Podczas przejażdżki wagonikiem London Eye tęskniłam do atmosfery Hogwartu, jednak będąc już na miejscu, przyłapywałam się na przebłyskach niechęci. Jeszcze w pociągu dostosowanie się do musztry Imeldy wydawało mi się przerażające, ale kiedy tylko postawiłam nogę w zamku, efekty konfrontacji z Ebenezerem zaczęły przybierać na sile. Z własnej nieprzymuszonej woli wiłam kokon w dormitorium albo pokoju wspólnym, unikałam wypraw do biblioteki, a nawet ograniczyłam spotkania z Corvusem do minimum. Spotykaliśmy się wyłącznie na lekcjach historii magii, gdzie nadrabialiśmy stracony sen ze splecionymi razem dłońmi.
Sięgając do kieszeni bluzy po zmieniający wagę fałszoskop, musnęłam zaczarowany pergamin. Rozłożyłam go i przeczytałam swój esej na temat dirikraków (nie mogłam pozwolić Gniewkowi na wygranie sprzeczki z Muzeum Historii Naturalnej) poparty cytatami z podręcznika do opieki nad magicznymi stworzeniami. Nigdy nie odpisał na ten wywód, co z początku uznałam za całkowicie normalne – planował spędzić kilka dni z dziewczyną, a wyciąganie dowodu na istnienie magii przy mugolce nie było dobrym pomysłem.
Sprawy przybrały inny obrót, gdy minął równo tydzień, a on milczał jak zaklęty. Narastały we mnie obawy. Może Gniewko przedłużył wyjazd? Zerwał z dziewczyną i był podbity? Wrócił do Polski, ale coś przytrafiło się jego rodzicom, na przykład ojcu? Lata nadużywania alkoholu musiały go wreszcie dogonić…
Dopuściłam do głosu racjonalną część umysłu, która podpowiadała, że Gniewko pewnie zgubił pergamin. Wypalanie dziury wzrokiem w eseju niczego nie zmieni, więc sięgnęłam po fałszoskop.
„Jesteś w wieży Gryffindoru?" – napisał Corvus.
„Tak."
„Imelda właśnie wyszła, prawie zostałem przyłapany. Czekam pod portretem."
Corvus nigdy wcześniej nie odbierał mnie spod pokoju wspólnego, ale może i jemu udzielił się niepokój po tym, jak trzasnęłam Ebenezerem o ścianę przedziału. Wygrzebałam się z bezpiecznego kokonu z pierzyny i zeszłam na dół, zastanawiając się, dlaczego Imelda wybierała się o tej porze na przechadzki po zamku.
– Skąd wiedziałeś, że wyjdzie? – spytałam.
Corvus cmoknął mnie w usta po ustaleniu, że przemierzany przez nas korytarz był pusty.
– Nie wiedziałem. Liczyłem, że się wymkniesz…
– Gdyby sobie nie poszła, nie miałabym na to szans.
– W takim razie mamy piekielne szczęście – powiedział, opierając się o poręcz zaczarowanej kondygnacji schodów. – Chcesz ćwiczyć pojedynkowanie się, tak jak mówiłaś wcześniej, czy wolałabyś może przerwać tę… posuchę?
Najchętniej przerwałabym ją tu i teraz, ale dopiero co przeleciała obok nas grupka Krukonów. Po konfrontacji z Ebenezerem razem z Corvusem doszliśmy do wniosku, że powinnam wrócić do nauki zaklęć obronnych, która została przerwana przez problemy z eliksirami i zaspokajanie innych „potrzeb".
– Wolałabym zrobić obie te rzeczy, ale jest późno. Nie wystarczy nam czasu.
– Dobrze. Skończyłem dziś książkę, którą mi dałaś – powiedział niezrażony. Jeśli zawiodła go moja odpowiedź, nie dał tego po sobie poznać. – Ten gość to legenda… Zebrał ekipę uderzeniową liczącą ponad stu czarodziejów i razem ubili nundu, możesz w to uwierzyć? Zginęło tylko trzydziestu z nich! Slughorn mówił mi, że autor pojawi się u niego na jutrzejszym przyjęciu, może podpisze mi egzemplarz…
– Tak żebyś nie dał zaciągnąć się w szeregi tej całej ekipy.
– Gdybym miał ku temu okazję…
Sądziłam, że zamilkł z powodu mojej karcącej miny (jak mógł rozważać coś tak niebezpiecznego?!), jednak prędko zorientowałam się, że patrzył na coś ponad moim ramieniem. Kiedy się obróciłam, na pierwszym piętrze czekała na mnie ciocia. Tiarę na głowie miała przekrzywioną, pelerynę zsuniętą z ramion, jakby w pośpiechu przemierzała zamek, a ten widok wcale nie stanowił pokrzepienia.
– Właśnie po ciebie szłam, Wando – powiedziała, kiedy skończyła przesuwać między nami trudnym do rozszyfrowania spojrzeniem. – Pójdziemy do mojego gabinetu.
– Co się stało? – spytałam, schodząc ze schodów. – Ignacja, tak? Czego ode mnie chce?
– Poniekąd ma to z nią związek, a raczej z listami, których uparcie nie czytasz. Na szczęście twoja matka – położyła nacisk na te słowa – domyśliła się tego i wysłała mi sowę. To pilne, więc pożegnaj się z Corvusem.
Przed oczami stanął mi obraz pliku spiętych gumką, nieotwartych kopert, które upychałam w najbardziej zapomnianym kącie kufra. Czego mogła dotyczyć najświeższa wiadomość? Czy była pełna pretensji o to, że po feralnej kolacji wigilijnej nigdy już nie wróciłam do domu? Mogłam chociaż dać im znak, że żyję i nie padłam ofiarą dzików…
– Czy Corvus może iść z nami? – spytałam, czując narastające napięcie.
– Nie będziemy gawędzić o eliksirach, Wando. To poważna sprawa…
Przybrałam najbardziej przekonującą minę, jaką potrafiłam, na co ciocia zasznurowała wargi, zanim zdawkowo kiwnęła głową. Mimo stresu odczułam nieznaczną ulgę – i tak powtórzyłabym to wszystko Corvusowi, ale wspólne wysłuchanie wieści z domu nie tylko oszczędzi mi tłumaczeń, ale i doda otuchy. Na szczęście gabinet Jany znajdował się za rogiem, więc nie musiałam długo znosić wyrywających się spod kontroli myśli.
– Usiądźcie, proszę – poleciła.
