Noc nie należała do spokojnych – naprzemian zamartwiałam się Corvusem i kuriozalną reakcją Gniewka. Na początku denerwowały mnie jego odklejone od rzeczywistości komentarze – jakbym miała nierówno pod sufitem ze względu na wybranie czarodziejskiego świata ponad studia i mugolską egzystencję – ale im dłużej się nad nimi zastanawiałam, dochodziłam do bardziej ponurych wniosków. Gdyby wczoraj rano ktoś powiedział mi, że Gniewko miał tak wypaczoną perspektywę na sytuację, w której się znajdowałam, zaśmiałabym się.

Teraz wcale nie było mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie, panicznie bałam się, że magia nas rozdzieli. Nie raz słyszałam historie o wieloletnich przyjaźniach z czasów nastoletnich, które rozpadały się po wejściu w dorosłość – różne studia, plany, ścieżki życiowe – jednak nigdy nie sądziłam, że coś takiego mogłoby spotkać właśnie nas. Nie brałam tego pod uwagę nawet wtedy, gdy uważałam się za charłaczkę decydującą między dwoma światami. Gniewko w moim życiu stanowił oczywistą oczywistość i stałą z rodzaju takich, jak słońce wstające na wschodzie.

– Ziemia do Wandy! – Zniecierpliwiony głos Gniewka przedarł się przez gęstą chmurę myśli. – Pytałem o postępy w sprawie magicznego długopisu.

– Długopisu? Corvus powiedział, że spróbuje coś wymyślić. – Przybrałam przepraszającą minę, zanim powiedziałam: – Sorry, że jestem taka nieobecna, zastanawiałam się nad czymś…

– Ma to jakiś związek z tym, że wyglądasz, jakby Knedel umarł?

Uśmiechnęłam się blado.

– Trochę. Myślałam o przyszłości…

– No i co z nią?

Gniewko przyglądał mi się ze szczerym zaciekawieniem, pochłaniając znikające w zastraszającym tempie frytki, którymi mieliśmy się dzielić. Powinnam być z nim szczera odnośnie obaw, ale sama myśl o wyłożeniu kawy na ławę przyprawiała mnie o mdłości.

– Zastanawiałam się, co zrobię, kiedy rok szkolny się zakończy – powiedziałam częściowo zgodnie z prawdą, jako że to też nieustannie leżało mi na duchu. – Jak ułożę sobie życie bez pomocy cioci i rodziców.

– Dlaczego miałabyś robić to bez ich pomocy? – Gniewko pociągnął napój przez słomkę, marszcząc brwi.

– Tak zadecydowałam. Nie będę potrafiła wybaczyć im przez bardzo długi czas… – „Wcale", pomyślałam. – …a po wydarzeniach ze świąt jestem pewna, że nie chcę wracać do domu.

– A co z twoją ciocią? Myślałem, że jest w porządku.

– Taka się wydawała, ale zawiodłam się na niej. Długo by tłumaczyć.

Może i to Gniewko uznałby za nonsens? Skoro miał tak negatywną perspektywę na świat czarodziejski, czy w przyszłości mogłabym podzielić się z nim problemami wynikającymi bezpośrednio z tutejszej kultury? Gdybym zapragnęła wyjaśnić mu to teraz, musiałabym zacząć opowieść od samego początku – zarysować ideę czystości krwi, wdrożyć w setkę wydarzeń z Hogwartu, przez które straciłam szacunek wobec Jany. Tłumaczenie tego wszystkiego trwałoby godzinę, jeśli nie dłużej.

Mimo to wspomnienie cioci poniekąd podniosło mnie na duchu – podczas stawiania pierwszych kroków w Wielkiej Brytanii też musiała być sama. Niezależnie od stosunków między nami stanowiła dowód, że w czarodziejskim świecie start od zera był możliwy. Udało się jej nie tylko uzyskać tytuł profesorski, zostać właścicielką apteki, ale i prowadzić korepetycje dla charłaków. Mimo poślizgu w nauce istniała nadzieja.

