Wpadłam do gabinetu cioci i natychmiast dostałam prosto w twarz życiową lekcją – powinnam była zapukać. Przyłapałam Janę na obściskiwaniu się z profesorem Longbottomem, z którym zatracili się w pocałunkach do tak skrajnego stopnia, że nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Spetryfikowana przyglądałam im się przez nieskończenie długą chwilę, zanim zmusiłam gardło do chrząknięcia.
– Wanda? Wanda! – Ciocia odskoczyła do tyłu, ocierając zaczerwienione usta. Poprawiła zsuniętą z ramion pelerynę, a jej spłoszony amant zapiął kilka guzików koszuli. – Słyszałaś kiedyś o pukaniu? – zapytała z pretensją, gromiąc mnie spojrzeniem.
– Pukałam – skłamałam, zaciskając ręce na szkicowniku. Na usta cisnął mi się komentarz, że nie tylko o takim „pukaniu" słyszałam. – Mogę z tobą porozmawiać?
– To nie najlepsza chwila…
– To nie może czekać.
Profesor Longbottom obrzucił nas obie nerwowym spojrzeniem, po czym wymamrotał pod nosem krótkie pożegnanie i zniknął za drzwiami.
– Może to ja tobie powinnam urządzić pogawędkę o bocianach – burknęłam, siadając na fotelu przed biurkiem pełnym rozsypanych papierów.
– A może ja tobie powinnam odjąć punkty za brak szacunku i wpraszanie się nauczycielom do gabinetu. – Chociaż ciocia powiedziała to stanowczym tonem, przez jej zaróżowioną od emocji twarz przemknął cień uśmiechu. Po machnięciu różdżką papiery ułożyły się w równe stosy. – Co jest tak ważne, że nie może czekać?
Położyłam przed nią szkicownik i otwierałam go kolejno na odpowiednich rysunkach, mówiąc:
– Emma wisząca na sowiarni. Tibbs błąkający się po Zakazanym Lesie. Perdita w kokonie. Locket w skrzydle szpitalnym po tym, jak ktoś dolał mu źle uwarzonego eliksiru na czyraki. To nie jest tak oczywiste, ale po namyśle uznałam, że to nie jest zwykły obrazek przedstawiający ciemny schowek na miotły. – Zastukałam palcem w papier. – Widzisz to? Zarys osoby, wygląda na związaną. Nie pamiętam, jak nazywa się ten Puchon, ale pasuje…
Ciocia przyglądała się obrazkom w ciszy, aż w końcu sama zaczęła przewracać kolejne strony.
– Słyszałam, że w zeszłym roku było więcej ataków na mugolaków – mówiłam, nie doczekując się żadnej reakcji, co mnie zdeprymowało. – Może udałoby ci się dopasować więcej szkiców…
– Skąd to masz? – rzuciła nieobecnym głosem.
– To szkicownik Ebenezera.
– Dziękuję za odpowiedź na moje następne pytanie, Wando. Odpowiedz, proszę, skąd go wzięłaś.
Opowiedzenie o włamaniu się do pokoju wspólnego Slytherinu i całej reszcie, która miała tam miejsce, nie wchodziło w grę. Gorączkowo rozważałam przedstawienie okrojonej, złagodzonej wersji zdarzeń, jednak spisałam ten pomysł na straty – bałam się, że zostanę zalana dodatkową falą pytań, a pod nią moje kłamstewka zaczną sypać się jak domek z kart. Postawiłam na zszokowanie jej prawdą tak, żeby to ona nie miała wiele czasu do namysłu.
– Ukradłam – powiedziałam.
– Ukradłaś.
Przytaknęłam, twardo obstając przy swojej decyzji. Starałam się wytrzymać miażdżące spojrzenie cioci, a jednocześnie modliłam się w duchu, by nie zaczęła niepotrzebnie drążyć.
– Kradzież w Hogwarcie jest nieakceptowalna – powiedziała cicho, na co wytrzeszczyłam oczy. – Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów.
– Kradzież? jest nieakceptowalna? A co z mugolakami? Napadanie na nich na tle pochodzeniowym jest już akceptowalne? – Zerwałam się z krzesła. – Przynoszę ci pod nos DOWODY na winę Ebenezera, a ty odejmujesz mi punkty, zamiast iść z tym do dyrektorki, żeby wywaliła go na zbity pysk?
– To nie są żadne dowody. – Twarz cioci stężała, a ostrzegający wzrok wskazywał, że nie powinnam wypowiedzieć ani jednego słowa więcej w podobnym tonie. – Cały Hogwart huczał od plotek o tych incydentach. Każdy mógł to narysować.
Z frustracją wyrzuciłam ręce w powietrze. To nie działo się naprawdę!
– Jesteś niemożliwa! Nawet nie wiesz, ile ryzykowałam, żeby zdobyć ten szkicownik… To jest on, mówię ci, to Ebenezer! I ma listę, patrz! – Wyszarpnęłam skrawek pergaminu z kieszeni i uderzyłam w nim biurko z takim impetem, że aż zapiekły mnie palce. – To lista jego przyszłych ofiar i jestem na niej ja!
– Włos ci z głowy nie spadnie – powiedziała w zadumie, oglądając rozpiskę inicjałów. Odsunęła szkicownik razem z pergaminem, a zanim kontynuowała, przeszło mi przez myśl, że już za późno. – Pokażę to dyrektorce, ale nie chcę żebyś nastawiała się na nie wiadomo co. Jak mówiłam, to nie jest żaden dowód.
Chociaż krew gotowała mi się w żyłach, tkwiłam w trwałym stuporze. Jak mogła mówić coś takiego? Wcale nie chodziło wyłącznie o mnie, a o wszystkich mugolaków! Dlaczego mieli chować się po kątach, podczas gdy Ebenezer i Vulpecula przechadzali się korytarzami Hogwartu bez strachu o własne bezpieczeństwo? Czy zabijanie zwierząt naprawdę nie stanowiło żadnej zbrodni w czarodziejskim świecie?
