie mieszane emocje – cieszyłam się perspektywą spędzenia długo wyczekiwanej nocy z Corvusem w naszej komnacie, jednak widmo konfrontacji z matką przytłaczało mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam zmusić się do czegokolwiek poza zamartwianiem się. Nie pomagało pisanie listów do Gniewka, pochwały profesora Slughorna, który nie tylko zachwycał się moimi nagłymi postępami w nauce, ale i wreszcie przestał nazywać mnie Walerią. Pocieszenie stanowił jedynie fakt, że cały tydzień udało mi się unikać spotkania z Ebenezerem i Vulpeculą, ale nawet oni bledli w perspektywie podróży do Polski.
– O, nasza ulubiona podwójna agentka.
Przyciszony głos Imeldy ledwo zdołał przebić się przez gęstą chmurę myśli. Nie podniosłam wzroku znad książki, chociaż miałam ochotę ją zatrzasnąć i uciec do dormitorium. Uparcie wpatrywałam się w rozdział opisujący legendy wokół różdżki Salazara Slytherina, dochodząc do wniosku, że nie dam się nieustannie przeganiać z kąta w kąt, byleby tylko nie zaogniać sytuacji. W gruncie rzeczy to Imelda zdawała się przy każdej okazji szukać zaczepki i miałam jej serdecznie dość.
– Daj spokój. To już robi się nudne.
Mimo że nie miałam najmniejszych wątpliwości co do przyciszonych słów Cassiusa, nie mogłam uwierzyć, że padły właśnie z jego ust. Nawet leżący na fotelu Arlo podniósł głowę znad Proroka Codziennego, przenosząc wzrok ze stojącego pod otwartym oknem przyjaciela na wstrząśniętą Imeldę i z powrotem.
Sowa. Cassius dostał list, którego treści się domyślałam.
– Wiesz co? – Imelda gwałtownie podniosła się z kanapy. – Z naszej trójki myślałam, że ty będziesz ostatnią osobą do prawienia mi morałów.
Trudno nie było przyznać jej racji.
– Nie nazwałbym tego morałami, ale ile można? – Cassius zamknął okno, powstrzymując napływ lodowatego powietrza. – Pogódź się z nią wreszcie. Nic tylko jęczysz.
Imelda zdusiła okrzyk frustracji, a zanim zniknęła w spiralnej klatce schodowej, obrzuciła mnie morderczym spojrzeniem. Udałam, że niczego nie słyszałam ani nie widziałam, przewracając kolejną stronę, chociaż niczego nie zrozumiałam z poprzedniej. Kątem oka obserwowałam Cassiusa, który w zamyśleniu analizował krótki liścik.
Wróciłam do czytania. Jeśli wierzyć autorowi książki, potomkowie Slytherina rozpierzchli się po całym świecie, ale wcale nie zapomnieli o Wielkiej Brytanii. Według domysłów i plotek nadal znajdowali powód, by powracać do ojczyzny przodka, a powód ten był wiązany przez autora książki właśnie z różdżką. Brzmiało to dość kuriozalnie, ale z zebranych informacji wynikało, że między kolejnymi właścicielami zapadała w magiczny sen, z którego potrafili ją wybudzić jedynie potomkowie Slytherina.
– Masz chwilę?
Zamrugałam, podnosząc wzrok na Cassiusa.
– Tak – powiedziałam niepewnie.
Porwał krzesło spod stolika z szachami i przysunął je pod fotel, na którym siedziałam z podciągniętymi pod pierś nogami. Splecionymi rękami objęłam książkę, jakby mogła posłużyć za tarczę.
– Dostałem sowę od skauta Srok z Montrose… Jak go do tego namówiłaś? – spytał.
– Co?
– Rowle'a. Jak go przekonałaś?
Zmarszczyłam brwi.
– Byłam równie zaskoczona co ty, kiedy mi o tym powiedział – mruknęłam zgodnie z prawdą. – Wkurzyłeś mnie do tego stopnia, że coś takiego nie wpadłoby mi do głowy. Corvus sam to wymyślił.
– Poważnie? Ja, no… To naprawdę wiele dla mnie znaczy… W sensie…
Cassius wił się niczym węgorz, próbując zmusić się do podziękowań, a ten widok był tak żałosny, że nie mogłam dłużej na to patrzeć.
– Nie ma sprawy. Przekażę mu, że jesteś wdzięczny – powiedziałam. – Co napisał ten skaut? Podobała mu się twoja gra? Wezmą cię do drużyny?
– To tak nie działa. – Odetchnął z ulgą, zwijając pergamin w rulonik, zanim schował go do kieszeni jeansów. – Poinformował mnie, że będzie obecny podczas pozostałych meczy i mam mu się pokazać z lepszej strony. Jeśliby mi się to udało, może zaproponowaliby mi miejsce w rezerwie. Wiem, że to tylko rezerwa, ale to daje możliwości… Mógłbym zapracować na wyższą pozycję w drużynie, uczyć się od profesjonalnych graczy i…
Cassius mówił szybko, z przejęciem, którego zbyt często u niego nie widziałam. Podobnie ekscytował się wtedy, gdy grupowo planowaliśmy złamanie regulaminu, a jednak teraz siedział przede mną w identycznym stanie, ale dla odmiany był poruszony czymś, co mogło pozytywnie zaważyć na jego przyszłości.
– Przepraszam – wypaliłam, zanim zdążyłam ustalić, skąd w ogóle wzięła się we mnie taka myśl.
– Co? Za co?
– Ja… Po prostu… Nie powinnam była z tego kpić. Nie wiedziałam, że aż tak ci na tym zależy.
Cassius wydawał się równie wstrząśnięty moimi przeprosinami co ja sama.
– Też zachowywałem się jak dzieciak. Sorry – wymamrotał niewyraźnie ostatnie słowo, ale postanowiłam się tym zadowolić. Chyba łączyło nas więcej, niż początkowo zakładałam.
