Od autora: Dzięki za komentarze!


Rozdział 1. Cena szacunku


– Wasz syn się zmienił, don Alejandro – usłyszał starszy z de la Vegów głos jednego z dalszych znajomych. – Nabrał pewności siebie.

Starszy caballero stłumił westchnienie, odwracając się w stronę mówiącego. Przez te kilkanaście dni, które minęły od ślubu Diego z Victorią, a właściwie od pojedynku mającego miejsce zaraz po ślubie, zdążył znużyć się tym zdaniem. Wypowiadali je właściwie wszyscy, którzy od tamtej pory spotkali się z jego synem.

Nie, żeby te słowa nie były uzasadnione. Śmierć de Soto była szokiem dla młodego caballero i zmieniła radość ze ślubu w niepokój Victorii i ojca, gdy Diego wrócił do domu niemalże nie widząc otoczenia. Ocknął się z tego stuporu po paru godzinach, ale przez kilka następnych dni wydawał się być cieniem dawnego siebie, i to zarówno znanego wszystkim Diego, jak i tego, którego znali tylko jego najbliżsi. Żadne wcześniejsze wydarzenie, nawet wypadek, w którym zginął tamten bandyta, Saragosa, nie miało takiego wpływu na młodego de la Vegę.

Diego otrząsnął się jednak i ojcu wydawało się, że wrócił już do równowagi. Więcej, don Alejandro widział, że jego syn był teraz sobą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wolny od konieczności ukrywania się przed alcalde, wypowiadał się teraz znacznie śmielej, z pewnością, jakiej nie mógł okazać nikomu przez te wszystkie długie lata rządów Luisa Ramone, a potem Ignacio de Soto.

Taka zmiana nie mogła przejść niezauważona i była komentowana przez właściwie wszystkich. Z tego, co don Alejandro zdążył usłyszeć, nikt już nie kwestionował, czemu Zorro nie sprzeciwił się ślubowi Victorii. To, co ludzie zobaczyli na placu przed kościołem, przekonało ich, że banita specjalnie powierzył zhańbioną kobietę opiece de la Vegów, w nadziei, że znajdzie tam ona bezpieczną przystań. Jeśli bowiem Victoria Escalante nie mogła być już ze swoim wyjętym spod prawa ukochanym, jej miejsce było przy jej przyjacielu Diego.

Pojedynek sprawił też, że choć ślub młodego de la Vegi był mezaliansem, nikt nie powątpiewał w powody, dla których don Alejandro wyraził na niego zgodę. Przeciwnie, przyjaciele i znajomi gratulowali mu, że jego syn stał się wreszcie prawdziwym caballero, zdolnym do walki z bronią w ręku. Bowiem w tym mężczyźnie, który rzucił wyzwanie całemu pueblo, stojąc przed ludźmi z zakrwawioną szpadą w dłoni, nie było nawet cienia marzyciela Diego. Wprawdzie to de Soto wymusił walkę, ale nikt nie miał wątpliwości, że młody de la Vega nie miał zamiaru uchylić się od starcia.

To wszystko mile łechtało ojcowską dumę don Alejandro. Jednak zaczynało też nużyć, zwłaszcza że wciąż powtarzano inne, bardziej irytujące plotki. Wiedział, że ci sami caballeros, którzy tak chwalą zmianę, jaka zaszła w jego synu, komentują między sobą, że on sam, jako jego ojciec, musiał przymknąć oko na niskie pochodzenie panny młodej i jej publiczny romans z Zorro. A choćby nawet między nią i banitą nie doszło do niczego więcej niż kilka pocałunków, to musiał zapomnieć także o tym, że nim dziewczyna stanęła z jego synem przed ołtarzem, sponiewierało ją kilku, jeśli nie kilkunastu żołnierzy. A całkiem szeptem rozważano, czy starszy z de la Vegów pogodzi się z faktem, że pierwsze dziecko nie będzie z jego krwi, bo Victoria być może nosiła już bastarda. I gdyby tak się stało, to co zrobi, jeśli Diego uprze się, by dać mu swoje nazwisko.