Mimo że Corvus zajął wolny fotel, postanowiłam stać podobnie co Jana. Wskazała na ciasno zwinięty rulonik pergaminu spoczywający na krzywej wieży z ksiąg.
– Proszę cię, żebyś zachowała spokój. Och, gdyby istniał dobry sposób, żeby przekazać takie wieści… – Westchnęła, przyglądając mi się z obawą. – Twój przyjaciel zniknął z domu dzień po Wigilii. Czy miałaś z tym coś wspólnego?
Wpiłam palce w oparcie fotela, posyłając Corvusowi ukradkowe spojrzenie.
– Wybraliśmy się na zwiedzanie Londynu… – powiedziałam niepewnie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie złamaliśmy prawa, teleportując się z mugolem. – O co chodzi? Rodzice Gniewka nawet nie zauważyli jego zniknięcia… Nie sądziłam, że to będzie problem…
– Cóż, zauważyli. Czy wiesz, gdzie on jest?
Otrząsnęłam się, jakby dopiero co wymierzono mi siarczysty policzek. Jak to gdzie on jest? W domu, a gdzie! Długo nie potrafiłam zmusić się do wyduszenia słowa, a kiedy wreszcie ocknęłam się z szoku, powiedziałam przez zdrętwiałe wargi:
– Miał wracać do Polski po kilku dniach. Przyleciała do niego dziewczyna i…
– Nie wrócił.
– Niemożliwe. Po co miałby zostać w Londynie?
– Twoja matka pisała, że nie układało mu się z rodzicami. Nie wspominał o chęci ucieczki z domu?
Potrząsnęłam głową, ale nie w celu zaprzeczeniu sugestii cioci. Oboje nieustannie rozmawialiśmy o wyzwoleniu się od rodziców, a Gniewko widział w studiach i planach na przyszłość możliwość odcięcia się od starego życia. Powiedziałby mi, gdyby zamierzał zrobić coś tak szalonego!
– Nie. Gniewko nie uciekł, planował studiować, zostało mu kilka miesięcy do matury…
– Opowiedz mi cały wasz pobyt w Londynie, proszę – wtrąciła niecierpliwie, a w jej głosie zabrzmiała wątpliwość, od której w żyłach zagotowała mi się krew.
Wybuch emocji powstrzymał wyłącznie uspokajający uścisk dłoni Corvusa. Pozwoliłam, by pociągnął mnie na sąsiedni fotel, a kiedy usiadłam, poświęciłam moment na zebranie myśli. W niczym to nie pomogło – plątałam się w wyjaśnieniach, w trakcie dorzucałam pominięte wcześniej wątki historii, powtarzałam informacje. Mimo mojego rozgorączkowania ciocia musiała rozumieć coś z tego bełkotu, bo sporządzała szybkie notatki.
– Naprawdę wygląda to tak, jakby uciekł. – Nabrała głębokiego wdechu i przez kilka sekund powstrzymywała wypuszczenie go z płuc. – Ta jego dziewczyna, znasz jej imię?
– Werona – mruknęłam. Schowałam dłonie pod uda, żeby ukryć ich drżenie. – Gniewko planował życie w Polsce. Coś musiało się stać…
Poraziły mnie własne myśli. Co powstrzymało go przed powrotem do domu? Doleciał bezpiecznie do Polski czy utknął w Londynie? Z jakiego powodu tam został? Odebrał dziewczynę z lotniska czy…
Był z nami na King's Cross. Ebenezer prawie spóźnił się na pociąg.
– Policja widzi to inaczej – mówiła ciocia – a przylot dziewczyny do Londynu jeszcze bardziej wskazuje na ucieczkę. Może nic ci nie powiedział, bo nie chciał cię martwić.
– Gdyby chciał tam zostać, spakowałby więcej – wtrącił Corvus, a my obie błyskawicznie obróciłyśmy ku niemu głowę. – Miał ze sobą tylko plecak. Wyprowadzka do obcego kraju wymagałaby raczej większego przygotowania.
– Dokładnie! – próbowałam wykrzyknąć, jednak z mojego gardła wydobył się ledwie szept.
– Cóż, to niewykluczone, ale jego dziewczyna mogła dowieźć resztę bagaży – powiedziała ciocia. – Czy ostatnio wydarzyło się u niego w domu coś, przez co byłby skłonny do podjęcia pochopnej decyzji?
– Nie, dosłownie nic! Zresztą jeszcze w święta rozmawialiśmy o studiach. Tylko na nie czekał, żeby uwolnić się od rodziców…
Połknęłam język, orientując się, jak to brzmiało. Pragnęłam wykrzyczeć kotłujące mi się na sercu oskarżenia pod kątem Ebenezera, jednak przygniotły mnie wspomnienia z poprzednich prób nakierowania cioci na jego trop. Nic nie przeszkodziło jej w trzykrotnym bagatelizowaniu moich słów, nawet szkicownik i lista, które najwyraźniej poszły w zapomnienie. Nie istniał sposób, w jaki mogłabym ją przekonać do swoich racji. Musiałam spróbować czegoś innego…
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze. – Ciocia obeszła biurko, żeby położyć mi dłonie na ramionach i dopiero wtedy pojęłam, że zerwałam się z fotela. Miałam ochotę ją odepchnąć, gdy znów zobaczyłam w jej oczach zwątpienie, ale powstrzymałam się resztkami samokontroli. – Jestem pewna, że dzięki twoim informacjom uda nam się znaleźć Gniewka… Wracajcie do pokojów wspólnych, jest już późno.
– To wszystko? – powiedziałam wstrząśnięta. – Mam iść spać, kiedy nie wiadomo, co dzieje się z moim przyjacielem?
– A co byś chciała zrobić? – Ciocia pogładziła moją rękę, zanim odprowadziła nas do drzwi. – Przecież nie możesz wybrać się na poszukiwania. Masz szkołę, obowiązki…
Szkoła! Obowiązki! Gdyby profesor Slughorn postawił mi trolla z eliksirów, a dyrektorka wyrzuciła z Hogwartu, nie miałoby to najmniejszego znaczenia!
Ugryzłam się w język. Pożegnaliśmy się z ciocią, a kiedy w ciszy przemierzaliśmy puste korytarze, zostałam pochwycona za dłoń. Odwzajemniłam przynoszący lekkie ukojenie uścisk i pociągnęłam Corvusa w stronę schodów na parter.
– Gdzie idziesz? – spytał, zapierając się nogami, gdy znów spróbowałam zmusić go do ruszenia się z miejsca.
– Jak to gdzie? Do przejścia.