Pragnęłam krzyknąć, ale miałam świadomość, że dalsze wybuchy gniewu nie przyniosą niczego dobrego. Zacisnęłam ręce tak mocno, że paznokcie przebiły skórę, a piekący ból pomógł zapanować nad emocjami. Mimo wszystko musiałam gryźć się w język, żeby nie powiedzieć czegoś nieodwracalnego.
– Co dalej? – spytałam szorstko.
Ciocia westchnęła z rozdrażnieniem, jakby miała mnie serdecznie dość.
– Przyjrzę się Ebenezerowi, obiecuję. A co zadecyduje dyrektorka… pewnie nic, co by cię usatysfakcjonowało.
„Przyjrzę się" – ile razy już to słyszałam?
– Ale co zrobicie ze szkicownikiem i listą?
– Oddamy właścicielowi.
– Nie możesz – wymamrotałam, przed oczami mając wspomnienie, jak wyrwałam stronę ze swoim rysunkiem i zmięłam w kulkę, a Corvus ją spalił. – Nie możesz, bo Ebenezer się zorientuje, że to ja.
– Wydaje mi się to wysoce nieprawdopodobne. Spokojnie.
– Zorientuje się, jesteś moją ciocią – wymyśliłam na poczekaniu, żeby skłonić ją do ponownego rozważenia podjętej decyzji. – Skąd byś miała ten szkicownik, jeśli nie ode mnie?
– Dobrze. Przekażę szkicownik profesorowi Slughornowi, a on odda go Ebenezerowi.
Przymknęłam oczy. Nawet jeśli nie wyrwałabym swojej strony, to niczego by nie zmieniło. Ebenezer przy pierwszej lepszej okazji podarowałby Ślimakowi drogi trunek, poczęstowałby go kandyzowanymi ananasami, a dowiedziałby się wszystkiego, czego by tylko zapragnął.
– Profesor Slughorn mu wszystko wypapla…
– Wando, proszę cię. Co się z tobą ostatnio dzieje? Nie chciałaś mi powiedzieć, kto napadł cię pod sowiarnią i dlaczego uparłaś się na Ebenezera, a teraz nie chcesz mi powiedzieć, w jaki sposób ukradłaś jego rzeczy i co cię do tego skłoniło. W dodatku oskarżasz nauczyciela o niedyskrecję. Naprawdę nie mogę ci pomóc, kiedy nic mi nie mówisz.
– Przyzwoliłaś mojej matce na oszukiwanie mnie. Czy to naprawdę takie szokujące, że ci nie ufam? – spytałam i zatrzasnęłam za sobą drzwi gabinetu, nie czekając na odpowiedź.
W drodze powrotnej przez siedem pięter zdołałam spalić resztki gniewu, które zastąpiło dominujące poczucie beznadziei. Nie miałam ochoty rozmawiać z Imeldą, ale musiałam, więc pozwoliłam bezceremonialnie wciągnąć się po spiralnych schodach prowadzących do dormitoriów chłopców. Zostałam wepchnięta do pokoju oznaczonego tabliczką z napisem VII, a na ten widok Arlo rzucił zwiniętymi skarpetkami w głowę oburzonego współlokatora. Na szczęście chłopak zrozumiał aluzję bez słów i zostawił naszą czwórkę samą.
– Gdzie byłaś? – Wyciągnięty na łóżku Cassius podparł się na łokciu, taksując mnie wzrokiem. – Szukaliśmy cię ze dwie godziny.
– Gdzie ja byłam? – spytałam, rozsierdzona jego zblazowanym sposobem bycia. – Tam, gdzie mnie zostawiłeś, zanim uciekłeś!
– Nie uciekłem. – Wbił paznokcie w miniaturowego kafla. – Chciałem ich od was odciągnąć.
– Ha, dobre! Wiem, że uciekłeś jak zwykły tchórz. Przez ciebie prawie wpadłam w łapska Ebenezera.
– Wando… – Imelda skrzyżowała ręce na piersi, przyglądając mi się podejrzliwie. – Skąd to wiesz? Nie było cię tam.
– Po prostu wiem.
– Tak jak po prostu magicznie wiedziałaś, że Ebenezer wyszedł z przyjęcia? – rzucił Cassius, podnosząc się z łóżka. – Może wyjaśnisz nam wszystkim, z kim się porozumiewałaś i jak? Widziałem, że grzebałaś w kieszeni.
– Z nikim się nie porozumiewałam. – Policzki mnie piekły, kiedy ta dwójka obrzucała mnie oskarżycielskimi spojrzeniami. Fałszoskop mi ciążył, ale nie z powodu nowej wiadomości. – Miałam przeczucie.
– I to przeczucie ci powiedziało, że uciekłem, tak? – Cassius stał o wiele zbyt blisko, żebym mogła czuć się komfortowo, jednak nie zamierzałam dać się zastraszyć. – A może jesteś jasnowidzką? Patrzcie, zapomniała języka w gębie!
– Fairfax cię wsypał. To nieistotne, bo mimo twojego tchórzostwa cudem udało mi się coś znaleźć.
– Co takiego? – Imelda ze sceptyczną miną usiadła na łóżku obok pogrążonego w ciszy Arlo.