– Nie powinnam była ukrywać przed wami znajomości z Corvusem. Po prostu… Lubiłam waszą trójkę i jego, nie wiedziałam, jak to pogodzić, a wyście się tak uparli…
– W porządku. Stało się. – Wzruszył ramionami. – Widać Arlo miał rację, że oceniliśmy ciebie, no, was zbyt pochopnie. Gdyby Rowle stał za tym wszystkim, nie umawiałby się z tobą, a już na pewno nie wyświadczyłby mi takiej przysługi.
W ciszy pokiwałam głową, a chociaż na moment pozwoliłam ogarnąć się ekscytacji, przygniotło mnie widmo ostatecznego starcia.
– Zatem przede mną najgorsze – mruknęłam. – Imelda.
Cassius zabłysnął jednym ze swoich popisowych uśmiechów, od których dziewczętom miękły nogi. Z zadowoleniem stwierdziłam, że byłam na to uodporniona.
– Powinnaś z nią pogadać – powiedział. – Już trochę ochłonęła.
– Poważnie?… Nie zauważyłam.
– Najbardziej daje w kość tym, których lubi. – Odsunął krzesło z powrotem na miejsce. – Wiem z doświadczenia. Powodzenia.
Odszedł, przed wyjściem z pokoju wspólnego zgarniając z fotela Arlo, który obdarzył mnie uśmieszkiem emanującym mieszaniną zadowolenia i zaskoczenia. Ciekawe, jak długo jeszcze musiałabym znosić utarczki słowne i nieprzyjemności, gdyby nie Corvus i jego gest, którym wyświadczył lwią przysługę nie tylko Cassiusowi. Szkoda tylko, że nie miał planu na zreperowanie moich relacji z Imeldą.
Wygramoliłam się z fotela, a po rozprostowaniu zesztywniałych nóg udałam się do dormitorium. Słoneczne wnętrze zastałam puste, po szumie wody dochodzącym z łazienki wnioskując, czym zajmowała się Imelda. Ze stresu nie wiedziałam, co ze sobą począć, więc zabrałam się za odkładane na ostatnią chwilę pakowanie przed powrotem do domu. Tylko wizja spotkania z matką mogła przebić kombinację Imeldy i czyhającego na mnie Ebenezera.
Podniosłam głowę znad rozbebeszonego kufra, gdy drzwi skrzypnęły. Imelda wyszła z łazienki w puszystym szlafroku i kapciach, z głową owiniętą różowym ręcznikiem. Ostentacyjnie udawała, że była w dormitorium sama. Nic odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy, a chociaż bycie ignorowaną nie należało do najgorszych uczuć, w końcu zaczęło grać mi na nerwach.
– Wyrzuć to z siebie – powiedziałam, chowając do kufra zawiniątko z poskładanych ubrań.
– Nie wydawaj mi poleceń.
Wzniosłam oczy ku sufitowi na porządny moment, a po zaczerpnięciu rezerw cierpliwości zdecydowałam się na nawiązać kontakt wzrokowy. Równie dobrze mogłam mierzyć się ze smoczycą, której dopiero co wykradziono jajo.
– Nie możesz wiecznie się na mnie boczyć…
– Boczyć? Boczyć, Wando? Jesteś poważna? – Pod siłą tego spojrzenia nawet Hagrid poczułby się jak mrówka na sekundy przed zdeptaniem. – Zdradziłaś nas! Umawiasz się z wrogiem!
– Gdybym umawiała się z wrogiem, chodziłabym na randki z Ebenezerem. Corvus nie ma z nim nic wspólnego, nawet Cassius to przyznał.
– Cassius jest idiotą, któremu najwyraźniej zwiędly uszy od niekończących się jęków Arlo! Nie wiem, jak to możliwe, ale gratuluję. Dopięłaś swego.
– Dopięłam swego? Ja? – Trzasnęłam wiekiem kufra, zanim zerwałam się z klęczek. – To ty obserwowałaś mnie jak sęp od samego początku! Zamiast porozmawiać wprost, skonfrontować się, wolałaś kisić to wszystko do odpowiedniego momentu! Przyznaj, że chciałaś się mnie pozbyć!
Imelda prychnęła, krzyżując ręce na piersi. Wyglądałaby onieśmielająco, gdyby nie przekrzywiony, rozplątujący się ręcznik na głowie, spod którego wystawało splątane pasmo blond włosów.
– Nie jestem tak podstępna jak ty, wcale nie zamierzałam niczego im mówić, ale mnie sprowokowałaś. Naskoczyłaś na Cassiusa i sugerowałaś, że zostawił nas na pastwę losu, mimo że wcale cię tam nie było!
– A ciebie od kiedy interesuje jego honor? Przecież go nie cierpisz!
– Nie wiesz, o czym mówisz!
– Wiem! Dniami i nocami słucham, że nie nadaje się na prefekta i miga się od roboty, jeszcze przed pięcioma minutami nazwałaś go idiotą!
– Poniosło mnie…
– Poniosło! Przy takim stopniu narzekań powinnaś się cieszyć, że znalazłaś aż troje ludzi, którzy chcieli się z tobą przyjaźnić.
– Przynajmniej ja nas nie zdradziłam. – Wypuściła włosy spod prawie całkowicie rozplątanego ręcznika i ze zdziwieniem zauważyłam, że z emocji drżały jej dłonie.
– Nikogo nie zdradziłam – powiedziałam z westchnieniem, załamując ręce. – Imeldo, proszę… Zrozum. Od razu wiedziałam, że nie pasuje do waszego opisu. Corvus nie popiera ideologii czystej krwi, co było jasne od pierwszego dnia naszej znajomości. Na gacie Merlina, on nawet nie odpłacił Cassiusowi za trzaśnięcie go w plecy Petrificusem Totalusem i zostawienie na całą noc na korytarzu! Nigdy w życiu nie podniósłby ręki na twoją siostrę ani żadnego innego mugolaka…
Imelda w milczeniu rozczesywała włosy, jak zaklęta wpatrując się w zimowy krajobraz za oknem. Dałabym sobie rękę uciąć, że z każdą sekundą jej zacięta mina przechodziła powolną transformację w odrobinę łagodniejszą.