Don Alejandro starał się puszczać te pogłoski mimo uszu. Victoria i Diego wycierpieli zbyt wiele, by teraz tłumaczyć każdemu plotkarzowi w pueblo i okolicy, że przynajmniej to ostatnie nie ma żadnego uzasadnienia. Nie wątpił w słowa swej synowej, że tamta noc nie pozostawiła jej takiej pamiątki, w końcu to z obawy przed tym tak upierała się przy opuszczeniu pueblo, ale mimo wszystko miał cichą nadzieję, że pierwsze sygnały, iż będzie miał wnuka, pojawią się nie szybciej niż za pół roku. By nikt nie spróbował policzyć miesięcy i nie wypomniał Victorii po raz kolejny zdarzeń w garnizonie.

Na razie jednak Victoria uczyła się swej nowej roli doñy. Spędzała większość czasu w hacjendzie i sprawiała wrażenie, że z każdym dniem pewniej się w niej czuje. Owszem, odwiedzała nadal pueblo, pilnując Pilar i zatrudnionych pracownic, by gospoda nie straciła swej renomy dobrej kuchni, ale to były już tylko krótkie wizyty i zawsze w towarzystwie męża czy teścia. Jak wcześniej don Alejandro nie mógł sobie wyobrazić, by córka Alphonse Escalante porzuciła swoje dziedzictwo, tak teraz widział, że zrobiła to bez większego żalu. Już samo to świadczyło, jak bardzo wstrząsnęły nią minione wydarzenia. Starszy de la Vega wątpił, by dotarły do niej któreś z powtarzanych plotek. Nie tylko dlatego, że z każdym dniem jego synowa czuła się lepiej i pewniej, ale też dlatego, że nie sądził, by ktokolwiek poważył się je powtórzyć w obecności jego syna. On sam czuł zimny dreszcz za każdym razem, jak przywoływał w pamięci Diego pytającego, czy ktokolwiek jeszcze chce coś zarzucić Victorii, a przecież wiedział już wtedy, kim on jest naprawdę. Inni świadkowie pojedynku, przyzwyczajeni do uprzejmego, łagodnie uśmiechniętego caballero, musieli być przerażeni.

– Jeśli wykorzystamy to, co alcalde zebrał dotychczas jako podatek od podróżnych, możemy opłacić robotników… – Diego tłumaczył zebranym caballeros plan umocnienia drogi. W gospodzie Victorii zebrała się ich cała grupa, by rozważyć, co zrobić z majątkiem, jaki znaleziono w kufrze pozostałym po de Soto, a niewątpliwie pochodzącym z nieuczciwie nałożonych dodatkowych podatków. Naprawa drogi w okolicach Los Angeles była jedną z kilku odkładanych od już zbyt dawna potrzeb puebla i teraz młody de la Vega mógł przedstawić plany i propozycje robót.

Jego ojciec przyglądał się tylko, jak Diego omawia kolejne mapy. Jasne było, że nie potrzebował w tej chwili ojcowskiego wsparcia. Przeciwnie, wtrącając się, don Alejandro tylko odciągałby uwagę audytorium i przeszkadzał w wyjaśnieniach. Wolał więc stać z boku i obserwować syna, zadowolony z jego ożywienia. Kiedy to od wiedzy Diego miały zależeć przyszłość i rozwój pueblo, stał się na nowo uczonym, któremu radość sprawiały obliczenia i wyjaśnienia.

Wyjaśnienia młodego caballero przerwał nieoczekiwanie sierżant Mendoza, który wszedł do gospody, prowadząc ze sobą dwóch mężczyzn. O ile don Alejandro ich rozpoznawał, byli to dwaj drobni gospodarze z okolic położonych na południe od pueblo.

Don Diego, jeżeli możecie nam pomóc… – zaczął mówić Mendoza. Jeden z przybyłych z nim mężczyzn żachnął się nieoczekiwanie, ale drugi przytrzymał go za ramię, mówiąc coś pośpiesznie do ucha.

– Wybaczcie, señores. – Młody de la Vega oderwał się od map.