Chichot Gniewka wyrwał mnie z rozmyślań. Przesunął na blacie telefon, odwracając go w moją stronę, a na wyświetlaczu zobaczyłam serię pozostawionych bez odpowiedzi SMS-ów wysłanych przez jego matkę. Czytając od góry: „zapłać rachunki", „idź do sklepu", „rozwieś pranie", „kup ojcu Chesterfieldy" i najnowszy, wysłany przed minutą: „nakarm kota".

– Jak masz nakarmić kota, będąc w Londynie? – zapytałam.

– Nawet nie wiedzą, że tu jestem.

– Co? Nie powiedziałeś im?

– Zamierzałem, ale nie było dobrej okazji. – Zabrał telefon, kiedy wyskoczyło pełne serduszek i buziaczków powiadomienie od Werony. – Zawsze mówiłem, że nawet by nie zauważyli, gdybym zniknął. Czary-mary, znalazłem się w innym kraju, a oni po całym dniu nieobecności nawet nie zastanowili się, gdzie jestem.

– Powinni się wstydzić.

– E tam… W sumie, zastanów się nad tym. Twoi rodzice są jacy są, popełnili błędy, ale przynajmniej się tobą interesują. Nie odzywają się do ciebie wyłącznie z żądaniami, a zamiast tego piszą listy, zależy im. Tak na marginesie, twoja matka cyklicznie mnie nachodzi. Mimo szaleństwa potrafi mężczyźnie zawrócić w głowie szarlotką…

Na usta cisnęła mi się kontra z litanią przewinień wyrządzonych mi przez rodziców, ale nie mogłam zignorować ostatniego komentarza.

– Mężczyźnie? – prychnęłam. – Może i jesteś starszy, ale przypominam, że twój wiek nadal kończy się na „naście".

– Zacząłem chodzić na siłkę. – Podwinął rękawek koszulki z logiem Nirvany i wprawił mnie w osłupienie naprężeniem bicepsa, od którego niemal popękały szwy. – Kwestia czasu i role się odwrócą. Może zostanę twoim ojczymem?

Postukałam się w głowę, mimo że najchętniej przeszłabym do rękoczynów, od których Gniewka chroniło wyłącznie siedzenie po drugiej stronie stołu. Dokończył pochłanianie reszty frytek, zanim wyszliśmy z knajpy i jak na komendę równocześnie zapięliśmy się pod same szyje, co wprawiło nas w rozbawienie. W planach mieliśmy przejażdżkę London Eye, więc po podróży metrem ustawiliśmy się na szarym końcu kolejki.

– Powiesz mi wreszcie, o czym rozmawiałeś z Corvusem? – spytałam, jako że od wczoraj ta kwestia powracała do mnie niczym bumerang.

– O życiu… i śmierci… – rzekł niczym ksiądz wygłaszający kazanie.

Wywróciłam oczami, chuchnięciem ogrzewając skostniałe ręce.

– Poważnie, Gniewko.

– No dobrze. Muszę cię zmartwić, Wando. Twój chłopak ma toksyczne zapędy, które doskonale ukrywa.

– Co takiego? Corvus? – Wytrzeszczyłam oczy, chociaż odezwała się we mnie nutka podejrzliwości. – O czym ty mówisz?

– Widzisz, kiedy zostaliśmy sami, pokazał się z zaborczej strony. Normalnie Otello z różdżką. Zagroził, że jeśli tknę cię palcem, rozprawi się ze mną w stylu „Ojca Chrzestnego".

– Gniewko! Corvus nawet nie wie, co to są filmy! Czarodzieje nie oglądają telewizji…

– Nie? – Przybrał szczerze zdziwioną minę. – No to może ja mu tak powiedziałem, nie pamiętam już.

– Chyba żartujesz.

Z jego roziskrzonych rozbawieniem oczu emanowały słowa „nigdy się nie dowiesz". Pchnął mnie ku wagonikowi, a gdy machina zaczęła powoli wznosić nas w powietrze, dalej myślałam o Corvusie. Co naprawdę między nimi zaszło? Gniewko żartował tak często, że nie wiedziałam, czy naprawdę posunąłby się do gróźb. Jeśli to zrobił, z pewnością były prześmiewcze, ale co pomyślał sobie Corvus, który nie znał go z tej strony?

– Patrz – powiedział Gniewko, wskazując na lewo.