– Przyznaję, nie powinnam tego ukrywać i za to przepraszam – mówiłam dalej, licząc, że uda mi się przemówić jej do rozsądku. – Czułam, że nie mogę powiedzieć wam wielu rzeczy… Przez to łatwiej było wdepnąć w kolejne kłamstwa i niedopowiedzenia…
– Wielu rzeczy? – spytała, odkładając szczotkę. Usiadła na parapecie, gdzie oplotła rękami nogi, nie odrywając wzroku od wirującego na wietrze śniegu. – Chodzi ci o to, że zaczęłaś naukę dopiero w październiku?
Spojrzałam na nią wstrząśnięta. Skąd wiedziała?
– Och, Wando. Wcale nie potrafisz ukrywać emocji. – Zerknęła na mnie łagodniej, zanim znów odwróciła głowę ku oknu. – Kiedy pierwszy raz towarzyszyłaś profesor O'Brien na lekcji transmutacji, oczy niemal wyszły ci z orbit na widok tego, co wyprawiałam z różdżką. Szczerze mówiąc, myślałam, że jesteś mugolką, chociaż wydawało się to bez sensu…
Imelda zawiesiła głos, dając mi czas na odpowiedź, ale nie potrafiłam nic wydusić. Nie byłam gotowa na przyznanie prawdy, nie teraz, kiedy jeszcze przed kilkoma minutami darłyśmy koty.
– Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. Po prostu zauważyłam, że pisałaś ogromną liczbę wypracowań i to od samego początku szkolnego materiału. Różnice programowe mają swoje limity. Pierwszy raz zobaczyłaś mecz quidditcha wtedy, z nami… I stroniłaś przy nas od używania magii.
Bez słowa wróciłam do pakowania się, tocząc zażartą bitwę z wyrzutami sumienia. Wicie pajęczyny kłamstw zdało się dosłownie na nic – chociaż nie posądzałam Cassiusa i Arlo o równą umiejętność dedukcji, wystarczało, że Imelda domyśliła się wszystkiego sama. Powinnam być z nimi szczera od samego początku, co najwyżej przemilczając powód, dla którego rozpoczęłam edukację za późno, a jednak nadal nie potrafiłam zmusić się do wypowiedzenia prawdy na głos.
Gniewko miał rację. Ile bym dała za to, żeby urodził się czarodziejem… Gdyby uczył się tu ze mną, życie byłoby tysiąckroć mniej skomplikowane.
– Od kiedy interesujesz się Salazarem Slytherinem? – mruknęła Imelda, podnosząc z łóżka książkę. – Naprawdę niepokoi mnie ta twoja fascynacja Ślizgonami…
Uśmiechnęłam się niemrawo.
– Ebenezer się nim interesuje. Myślałam, że może znajdę tam coś ciekawego.
– I co?
– Czyta się dobrze, ale to w większości same domniemania autora. Jak na razie doszłam do magicznych artefaktów Slytherina i jego różdżki.
Imelda przysiadła na moim łóżku, otwierając książkę w zaznaczonym miejscu. Cofnęła się o kilka stron i zatopiła w lekturze, podczas gdy wróciłam do pakowania. Z niezadowoleniem zauważyłam, że uszkodziłam jeden z zatrzasków kufra, ale o dziwo poradziłam sobie z tym za pomocą Reparo, mimo że użycie tego zaklęcia przywołało wspomnienie korepetycji z Ebenezerem.
– Brzmi trochę jak Czarna Różdżka – mruknęła, palcem zaznaczając miejsce czytania. – Z Insygniów Śmierci.
– Tak… Są pewne podobieństwa, ale Czarna Różdżka miała być niezwyciężona. Nic takiego nie jest tam napisane.
– Cóż, ta niezwyciężona raczej nie jest, ale zwróć uwagę, z czego została stworzona. Drzewo wężowe, rdzeń z kła bazyliszka… To rzadkie materiały. Poza tym wykonał ją sam Slytherin. Musiała być potężniejsza niż reszta, całkiem możliwe, że mogłaby mieć unikatowe właściwości magiczne… – Zamyśliła się, nieobecnie wpatrując się w treść. – Mogę to pożyczyć? Całkiem ciekawe.
Mimo że sama miałam ochotę doczytać książkę do końca, zgodziłam się. W Wigilię należało pomóc przy kolacji, a następne dni zamierzałam w pełni poświęcić na nadganianie straconego czasu z Gniewkiem. Lektura poczeka.
Musiałam dwukrotnie popatrzeć na wahadłowy zegar, żeby pojąć, która była godzina. W pośpiechu byle jak dokończyłam pakowanie, domknęłam kufer tylko dzięki dociśnięciu go tyłkiem i przebrałam się w ulubiony sweter, a następnie spakowałam piżamę. Co bym oddała, żeby mieć taki ładny komplet do spania jak Imelda.
– Wybierasz się gdzieś? – spytała, zabierając się za pakowanie. Zaczęła od wyciągania niepotrzebnych rzeczy wprost na moje pościelone łóżko, jakby nie miała swojego, ale w obecnych klimatach nie zamierzałam jej tego wypominać.
– Hmm… Tak. Umówiłam się z Corvusem – przyznałam niechętnie, nie wiedząc jakiej reakcji się spodziewać. Mimo obaw, musiałam wreszcie wkroczyć na ścieżkę szczerości.
– Nie możesz spać poza dormitorium. To niebezpieczne.
Prześledziłam ścieżkę spojrzenia Imeldy wprost do torby, z której boku wystawała część nogawki w barwach Gryffindoru. Upchnęłam ją do środka z poirytowaniem.
– Przecież nie idę na imprezę piżamową do jego dormitorium. Mamy sprawdzone miejsce.
– Skoro tak mówisz… – Z roztargnieniem wyrzuciła na pościel pstrokate pudełko. – Uważasz, że to odpowiedni ruch?
– Odpowiedni ruch?