– Co? Chyba nie zamierzasz…
– Oczywiście, że zamierzam! Nie pozwolę, żeby Gniewko błąkał się po całym Londynie pod wpływem Confundusa!
– Confundusa? O czym ty mówisz?
– To Ebenezer! – wykrzyknęłam. – Ledwo zdążył na pociąg, pamiętasz? Musiał mieć z tym coś wspólnego! To niemożliwe, że Gniewko tak po prostu zapadł się pod ziemię po odprowadzeniu nas na King's Cross! Chodź!
Wyrwałam do przodu, jednak nie zrobiłam większego wrażenia na zapartym jak osioł Corvusie. Próbowałam wyrwać rękę z jego uścisku, ale nie pozwolił mi się wyślizgnąć.
– Chodź albo mnie puść!
– Wando, spokojnie… Przemyśl to. – Przyciągnął mnie bliżej, żeby uniemożliwić mi szarpanie się. – Jak zamierzasz dostać się do Londynu? Nie potrafisz się teleportować.
– Wsiądę do pociągu na stacji w Hogsmeade!
– Proszę cię… Najbliższy pociąg odjeżdża dopiero rano, więc co, przenocujesz we Wrzeszczącej Chacie?
– W aptece, mam klucz!
– Nie, wracasz do dormitorium. Imelda od razu zgłosi twoje zniknięcie, nawet nie zdążysz postawić nogi na stacji. I nie, nie teleportuję nas tam w środku nocy. To szalone i niebezpieczne.
Mimo że gotowałam się od środka, zmusiłam się do przybrania sztucznie zamyślonej miny, a kiedy tylko uścisk Corvusa zelżał, wyrwałam się i rzuciłam się ku schodom, jakby zależało od tego moje życie.
– Stój! Powiem twojej ciotce!
Jak śmiał! Ufałam mu!
Przeskoczyłam ostatnie stopnie, zanim zamarłam. Z zaciśniętymi pięściami popatrzyłam na Corvusa i rozwścieczyłam się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam jego zdeterminowaną minę. Uniósł uspokajająco ręce, zanim powiedział:
– Nocne poszukiwania nie mają najmniejszego sensu. Wróć do dormitorium, prześpij się, a ja się nad tym zastanowię.
– Zastanowisz? – Prychnęłam z niedowierzaniem. – Nic tylko spróbujesz odwieść mnie od tego pomysłu.
– Nie, obiecuję. Błagam, przemyśl to… Nawet jeśli wymknęłabyś się z samego rana na pociąg, ktoś wreszcie zgłosiłby twojej ciotce, że nie pojawiłaś się na lekcjach. Jeśli uciekłabyś po nich, wsypałaby cię Imelda, ale w sobotę…
– W SOBOTĘ?! To nie może czekać!
– …powiesz jej, że będziesz ze mną w aptece, a ja wykręcę się z pracy. Mielibyśmy cały dzień na poszukiwania, nikt by nas nie przyłapał, nikt by nam nie przerwał.
Ledwo zdołałam zdusić w sobie natychmiastową chęć do odrzucenia tej propozycji, Corvus zbiegł ze schodów i znów złapał moje dłonie. W jego oczach pośród błysków niepokoju dostrzegłam niemą, ale zarazem tak desperacką prośbę, że niemal ją słyszałam. Mimo wewnętrznego sprzeciwu pozwoliłam odprowadzić się na siódme piętro, a kiedy już mieliśmy rozstać się pod portretem Grubej Damy, powiedział:
– Nie rób niczego głupiego, błagam. Jutro z samego rana wyślij list do Gniewka. Jeśli jest w Londynie i faktycznie uciekł, odpowiedź powinnaś dostać tego samego dnia. Jeśli nie, poszukamy go w sobotę, dobrze? To tylko jeden dzień…
Nie umiałam zmusić się do odpowiedzi. Kiedy znikałam w przejściu do pokoju wspólnego, przesiąknięte wahaniem spojrzenie Corvusa ciążyło mi na barkach. Zawlokłam się do dormitorium, a na schodach kilkakrotnie zmieniałam zdanie – szłam w górę wieżyczki albo wracałam się na dół – jednak podjęłam ostateczną decyzję, gdy Imelda wyjrzała zza drzwi.
– Co mówiłaś? – spytała.
– Nic nie mówiłam…
– Słyszałam cię. Mamrotałaś coś… Zresztą nieważne. Gdzie byłaś? Wyszłam tylko na dziesięć minut, a ty zniknęłaś! Rowle, tak?
– Nie, poszłam do gabinetu cioci.
Z ciężkim sercem weszłam do dormitorium i od razu padłam na łóżko. Ledwo zawinęłam się w kokon z pierzyny, poczułam wzbierające w oczach łzy, więc starłam je i wstałam. Chodziłam z kąta w kąt, wykręcając sobie palce i skubiąc zębami poranione wnętrza policzków.
– Co się stało? – spytała Imelda, podchodząc bliżej. Sięgnęła ku mnie, ale miotałam się tak, że czmychnęłam jej spod rąk. – Coś w domu, dobrze myślę?
– Tak. Nie. Tak i nie, ale… nie chcę o tym rozmawiać… to jest niemożliwe, ja… to moja wina… powinnam była się domyślić…
– Usiądź, proszę.
Imelda odskoczyła, chyba trzasnęłam ją w dłoń.
Jak długo utrzymywały się efekty zaklęcia zmylającego? Czy działało mocniej na mugoli? Nawet jeśli, tydzień wydawał się zbyt długi… Gniewko na pewno odzyskał już zmysły… Dlaczego nie wrócił do domu? Przynajmniej dzięki Corvusowi zaoszczędził trochę pieniędzy, każdy grosz przyda mu się do rozpoczęcia nowego życia w Londynie… A jeśli go okradziono? Stolica pękała w szwach od typów spod ciemnej gwiazdy…
– Wypij to.
Wciśnięto mi w ręce szklankę wypełnioną srebrzystym płynem. Pierwszym instynktem było rzucenie nią o ścianę, jednak Imelda to przewidziała – przytrzymywała moje dłonie oplecione wokół naczynia i pociągnęła je w górę. Kiedy tylko zmusiłam się do przełknięcia eliksiru, zaniosłam się kaszlem.
– Nie jest zbyt smaczny – powiedziała. – Ważne, że działa. Już lepiej?
– Tak, chyba tak…
Przestałam miotać się z kąta w kąt, co uznałam za sukces, jednak emocje całkowicie mnie nie opuściły. Spętano je, ale nadal szarpały się pod powierzchnią świadomości.