Za szerokim pasem rzeki spojrzałam na Big Bena górującego nad pałacem Westminsterskim – przez rozcięcie w burzowych chmurach padała na niego świetlista łuna, która pobudzała wyzuty z koloru krajobraz do życia. Kiedyś tak bardzo pragnęłam zobaczyć ten widok, ale teraz wielkomiejski zgiełk i gonitwa aut po przecinającym Tamizę moście sprawiały, że tęskniłam za Hogwartem. Nie mogłam doczekać się gwaru rozmów w Wielkiej Sali, szelestu papieru i szeptów w ogromnej bibliotece, a przede wszystkim chciałam znów zobaczyć Corvusa.

– Co byś zrobiła, gdyby wagonik się poluzował? – spytał Gniewko, przyglądając się mocowaniom. – Ciekawe, jak długo spadalibyśmy z tej odległości…

Podkusiło mnie, żeby spojrzeć na przechadzających się ulicami ludzi, a na ten widok połączony z wyobrażeniem awarii London Eye zrobiło mi się słabo.

– Ktoś, kto w przyszłości chce być drugą Khaleesi, nie powinien bać się wysokości – mruknął, szczerząc zęby w uśmiechu.

– To nie jest „Gra o Tron" – prychnęłam. – Na smokach się nie lata.

– To co robi się w rezerwatach? Przerzuca smocze łajno?

Mina mi zrzedła. Mimo że czarodzieje mogli wyręczyć się w tak przyziemnej pracy czarami, Gniewko na pewnym poziomie mógł mieć rację. Na zielarstwie używaliśmy łajna jako nawozu, a skąd się je brało, jeśli nie z rezerwatu? Ktoś musiał przewodzić łańcuchowi dostaw.

Nie połknęłam kolejnych przynęt zarzucanych przez Gniewka, który za punkt honoru obrał zapędzenie mnie do grobu przed postawieniem stóp na ziemi. Następne dni upłynęły nam na poznawaniu najbardziej ikonicznych miejsc w Londynie – barwnego, tętniącego życiem Piccadilly Circus, rozświetlonego lampionami i pachnącego niepowtarzalnymi potrawami Chinatown, a także tysiąca innych atrakcji, spośród których zakochałam się w Muzeum Historii Naturalnej. Zbierałam szczękę z podłogi na widok potężnego szkieletu płetwala błękitnego zawieszonego z zaokrąglonego sufitu najeżonego świetlikami. Pod ekspozycją przedstawiającą replikę ptaków dodo wdaliśmy się z Gniewkiem w sprzeczkę – nie chciał uwierzyć, że dodo w rzeczywistości nie wymarły, a były uzdolnionymi magicznie dirikrakami, które na widok mugoli znikały w kłębowisku piór, by pojawić się gdzieś indziej.

Nadszedł słodko-gorzki dzień powrotu do Hogwartu, a Gniewko zgodnie z planem odprowadził mnie na stację King's Cross. Chłonęłam widok przeszklonego sufitu ponad sznurem różnokolorowych wagonów, kiedy z zamyślenia wyrwał mnie kuksaniec w bok. Rozmasowałam obolałe miejsce i spojrzałam z pretensją na przyjaciela, zanim powiedział:

– Ktoś się na ciebie gapi.

Powędrowałam wzrokiem przez gąszcz ruchomych ciał, a między peronami dziewiątym i dziesiątym dostrzegłam znajomą postać. Oparty o ścianę Corvus uśmiechnął się nieznacznie, zanim poprowadził nas na ubocze.

– Wymyśliłem coś – powiedział, wyciągając z kieszeni płaszcza dwa kawałki pergaminu i czarne pióro, na którego widok Gniewko posłał mi spojrzenie wyrażające tysiąc słów krytyki: „Wando, oni nawet nie wiedzą, co to długopis". – Są współzależne podobnie do fałszoskopu, ale w przeciwieństwie do niego nie potrzeba magii, żeby wysyłać wiadomości. Pierwszy raz tworzyłem coś takiego, więc nie wiem, jak trwałe będzie zaklęcie, ale w razie czego mogę zrobić dla was kolejne.