– Wiesz, jacy są chłopcy.
Prychnęłam.
– Do niczego nie dojdzie – powiedziałam.
– Prawidłowo. Nie mogą tak łatwo dostawać wszystkiego, czego chcą. Powinni na to zapracować, ale też nie rób mu złudzeń, żeby niczego nie próbował…
Czy właśnie tak postępowała z Cassiusem? Nie znałam ich przeszłości, ale podejrzewałam, że gdyby w ciągu ostatnich lat doszło między nimi do czegokolwiek, nie wieszałby się na niej przy każdej możliwej okazji. Cassius korzystał z tego, że dzięki nauce w Hogwarcie żył w otoczeniu setek zauroczonych nim dziewcząt… Czy naprawdę zaprzestanie tego dla Imeldy?
– Corvus taki nie jest – odparłam.
– Nie bądź naiwna. Jest siedemnastolatkiem. Pewnie o niczym innym nie myśli, kiedy cię widzi.
– Imeldo!
Mimo że spojrzała na mnie z powagą ponad krawędzią wieka kufra, w jej oczach rozbłysło rozbawienie. Dla odwrócenia uwagi od płonącej żywcem twarzy chwyciłam za pudełko i spytałam:
– Co to takiego?
– Karcianka. Nie grałaś? – Kiedy zaprzeczyłam, dodała: – Lepiej nie wspominaj o tym Cassiusowi. Używa Eksplodującego Durnia na tej samej zasadzie, co mugole bawią się w kręcenie butelką.
– Dobrze wiedzieć… Mogę to pożyczyć?
– Wando!
Wyszczerzyłam zęby, a Imelda zgodziła się z przekorną niechęcią, zanim wyszłam z dormitorium. Podskoczyłam do kuchni, gdzie skrzaty z przyjemnością wetknęły mi w ręce tacę pełną pysznego jedzenia. Na miejsce dotarłam wcześniej, niż ustaliliśmy. W komnacie zastałam wymiętą pościel i porozrzucane po materacu poduszki, jak je ostatnio zostawiliśmy, więc pościeliłam, a także dostosowałam intensywność oświetlenia, by stworzyć nieco przyjemniejszą atmosferę.
Żałowałam, że nie starczało mi czasu na naukę zaklęć innych niż programowych, bo mogłabym wyczarować coś ładnego, co przyozdobiłoby puste wnętrze komnaty. To nasza pierwsza noc razem, odkąd niespodziewanie spaliśmy tu po zamknięciu mnie w schowku na miotły przez Ebenezera, a zarazem ostatnie spotkanie przed przerwą świąteczną i nowym rokiem. Zależało mi, żebyśmy mogli miło wspominać ten wieczór, ale smakołyki i gra musiały wystarczyć.
Zerknęłam na zegarek, słysząc skrzypienie drzwi. Nie tylko ja się pospieszyłam.
– Widzę, że mieliśmy ten sam pomysł – powiedział z uśmiechem Corvus, sięgając do torby. Wyjął z niej paczkę słodyczy z Miodowego Królestwa, a następnie dwie butelki kremowego piwa. Skinął na kartonowe pudełko. – A to co?
– Eksplodujący Dureń.
– Grałaś już kiedyś? Nie? Zatem przygotuj się na unicestwienie.
– Unicestwienie? – Rozbawiona uniosłam brwi. – Mógłbyś dać mi fory na początek.
– To niebezpieczna gra. – Rozłożył ręce, siadając po turecku, i skradł mi szybkiego całusa. – Nie chciałbym eksplodować, rozumiesz chyba.
Lekko zarumieniona rozłożyłam karty i zabrałam się za studiowanie instrukcji, ale nie potrafiłam się skupić. Na ustach nieprzerwanie czułam muśnięcie warg Corvusa, tak niewinne i proste, ale nadal skutecznie pozbawiające mnie umiejętności trzeźwego myślenia. Równie dobrze mogłam patrzeć na zasady zapisane hieroglifami.
– Możemy zagrać w najprostszy wariant – powiedział rzeczowo. Dalej przewracałam strony, ale kątem oka widziałam, że Corvus otwierał dla nas kremowe piwo. Wyciągnęłam rękę, a on wsunął w nią butelkę. – Karty same będą się dla nas rozkładały, a my musimy stuknąć różdżką w momencie, kiedy wypadnie para.
– Brzmi dobrze. – Upiłam rozgrzewający żołądek łyk. – Gramy o coś?
Wydał z siebie pomruk zastanowienia, kiedy sięgał po kociołkowego pieguska. Na ten widok zorientowałam się, że Corvus nie dotrzymał obietnicy – skąd wziął słodycze z Miodowego Królestwa, jeśli nie wymknął się tajnym przejściem? Byłam ostatnią osobą, która mogła prawić mu morały, więc przemilczałam to spostrzeżenie.
– Czemu nie? – powiedział. – Ja mogę grać o pocałunki.
Podniosłam wzrok znad instrukcji, napotykając całkowicie poważną minę. Uniosłam kpiąco brew i spytałam:
– Po pierwsze: dopiero co miałeś jeden za darmo. Po drugie: czemu tylko ty grasz o pocałunki? Co ze mną?
– To był co najwyżej buziak. – Corvus oparł się na wspartej za plecami ręce, popijając piwo. Nie mogłam powstrzymać się od przesunięcia wzrokiem po jego sylwetce. Naprawdę nie musiał robić nic, żeby przyprawić mnie o szybsze bicie serca. Wystarczyło, że siedział o tak, wyciągnięty… – Szanse na wygraną masz marne, ale jeśli się postarasz, możesz wygrać coś lepszego niż buziaki i pocałunki.
– Coś lepszego? – Szczerze wątpiłam. Buziaki i pocałunki to gra o najwyższą stawkę. – Niby co?
– Swój prezent świąteczny.
Szczęka mi opadła – dlatego się wymknął! Nie dość, że się umówiliśmy na wymianę podarunków po powrocie z przerwy w nauce, dalej nie wiedziałam, co mu kupić!