– Odsuń się – warknęłam do Cassiusa, który wciąż wisiał nade mną jak kat nad ofiarą. Ustąpił. – Znalazłam szkicownik i listę ofiar. Oddałam je już cioci, ale nie wiem, czy cokolwiek to da… Macie tu jakiś pergamin w tym syfie? – spytałam, a Cassius z wymalowaną na twarzy niechęcią otworzył kopniakiem kufer, a następnie wcisnął mi w ręce pomięty pergamin i pióro. Lista Ebenezera wżarła mi się w pamięć jak kwas, więc nie miałam problemów, by ją odtworzyć. – W. P. to na pewno ja, ale nie wiem, do kogo odnosi się reszta inicjałów. Oczywiście poza twoimi, Imeldo…
– Dlaczego SZ. i K. T. są pogrubione i podkreślone? – spytał Arlo, kiedy cała trójka siedziała już na łóżkach i pochyliła się równocześnie nad świeżo sporządzoną listą.
– SZ. musi oznaczać „szlamy". – Imelda zmarszczyła brwi. – Ale co to jest K. T.? Czemu to jest napisane osobno?
– Może to też jakiś mugolak, tylko szczególnie ważny. – Cassius podrapał się po głowie. – Ktoś, kto w ostatnim czasie napytał sobie biedy u Ebenezera… Może Katie Tomes?
– Kto? – spytałam. – Nie znam jej.
– Jest z nami w Gryffindorze, ale na piątym roku. Gra w drużynie quidditcha – wyjaśnił łagodnie Arlo. – Powinniśmy ją uprzedzić.
– Poszukamy jej potem. – Cassius posłał mi krzywe spojrzenie. – Czemu twoje inicjały są pod K. T. razem z C. R., Corvusem Rowle?
– Przecież nie może chodzić o niego. – Między oczami czułam dziurę wierconą przez spojrzenie Imeldy, ale udawałam nieświadomość. – Sami mówiliście, że jest czystej krwi i ma ojca śmierciożercę. Powinno go to wykluczać z listy Ebenezera.
– Może to Caleb Rabnott – powiedział Arlo takim tonem, jakby próbował rozładować coraz gęstszą atmosferę spowijającą dormitorium. Byłam mu za to dozgonnie wdzięczna. – Mam z nim zielarstwo. To ten Krukon, który dwa lata temu chodził z Emmą.
– Jaką znowu Emmą? – palnął Cassius, a wszyscy wywróciliśmy oczami. – A, tą od wypracowań… No dobra, co z tym szkicownikiem?
Naprędce opowiedziałam o rysunkach przedstawiających sceny różnych napadów na mugolaków i o tym, że właśnie między nimi znalazłam listę Ebenezera.
– I domyśliłaś się tego wszystkiego bez niczyjej pomocy? – spytała Imelda, patrząc na mnie powątpiewająco. – Zniknęłaś na tyle czasu… rzekomo byłaś sama, ale równocześnie ktoś musiał dać ci cynk na temat Ebenezera. Nie pokazałaś nam tego szkicownika, tylko od razu poszłaś do ciotki… Jeszcze ta lista. Skąd wiedziałaś, że to ofiary?
Z każdym wypowiedzianym słowem Imeldy coraz bardziej parzyła mnie twarz. Wyjawienie moich kłamstw i krętactw zbliżało się nieuchronnie, ale mogłam się jeszcze z tego wykaraskać.
– Są tam nasze inicjały. Wiem, że pozjadałaś wszystkie rozumy świata, ale to nie oznacza, że reszta ludzi to skończeni idioci.
– To nadal nie tłumaczy twojego magicznego jasnowidztwa – poparł ją Cassius. – Czegoś nam nie mówisz i to śmierdzi z kilometra.
Imelda wstała z łóżka, oddając kawałek pergaminu Arlo, zanim powiedziała:
– Wando… Wyjaśnij mi jedno, ale tym razem bez kłamstw. I wierz mi, że mam sposób, żeby sprawdzić, czy mówisz prawdę. Dlaczego tak przejęłaś się losem uderzonego tłuczkiem Corvusa? Czemu go broniłaś, kiedy rozmawiałyśmy w skrzydle szpitalnym po tym, co wydarzyło się Perdicie? Jak to możliwe, że wiedziałaś o tajemnym przejściu pod Wierzbą Bijącą, skoro uczyłaś się wtedy w Hogwarcie może z miesiąc? – Coś złowrogo zabłysło w bladoniebieskich oczach, zanim dźgnęła mnie palcem w pierś. – Dobrze wiesz, co znalazłam we Wrzeszczącej Chacie… Może się tym z nami podzielisz? Nie? Butelki po kremowym piwie i ognistej whisky. Pewnie gdyby nie hipokryzja Cassiusa, nie połączyłabym kropek… Długo zastanawiałam się też, co Rowle robił w środku nocy na miotle koło Wierzby, ale po naszej nocnej eskapadzie wydało mi się to oczywiste. Myśmy wtedy jeszcze ciebie nie znali, ale przecież sama przyznałaś, że poznałaś Corvusa wcześniej, w aptece profesor O'Brien, prawda?
Nie potrafiłam wydusić słowa. Cassius wyglądał, jakby dopiero co odkrył, że wyhodował na własnym łonie żmiję, nawet Arlo miał nieciekawą minę, co zabolało podwójnie, bo jeszcze niedawno starał się zażegnać konflikt.
To koniec. Imelda nie odpuści, widziałam to w jej ociekających zdeterminowaniem oczach i zaciętej minie.
– Będziesz kontynuować tę wyliczankę czy to już wszystkie pytania? – spytałam przez zaciśnięte zęby.
– Mam jeszcze jedno. – Uśmiechnęła się. – Zanim odpowiesz… A może o ile nam odpowiesz: czy jesteś pewna, że hrabia Fairfax potwierdziłby twoją wersję zdarzeń, gdybyśmy zeszli teraz do lochów?
Miałam ochotę sięgnąć po różdżkę i nawet poruszyłam się nieznacznie, kiedy z Imeldą mierzyłyśmy się ciskającymi iskry spojrzeniami. Cassius zeskoczył z łóżka i stanął między nami, unosząc dłoń.