– Co się stanie, kiedy zapiszemy całość? – spytał Gniewko, kiedy Corvus zrobił kleksa z atramentu na jednym pergaminie, a na drugim natychmiast pokazał się jego bliźniak.

– Wanda je wyczyści, wtedy u ciebie też wszystko zniknie – wyjaśnił, chowając pióro.

– Świetnie. Wreszcie nie będę musiał męczyć się z tymi przeklętymi sowami. – Gniewko pokazał nam pokryte blednącymi bliznami dłonie i zerknął na zegarek, zanim złożył swój pergamin i upchnął go w kieszeni. – Dobra, muszę odebrać moją lepszą połówkę z lotniska. Do zobaczenia… Pamiętaj, o czym rozmawialiśmy, stary.

– Nie śmiałbym zapomnieć.

Corvus uśmiechnął się nieznacznie, uparcie ignorując moje świdrujące spojrzenie. Pożegnaliśmy się z Gniewkiem, który zmiażdżył mnie w uścisku i błyskawicznie zniknął w napierającym z każdej strony tłumie. Przeszliśmy przez magiczną barierę na otulony kłębami dymu peron 9 i ¾.

– Czym zajmuje się jego ojciec chrzestny? – spytał Corvus. – Wspominał coś o nim.

Nie potrafiłam powstrzymać parsknięcia śmiechem na dźwięk tego niewinnego tonu głosu, a skonfundowana mina dolała oliwy do ognia. Streściłam pokrótce fabułę filmu, ocierając łzy z kącików oczu, a wyobrażenie wąsatego Gniewka w garniturze, z muszką i kotem na kolanach wryło mi się w umysł po wsze czasy jako jedna z najzabawniejszych rzeczy pod słońcem.

Najchętniej spędziłabym z Corvusem całą podróż powrotną do Hogwartu, ale ryzykowalibyśmy plotkami lub bezpośrednim przyłapaniem razem przez Ebenezera, więc w trakcie wędrówki peronem pozwoliliśmy, by tłum nas rozdzielił. Mimo to trzymałam się kilka metrów za Corvusem, kiedy przeciskałam się przez wąski korytarz pociągu. Zgromiłam spojrzeniem nieustannie depczącego mi po piętach Krukona, a kiedy minęłam następny przedział, Corvus odesłał zaklęciem kufer na górną półkę, po czym usiadł między Vulpeculą, Scorpiusem i kilkoma innymi Ślizgonami, pośród których brakowało stałego elementu układanki – Ebenezera.

Przeszłam prawie cały pociąg w poszukiwaniu przyjaciół, a gdy ruszył, zachwiałam się i przytrzymałam ściany przed wejściem do ostatniego wagonu. Peron przesuwał się leniwie za oknami, a ten widok był tak poruszający, że przystanęłam. Gdyby nie błędy popełnione przez rodziców, mogliby tu teraz być – machać i śmiać się do mnie podobnie jak migające mi przed oczami rodziny. Na tę myśl zamiast gniewu po sercu pierwszy raz rozlał mi się żal.

Rozległ się trzask drzwi, a za nim łomot obijającego się o framugi kufra. Wytrzeszczyłam oczy na widok zdyszanego Ebenezera, który w ostatniej chwili wskoczył do nabierającego prędkości pociągu. Przez moment przyglądał mi się nieobecnym wzrokiem, jakby nie spodziewał się mnie tu spotkać, aż wreszcie błysnął zębami w nieprzyjemnym uśmiechu.

– Co za spotkanie, moja ulubiona szlamo! – powiedział szczerze rozbawiony. Na widok jego błyszczących ekscytacją oczu przeszedł mnie dreszcz. – Zdaje się, że przeznaczenie cię do mnie ciągnie.

Mimo że na usta cisnęły mi się słowa na temat pecha, postanowiłam zachować się tak, jakby do tego spotkania nigdy nie doszło. Chybocząc się na drżącej podłodze skręcającego pociągu, szarpnęłam za drzwi do sąsiedniego wagonu, ale natychmiast zatrzasnęły mi się przed nosem. Wiedziałam, że nic poważnego nie grozi mi w tak bliskim otoczeniu setek innych uczniów, jednak wbrew logice dłonie miałam śliskie od potu.