– Ale przecież…
– Jeśli przegrasz, dostaniesz prezent po świętach, tak jak ustaliliśmy.
Zaciekawiona przytaknęłam na zgodę, a on stuknął różdżką w rozłożoną na pościeli talię, która przetasowała się samodzielnie. Pierwszą turę wygrałam bezproblemowo, ale dostałam porządne fory – Corvus wciąż siedział niedbale wyciągnięty do tyłu, a do kart sięgał tak powoli, że nawet gumochłon by je dopasował. W drugiej turze Corvus nie tylko usiadł prosto, ale też odstawił butelkę z kremowym piwem na posadzkę, zanim zaczął stukać różdżką w karty tak szybko, że mój mózg nie zdążył zarejestrować pojawiających się symboli.
– To nie fair! – jęknęłam. – Ty masz wyćwiczone refleksy przez grę w quidditcha!
– Może i tak, ale ja gram o złoto. Dostaniesz prezent, tylko trochę później – stwierdził z uśmiechem.
Ewidentnie zamierzał oddać mi ten ruch, jednak na tym etapie gry talia tak szybko wypluwała karty, że ze stresu stuknęłam w nie ten symbol, co trzeba. Doszło do małej eksplozji, która przebiegła wzdłuż różdżki i poraziła mnie ładunkiem elektrycznym w palce.
– Auu! – syknęłam, strzepując rękę. – A ty i tak dostaniesz to, czego chcesz. To dalej nie fair…
– Ale ja nie chcę dostać, tylko wygrać. – Corvus błyskawicznie dopasował nową parę. I znów. Nie miałam szans! – Tak jest ciekawiej.
– Skoro wiedziałeś, że jesteś taki dobry, mogłeś poprosić o coś ciekawszego niż pocałunki – burknęłam. Tym razem udało mi się wypatrzeć odpowiedni symbol, ale Corvus ubiegł mnie o ułamek sekundy. Narastała we mnie niemożliwa do opisania frustracja.
– Możesz przegrać więcej niż raz, a ja za każdym razem mogę zażyczyć sobie czegoś innego. – Porażony poderwał rękę i przemilczał ból. – Od ciebie.
Chociaż w pierwszej chwili wyrwało mi się z piersi triumfalne „ha!" na widok porażki Corvusa, w drugiej dotarł do mnie sens jego słów.
– Czego innego byś chciał? Auu! – Przeklęłam cicho, a różdżka wyleciała mi z ręki, kiedy przebiegł przez nią prąd. – Czekaj!
Corvus zaśmiał się, podczas gdy pośród pościeli szukałam swojej zguby. Znów miał dobrą passę i dopasowywał kolejne pary z dziecinną prostotą, jakby grał w Eksplodującego Durnia jeszcze w pieluchach.
– Dowiesz się, jak przegrasz – rzucił, kiedy wróciłam do rozgrywki. – Jeszcze trzy tury…
Nie ma mowy, nie przegram! Szło mi tak tragicznie, że w akcie desperacji postanowiłam stukać w symbole na oślep, zanim jeszcze wyskakujące z talii karty zdołały się obrócić. Kilka razy wiedzona zaskakującym łutem szczęścia zdołałam trafić, ale zanim zaczęłam świętować, zostałam trzykrotnie pod rząd porażona prądem, a różdżka znów wyleciała mi z ręki.
– Co ty wyprawiasz? – zaśmiewał do rozpuku.
W poszukiwaniach gorączkowo obmacywałam fałdki pościeli.
– Nie dam ci punktów! Z czego się śmiejesz? – fuknęłam rozeźlona, kiedy już znalazłam różdżkę, a ten dalej chichrał się jak wariat.
– Przecież czytałaś instrukcję! – Cudem udało mu się dopasować ostatnią parę, zanim talia zamarła, oświadczając koniec gry. – Za każdy błąd przeciwnik dostaje punkty, Wando…
– Nie!
Porwałam instrukcję z pudełka, gorączkowo przewracając śliskie strony w poszukiwaniu sposobu liczenia punktów. Mina mi zrzedła, kiedy okazało się, że Corvus wcale nie kłamał. Przyprawiłam się nie tylko o niepotrzebne porażenia prądem, ale na własne życzenie przyczyniłam do przegranej z kretesem. Do tego przy każdym ruchu czułam, że naelektryzowane eksplozjami włosy poruszały mi się na powietrzu. Przylizałam je wciąż nieprzyjemnie mrowiącą ręką, doszczętnie poirytowana.
– Nie miałam najmniejszych szans, żeby wygrać prezent – powiedziałam, kiedy Corvus odrzucił różdżkę na bok. – Nie musiałeś mnie podpuszczać.
– Miałaś. Zawsze istniała szansa, że okażesz się urodzoną mistrzynią.
Prychnęłam, ale uraza szybko poszła w niepamięć, kiedy zostałam pchnięta na poduszki. Nie zamierzałam narzekać na fakt, że Corvus chciał tak szybko odebrać nagrodę, wręcz przeciwnie. Przepełniona trudnym do zniesienia napięciem chwyciłam go za sweter i przyciągnęłam, a nasze usta zatopiły się w sobie nawzajem na przynoszący wytchnienie moment. Ulga wyczekiwanym jakby od tysiącleci pocałunkiem nie trwała jednak długo, bo chociaż spełniliśmy swoje pragnienia, rozgorzały w nas nowe, intensywniejsze, które przybierały namacalne formy pod postacią ciasno zwartych ciał.
Chociaż wiedziałam, że to już niemożliwe, chciałam przyciągnąć Corvusa jeszcze bliżej. Sięgnęłam w dół i szarpnęłam stojący mi na drodze sweter, przy okazji wyciągając koszulkę ze spodni. Kiedy tylko poczułam ciepłą skórę pod opuszkami palców, Corvus złapał mnie za nadgarstki i przycisnął je do poduszki ponad moją głową.
– Nie wygrałaś tego.
Zacisnęłam usta, podwójnie poirytowana.