W gospodzie zapadła cisza i wszyscy zebrani mogli usłyszeć, jak caballero wypytuje sierżanta i gospodarzy, wpierw o powody przybycia, a potem o przyczyny kłótni. Zadawał krótkie, rzeczowe pytania, a gdy usłyszał odpowiedzi, spytał ponownie, tym razem kierując swą wypowiedź do obu adwersarzy. Don Alejandro nie mógł nie uśmiechnąć się, słysząc jak jego syn kilkoma celnymi uwagami sprawia, że obaj mężczyźni spoglądają na siebie z nieoczekiwanym zmieszaniem, które szybko przechodzi w zawstydzenie i nieskrywany żal. Chwilę później dwaj przeciwnicy podali sobie ręce i skierowali się do baru, by tam poprosić Pilar o nieco wina, a Diego wrócił do stołu z mapami i dalszego omawiania planów remontu, po drodze szybko ucinając wylewne podziękowania sierżanta.

Starszy de la Vega przyglądał się temu z dumą. Diego zawsze starał się być przyjacielem ludzi w pueblo, nieraz interweniował, gdy dochodziło do jakichś sąsiedzkich niesnasek, ale teraz, po pojedynku, ludzie coraz częściej widzieli w nim sędziego swoich problemów. I nie odchodzili zawiedzeni. Jego syn wykorzystywał nowo nabyty szacunek, by stać się rozjemcą, który zawsze stara się znaleźć najlepsze rozwiązanie dla obu stron konfliktu. To było coś, uświadomił sobie don Alejandro, czego zabrakło im przed laty, po śmierci Luisa Ramone. Wtedy Mendoza ledwie sobie radził z dowodzeniem garnizonem i rozstrzyganiem miejscowych sporów. Teraz, kiedy było jasne, że sierżant może w każdej sprawie zwrócić się o pomoc do młodego caballero, i kiedy to rzeczywiście robił, sprawy pueblo toczyły się znacznie spokojniej, a sam Mendoza miał więcej czasu, by zadbać o sprawy żołnierzy. Choć i tutaj przydałaby mu się pomoc kogoś bardziej doświadczonego… Jak pewien dawny pułkownik, uśmiechnął się don Alejandro do siebie. Razem mogli poprowadzić Los Angeles.

X X X

Gdy przed wieczorem wracali do hacjendy, Diego starał się, by ojciec nie mógł dostrzec jego twarzy. Nie spodziewał się, że to tak go zaboli. Ten przestrach w oczach sierżanta, ta wymuszona uniżoność, jego i tych skłóconych gospodarzy… Jakby w jednej chwili przestały istnieć te wszystkie godziny, jakie Mendoza spędził w jego towarzystwie czy to w gospodzie nad kupionym mu obiadem, czy też w biurze Guardiana, przy omawianiu kolejnego artykułu Señora Estomago. Teraz był tylko lęk, lęk i posłuszeństwo, takie, z jakim sierżant przyjmował polecenia de Soto, a wcześniej Ramone. Diego miał mdlącą pewność, że gdyby podniósł głos, choćby odrobinę, Mendoza zakrztusiłby się przytakując. Si, mi alcalde. Si, don Diego.

A gospodarze by to za nim powtórzyli. Ich problem był prosty, kłótnia wręcz banalna, wystarczyło tylko zwrócić ich uwagę na to, co przeoczyli, by doszli do przeprosin i zgody, ale też zbyt się go lękali, by zwrócić się wcześniej z pytaniem, jak zakończyć zwadę. Przyszli nie dlatego, że mógł im pomóc i że chcieli, by im pomógł, ale dlatego, że to sierżant uznał, że może w ten sposób rozstrzygnąć ich spór. Mógłby im nakazać cokolwiek, a oni by nie zaprotestowali, bo zbyt by się obawiali tego, co on, Diego, może wtedy zrobić.