– Nie musisz nam odpowiadać – powiedział z pogardą. Błyskawicznie odtrąciłam jego rękę. – Po prostu wyjdź.
Wyszłam, a raczej rzuciłam się do wyjścia. Wybiegłam z pokoju wspólnego, w gniewie błyskawicznie pokonując kolejne korytarze i kondygnacje zaczarowanych schodów, nie wiedząc nawet, gdzie szłam. Potrzebowałam rozchodzić tę istną białą gorączkę, inaczej eksplodowałabym w inny sposób. Gdyby nie interwencja Cassiusa, naprawdę doszłoby między mną a Imeldą do rękoczynów.
Jak długo mnie podejrzewała? W jakim celu milczała? Dlaczego ani razu nie skonfrontowała swoich podejrzeń, tylko w tak wyrachowany sposób wyczekiwała momentu, żeby się mnie pozbyć?
Wpadłam na korytarz na trzecim piętrze, a resztki trzeźwości umysłu kazały mi się cofnąć i schować za rogiem, kiedy w oddali zauważyłam znajomą postać. Nawet w półmroku rozpoznałabym pełną elegancji sylwetkę Ebenezera, który poruszał się w taki sposób, jakby na skinienie jego palca Słońce miało obowiązek orbitować wokół Ziemi.
Zagryzłam zęby. Przez niego wszystkie mugolaki w Hogwarcie bały się wyściubić nosa poza pokój wspólny, a on w poczuciu mylnej bezkarności spacerował po zamku jako wolny człowiek. Nie przejmował się konsekwencjami, a po dzisiejszej konfrontacji z ciocią jasnym było, że żadne go nie dosięgną. Nieważne, co bym zrobiła.
Kiedy Ebenezer zniknął w damskiej toalecie, wyściubiłam nosa zza rogu i rozejrzałam się. Serce zabiło mi szybciej na widok postaci z portretów przyprawionych o opaski na oczach i na dźwięk cicho buczącego w kieszeni fałszoskopu. Nie widziałam nikogo innego ani nie słyszałam żadnych kroków, więc na palcach przemknęłam w głąb korytarza i przylgnęłam do ściany, nasłuchując. Odważyłam się zajrzeć do łazienki, gdzie w odbiciu lustra dostrzegłam nieruchomą sylwetkę Ebenezera pochylającego się nad umywalką.
– Wścibska jesteś, co? – szepnął ktoś za mną, wbijając mi różdżkę w szyję.
– Wścibska? Nie – mówiłam wolno, starając się niepostrzeżenie wsunąć rękę do kieszeni bluzy. – Wkurzona? Tak.
Sprzedałam Vulpeculi łokieć prosto w brzuch. Zanim zdążyłam się obrócić, leciałam w powietrzu i grzmotnęłam plecami w ramę portretu tak mocno, że przez pełen promieniującego bólu moment byłam przekonana, że Vulpecula połamała mi kręgosłup. W ustach czułam metaliczny smak krwi.
Stanęła nade mną, uśmiechnięta od ucha do ucha, przyglądając mi się z wyższością. Zamierzała coś powiedzieć, ale uniemożliwiłam jej to krótkim Depulso. Podcięłam jej nogi. Vulpecula padła obok, a kiedy jej głowa wciąż obijała się o posadzkę, zerwałam się i celnym kopnięciem posłałam różdżkę w lot przez cały korytarz. Kolanem przycisnęłam Vulpeculę do ziemi, zagryzając zęby.
– To za Knedla, ty szmato.
Uderzyłam ją z otwartej ręki w twarz, ale kiedy zamachnęła się na mnie, niesiona niewyżytą frustracją zaczęłam na oślep okładać Vulpeculę pięściami. Chociaż wierzgała się i zdołała mnie kopnąć, szarpnęłam ją za włosy tak mocno, że ich garść została mi w dłoni, kiedy siła zaklęcia zmiotła mnie jak pionek z planszy. Przejechałam na plecach pół korytarza, klepiąc się po kieszeniach w poszukiwaniu różdżki. Upuściłam ją!
– Co za…! – krzyknęła niewyraźnie. – Co za dzikie szlamisko!
– Ciszej. – Ebenezer wyciągnął ku niej pomocną dłoń.
Zerwałam się z ziemi, spisując różdżkę na straty, i popędziłam łeb na szyję. Róg korytarza miałam już na wyciągnięcie ręki, kiedy zaklęcie niczym lasso owinęło się wokół moich kostek i szarpnęło, przez co zadzwoniłam zębami o posadzkę. Impet uderzenia przyprawił mnie o mroczki przed oczami. Oszołomiona leżałam na brzuchu, gdy silna dłoń wpiła mi palce w kark, ciągnąc w górę.
– Dawno się nie widzieliśmy – powiedział z obnażonymi zębami Ebenezer, pozornie troskliwym gestem strzepując mi pył z bluzy. Chwycił mnie za nią, kiedy spróbowałam się wyszarpnąć. – Nawet nie wiesz, ile od tego czasu dla ciebie zaplanowałem.
– Co?…
– Gówno – wychrypiała zakrwawiona Vulpecula, a Ebenezer na moment wzniósł oczy ku sufitowi. – Daj mi ją.
– Nie, musisz obejść się smakiem. Chciałbym ją mieć w jednym kawałku.
– W jednym ją zostawię.
– W jednym nienaruszonym kawałku – poprawił się z lekkim uśmiechem. Czułym uśmiechem. Uświadomiłam sobie, że to zamiłowanie do przemocy łączyło tę dwójkę i oblała mnie fala głębokiego obrzydzenia. Czułość wyglądała na Ebenezerze groteskowo. – Ty chyba chciałabyś tego samego, prawda?