– Jeśli od mojej wygranej w Eksplodującego Durnia ma zależeć… – Szukałam odpowiednich słów, wpatrując się w kusząco wiszącą nade mną twarz z zaczerwienionymi od pocałunków ustami. – …progresowanie naszej relacji, mogę tu i teraz oddać się do klasztoru.
– Klasztoru?
– To takie miejsce, w którym żyją zakonnice… – mówiłam, ale po minie Corvusa wnioskowałam, że niewiele rozumiał. – Zakonnice składają śluby czystości.
– To nie będzie konieczne. – Zaśmiał się cicho i odsunął, a na ten widok zrzedła mi mina. Oparł głowę o kolumnę, wskazując gestem na rozsypaną po kołdrze talię. – Chcesz zagrać jeszcze raz?
– Wolałabym kontynuować to, w czego trakcie byliśmy – powiedziałam. Owijanie w bawełnę nie przyniosłoby żadnego skutku. Byłam cała rozgrzana od obściskiwania się na poduszkach, więc nagły rumieniec wcale mi nie groził.
– Przed nami cała noc, spokojnie. Przyjdzie na to jeszcze czas. – Przyglądał mi się z delikatnym uśmiechem, a oczy iskrzyły mu się, jakby ktoś rozpalił w nich pochodnie. – Za to mógłbym ponownie rozważyć kwestię twojego prezentu…
– Nie gram.
– Chodziło mi bardziej o twoje dobre sprawowanie – wyjaśnił spokojnie. – Odpuściłaś sobie, prawda? Nie włóczysz się niepotrzebnie po zamku nocami, nie węszysz wokół Ebenezera, co? Uważam to za postęp.
Miał rację. Byłam na tyle rozanielona potajemnie skradzionymi pocałunkami na korytarzach, nocnymi pogawędkami przez fałszoskop i wyczekiwaniem wspólnych lekcji historii magii, że spałam jak dziecko. Nie zaprzątałam sobie myśli niczym innym, a nawet wypadłam z harmonogramu nauki, bo nie potrafiłam skupić się na materiale, rozpamiętując miękkość ust Corvusa.
– Miałam inne rzeczy na głowie, tak – przyznałam, nie zamierzając wyjawić, że te „inne rzeczy" to wyłącznie Corvus. – Jeszcze nic dla ciebie nie mam, więc może powinniśmy poczekać…
– Jesteś pewna?
Wydął wargi, jakby było mu wszystko jedno, ale coś w tych płonących oczekiwaniem oczach podpowiedziało mi, że nie tylko mnie rozpierała ciekawość.
– No dobrze, nie wytrzymam tyle czasu.
Wytrzymałabym, z trudem, ale wytrzymałabym. Przysunęłam się bliżej, podczas gdy zadowolony Corvus machnięciem różdżki przyzwał leżącą w kącie komnaty torbę. Nadal łaknęłam jego bliskości i ośmieliłam się, by wsunąć się pod jego rękę. Zanim oparłam głowę na piersi Corvusa, podchwyciłam zadowolone spojrzenie, więc umościłam się wygodnie, wyczekując prezentu.
– Zamknij oczy i wyciągnij ręce.
Zrobiłam, co kazał. Kiedy objął mnie w pasie, coś kwadratowego wylądowało mi w złączonych dłoniach. Musnęłam palcami kształt, wyczuwając miękki materiał i biegnącą dookoła szczelinę. Pudełko.
– No, możesz.
Wsparł brodę na mojej głowie. Zawahałam się na moment, zanim uniosłam wieczko. Umawialiśmy się na podarowanie sobie nawzajem niedrogiego drobiazgu, a ozdobne, granatowe pudełeczko zdecydowanie nie skrywało czegoś taniego. Ciekawość zdołała zagłuszyć we mnie obawy, a kiedy tylko moim oczom ukazała się zawartość, zapomniałam o wszystkim innym.
Wydobyłam z aksamitnej poduszeczki okrągłą broszkę. Wypolerowana, srebrzysta obręcz połyskiwała dookoła obsydianowego kamienia przedstawiającego usłane gwiazdami niebo, po którym szybowała zbliżająca się sylwetka. Smok o stłumionym kolorze czerwieni podleciał bliżej, trzepocząc skrzydłami pokrytymi cienkimi błonami jak u nietoperza, a następnie wypluł strumień ognia, wylatując poza skraj broszki.
– Co to za gatunek? – spytałam ze zmarszczonymi brwiami, wykręcając szyję, żeby spojrzeć na Corvusa. Minę wciąż miał pełną wyczekiwania.
– Sprzedawca powiedział, że to subsaharyjski żmijowiec rodzimy dla Afryki. Podoba ci się?
– Jest wspaniała. – W podzięce skradłam mu buziaka, żeby jak najszybciej przekręcić się w jego ramionach i przyjrzeć broszce. Smocza sylwetka znów się na niej pojawiła, w oddali, pośród połyskujących mocniej gwiazd. – Czekaj…
Zmrużyłam oczy, uważnie studiując rozsypane po niebie świecące punkty. Astronomii zaczęłam uczyć się dopiero w Hogwarcie, więc dłuższy moment zajęło mi zorientowanie się, na co patrzyłam.
– Czy to jest – mówiłam cicho, zamyślona, ale mojej uwadze nie umknęła zamierająca wpół oddechu pierś Corvusa – gwiazdozbiór kruka? Twój gwiazdozbiór? – Wyczekiwałam odpowiedzi, która nadeszła pod postacią potwierdzającego pomruku. – To naprawdę… kochane. Dziękuję.
Znów go pocałowałam, tym razem długo i czule, jakbym chciała przekazać mu swoje myśli. Ten prosty fakt zawarcia przez Corvusa odrobiny siebie w podarku musiał świadczyć, że to, co między nami było, to coś znacznie więcej niż nastoletnie zauroczenie i schadzki w potajemnej komnacie.