Przez dziesięć lat, jakie minęły od jego powrotu z Hiszpanii, młody de la Vega starał się pomagać ludziom w Los Angeles. Doradzał im w sprawach upraw i zdrowia. Wspierał pieniędzmi, gdy sytuacja stawała się trudna. Wydawał gazetę, by mogli dowiedzieć się nowin ze świata polityki i nauki. Uczył ich dzieci i ich samych. I wydawało mu się przez te lata, że był uważany przez mieszkańców pueblo i okolic za przyjaciela. Może trochę dziwnego, trochę oddalonego od świata zwykłych ludzi przez swoje zamiłowanie do nauki, ale przyjaciela. Kogoś, o kim mówiło się z sympatią i odrobiną rozbawienia, ale też do kogo przychodziło się, gdy była potrzebna pomoc.

Teraz wszystko to runęło. Nawet gdyby wyszło na jaw, że to on jest Zorro, ludzie nie cofaliby się przed nim z taką obawą, jak robili to teraz. Nie miał nawet pewności, czy zebrani w gospodzie caballeros uznali jego projekt remontów za dobry dlatego, że był taki naprawdę, czy też dlatego, że nie chcieli wchodzić w drogę niebezpiecznemu człowiekowi.

Zabójcy. Wszyscy lękali się zabójcy.

Diego skrzywił się mimowolnie. Jak inaczej mogli o nim myśleć? I czy to, że nie odczuwał nawet najmniejszego żalu po śmierci Ignacio nie było potwierdzeniem, że jest właśnie kimś takim? Przez lata Zorro unikał rozlewu krwi, ale gdy teraz Diego oglądał się wstecz, widział, że zbliżał się do tej granicy powoli, krok za krokiem, z każdym wygranym starciem, każdą potyczką z bandytami czy alcalde. Chłostał, ciął ubrania, przykładał ostrze do szyi, straszył… Groził, że będzie zabijał i w końcu zabił. Bez wahania. Bez żalu. Złamał przyrzeczenie, które miało go przed tym ochronić i nie żałował tego.

Czy sir Edmund dostrzegł to w nim wtedy w Madrycie? A jeśli tak, to kiedy? W którymś z ćwiczebnych pojedynków? A może jeszcze wcześniej, na samym początku nauki? I czy to dlatego tak go szkolił? Wiedział, jaka jest jego prawdziwa natura? Czy to dlatego Kendall ostrzegł go przed opuszczeniem Hiszpanii, że jego walka nie obejdzie się bez przelewu krwi?

X X X

Victoria de la Vega siedziała na patio hacjendy. Korzystając z popołudniowego cienia, zabrała na zewnątrz część ksiąg rachunkowych i teraz, z rysikiem w dłoni i tabliczką pod ręką, starała się zrozumieć rozliczenia wpisane tu przez don Alejandro. To była dla niej część nauki jak być doñą de la Vega. Nie tylko z nazwy, dziewczyną z tawerny przebraną w suknie wielkiej pani, ale prawdziwą damą. Maria, gospodyni de la Vegów pamiętająca czasy, kiedy hacjendą rządziła doña Elena, pomagała jej wyćwiczyć odpowiednie gesty i maniery. Diego z radością podsuwał jej książki, by mogła uzupełnić edukację, choć don Alejandro twierdził, że żadna z żon caballeros nie jest tak wykształcona. Ale bycie prawdziwą doñą oznaczało także odpowiedzialność za posiadłość i mieszkających tu ludzi, a tę wiedzę mogła zdobyć tylko sama.

Część zapisów i rozliczeń wydawała się jej podobna do jej własnych rachunków dotyczących gospody, ale wiedziała, że to złudne podobieństwo. Same kwoty chwilami budziły w niej pełen szacunku lęk. Mimo przyjaźni z de la Vegami, mimo przyzwyczajenia do szczodrości, z jaką Diego podchodził do próśb padre, tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy, jakim bogactwem obracali jej mąż i teść. Ani też jak wielu ludzi było od nich zależnych. Służba i vaqueros, ich rodziny, dzierżawcy na obrzeżach posiadłości. Wszyscy ci ludzie związali swoje życie z hacjendą de la Vegów i to od don Alejandro zależała ich przyszłość. A potem to Diego i ona mieli się o nich zatroszczyć i przygotować do tej roli własne dzieci…