– Wal się.
Splunęłam mu w twarz, zanim miałam okazję się nad tym zastanowić. Zaskoczony Ebenezer zamrugał, powoli starł mieszaninę krwi i śliny z ust, przybierając podobną minę co w klasie eliksirów, zanim rzucił mną o gablotę.
Wszechobecny gniew stopniał, zastąpiony przez paniczny strach. Każda komórka w ciele wrzeszczała, że popełniłam błąd, ale wbrew wszelkiemu rozsądkowi Ebenezer zaśmiał się krótko, jakby spotkało go coś spektakularnie absurdalnego.
– Cóż, miejmy nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy wymieniam się płynami ustrojowymi ze szlamą – powiedział.
Spętał mi ręce i nogi zaklęciem, zanim rzucił na mnie Jęzlep. Kiedy próbowałam krzyczeć, przyklejony do podniebienia język rwał niemiłosiernie i chociaż byłam zdeterminowana znieść ból, zamiast słów z gardła wydobywały mi się gardłowe jęki. Ebenezer z łatwością zarzucił mnie sobie na ramię, a następnie ruszył korytarzem.
– Po co się męczysz? – spytała idąca za nami Vulpecula, rąbkiem rękawa ścierając krew z twarzy. Miała rozciętą wargę i poharatany łuk brwiowy, a pod okiem kwitł jej zielono-żółty siniec. Coś w tym widoku sprawiło, że mimo strachu nieznacznie się uśmiechnęłam.
– To zabawne, kiedy się wyrywają.
Nie brzmiał na rozbawionego. Jego ton głosu przywodził na myśl to, co w komnacie za gobelinem powiedział Corvus:
Podejrzewam, że mu się to podobało.
Drzwi zaskrzypiały, zanim zostałam bezceremonialnie rzucona na podłogę. Oddychałam szybko, gdy Ebenezer kucnął przede mną w zacienionym wnętrzu schowka na miotły. Odwróciłam głowę, nie mogąc znieść jego triumfalnego, pełnego samozadowolenia wzroku, jednak silna dłoń chwyciła mnie za podbródek i zmusiła, żebym patrzyła tam, gdzie Ebenezer sobie tego życzył.
– Wiesz już, czego się boisz? Jeśli jeszcze nie jesteś tego świadoma, dam ci trochę czasu do namysłu. Mimo śladowej inteligencji powinnaś dać sobie radę. – Kciukiem starł mi krew z wargi, a zrobił to tak delikatnie, że przeszły mnie fale obrzydzenia. – Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego. Zapamiętasz to do końca życia, zadbam o to.
Cofnął dłoń i wstał, żeby spojrzeć na mnie z góry, a z całej jego sylwetki emanowała antycypacja. Narastał we mnie trudny do opisania strach, przez który zrozumiałam, że Corvus miał rację od samego początku – nigdy nie powinnam była się w to wszystko mieszać.
– Może złamać jej różdżkę? – Kiedy rozległ się głos Vulpeculi, spostrzegłam, że cały ten czas ją trzymała.
– Nie.
– Wyrzucić?
– Nie. Zostawimy jej ją, przecież ta szlamia masa nie ma pojęcia, jak używać zaklęć niewerbalnych. – Ebenezer zabrał Vulpeculi różdżkę, po czym rzucił mi nią w twarz. – Jeszcze nie nadgoniła materiału.
Drzwi schowka na miotły zatrzasnęły się z impetem, posyłając mi w twarz tumany kurzu, a zamknięty zaklęciem zamek szczęknął. Pozostałam zupełnie sama w nieprzeniknionych ciemnościach, ze spętanymi liną nadgarstkami i kostkami, z językiem przyklejonym do podniebienia. Jedyne, co mogłam zrobić, to kopać w drzwi z nadzieją, że ktoś zainteresuje się hałasem.
Szybko opadłam z sił i motywacji, a całkowicie zdemotywowała mnie myśl, że Ebenezer mógł wygłuszyć schowek, tak samo jak to zrobił już kiedyś z podobnie potraktowanym Puchonem. W ciemnościach odszukałam różdżkę i jęk bólu zamarł mi w gardle, gdy chciałam odruchowo rzucić Lumos.
I co teraz? Miałam tak po prostu pogodzić się, że wszystko poszło źle? Jedynie pozornie udaną rzeczą był napad na dormitorium Ebenezera, ale okazało się, że szkicownik i lista nie stanowią dla cioci zadowalającego dowodu. Przyjaciele, o ile w ogóle mogłam ich tym mianem nazywać, wyklęli mnie, a dodatkowo na zakończenie dnia wpakowałam się łeb na szyję w tę beznadziejną sytuację.
Jedno mi wyszło – chociaż zemstę spisałam na straty, widok zakrwawionej i posiniaczonej Vulpeculi będzie lulał mnie do snu przez wiele nocy.
Zamknęłam oczy, ale szybko zorientowałam się, że w rozemocjonowanym stanie nie miałam szans zasnąć. Raz jeszcze chwyciłam różdżkę i zastanawiałam się, co mogłabym z nią zrobić, jak jej użyć. Na pewno nie zdejmę nią lin spowijających nadgarstki i kostki, ale…
Jeżeli jakimś cudem ktoś postanowi zajrzeć do schowka na miotły i przypadkiem mnie znajdzie, świetnie. Szanse na to znikome, a przede mną cała noc. Może przy odrobinie skupienia zdołam nauczyć się zaklęć niewerbalnych?
Przeszukałam rozbiegany umysł w poszukiwaniu odpowiedniej formuły i spróbowałam rzucić Diffindo. Chociaż wiedziałam, że muszę się całkowicie skoncentrować na inkantacji oraz oczekiwanym efekcie, dalej jak na ciemną masę przystało mieliłam językiem w ustach. Po setkach, a może tysiącach prób wreszcie udało mi się uspokoić i przestałam próbować wymawiać zaklęcie na głos, ale poza wypuszczaniem iskr nie działo się nic, kiedy celowałam różdżką w liny na nogach.