– Mówiłaś coś o pieniądzach, życiu w Londynie… Nie zrozumiałam wszystkiego. O co chodzi? – spytała ostrożnie, prowadząc mnie do łóżka.
Łzy chciały płynąć, ale blokowało je działanie eliksiru. Potrząsnęłam głową i zakopałam się w kołdrze, a po nieskończenie długim czasie ciężar Imeldy podniósł się z materaca. Chowałam się tam, ignorując raz po raz zmieniającą się wagę fałszoskopu, aż wreszcie zaczął przeświecać miganiem przez materiał bluzy.
„Jesteś w dormitorium? Odpowiedz."
„Jestem. Daj mi spokój."
Całą noc nie zmrużyłam oka, a kiedy działanie eliksiru zaczęło zanikać, dochodziła szósta. Dzięki temu, że nigdy nie przebrałam się w piżamę, nie musiałam się skradać – wystrzeliłam z łóżka jak wyrzucona z procy i wypadłam z pokoju wspólnego. W połowie drogi korytarzami niosło się za mną echo nawoływań, które tylko podżegało do narzucenia tempa. Dotarłam na błonia i gnałam przed siebie mimo gęstej mgły ograniczającej widok, gdy przez pagórki poniósł się wrzask:
– NA PIEKIELNE GARGULCE, STÓJ! ZARAZ DOSTANĘ ZAWAŁU!
Potknęłam się o stwardniałą zaspę śniegu, ale w ostatniej chwili złapałam równowagę. Imelda dogoniła mnie i chociaż spodziewałam się, że zostanę zaciągnięta z powrotem do dormitorium, nic takiego nie miało miejsca. Narzuciła mi płaszcz na ramiona i wciągnęła czapkę na głowę, zanim pochwyciła moją dłoń i odgadła kierunek, w którym zmierzałam. Wdrapałyśmy się razem na szczyt sowiarni.
– No więc? – spytała. – Wysyłasz ten list?
Wysłałabym go, gdyby był napisany. Uwolniona spod więzów eliksiru uspokajającego wyrwałam się z łóżka jak w amoku. Rozsądku nie starczyło, żebym cokolwiek przemyślała.
– Nie mam go…
Imelda z westchnieniem wyczarowała dla mnie kawałek pergaminu i umoczone w atramencie pióro. Nie potrafiłam pozbierać myśli, więc napisałam tylko „Daj znać, że żyjesz. Natychmiast. NIEZWŁOCZNIE." i rzuciłam się na pierwszego ptaka w zasięgu rąk. Spłoszony niemal mi umknął, jednak zdołałam pochwycić go za nogę. Pozbawiona współczucia przywiązałam do niej wiadomość i wypuściłam szamoczące się stworzenie, nie bez otrzymania kilku celnych uderzeń ze skrzydeł i dzioba. Ku mojemu zdziwieniu, sowa zasiadła na kamiennym parapecie i czekała.
Na co? Czego nie pojmował ten jej mózg wielkości orzeszka? Dlaczego wpatrywała się we mnie tymi bezdennymi oczami? Co z nią nie tak?
– No leć! Leć, mówię! Przebrzydły ptaku…!
Nie otrzymałam żadnej reakcji. Kiedy wiązka zaklęcia ze świstem przeleciała obok sowy, ta poderwała się w powietrze i desperacko zatrzepotała skrzydłami ponad jeziorem niemal całkowicie pochłoniętym przez gęstą mgłę. Śledziłam lot wzrokiem do czasu, aż bezszelestnie rozmyła się w otchłani bieli.
– Powiesz wreszcie, o co chodzi?
– Nawet nie wiem, od czego miałabym zacząć… – Schowałam różdżkę do kieszeni płaszcza i odnalazłam w niej chłodny, prostokątny kształt. – Komórka! Imeldo, wcale nie potrzebowałam wysyłać sowy! Mogę do niego zadzwonić!
– Z Hogwartu? Prędzej telefon ci eksploduje w otoczeniu całej tej magii.
– Ach, nie stąd! Chodź, opowiem ci wszystko w drodze do Wierzby, proszę! Teleportujesz nas do najbliższego mugolskiego miasta!
Przyglądała mi się tak długo, że spodziewałam się odmowy. Po zaróżowionej od mrozu twarzy przemykały dziesiątki najróżniejszych emocji – zwątpienie, obawa, podejrzliwość, współczucie – ale wreszcie Imelda z wahaniem pokiwała głową. Porwałam ją za rękę, przeskakując po dwa stopnie po spiralnych schodach, a drogę ziemistym tunelem pokonałyśmy jakby w ułamku sekundy, w której trakcie zgodnie z obietnicą wyrzuciłam z siebie całą opowieść.
Pod klapą w podłodze zostałam wciągnięta w nieprzeniknioną czerń. Ledwo grzmotnęłam stopami o bruk, odskoczyłam do tyłu, unikając zderzenia ze zdezorientowanym mugolem, i natychmiast wybrałam numer Gniewka.
– I co? – dopytywała Imelda, kiedy kolejny raz nawiązywałam połączenie.
Kliknęłam przycisk odpowiadający za włączenie trybu głośnomówiącego, a automatyczna odpowiedź zabrzmiała: „Osoba, do której dzwonisz, ma wyłączony telefon bądź jest niedostępna."
– To niemożliwe! – wykrzyknęłam.
– Spokojnie. Jeśli twój przyjaciel naprawdę dostał Confundusem, na pewno już nie znajduje się pod jego działaniem – powiedziała, odbierając mi komórkę. Gdyby tego nie zrobiła, cisnęłabym nią pod nadjeżdżające auto.
– Jak mam być spokojna? To wszystko przeze mnie! Dlaczego nie odbiera?
– Pewnie rozładował mu się telefon. Ile Gniewko ma lat, dziewiętnaście? No widzisz, nie jest dzieckiem. Jestem przekonana, że sobie poradził.
– Ale…!
Imelda chwyciła mnie za ręce i ścisnęła je mocno.
– Nie twierdzę, że nie spotkało go nic złego – powiedziała. – Próbuję ci uświadomić, że nakręciłaś się na najgorszy scenariusz bez opamiętania, podczas gdy istnieje setka możliwości, dla których nie wrócił do domu. Jeśli nie otrzymasz sowy zwrotnej, pomożemy ci go szukać.
– Naprawdę? Kiedy? Dzisiaj?
– Nie. Uważam, że Rowle… Corvus przemyślał to znacznie lepiej niż ty. Włóczenie się nocą po Londynie nie należy do bezpiecznych nie tylko dla nas, ale i dla Gniewka. Jeśli tam jest, musi spędzać gdzieś noce. Za dnia mamy znacznie lepsze szanse, żeby go znaleźć.