Myśli Victorii urwały się na moment, jak zawsze, gdy jej rozważania dotykały tego tematu. Był czas, gdy marzyła o rodzinie z Zorro i był czas, kiedy była przerażona myślą, że może być brzemienna. Teraz, gdy jej dawne marzenia miały szansę się spełnić, czuła lęk. Dawne życie rozsypało się w proch i zaczynając nowe, drżała na samą myśl, że coś mogłoby je zniszczyć równie łatwo. Ludzie wciąż szeptali. Za każdym razem, gdy jechała do gospody, widziała ich czujne, taksujące spojrzenia. Może bardziej patrzyli na Diego, nie mogąc uwierzyć, że ktoś tak łagodny i przyjazny był zdolny do rzucenia wyzwania całemu pueblo, ale wiedziała, że ona też jest obserwowana. Plotki mogły stać się niszczące. Jeśli tylko da choć cień pretekstu, by o niej mówiono… Bała się myśli, że ktoś mógłby zmusić Diego do następnego pojedynku w obronie jej imienia. A tak mogło się stać, jeśli tylko któraś z tych plotkarek zacznie ją podejrzewać, że chce nazwiskiem de la Vegów ochronić bastarda…

Odetchnęła raz jeszcze i pochyliła się nad księgą. Jej obawy nie miały podstaw. Ona i Diego mieli teraz czas. Nie musieli się śpieszyć. Plotki ucichną za kilka tygodni, a nawet gdyby odżyły, to każdy dzień, każdy tydzień odsuwał od niej podejrzenia. Owszem, ludzie będą wspominać, co się im przydarzyło. Będą o tym opowiadać. Ale nie będzie w tym oskarżeń. Nie będzie uwłaczających komentarzy. Nie ma już de Soto, który był pierwszy do stawiania jej zarzutów. Byli bezpieczni.

Przerwała obliczenia, gdy Diego wszedł na patio. Po pobycie w pueblo wyglądał tak, jakby ten dzień rozmów był dla niego cięższy niż godziny jazdy po wzgórzach. Victoria z ukłuciem niepokoju zdała sobie sprawę, że jej mąż sprawia wrażenie tak wyczerpanego, jakby nadal spędzał noce w siodle czy pilnując jej bezpieczeństwa, by nie uległa znów szaleństwu. I, jeśli dobrze odczytała wyraz jego twarzy, był w nim dziwny smutek, jakby zagubienie.

– Diego? – Podniosła się zza stołu.

Drgnął, jakby szedł zatopiony w myślach i nie dostrzegał jej obecności.

Mi preciosa! – Ujął ją za dłonie, nagle znów uśmiechnięty, jakby całe jego znużenie zniknęło. – Księgi rachunkowe?

– Chyba w rachunkach jestem lepsza od ciebie!

– Niewątpliwie. Ojciec będzie uszczęśliwiony, gdy odkryje, co robisz. – Diego uśmiechał się, ale miała wrażenie, że ten uśmiech nie dosięga jego oczu. Jakby znów miała przed sobą tamtego roztargnionego caballero, który najchętniej nie wychylałby nosa zza książek i obrazów. Nawet jego głos stał się wyższy i słabszy niż ten prawdziwy, jaki już poznała.

– Co się dzieje, Diego? – spytała.

– Słucham?

– Co się dzieje, że znów się maskujesz?

Poczuła, jak drżą mu dłonie. Uciekł w bok spojrzeniem. Była pewna, że zaraz powie jej, co się wydarzyło, ale nie zrobił tego.

Zamiast tego objął ją, opierając policzek o jej włosy, tuląc ją, a raczej przytrzymując się jej tak, jakby była jedynym stałym punktem, skałą wśród ruchomych piasków czy oparciem w sztormie. Czuła, jak drży jego oddech i jak powoli się uspokaja.

– Jeszcze nie wiem, mi querida – wyszeptał. – Jeszcze tego nie wiem.


CDN