Z frustracją umościłam się pośród kurzu, pyłu i mioteł, z których jedna straciła równowagę i stuknęła mnie w głowę. Nie marzyłam o niczym bardziej niż możliwości siarczystego przeklęcia. Z trudem przekręciłam się na bok, zmieniając pozycję tylko po to, żeby coś wbiło mi się prosto w żebra.
Coś małego i okrągłego.
Na powrót usiadłam, a po chwili starań udało mi się wydobyć fałszoskop z kieszeni. Scriptio to dziecinnie proste zaklęcie, które rzuciłam z sukcesem za pierwszym razem, więc wierzyłam, że i tym razem okaże się przydatne.
Wyprostowałam złączone nogi i ułożyłam fałszoskop na wysokości kostek, biorąc głęboki wdech. Chwyciłam mocno różdżkę, jakby miało mi to w czymkolwiek pomóc, pomyślałam Scriptio, a następnie pozwoliłam, by moje myśli płynęły. Nie czułam żadnej odpowiedzi, więc próbowałam wielokrotnie, najpierw starając się wysyłać wiadomości brzmiące: „Jestem zamknięta w schowku na trzecim piętrze", jednak po mijających minutach, kwadransach, a nawet godzinach w strumieniu świadomości powtarzałam wyłącznie imię Corvusa.
Z granicy snu wyrwał mnie ciężar na kostkach. Poderwałam się jak oparzona, wycelowałam różdżkę w toczący mi się po nogach fałszoskop i pomyślałam:
„Wreszcie! Jestem gdzieś na trzecim piętrze, w schowku, pomóż mi!"
W całkowitych ciemnościach znów odezwał się do mnie ten sam ciężar, który przyprawił mnie o rozlewające się po całym ciele poczucie ulgi. Nie wierzyłam we własne szczęście – niemo wychwalałam w niebiosa profesora Flitwicka i przerabiane na siódmym roku zaklęcie Proteusza, wychwalałam fałszoskop za bolesne wbicie mi się w żebra i wychwalałam samą siebie za dozę samozaparcia.
„Idziesz? Czekam" – napisałam, kiedy radość zaczęła ze mnie uchodzić po ciągnącym się w nieskończoność oczekiwaniu. Fałszoskop pociężał i bezskutecznie spróbowałam niewerbalnie rzucić Lumos, żeby odczytać wiadomość. Niedługo później drzwi stanęły otworem, a mnie poraziło przeraźliwie jasne światło dobiegające z różdżki Corvusa. Miał na sobie czarny sweter i spodnie od piżamy, a włosy sterczały mu we wszystkie strony.
– Wanda! Na gacie Merlina, coś ty narobiła? – Kucnął, chwytając za liny spowijające moje nadgarstki. – Kto ci to zrobił?
Co za pytanie! Wykrzyczałam imię Ebenezera i Vulpeculi, ale słowa zamieniły się w gardłowe jęki. Machnięcie różdżki uwolniło mój język.
– Boże! – ryknęłam, rzucając się do przodu. Corvus poleciał na plecy i wylądowałam na jego piersi, czując pod policzkiem materiał ogrzany ciepłem jego ciała. – Nawet nie wiesz, ile tu siedziałam! Jak długo próbowałam! Ale mi się udało!
– To dlatego pisałaś w kółko „Corvus, Corvus, Corvus…"? Myślałem, że… – Zamilkł na moment, kładąc rękę na moich plecach. – Myślałem, że może pisałaś coś innego… normalne dłuższe zdanie, ale zaklęcie Proteusza straciło moc czy coś… ale potem już było w porządku…
– Na początku takie próbowałam pisać! Po czasie po prostu myślałam o tobie – wyjaśniłam, nagle zdając sobie sprawę z tego, jak leżeliśmy i z tego, co mówiłam. Zrobiło mi się ciepło, ale bałam się, że jeśli teraz wstanę, Corvus zobaczy, jaka jestem czerwona. – Już prawie spałam, kiedy mi odpisałeś.
– Ja spałem.
Zmarszczyłam brwi.
– Śpisz z fałszoskopem?
– Eee, no, nie… Normalnie z nim nie śpię… – Wziął głęboki wdech, a jego dłoń przejechała wyżej wzdłuż moich pleców, muskając włosy. – Chciałem do ciebie napisać, ale w końcu tego nie zrobiłem.
– Co chciałeś napisać? – Uniosłam się na jego piersi wciąż na związanych rękach.
– Ała – jęknął. Usiadł, ciągnąc mnie za sobą w górę za nadgarstki, i machnięciem różdżki sprawił, że liny opadły na posadzkę. – Zamierzałem zapytać, jak ci poszło z ciotką.
– Och. Źle.
– Źle?
– Nie chcę o tym rozmawiać – burknęłam, wstając z podłogi. Schowałam wciąż leżące w schowku fałszoskop i różdżkę do kieszeni bluzy, a następnie otrzepałam się z wszechobecnego kurzu.
– To chodź, odprowadzę cię pod portret Grubej Damy – powiedział.
– Nie. Tam też nie chcę iść.
– Wando – wypowiedział moje imię stanowczo, ale z troską. – Co się stało?
Spojrzałam na niego spod byka, nie wiedząc nawet, jak mogłabym to wszystko wytłumaczyć ani od czego powinnam zacząć. Powodem, dla którego znalazłam się w schowku, a wcześniej wybiegłam z pokoju wspólnego, był Corvus i nasza ukrywana znajomość.
– Już drugi raz cię dzisiaj ratuję. Jesteś mi winna wyjaśnienia.