Nie czekając na odpowiedź, przeteleportowała nas z powrotem. Zamiast zderzyć się z gruntem, ze świstem runęłam w ciemność. Uderzyłam łokciem w coś skrzypiącego jak deski, zahaczyłam o krawędź ześlizgującą się stopą i z wrzaskiem wylądowałam na Imeldzie, która wydała z siebie zduszony jęk.
– Matko! Co się stało?!
– Właśnie dlatego ledwo zdałam licencję na teleportację – przyznała niechętnie i rzuciła Lumos. Zmrużyłam oczy i w promieniach świetlistego kręgu dostrzegłam, że Imelda była rozczochrana w równym stopniu, co ja każdego dnia. – Zawsze miałam problem z pierwszą z zasad ce-wu-en…
– Czyli?
– Z celem. Miejsce wybrałam dobrze, ale przeniosłam nas nad klapę w podłodze, zamiast pod nią… Dobrze, że na egzaminie nie odwaliłam czegoś podobnego…
Zaśmiałam się gromko i dopiero wtedy spostrzegłam, że Imeldzie naprawdę udało się mnie uspokoić. Nie całkowicie, niemniej niepokój zelżał, a migająca w umyśle lampka ostrzegawcza zgasła. Co więcej! Byłam przekonana, że otrzymam sowę zwrotną.
Wbrew rozsądkowi wierzyłam to w całym sercem. Podczas zajęć o niczym innym nie myślałam. Nie prowadziłam notatek, nie słuchałam wykładów, a zamiast tego nieustannie wpatrywałam się w okno. Każdy szelest i wycie wiatru targającego nawałnicą śnieżną równie dobrze mogły być dla mnie trzepotem skrzydeł. Cały dzień biegałam z klasy do klasy, żeby ułatwić sowie odnalezienie mnie, jednak uparcie się nie pojawiała. Złożyłam to na karb złej pogody i wyruszyłam na obiad do Wielkiej Sali, gdzie zasiadłam pośród trójki przyjaciół. Przy przeciwnym stole dostrzegłam Corvusa, który wyraźnie rozluźnił się na mój widok.
– Jak się czujesz? – spytała Imelda.
– Nadal się martwię, ale miałaś rację – odparłam. – Istnieje sporo możliwych scenariuszy…
Zamilkłam, kątem oka widząc cień. Sowa lawirowała między świecami unoszącymi się pod zaczarowanym sklepieniem i wylądowała niedaleko Arlo. Bezceremonialnie przeszła po blacie, zahaczając ogonem o półmiski z potrawami i talerze chłopaków, ale nie odważyła się do mnie zbliżyć. Z jej oczu wyzierała nieufność, na której widok pożałowałam, że w emocjach obeszłam się tak surowo z niewinnym stworzeniem.
Imelda odwiązała zwitek pergaminu i podała mi go, a sowa błyskawicznie poderwała się do lotu. Szczerzyłam zęby, jakbym wygrała miliard złotych, i przeczytałam:
„Daj znać, że żyjesz. Natychmiast. NIEZWŁOCZNIE."
– To jakiś żart! – wykrzyknęłam. – Ten przeklęty ptak oddał mi mój własny list!
– Nie drzyj się tak – burknął Cassius, który nie zdradzał większego zainteresowania tym, co właśnie przeżywałam. W ostatniej chwili pochwycił chyboczący się z boku na bok puchar z dyniowym sokiem. – Słychać cię nawet w Zakazanym Lesie…
Imelda pociągnęła mnie za łokieć z powrotem na ławkę. Kilku Gryfonów oglądało się w naszą stronę z poirytowaniem.
– Sowa oddała ci twój list? – mruknął Arlo, składając Proroka Codziennego na dwie połówki. – To ciekawe… Zdarza się to tylko wtedy, kiedy nie potrafi znaleźć adresata… Na przykład ktoś mógł rzucić na siebie zaklęcie nienamierzalności albo um…
– Cicho! – syknęła Imelda. – Może się obraziła za rzucenie w nią zaklęciem. Spróbujemy z moją, dobrze?
Nie odpowiedziałam, a ta uderzająca po uszach cisza musiała dać chłopakom do myślenia. Imelda wdrożyła ich w jutrzejszy plan poszukiwań Gniewka, podczas gdy ja ledwo oddychałam, zastanawiając się nad niedokończonym słowem Arlo.
Nie miał racji. Gniewko w najgorszym przypadku został potraktowany zaklęciem nienamierzalności, w najlepszym sowa naprawdę zemściła się na mnie za potraktowanie jej w bezceremonialny sposób. Średni scenariusz zakładał, że Gniewko znajdował się gdzieś, gdzie nie mogła go dosięgnąć. Czy istniały takie miejsca? Musiały…
Wzrokiem odszukałam Corvusa przy sąsiednim stole, a kiedy nie zobaczyłam przy nim ani siostry, ani Ebenezera, cała napięłam się z nerwów. Gdzie byli? Co robili? Dlaczego omijali obiad? Rozum podpowiadał, że wybrali inną porę na jedzenie, ale krzyczący w niebogłosy instynkt temu zaprzeczał.
Wróciliśmy do dormitorium, gdzie od razu ponowiłam próbę wysłania Gniewkowi listu. Sowa nie wyglądała na przekonaną, jednak nie potrzebowała żadnego rodzaju zachęty ani perswazji, żeby wykonać swoje obowiązki. Zerknęła na mnie ostatni raz i wyleciała przez uchylone okno. Przysięgłabym, że w jej pomarańczowych oczach dostrzegłam wahanie.
– Jak znaleźć kogoś, kto jest nienamierzalny? – spytałam po przełknięciu guli w gardle. Podejrzewałam, że odpowiedź na to pytanie doskonale znała osoba, od której to wszystko się zaczęło.
– Nie mam pojęcia – odparła z westchnieniem, wyciągając z kufra kreację na przyjęcie Slughorna. – Właśnie tego będziesz próbowała się dowiedzieć, kiedy wyjdę.
– Przecież mnie zaprosiłaś…
– Ebenezer tam będzie.
– Wiedziałaś o tym, jak proponowałaś mi towarzyszenie ci!
– Tak, ale wtedy nie istniało zagrożenie, że na niego napadniesz! Nie, koniec dyskusji. Tutaj nie napytasz sobie biedy, a przy okazji poszukasz w księgach czegoś, co mogłoby się nam przydać. Zacznij od zaklęć lokalizujących.