– Czy was hodują w tej samej oborze? – spytał oparty o ścianę Ebenezer, nie chowając różdżki. Kiedy kufer wylądował na ziemi, postawił na nim nogę niczym kłusownik na świeżo upolowanej zdobyczy. – Wszystkie szlamy są takie same. Bezczelne, pozbawione szacunku wobec ludzi, którym powinny lizać podeszwy butów. Z mugolami jest podobnie.

– Fascynująca perspektywa – odparłam sucho. – Czy to wszystko?

– Nie. Odrobiłaś zadanie domowe?

Zmarszczyłam brwi, nie mając pojęcia, o czym mówił. Ebenezer łaskawie odegrał pantomimę otwierania i zamykania książki, a następnie wskazał na mnie, swoje oczy i wyciągniętą dłoń, po której kilkukrotnie przesunął palcami. Dla dodatkowo urągającego dumie efektu dodał, jakbym była niepełnosprawna intelektualnie:

– Wanda. Czy-ta-nie. My-śle-nie. Wnioski?

Zagotowało się we mnie tak intensywnie, że nie zdziwiłabym się, gdyby uszami trysnęła mi para. Instynktownie odszukałam różdżkę w kieszeni płaszcza, a ledwo zacisnęłam wokół niej palce, Ebenezer powiedział:

– Urocze. Naprawdę myślisz, że wyszłabyś z tego w jednym kawałku?

Oczywiście, że nie. Trzymiesięczna nauka była niczym w porównaniu z umiejętnościami Ebenezera, który obcował całe życie w otoczeniu magii. Mimo to obecność różdżki nieśmiało dodawała mi otuchy, nawet jeśli nie potrafiła uspokoić bijącego coraz szybciej serca.

– Teraz? Nie – odparłam podżegana wspomnieniami tych wszystkich razy, gdy fantazjowałam o zemście. – W przyszłości… to już inna kwestia.

– Będziesz chciała mnie zobaczyć po tym, co dla ciebie zaplanowałem? – Przybrał szczerze zdziwioną minę. – Liczysz, że znowu zamknę cię w schowku? To byłoby skrajnie głupie nawet jak na twoje szlamie standardy.

Uśmiechnął się i z teatralnym westchnieniem zdjął nogę z kufra, żeby podejść bliżej. Przeklęłam się w duchu w momencie zetknięcia się plecami z drzwiami do sąsiedniego wagonu. Znów pozwoliłam się zastraszyć.

– Żaden z tych wygłupów nie miałby potencjału śnić ci się po nocach – powiedział, opierając rękę tuż obok mojej głowy. Kiedy tylko się nade mną pochylił, nie powstrzymałam cisnącego mi się na twarz wyrazu obrzydzenia. – Jak dopnę swego, nawet ekstrakcja wspomnień ci nie pomoże…

Im dłużej Ebenezer przyglądał mi się niczym robakowi, którego nie deptał wyłącznie z litości, tym bardziej narastała we mnie ochota, by przyłożyć mu z pięści w twarz. Działanie pod wpływem impulsu byłoby głupotą, a jednak nie potrafiłam odpędzić od siebie tego wyobrażenia.

– Co byś zrobiła, gdybym wiedział o istnieniu czegoś, na czym ci zależy? – spytał, wolną ręką pociągając za kosmyk wystający ze splotu warkocza. – Albo jeszcze lepiej: o kimś.

Za plecami ukradkiem odszukałam uchwyt i spróbowałam otworzyć drzwi, jednak napotkałam opór zaklęcia. Przed świętami przerabiałam Alohomorę z Flitwickiem…

– Może wystarczyłaby twoja koleżanka, Naczelna Szlama? Nie jestem przekonany. Lepszy byłby chłopak, z którym…

Przed oczami mignęła mi twarz Corvusa, zanim szarpnęłam różdżką i nie pozwoliłam Ebenezerowi dokończyć zdania. Pod wpływem wymierzonego prosto w pierś Depulso grzmotnął w ścianę sąsiedniego przedziału i runął na trzęsącą się podłogę. Mimo pokusy ku kontynuowaniu, na widok błysku gniewu w oczach Ebenezera zaklęciem otworzyłam drzwi wagonu i rzuciłam się do ucieczki. Nie zdążyłam nawet przekroczyć progu, kiedy rozległ się łoskot i wyrwało mi głowę do tyłu. Krzyknęłam, próbując uwolnić warkocz z zatrzasku, ale zostałam złapana tuż przy nasadzie. Nie mogłam ruszyć się choćby o centymetr.