Nie mogłam się z tym kłócić, chociaż bardzo bym chciała. Prościej było nie wracać do bolesnych wspomnień i kłótni z wszystkimi bliskimi mi w szkole osobami, ale powinnam okazać Corvusowi wdzięczność. Poza nim nie miałam już w Hogwarcie nikogo.
– Jeśli jest już po północy, to tak naprawdę pierwszy raz dzisiaj – poprawiłam go, zamykając za sobą drzwi od składzika. – Opowiem ci wszystko od początku, ale… może pójdziemy do tej naszej komnaty?
Ten dobór słów sprawił, że Corvus uniósł brew.
– Ciotka chyba dostałaby na głowę, gdyby dowiedziała się, że znów pałętam się nocą po zamku – paplałam jak najęta, ścierając z ust strupy zakrzepłej krwi. Od wewnętrznej strony warg miałam spuchniętą ranę; pewnie zdobyłam ją, kiedy Ebenezer pochwycił mnie magicznym lassem i uderzyłam w podłogę.
– Znowu? – Corvus wskazał na główną zaczarowaną klatkę schodową, więc tam za nim podążyłam.
– No, tak… – bąknęłam, w rozgorączkowaniu przypominając sobie lekcję latania z Cassiusem prowadzoną pod usłanym gwiazdami niebem. – Tamto jest nieistotne, nie ma z tym nic wspólnego…
Corvus przyjrzał mi się dociekliwie. Zgasił różdżkę, kiedy przemykaliśmy korytarzami, więc teraz ledwo widziałam jego twarz skrytą w półmroku panującym na korytarzu. Pocieszyłam się, że nie miał szans czegokolwiek ze mnie wyczytać, a tym bardziej dostrzec ogrzewającego moje policzki rumieńca. W ciszy zbiegliśmy na parter, a po minięciu posągu złotego trio skierowaliśmy się do lochów.
– To była Vulpecula, tak? – Echo jego głosu odbijało się po ciasnej, spiralnej klatce schodowej. – Była sama czy z Ebenezerem?
– Z Ebenezerem…
– Domyślił się, że to ty ukradłaś jego rzeczy? Mówił coś?
– Mówił, ale nic nie wskazywało na to, żeby się domyślił… – mruknęłam, kiedy Corvus otworzył przede mną drzwi ukryte w gobelinie. – Ale… Czy ty widziałeś Vulpeculę?
Wsparł się ramieniem o jedną z kolumn podtrzymujących sklepienie zwieńczone pogrążonym w ciemnościach świetlikiem. Samotna, ledwo paląca się pochodnia rzucała migotliwe cienie na wysoką sylwetkę Corvusa.
– Widziałem – przyznał niechętnie. – Jak udało ci się ją tak poturbować?
– Wiedziałam, że nie mam szans w pojedynku na różdżki, więc… potraktowałam ją po mugolsku. Nie spodziewała się tego, a w zasadzie chyba dosłownie niczego się po mnie nie spodziewała…
– I jesteś usatysfakcjonowana?
Westchnęłam ciężko. Może prawda nie należała do najprzyjemniejszych rzeczy, które mogłam przyznać przed Corvusem, ale w takiej sprawie nie zamierzałam kłamać.
– Tak. Nie żałuję – powiedziałam.
– Chcesz tu zostać na noc?
– Nie jesteś na mnie zły?
– Zakładam, że się jej należało – odparł sucho, przymykając oczy. Wydawał się cały podminowany, od napiętych mięśni ramion po mocniej zaciskającą się na różdżce rękę. – Chcesz czy nie?
– Chcę.
Zmaterializował stos poduszek, kołdry i koce, a także spory materac, który padł głucho między czterema kolumnami w centrum pomieszczenia.
– Jadłaś kolację? – spytał, wciąż stojąc na uboczu, podczas gdy rzuciłam się na miękkie poduchy. Na dźwięk tych słów kiszki niemal boleśnie zatańczyły mi w brzuchu.
– Nie… Spieszyliśmy się przez to przyjęcie Ślimaka i…
– Opowiesz mi, jak wrócę. – Uniósł rękę, kierując się do wyjścia. – Zostań tu.
Zanim wrócił, zdążyłam pościelić i nawet udało mi się rozpalić większy ogień w pochodni, co przyjęłam z ulgą, bo w komnacie panował nieprzyjemny chłód. Ogrzewałam skostniałe dłonie, kiedy usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Corvus trzymał materiałowe zawiniątko i złotą tacę pełną najróżniejszych przekąsek, na których widok ślinka napłynęła mi do ust.
– Masz, przebierz się. – Wręczył mi kupkę ubrań. Zauważyłam, że włosy miał przeczesane, mimo że wcześniej sterczały we wszystkie strony. – Wyjdę.
– Wystarczy, żebyś się odwrócił.
Speszył się, ale mnie posłuchał. Odłożył tacę z jedzeniem pośrodku materaca i obrócony tyłem stanął za kolumną, dając mi chwilę prywatności.
– Już – mruknęłam, siadając między poduszkami. Miałam na sobie luźną czarną koszulkę i piżamowe spodnie w srebrno-zielone paski. Gdyby nie sweter, bylibyśmy ubrani tak samo, a coś w tej świadomości łagodziło nieprzyjemne wydarzenia z całego dnia. – Przyzwałeś ubrania?
– Nie, obudziłbym tym Ebenezera.
– Nie musiałeś iść dla mnie do dormitorium.
– Było po drodze.
Po wydarzeniach dzisiejszego dnia wiedziałam, że to nieprawda.
– Nie do końca, ale tak, w sumie jest niedaleko – powiedziałam, wsuwając się pod kołdrę.