– Cieszę się, że ci się podoba – wymamrotał Corvus między kolejnymi pocałunkami. Parzące dotykiem dłonie zamknęły się wokół mojej talii, tuż nad biodrami. Nawet nie wiedziałam, kiedy wdrapałam się niego i oplotłam nogami. – Tak myślałem… ale nie sądziłem, że aż tak ci się spodoba.
– Jest wspaniała, ale chyba nie dotrzymałeś słowa co do budżetu. I jak ja teraz znajdę ci równie dobry prezent?
– To nie jest rywalizacja. Będę zadowolony z wszystkiego – zapewnił, zaciskając rękę na dłoni, w której ściskałam broszkę. Powiedział to tak szczerze, że się kłębiąca się w piersi obawa zelżała. – I tak wolę dawać prezenty, niż je dostawać.
– Dlaczego? – spytałam, kiedy zsunął mnie z siebie z powrotem do tej samej pozycji, co wcześniej.
– To samo w sobie daje przyjemność. – Obracał nasze splecione dłonie, jakby się im przyglądał. – Nie wiem, co chciałbym dostać. Ciebie już mam…
Drgnęłam, gdy zostałam ciasno objęta w talii. Serce zabiło mi szybciej na dźwięk tych słów, które były jak miód na uszy, ale jednocześnie sprawiły, że odczułam podenerwowanie. Przeklęłam w duchu Imeldę. Jej słowa na temat chłopców obiły mi się o czaszkę, jakby siedziała tu teraz z nami.
– O co tym razem gramy? – spytałam drżącym głosem, wysuwając się z uścisku, i zebrałam rozsypane po pościeli karty.
– Myślałem, że nie chcesz już grać.
– Ale ty chcesz. – Przeniosłam się na drugą stronę materaca, ustawiając talię między nami. – Po przegranej miałam się dowiedzieć, czego jeszcze byś sobie życzył.
– Chodziły mi po głowie dwie rzeczy. – Pochylił się do przodu i upił łyk kremowego piwa. – Jedna pewnie mogłaby ci się spodobać i moglibyśmy grać o nią oboje. Druga niekoniecznie przypadłaby ci do gustu.
Jeszcze na początku wypowiedzi w jego oczach igrały wesołe ogniki, jednak kiedy przeszedł dalej, spoważniał. Co mógł mieć na myśli?
– Więc? Muszę usłyszeć te rzeczy, żeby móc się na nie zgodzić. Zacznij od tej, która mi się spodoba.
– Osoba, która wygra, będzie w nocy dużą łyżeczką. – Wargi mu zadrżały, mnie zresztą też, chociaż w piersi narastał stres. Gestem nakazałam mówić dalej, dla odmiany ciesząc się z nadchodzącej przegranej. – A ta druga… Chciałem cię o coś zapytać.
Patrzył na mnie badawczo przez ułamek sekundy, zanim uciekł wzrokiem w bok. Nagle zainteresował się pudełkiem od gry, chwycił je i przewracał w rękach.
– Chciałeś zapytać o moich rodziców, tak? – odezwałam się, a Corvus odłożył kartonowe wieczko. Ledwo dostrzegalnie skinął głową. Przed odpowiedzią nabrałam uspokajającego wdechu. – Możemy o to zagrać.
Zdziwił się, ale niczego nie skomentował. W ciszy obserwował, jak machnięciem różdżki przetasowałam talię, a następnie stuknęłam w nią, by rozpocząć grę. Tym razem szło mi o wiele lepiej – po części dlatego, że Corvus był nieobecny, po części dlatego, że poprawiły mi się refleksy. Mimo wszystko kiedy talia zaczęła wypluwać coraz to nowe karty jak kule z karabinu maszynowego, zaczęłam się gubić i byłam karana porażeniami prądu, na szczęście różdżka ani razu już mi nie wypadła. Corvus wybudził się dopiero wtedy, kiedy sam źle dopasował parę, a wyrzucona w powietrze karta kopnęła go w ręce. Talia znikała w oczach, jednak Corvusowi w ostatniej chwili udało się zdobyć dwa punkty przewagi, dzięki którym wygrał przyjemność bycia dużą łyżeczką.
Posłał mi ukradkowy uśmiech, ale taki z rodzaju nerwowych. Widocznie kwestia moich rodziców zaprzątała mu głowę na tyle, że nieszczególnie ucieszył się na wizję nocnych przytulanek i w sumie mu się nie dziwiłam. Sama siedziałam jak na szpilkach, gdy rozpoczynaliśmy trzecią rozgrywkę, mimo że wiedziałam, że niezależnie wyniku rozgrywki do rozmowy i tak dojdzie.
Tym razem Corvus był w stu procentach skupiony. Ani razu nie podniósł na mnie wzroku, nawet wtedy, gdy kopnęło mnie dwa razy pod rząd i wydałam z siebie zduszony okrzyk; kontynuował stukanie różdżką w karty, wolną ręką podpierając brodę. Siedział pochylony, ze spuszczoną głową, więc nie mogłam dostrzec na jego twarzy nic poza raz po raz marszczącym się czołem czy drgnieniami brwi.
Mimo że cudem udało mi się dopasować dwie ostatnie pary, Corvus i tak pobił mnie zdecydowanie zbyt dużą ilością punktów, bym mogła się do tego przyznać bez wstydu. Żadne z nas nie skomentowało wygranej, Corvus nie świętował, więc zebrałam karty i schowałam je do pudełka, które odłożyłam poza materac. W ciszy dopiłam resztki kremowego piwa, zerknąwszy na zegarek. Dochodziła północ.
– Kładziemy się? – spytałam, a wyrwany z przemyśleń Corvus przytaknął niemal szeptem.
Przebraliśmy się w piżamy, każde w osobnym kącie komnaty, a kiedy już leżeliśmy pod rozgrzewającą kombinacją kołdry i koca, zaklęciem zgasiłam płomień tlący się w pochodni. Ciążyło między nami drętwe milczenie, przerywane wyłącznie dźwiękami naprzemiennych oddechów i szelestów pościeli, gdy szukaliśmy wygodniejszych pozycji.