– Wando! – Imelda wyskoczyła na korytarz i oswobodziła mnie machnięciem różdżki. – Co się stało? Jak…

Zbladła, przez szybę widząc wstającego z ziemi Ebenezera, który wygładził pelerynę. Postąpił o krok do przodu, jakby nie zamierzał odpuścić, więc wymierzyłam w niego, mimo że Imelda próbowała mi przeszkodzić.

– Dość! – powiedziała na tyle głośno, by słyszał ją nawet przez zamknięte drzwi. – Wando, ty też!

Pociągnęła mnie za rękaw, a tym razem nie stawiałam oporu. Ebenezer niewinnie uniósł ręce i poderwał zaklęciem kufer, który pofrunął w głąb korytarza, zanim jego właściciel zastukał różdżką w zegarek. Bezgłośnie ułożył usta do słów „tik, tak" i oddalił się z zagadkowym uśmiechem.

– Na gacie Merlina! Coś ty sobie myślała? – mówiła, prowadząc mnie korytarzem. – Po co go atakowałaś? Teraz nie da ci żyć!

Ledwo ponuro zaśmiałam się w myślach, zostałam wepchnięta do najbliższego przedziału, gdzie po jednej stronie spoczywał zaczytany w Proroku Codziennym Arlo, a z drugiej w poprzek siedzeń leżał Cassius.

– Kogo moje oczy widzą! – powiedział z szelmowskim uśmiechem, podnosząc się. – O co chodziło z tym hałasem?

– Ebenezer przytrzasnął jej włosy drzwiami. – Imelda dosiadła się do Arlo, gdy zaklęciem wysłałam kufer na górną półkę. – Zaraz po tym, jak Wanda powaliła go na ziemię… Co w ciebie wstąpiło? Wiesz, co najlepszego zrobiłaś?

– Jakie to ma znaczenie? – powiedziałam z rozdrażnieniem, masując głowę w pulsującym tępym bólem miejscu. – I tak ma wobec mnie plan, nic tego nie zmieni.

– Jaki znowu plan? – Imelda pobladła. – O czym ty mówisz? Ani mi się waż znowu kłamać!

– Ja… To znaczy…

– Wando!

Przełknęłam ślinę, nie wierząc, że przez niewyparzony język wpakowałam się z deszczu pod rynnę na własne życzenie. Przemilczałam kwestię nocnego starcia z Ebenezerem sprzed tygodni, kiedy wylądowałam zamknięta w schowku na miotły, i nigdy już do niej nie wróciłam. Jedyną osobą, która wiedziała, był Corvus i nie został wybrany z przypadku – ufałam, że bez mojej zgody nie poinformuje o niczym Jany, a podobnej wiary nie miałam w przypadku Imeldy.

– Musicie mi obiecać, że nie powiecie cioci – powiedziałam z ciężkim sercem. – Gdyby się dowiedziała, pewnie odesłałaby mnie z powrotem do Polski.

– No, nie wiem. – Z zaciętą miną i zmrużonymi oczami Imelda naprawdę przypominała jastrzębia, choć ładna twarz w otoczeniu idealnie ułożonych włosów nieco psuła efekt. – Jeszcze nie wydusiłaś słowa, a już wiem, że profesor O'Brien powinna się o tym dowiedzieć w pierwszej kolejności.

– Chyba nie chcesz, żeby ją odesłali? – wtrącił Cassius, pochylając się w celu dania kuksańca Arlo, który natychmiast złożył gazetę i zaczął przysłuchiwać się naszej rozmowie. – Mam rację, nie?

– Oczywiście, że jej tego nie życzę, ale kto ode mnie wie lepiej, jakie to uczucie mieć celownik na plecach? – Imelda splotła ręce na piersi, piorunując Cassiusa wzrokiem. – On zabił Fileta! Do czego jeszcze jest zdolny? Nie możemy go lekceważyć!