Pochłonęłam kilka pasztecików dyniowych, zanim napchałam buzię słodyczami i zabrałam się za opowiadanie Corvusowi wszystkiego od momentu, kiedy wcześniej tego dnia rozstaliśmy się w komnacie. Słuchał mnie uważnie, co jakiś czas wtrącając pytania lub ciche komentarze. Mówiłam do czasu, aż zaczęłam zastanawiać się nad sensem wspomnienia o przemilczanej liście i konfrontacji z Imeldą.
Zmieszałam się, przypominając sobie jej serię domysłów i to, jak trafny każdy z nich był. Połączyła wszystkie kropki. Widać Imelda musiała nie ufać mi od samego początku, skoro aż tak wielką uwagę poświęciła na obserwowanie każdego mojego ruchu, słowa i drobnej reakcji…
Z ciężarem nad sercem pokrótce opowiedziałam Corvusowi, że Cassius zauważył, jak grzebałam w kieszeni, i co później wyniknęło z całej dyskusji oraz lawiny oskarżeń. W relacjonowaniu zdarzeń nie pominęłam żadnego argumentu Imeldy poza jednym. Nie widziałam sensu w mówieniu Corvusowi, że razem z Imeldą i Cassiusem wymknęłam się tunelem do apteki, którą później splądrowaliśmy. Niczego by to nie zmieniło, a tylko niepotrzebnie zraniłabym Corvusa przyznaniem się do braku zaufania. W końcu sam wyjawił, co dał wtedy Ebenezerowi, więc nie powinnam była w niego wątpić.
A lista? Pewnie zasugerowałby niewyściubianie nosa z pokoju wspólnego.
– Dlatego nie chciałaś wracać do dormitorium – stwierdził Corvus, podnosząc się na łokciu, żeby na mnie spojrzeć. – Mówiłem ci, że Imelda jest wścibska.
Racja. Uprzedził mnie podczas pierwszej wspólnej lekcji historii magii.
– Zauważyłam to, ale nie myślałam, że zamieni się w Sherlocka Holmesa i… to taki mugolski książkowy detektyw – wyjaśniłam, widząc wyrażającą niezrozumienie minę Corvusa, który odkładał na bok tacę z jedzeniem. – Imelda musiała od samego początku coś podejrzewać.
– Możliwe. Co było potem?
Opowiedziałam, jak wybiegłam z dormitorium, zobaczyłam Ebenezera w damskiej łazience, a także co stało się później z nim i Vulpeculą. Przed oczami miałam jej rozkwaszoną twarz, garść włosów, które jej wyrwałam, co sprawiło, że znów odczułam słodki smak zemsty za los Knedla, ale o tym nie wypadałoby wspominać.
– Zamknęli cię w schowku i to wszystko, tak? – dopytał, zdejmując sweter. Wsunął się pod kołdrę, a ten widok rozłożył mnie na łopatki. Chociaż oczywistym było, że Corvus wyczarował zbyt wiele poduszek i okryć dla jednej osoby, nie sądziłam, że naprawdę zamierzał tu spać…
Na domiar złego, zanim się rozebrał, dostrzegłam skrawek jego brzucha.
– Tak, to wszystko – wymamrotałam, nie wiedząc, ile słów zdołam jeszcze uformować.
– Mogę już zgasić?
Wskazał na pochodnię, a gdy przytaknęłam, machnął różdżką i zapadła ciemność. Zawinęłam stopy w kołdrę, naciągnęłam na siebie koc, ale mimo wtapiania się w zaskakująco miękki materac, brzuch zalał mi dotychczas nieznany typ napięcia. Miałam już za sobą pierwszy pocałunek i obściskiwanie się na trawie, ale niewinna impreza piżamowa z Corvusem wydawała się o wiele bardziej intymna niż to, co przeżyłam z Cassiusem.
Na pewnym poziomie obecne uczucie było całkiem znajome. Chociaż z Gniewkiem łączyła nas tylko przyjaźń, wiecznie spędzaliśmy czas u niego na poddaszu, w łóżku oglądając seriale, rozmawiając, grając w gry i pochłaniając tony słodyczy. Może właśnie tak smakuje poczucie bezpieczeństwa.
– Podasz mi jeszcze jednego kociołkowego pieguska? – odezwał się cichy szept, wyrywając mnie z zamyśleń.
Uśmiechnęłam się w ciemności i sięgnęłam za materac, gdzie Corvus wcześniej ułożył tacę z jedzeniem. Znów zapadł mrok, w którym rozbrzmiewał szelest odwijanego z papieru pieguska i odgłosy jedzenia. Chociaż zwykle irytowały mnie podobne dźwięki, teraz dziwnym trafem mi nie przeszkadzały.
– Dalej jesteś głodny? – spytałam, kiedy Corvus odetchnął z ukontentowaniem.
– Wcale nie byłem, ale mam do nich słabość. Dobranoc.
– Dobranoc.
Zanim pogrążyłam się we śnie, jeszcze na granicy świadomości przypomniałam sobie te wszystkie romansidła, które pochłaniała moja matka. Podkradałam je i z pasją zaczytywałam się w niemalże jednakowych historiach, a mimo to za każdym razem dawałam im się ponieść tak, jakbym miała w rękach coś niepowtarzalnego. Na wierzch świadomości wypłynęła mi czytana przed imprezą urodzinową taty powieść, gdzie fabuła pchnęła bohaterów ku spędzeniu razem nocy, podczas której nie robili niczego poza przytulaniem się. Mimo że uważałam to za rozczulające, skłamałabym, gdybym powiedziała, że narzekałam, kiedy po kilku następnych rozdziałach przytulanki przerodziły się w coś innego.
W zupełnie niecodzienny sposób zrobiło mi się cieplej. Zawstydzona własnymi myślami przewróciłam się na bok, naciągając kołdrę na ucho i piekący policzek.