Rzuciła na moje łóżko wydobyty z kufra stos tomisk i zniknęła w łazience, w garści ściskając sukienkę. Czytanie było stratą czasu, podczas gdy istniała szansa na konfrontację z Ebenezerem. Potrzebowałam pomocy przyjaciół, żeby zmusić go do mówienia. Cassius na pewno dałby się przekonać na wywabienie go z przyjęcia i przesłuchanie, tak, Ebenezer nie miałby szans w starciu czterech na jednego…
– Zamiast szelestu stron słyszę, jak obracają ci się zębatki w głowie – powiedziała Imelda, wyglądając zza drzwi. – Zostajesz tu. Szukasz informacji. Idę sama.
Wzruszyłam ramionami, dla niepoznaki biorąc się za przeglądanie ksiąg. Wbiłam niewidzący wzrok w ich treść i zamierzałam podtrzymywać tę szopkę tak długo jak potrzeba. Kątem oka obserwowałam szykującą się Imeldę, która z każdą mijaną sekundą prezentowała się coraz bardziej zniewalająco, aż wreszcie stanęła przede mną w szmaragdowej sukni.
– Wybij sobie z głowy wszystko, co po niej właśnie łazi – powiedziała stanowczo. – Tym razem nie uciekniesz, bo poprosiłam chłopaków, żeby cię pilnowali.
Cholera!
– Nie wiem, o czym mówisz – odparłam.
– Jesteś okropną aktorką.
Postanowiłam odczekać dziesięć minut od momentu, jak drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem. Zatrzasnęłam księgę i wyjrzałam na klatkę schodową, za jej zakrętem widząc kawałek pogrążonego w ciszy pokoju wspólnego. Zbiegłam ze schodów, a ledwo postawiłam nogę na dywanie, zza rogu wyskoczył Cassius, który zatarasował mi drogę.
– Ha! Dzięki tobie wygrałem złociusieńkiego galeona… – powiedział. – Arlo zakładał, że poczekasz chociaż pół godziny, ale ja nie byłem aż tak wspaniałomyślny.
– Nigdzie nie idę. Chciałam posiedzieć przy kominku…
– Tu mi jedzie Ekspres Hogwart. – Odciągnął powiekę do dołu. – Wypad na górę.
Zacisnęłam pięści, zastanawiając się, czy warto wyciągnąć różdżkę. Może potrafiłabym odtworzyć moc rzuconego w pociągu Depulso? Nawet jeśli, nie poradziłabym sobie z nimi oboma na raz – na mój widok siedzący w fotelu Arlo przerwał czytanie gazety i sięgnął ku kieszeni. Spodziewali się, że mogę przejść do ofensywy.
Przeklęłam ich i wspięłam się po schodach. Kopniakiem zamknęłam drzwi dormitorium i po kwadransie odbijania się od ścian padłam na łóżko, sięgając po pierwszą z brzegu księgę. Skupienia starczyło wyłącznie na to, żeby przejrzeć spis treści pod kątem zaklęć lokalizujących. Odnalazłam odpowiednią stronę i ślizgałam się wzrokiem po informacjach, które wylatywały mi z głowy z każdym następnym słowem.
Byłam skończoną idiotką. Przez ostatnie miesiące zamartwiałam się o Corvusa, sądząc, że to jemu groziło niebezpieczeństwo, podczas gdy Ebenezer cały ten czas planował napaść na kogoś innego. Pewnie obserwował nas na King's Cross, ale skąd wiedział o istnieniu Gniewka? Wcześniej musiało wydarzyć się coś, czym nieświadomie zdradziłam, że przyjaźniłam się z…
King's Cross.
Widział nas na King's Cross.
W towarzystwie Corvusa!
Zerwałam się z łóżka, a księgi huknęły o podłogę. Ręce telepały mi się, kiedy próbowałam wyciągnąć z torby fałszoskop, który zagubił się na dnie pośród podręczników, wymiętych rolek pergaminu i złamanych piór.
„Ebenezer o nas wie! Byliśmy w trójkę na peronie! Uważaj na niego!" – napisałam.
Serce dudniło mi w piersi. Wstrzymałam oddech. Nie mrugałam.
Ponowiłam wysyłanie wiadomości, tym razem nie tylko zmieniając wagę fałszoskopu, ale i przyprawiając go o rozbłyski czerwonego światła. Grawer pozostawał niezmienny.
Nie miałam na to czasu. Musiałam działać. Teraz! Jak pozbyć się Cassiusa i Arlo? Pojedynkować się z nimi i liczyć na łut szczęścia? Przemówić im do rozumu? Przechytrzyć ich? Ominąć?
Niemal wyskoczyłam ze skóry, kiedy sowa zastukała dziobem w okno. Rozwarłam je, trzęsąc się na całym ciele, i odwiązałam znajomy zwitek pergaminu. Nie musiałam go rozprostowywać, żeby wiedzieć, jakie słowa tam zobaczę – podróż ze Szkocji do Londynu w dwie strony nie trwała godziny. Z gardłem ściśniętym obawą przypatrywałam się, jak sowa wzbiła się z parapetu i po zaledwie kilku chwilach rozpłynęła się w mlecznej mgle. Gdybym tylko mogła zrobić podobnie!
Zesztywniałam, dogłębnie porażona swoim szaleńczym pomysłem. Na samo wyobrażenie miękły mi nogi, a jednak nie istniała żadna inna forma ucieczki z wieży Gryffindoru. Musiałam ostrzec Corvusa. Nie miałam wyboru. To wszystko moja wina.
Zacisnęłam powieki i wyobraziłam sobie sięgające niebu obręcze, drewniany schowek, wypolerowaną czarną rączkę ze srebrnymi elementami…
– Accio Błyskawica!
Czy przyleci? Podczas lekcji zaklęć profesor Flitwick nie wspominał nic o potrzebie bycia właścicielem obiektów, które próbowaliśmy przywołać… Powinno zadziałać… Co zajmuje jej tak długo? Tak, boisko quidditcha jest po drugiej stronie zamku, ale to najszybszy model na rynku…
Zaledwie kilka metrów przede mną z mgły wyłonił się pędzący ze świstem kształt. Padłam na ziemię. Rozległ się trzask, na głowę posypały mi się fragmenty szkła i huknęło tak, że z sąsiedniego dormitorium podniosły się oburzone krzyki.