– W takim razie nieważne – powiedziałam, usiadłszy, a Cassius bezceremonialnie przerzucił nogi przez moje uda. – Nie będę ryzykować powrotu do domu.

– Jesteś niepoważna! Ebenezer urządzi cię podobnie co mnie w zeszłym roku, a wierz mi, że spędzenie wakacji u Świętego Munga na eksperymentalnej terapii odtwarzania włosów nie należało do przyjemnych! – Imelda wyrzuciła ręce w powietrze. – Arlo, przemów jej do rozsądku!

Poświęcił chwilę na namysł, podczas gdy cała nasza trójka nie spuszczała z niego wzroku. Imelda zdawała się niewerbalnie grozić, Cassius podpuszczać, a ja błagałam.

– Hm… Chciałbym wiedzieć, co zaszło między Ebenezerem a Wandą – powiedział Arlo. – Mogłoby nam to pomóc, jeśli jeszcze zajmujemy się tą całą sprawą ataków… Zajmujemy się?

– Ty też jesteś niepoważny!

Wzruszył ramionami.

– Pewnie tak, ale to powinna być decyzja Wandy. Skoro chce, żebyśmy siedzieli cicho, nie widzę w tym problemu.

– Profesor O'Brien jest jej ciotką. Może wreszcie Ebenezera dosięgłyby jakiekolwiek konsekwencje. Nie wyobrażam sobie, żeby pozwolono mu znęcać się nad krewną kogoś z pracowników Hogwartu!

– Jesteś naiwna. – Cassius westchnął ostentacyjnie, zakładając rękę za głowę. – Może gdyby Ebenezer był zwykłym uczniem jak my, profesor O'Brien mogłaby mieć na niego jakikolwiek wpływ. Tatko mówi, że jego rodzina okręca sobie Ministerstwo Magii wokół małego palca podobnie co Malfoyowie. Wystarczyłoby sypnąć galeonami w odpowiednim kierunku, żeby przewinienia Ebenezera zniknęły.

– Zagłosujmy – wtrącił Arlo, kiedy Imelda otwierała usta do kontrataku. – Jestem za spełnieniem prośby Wandy.

– Ja też! – Cassius cały wierzgnął, kiedy wyrzucał rękę w powietrze. – Wiesz, ciebie wcale tutaj nie musi być. Wanda nam opowie, co zaszło, a ty idź patroluj korytarz.

– Bez przesady! – Imelda fuknęła niczym rozwścieczona smoczyca. – Też chcę wiedzieć, ale…

– Ale złożysz Wieczystą Przysięgę? – Cassius wyszczerzył zęby.

– Chyba żartujesz!

– To wypad na patrol.

– I tak się dowiem!

Imelda zerwała się do pionu i spojrzała na Arlo w taki sposób, że jej plan stał się oczywisty w ciągu ułamku sekundy.

– On złoży Wieczystą Przysięgę, że nie piśnie ci słówka, nawet gdybyś miała go torturować w celu wyciągnięcia informacji, nie? – Cassius zaśmiał się cicho, a Arlo przybrał taką minę, jakby był skłonny się zgodzić. – Skończ jęczeć, Imeldo. Obiecaj, że nic nie powiesz profesor O'Brien i miejmy to już za sobą.

– Świetnie. Dobrze. – Z kipiącym frustracją westchnieniem opadła na siedzenie. – Obiecuję… jeśli tylko Wanda obieca, że będzie z nami całkowicie szczera i nie pominie niczego.

Z ciężkim sercem przystałam na ten wymóg, doskonale wiedząc, że słowa Imeldy nie wzięły się z powietrza. Zanim postawiła warunek, zamierzałam przemilczeć pierwsze starcie z Ebenezerem w sali eliksirów, a przecież obiecywałam sobie wkroczenie na ścieżkę szczerości. Opowiedziałam o „korepetycjach", incydencie ze schowkiem na miotły i konfrontacją w bibliotece. Uprzedziłam też Arlo, że Ebenezer mógł się na niego przymierzać ze względu na naszą rzekomą schadzkę w szatni Hufflepuffu.

– Cofam to, co powiedziałam! – Imelda zerwała się z miejsca i już niemal wybiegła na korytarz, kiedy Cassius zaklęciem zasunął jej drzwi przed nosem. – Jak śmiesz!