Przekręciłam się na bok, zamierzając poczekać, aż Corvus odbierze swoją nagrodę, ale nie zmarnował ani chwili. Bez wahania przygarnął mnie do siebie tak blisko, jak tylko możliwe, a jego ciepły oddech rytmicznie owiewał mi szyję, w której zagięcie wtulił twarz.
– Twoi… – Chciałam powiedzieć „rodzice", ale myślami powędrowałam do zamkniętego w Azkabanie ojca Corvusa. – Twoja mama lubiła astronomię?
– Nie, raczej nie. – Wziął głęboki wdech, zanim wyjaśnił: – Moja matka pochodzi od Malfoyów, a jej matka od Blacków. Oba rody mają wielowieczną tradycję inspirowania się nazwami gwiazdozbiorów przy doborze imion dla dzieci.
– Och. To jak mają na imię?
– Matka Cassiopeia, babka Lacerta – powiedział. Czułam dekoncentrujący ruch jego warg na skórze. – Wiesz… Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz.
– Wiem. – Pod kołdrą poszukałam ręki, którą mnie otaczał, odnalazłam palce i splotłam z nimi swoje. – Zamierzałam ci to opowiedzieć. Nieważne, kto by wygrał.
Ta chwila zbliżała się wielkimi krokami od pierwszej spędzonej tu nocy, a mimo to nie zastanowiłam się nad sposobem przeprowadzenia tej rozmowy.
– Więc? – spytał półgłosem, mocno odwzajemniając uścisk dłoni.
Z westchnieniem zaczęłam opowiadać. Na początku sprawiało mi to trudności, gubiłam się między wątkami, ale im dłużej mówiłam, tym łatwiej kolejne słowa spływały mi z języka. Nie pomijałam żadnych kwestii – zaczęłam od ograniczania swobód przez matkę, przeszłam do feralnego przyjęcia urodzinowego taty, gdzie dowiedziałam się o byciu charłaczką. Historię zamknęłam pamiętnym odkryciem, że jak wielkie żniwa zebrały rodzinne kłamstwa, a także wyznaniem matki pod wpływem Veritaserum.
Corvus milczał tak długo, że zachodziłam w głowę, o czym mógł myśleć. Co o tym wszystkim sądził? Nie wiedział, co powiedzieć, szukał niewybrednego komentarza odnośnie mojej rodziny? A może uważał, że przesadzałam? Albo spał…?
– Choćbym zastanawiał się nad tym całą wieczność, nie znalazłbym odpowiednich słów do opisania twoich rodziców. – Podniósł się na łokciu, jakby chciał na mnie spojrzeć, ale w komnacie było na to zbyt ciemno. – To jest niewybaczalne, Wando.
– Tego się obawiam.
– Obawiasz? Wybór wydaje się prosty, ale może czegoś nie rozumiem.
– Niby jest prosty, tylko… co bez nich zrobię? Zawiodłam się na cioci i nie chcę żyć wiecznie na jej garnuszku – mówiłam. – Najchętniej nie spojrzałabym już rodzicom w oczy, ale jeśli się na to zdecyduję, zostanę całkiem sama… Sama w świecie, który znam od dwóch miesięcy i nie mam w nim nic. Co zrobię?
– Nie jesteś sama – odparł stanowczo. – Przed latem zdasz sumy, zostaniesz w Hogwarcie jeszcze na rok, żeby mieć owutemy…
– A co z wakacjami?
– W wakacje możesz być u mnie – wypalił, a zdanie zakończył taką nutą, jakby zdziwiły go jego własne słowa.
– Z Vulpeculą? – Tym razem to ja zerknęłam przez ramię, ale widziałam tylko ciemność, może wątłe zarysy sylwetki, nic więcej. – To nie ma prawa bytu.
– Nasz dom jest wielki, pomieścicie się w nim obie.
– Choćby mogło się w nim pomieścić dwieście Wand i Vulpecul, nie będę spać pod jednym dachem z kimś, kto zwyzywał mnie od szlam.
– No to zamknę ją w piwnicy razem z czarnomagicznymi artefaktami Thorfinna. – Chociaż brzmiał poważnie, czułam na szyi muśnięcie rozciągających się w uśmiechu ust. – Nie martw się wakacjami, coś wymyślimy. Mamy na to jeszcze pół roku.
Nie podzielałam lekkodusznej perspektywy Corvusa. Nawet gdyby z równania odjąć Vulpeculę, nie wyobrażałam sobie wproszenia się do domu Cassiopei, zupełnie obcej kobiecie. Nie potrafiłam nawet znieść myśli, że mogłabym oczekiwać tego rodzaju pomocy od Corvusa. Cokolwiek zadecyduję, cokolwiek pocznę… będę musiała załatwić to sama – utrzymywać się samodzielnie, choćbym miała łączyć byle jaką pracę z nauką do owutemów. Nie chciałam stać się dla nikogo ciężarem.
Ciężarem? Nie. Może i nie uśmiechała mi się wizja polegania na ludziach, którzy nie mieli żadnego obowiązku mi pomagać, ale tak naprawdę chciałam… wolności. Gdybym zmusiła się do przebaczenia, żeby móc spędzić w Polsce wakacje między latami nauki, musiałabym dalej tańczyć tak, jak zagrałaby mi matka. Gdybym polegała na cioci, na pewno oczekiwałaby ode mnie utrzymywania kontaktu z rodzicami, co już udowodniła. Gdybym zgodziła się przyjąć propozycję Corvusa, musiałabym się dostosować do zasad panujących w domu Rowle i tolerować Vulpeculę.
Prędzej wyprułabym sobie żyły.
– O czym tak myślisz? – spytał.
Wierciłam się niespokojnie, aż wreszcie zdecydowałam obrócić się na drugi bok. Wtuliłam twarz w ciepłą koszulkę, a Corvus oparł brodę na mojej głowie, zanim okrył mi plecy kołdrą.
– O przyszłości – przyznałam półgłosem. – Nie chcę dłużej o tym rozmawiać. Chodźmy spać.