Błyskawicę znalazłam w łazience pośród zbitego lustra i strzaskanych flakoników z perfumami, a kiedy szłam do okna, kolana miękły mi coraz bardziej z każdym stawianym krokiem. Podczas pierwszej wizyty we Wrzeszczącej Chacie bałam się zeskoczyć do tunelu za Corvusem, a teraz miałam rzucić się ze szczytu wieży po jednej lekcji latania?
Otworzyłam pozbawione szyb ramy okienne i po wdrapaniu się na parapet dosiadłam miotły. Wbrew logice spojrzałam w dół, jednak dzięki gęstej mgle nie zostałam porażona widokiem odległości dzielącej mnie od rozbryźnięcia się o ziemię. Nieświadomość podziałała jak zachęta, więc odbiłam się nogami i wystrzeliłam do przodu. Błyskawica była tak piekielnie wrażliwa, że reagowała na każdy najdrobniejszy ruch, przez co niemal straciłam życie więcej niż kilka razy.
Smagana lodowatym wiatrem szybowałam między ledwo widocznymi we mgle dachami i wieżami, przecięłam zasypane śniegiem błonia, a gdy dotarłam do głównych wrót, wcale nie zeskoczyłam z miotły. Otworzyłam je zaklęciem i wleciałam do zamku, mało co nie roztrzaskując posągu złotego trio, i śmignęłam ku spiralnej klatce schodowej. Była tak wąska, że przez ciągły skręt ocierałam się o ściany prawą stroną ciała i witkami podrygującej Błyskawicy.
Sterowanie w sercu lochów okazało się tysiąckroć trudniejsze niż lawirowanie między dachami po otwartym terenie. Latałam z kąta w kąt, wyskakiwałam pod sufit, żeby gwałtownie zanurkować ku posadzce, zahaczałam o portrety zbulwersowanych czarodziejów, ale zdusiłam panikę w zarodku. Z każdym pokonywanym metrem narastały dźwięki koncertu, a przy gobelinie wyhamowałam centymetr od ściany.
Zeskoczyłam z miotły i w komnacie rzuciłam ją na materac, zanim ruszyłam ku gabinetowi profesora Slughorna. W biegu wysłałam przez fałszoskop krótkie „Żyjesz? Odpisz!" i już wyciągałam rękę do klamki, gdy z bocznego korytarza usłyszałam:
– Bez zaproszenia nie ma wstępu.
Stanęłam oko w oko z woźnym, panem Pilferem ubranym w proste odświętne szaty. Pośpieszył mnie machnięciem ręki.
– Przyszłam z moją koleżanką, ale musiałam wyjść do toalety…
– Jeśli to prawda, będziesz na liście – powiedział bez emocji. – Nazwisko?
– Piekielnik.
Rozprostował wyjęty z peleryny pergamin i błyskawicznie przeskanował wzrokiem jego treść. Już otwierał usta, żeby mnie odprawić, kiedy uderzyłam go w pierś Petrificusem Totalusem. Pan Pilfer zesztywniał, dociskając ręce wzdłuż tułowia i zwierając nogi razem, a następnie trzasnął głucho o posadzkę.
– Przepraszam – wyszeptałam, kiedy ciągnęłam go za ręce do najbliższego schowka na miotły. – To sprawa życia i śmierci.
Biegiem wróciłam pod gabinet, a kiedy tylko przeszłam przez drzwi, oniemiałam. Ostatnim razem wewnątrz znajdowało się wyłącznie biurko, garść mebli i mnóstwo półek z eliksirami, jednak na tę okazję pomieszczenie zostało powiększone zaklęciami. Ciemność przebijały urywane stroboskopy świateł, oświetlając zwartą masę ciał pod sceną. Niezainteresowany koncertem Hobogoblinów ułamek gości zbijał się w grupki tu i ówdzie pod ścianami.
Odprawiłam wyciągającego ku mnie tacę z przekąskami skrzata domowego i przestąpiłam z nogi na nogę. Jak miałam znaleźć Corvusa w tym rozszalałym tłumie? Trudno było wyobrazić sobie go skaczącego pod sceną, a jednak jeśli robiłby cokolwiek innego, nie milczałby jak zaklęty…
Może przeoczył zmieniającą się wagę fałszoskopu?
Wysłałam serię krótkich wiadomości i zapuściłam się pod scenę. Gdyby nie koncert, ubrana w bluzę na pewno rzuciłabym się w oczy pośród wszystkich wystrojonych gości, jednak dzięki ciemności nie musiałam się skradać. Przeciskałam się przez tłum, rozglądałam dookoła i rozpychałam łokciami, depcząc ludziom po stopach. Ignorowałam krzywe spojrzenia, przemykałam pod lasem wyciągniętych w górę rąk i odbijałam się od napierających na mnie uczniów, ale nigdzie nie widziałam Corvusa. Nie minęłam też ani Vulpeculi, ani Ebenezera, co przyprawiło mnie o szybsze bicie serca.
Wydostałam się z gąszczu rozgrzanych ciał. Bezzwłocznie wysłałam kilka wiadomości przez fałszoskop, ale straciłam wszelką nadzieję na odzew. Obeszłam w większości opustoszałe stoły, przyglądając się twarzy każdego mijanego bruneta, i przygnieciona bezsilnością przesunęłam wzrokiem po grupkach towarzyskich rozsianych po gabinecie. Krukoni z trzeciego roku… Puchoni z szóstego… Gryfoni z piątego… Ślizgoni z siódmego…
Ślizgoni z siódmego!
Nie zważając na nic, jak błyskawica przecięłam dzielącą nas odległość. Chłopacy zaśmiewali się z czegoś głośno, chwiejąc się z boku na bok, i skryli się za jedną z kolumn. Kiedy zza niej wypadłam, odruchowo schowali coś za plecami, zanim obaj prychnęli.
– Scorpius! Powiedz mi, czy…
– Spadaj stąd – powiedział i machnął na mnie ręką, jakby odganiał irytującą muchę.
– …widziałeś gdzieś Ebenezera i Vulpeculę? Byli tu?
– Szukasz Ebenezera? Ty? – Parsknął śmiechem, dając kuksańca zataczającemu się Nottowi. – Być byli, ale gdzieś się zmyli…
– Mów, do cholery! Pytam poważnie!
– Czemu miałbym ci cokolwiek powiedzieć? Nie pamiętam nawet, jak masz na imię. – Błysnął zębami w uszczypliwym uśmiechu. – Coś na literę W. We… Wo… Wa… Waleria?
Nott ryknął podwójnym śmiechem, kiedy wyjęłam sypiącą czerwonymi iskrami różdżkę. Gdybym rzuciła zaklęcie, ściągnęłabym na siebie niepotrzebną uwagę i uniemożliwiła dalsze poszukiwania, jednak potęgujący mi się w piersi poziom gniewu wygłuszał rozsądek.