– Obiecałaś. Siadaj z powrotem – nakazał niecierpliwie, a z oczu patrzyło mu tak, jakby stracił wobec niej na szacunku. – Zresztą, co zamierzałaś zrobić? Profesor O'Brien została w Hogwarcie, nie ma jej w pociągu.

– Poszukałabym kogoś z sową, żeby wysłać list!

– Imeldo, proszę cię… Ciocia odeśle mnie do Polski, jak o tym wszystkim usłyszy… I nie, wcale nie wyszłoby mi to na zdrowie, nie masz pojęcia, jacy są moi rodzice…

– Dobrze! Nie powiem nic, ale koniec z chodzeniem gdziekolwiek bez nadzoru! Zawsze masz mieć kogoś przy sobie i…

– Bez przesady – mruknęłam. – Nie jesteś moją matką.

– Albo poinformujesz o tym profesor O'Brien, albo się dostosujesz – odparowała. – Jestem prefektem naczelnym i nie będę więcej tolerować włóczenia się po zamku i nocnych schadzek z Rowle'em!

– Co?! Wando, nie wiedziałem, że z ciebie taka nimfetka. – Cassius usiadł na siedzeniach, a że nadal miał przerzucone przeze mnie nogi, znalazł się zdecydowanie zbyt blisko. – Widzę, że podczas lekcji latania obudziłem coś w tobie…

– Och, zamknij się. – Położyłam mu dłoń na czole i odepchnęłam go tak mocno, że padł jak długi, chichocząc frywolnie. – Jeśli coś we mnie wtedy obudziłeś, to tendencje samobójcze.

– Wydawałaś się zadowolona. „Ochhh, Cassiusie", tak mówiłaś…

Zmroziło mi krew w żyłach na dźwięk pełnego uniesień jęku, który opuścił jego usta. Na domiar złego kątem oka dostrzegłam zaczerwienione twarze Arlo i Imeldy trzęsących się ze śmiechu.

– Chyba cię powaliło! – wykrzyknęłam, zrzucając nogi Cassiusa z takim impetem, że o mały włos cały wylądowałby na ziemi. – Przyssałeś się do mnie jak dementor! Nie wiem, co dziewczyny w tobie widzą…

Arlo spotkał się ze mną dobrodusznym spojrzeniem. Sądziłam, że pomoże mi się wykaraskać z tego niedorzecznego tematu rozmowy, jednak zamiast tego powiedział:

– W tamtej sprawie zgadzam się z Imeldą. Skoro Ebenezer ma cię na celowniku, musisz wrzucić na wstrzymanie z zakazanym romansem.

Nie dostałam nawet chwili, żeby spróbować się kłócić, kiedy drzwi do przedziału niespodziewanie stanęły otworem. Gryfonka z piątego roku spłonęła rumieńcem na widok Cassiusa i niemal osunęła się na podłogę, gdy obdarzył ją zabójczym uśmiechem. Imelda prychnęła, a przed odesłaniem dziewczyny wyjęła jej z rąk rulonik przewiązany fikuśną szmaragdową wstążką. Rozwinęła go i w ciszy przestudiowała treść, zanim powiedziała:

– Noworoczne przyjęcie u Slughorna.

– Kiedy? – Cassius klasnął w ręce z ekscytacją. – Może rodzice zdążą dosłać mi garniak.

– Skąd pomysł, że cię na nie zabiorę?

– A z kim innym u boku prezentowałabyś się równie olśniewająco?

– W pojedynkę jestem wystarczająco olśniewająca. – Imelda przyjrzała się Cassiusowi nieprzychylnie, zanim zawyrokowała: – Pójdę z Wandą.

Puściłam te słowa mimo uszu, zajęta rozpamiętywaniem przesiąkniętej pewnością siebie miny Ebenezera. Żywił błędne przekonanie, że nie potrafiłam się bronić. Ten ułamek sekundy dzielący rozszerzające się w niedowierzaniu oczy i zderzenie ze ścianą przedziału wystarczył, żebym zanurzyła koniuszek języka w zemście, która była słodsza od najbardziej namiętnych pocałunków z Corvusem.