– Uuuu, drżę ze strachu! – zachichotał Scorpius, trzęsąc się teatralnie. – Jeśli jesteś tak dobra z zaklęć co z eliksirów…
– Daruj sobie. Powiedz mi chociaż, czy widziałeś tu Corvusa.
– Corvusa? Hm, hm, hm… – Przybrał ostentacyjnie zamyśloną minę. – Nie wiem, nie zwracam uwagi na tę przybłędę.
Niemamnatoczasu. Nie mam na to czasu. Nie. Mam. Na. To. Czasu.
Schowałam różdżkę i odwróciłam się, jednak ciało nie pozwoliło mi na postawienie pierwszego kroku. Kiedy za moimi plecami rozległ się rechot Scorpiusa, okręciłam się na pięcie i trzasnęłam go z pięści w twarz. Dźwięk gruchoczącej kości zagłuszył promieniujący w górę mojej ręki ból. Scorpius zatoczył się, wpadł na odsunięte krzesło i runął na podłogę, ześlizgując się plecami po kolumnie.
Złapał się za nos, a spomiędzy palców pociekła strużka krwi. Stanęłam nad nim, ignorując zataczającego się ku nas Notta, i powiedziałam:
– To za to, co zrobiliście Corvusowi pod Wrzeszczącą Chatą, ty tleniona glizdo.
Mimo uszu puściłam wykrzyczane pod moim adresem bluźnierstwa i wypadłam z gabinetu. Biegałam po całych lochach jak opętana, włamując się do zamkniętych komnat, sprawdzając wszystkie schowki na miotły i łazienki, jednak nie znalazłam żywej duszy. Dysząc ciężko, wypadłam za róg, a fałszoskop obciążył mi kieszeń.
„Przepraszam, że nie odpisywałem. Byłem zajęty" – napisał Corvus.
„Co cię aż tak zajęło? Matko! Gdybyś odezwał się dziesięć minut temu, nie złamałabym nosa twojemu kuzynowi!"
„Ebenezer wymknął się z przyjęcia. Śledziłem go i znalazłem coś ciekawego."
Szczęka mi opadła. Jak śmiał tak ryzykować?!
„Co takiego? Gdzie jesteś? Przyjdę."
„To nie najlepszy pomysł. Może tu wrócić."
„Dlatego nie powinieneś być sam" – naciskałam. Chociaż na widok pierwszej wiadomości Corvusa spłynęła na mnie ulga, znów zastąpiła ją obawa. – „Co znalazłeś?"
„Potrzebuję trochę czasu, żeby ustalić, co to jest. Cierpliwości."
Cierpliwości?!
Nie mogłam ustać w miejscu, więc przemierzałam korytarze, które całe wibrowały od szarpania za struny gitar i trzasków talerzy perkusji. Zajrzałam do naszej komnaty, jednak w środku zostałam powitana jedynie przez rozczarowującą pustkę.
Dokąd go śledził? Gdzie Ebenezer ukrywał coś podejrzanego, jeśli nie w dormitorium? Nie krył się z mugolską czaszką, a wręcz wyeksponował ją na stoliku nocnym, więc może byli właśnie tam… Gdyby z nowym miesiącem nie zmieniono hasła, wślizgnęłabym się tam.
Cofnęłam się. Portret hrabi Fairfaxa na pierwszy rzut oka wydawał się opuszczony, jednak kątem oka dostrzegłam parę stóp w czerwonych butach na niskim obcasie i białych rajstopach. Wszystko powyżej łydki znikło poza złotymi, zdobionymi ramami.
Dlaczego leżał?
– Fairfax! Pobudka! – krzyknęłam, jednak nie doczekałam się żadnej reakcji. – Wstawaj albo spotka cię los gorszy niż wylądowanie w Gospodzie pod Świńskim Łbem!
Nogi przekręciły się na drugą stronę.
– Wiesz, co zrobię? – kontynuowałam. – Zmniejszę twój portret, pójdę z nim do łazienki Jęczącej Marty i spuszczę go w jej ulubionym kiblu! Popłyniesz rurami prosto do…
Zamilkłam, kiedy rozległ się stłumiony, niemożliwy do zrozumienia bełkot. Fairfax był spity w trupa, a w tym stanie nie pomoże mi znaleźć Corvusa!
Z frustracji popędziłam ku wyjściu z lochów. Na schodach wysłałam wiadomość przez fałszoskop:
„Na pewno jesteś bezpieczny?"
„Wszystko w porządku."
Gdyby był bezpieczny, nie ukrywałby swojego położenia, ale co mogłam zrobić? Przeszukanie siedmiopiętrowego zamku pełnego sekretów i tysiąca komnat zajęłoby mi kilka dni. To bezcelowe.
Przygnieciona tą świadomością udałam się z powrotem do wieży Gryffindoru. W pokoju wspólnym zastałam Cassiusa i Arlo, którzy zasnęli na kanapie przed dogasającym kominkiem, więc bezszelestnie przemknęłam do dormitorium. Lot na miotle, przyjęcie i konfrontacja ze Scorpiusem wyprały mnie z emocji i chęci do walki. Przynajmniej z dwóch ważnych mi osób jedna z nich, mimo że nie była bezpieczna, dawała znak życia, dzięki czemu pogodziłam się z faktem, że na poszukiwania Gniewka wybierzemy się dopiero rano.
Z kufra wyjęłam piżamę, a spod niej wymsknął się plik spiętych gumką kopert. Czy mogłabym zrobić więcej dla przyjaciela, gdybym potrafiła przebaczyć Ignacji zdradę i czytała jej listy?
Wolałam się nad tym nie zastanawiać, nie odważyłam się też na konfrontację z wiadomościami z domu. Licząc, że znajdę w tym ukojenie, ubrałam koszulkę należącą do Corvusa. Z westchnieniem podniosłam księgi z podłogi, posprzątałam armagedon w łazience i rzuciłam Reparo na roztrzaskane okno i dopiero wtedy zorientowałam się, że leżący na komodzie fałszoskop cały ten czas błyskał na czerwono.
„Wiesz, miałaś wtedy rację." – napisał Corvus.
„Odnośnie czego?"
„Wrzeszczącej Chaty. Ebenezer wie o przejściu."
Nie marnowałam ani chwili. Ubrałam bluzę, porwałam płaszcz z wieszaka i popędziłam pod Wierzbę Bijącą.
