Rozdział 2. Zmiany


Tego dnia de la Vegowie pojechali do pueblo w trójkę. Zbliżał się dzień targowy i Victoria chciała przejrzeć zapasy przypraw, by wiedzieć, co Pilar powinna uzupełnić. Kobieta robiła szybkie postępy i gotowała już niemal tak dobrze jak ona, ale wciąż to do Victorii należało nadzorowanie, czy jest dość zapasów w spiżarni i piwnicy.

Kończyła właśnie rozmawiać z jednym z dostawców, gdy padre Benitez stanął w progu kuchennych drzwi i poprosił ją, by poświęciła mu chwilę rozmowy. Póki szli przez plac pueblo, pytał o hacjendę i plany wobec gospody, ale gdy przekroczyli furtkę przykościelnego ogrodu, zatrzymał się nagle.

– Jak się czujesz jako żona, córko? – zapytał.

– Szczęśliwa, padre. – Victoria uśmiechnęła się, choć z odrobiną wysiłku. – Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będę taka szczęśliwa!

Zakonnik odpowiedział uśmiechem, jednak jego oczy pozostały czujne. Wpatrywał się uważnie w twarz kobiety, aż odwróciła głowę. Zrozumiała, że padre nie dowierzał jej zapewnieniom.

Po chwili niezręcznego milczenia kapłan wskazał ścieżkę, którą chciał ruszyć.

– Pytam, bo wiem, że odniosłaś ciężkie rany na duszy – powiedział, gdy przeszli już w głąb ogrodu. – Nadal mogą cię dręczyć.

Victoria przytaknęła w milczeniu. Rozmawiała o tym z padre już kilkakrotnie, ostatni raz tuż przed samym ślubem. Jego pytania, choć bardzo delikatne i ostrożne, sprawiły, że zrozumiała, jak wiele miała szczęścia mimo całego koszmaru, przez jaki przeszła. Zakonnik był kiedyś na terenach, gdzie żołnierze tłumili rebelię, i wiedział, że mogła zostać o wiele bardziej okaleczona. Na duszy, umyśle, ale i na ciele.

– Zostawiłam to za sobą – odpowiedziała po chwili namysłu i dodała. – To, co się wydarzyło, nie wraca już nawet we snach, chociaż… – zastanowiła się przez moment. – Wiem od don Alejandro, że nie powinnam się zbliżać do brandy, bo może obudzić moje złe wspomnienia. Ale to chyba tylko to… Jestem żoną Diego pod każdym względem i nie czuję ani lęku, ani wstrętu do niego, jak się tego obawialiście.

Padre odetchnął wyraźnie.

– To dobrze, moje dziecko. Wiem, że musiałaś pożegnać swoje dawne marzenia, więc cieszy mnie, że znalazłaś bezpieczną przystań. Diego to dobry człowiek.

– Najlepszy, padre. Ale…

Victoria zawahała się przez moment. Diego nie powiedział jej, czy kapłan wiedział o jego sekretach, więc wolała nie wspominać, że jej marzenia o ślubie i rodzinie z Zorro spełniły się, choć w tak nieoczekiwany i bolesny sposób. Było jednak coś, czym chciała podzielić się z zakonnikiem. Pomógł jej powrócić do Los Angeles i teraz też mógł pomóc.

– Boję się, padre – wyznała. – Są chwile, gdy czuję lęk i ledwie mogę go opanować.

– Czego się boisz? – Kapłan zatrzymał się w spacerze i spojrzał na nią uważnie.

– Że stracę… – urwała i odwróciła głowę. Wszystkie jej lęki były tak pozbawione sensu, że wręcz wstydziła się do nich przyznawać. Wydawało się to jej niewłaściwe, tak wątpić w miłość i opiekę Diego. Jednak jej mąż i jego ojciec wciąż powtarzali, że ma im mówić, czego się boi, a i padre nie pytał z próżnej ciekawości. – Że całe moje życie, to nowe, w hacjendzie, rozpadnie się w jednej chwili – wyznała.

– Zorro nie zażąda od ciebie, byś opuściła Diego – zauważył łagodnie Benitez. – Wiem, że go kochałaś, ale…

– Nie, nie obawiam się Zorro – zaprzeczyła. – Boję się, że wraz z Diego zaprzepaścimy naszą szansę na wspólne życie. I boję się ludzi…

– Ludzi?

– Tak, ludzi. Och, powtarzam sobie, że teraz, kiedy nie ma alcalde, nikt mnie już nie oskarży, nikt nie będzie mnie potępiał, ale… nadal się boję.

Kapłan pokiwał głową.

– Nic dziwnego, że tak czujesz, po tym wszystkim co cię spotkało, moje dziecko – powiedział cichym, kojącym głosem. – Doświadczyłaś bólu i poniżenia, samotności i rozpaczy, a ludzie dookoła ciebie byli źródłem twojego cierpienia. Więc lękasz się, by to się nie powtórzyło, nawet jeśli wiesz, że tak się nie stanie. Z czasem twoje rany się zabliźnią całkowicie, a strach minie. Już dostrzegasz, że nie ma on żadnych podstaw. A póki co – padre uśmiechnął się pocieszająco – to dobrze się stało, że mi o tym powiedziałaś. Będę miał oczy i uszy otwarte, by ochronić ciebie i Diego przed podobnym atakiem. Ty zaś zaufaj trosce i miłości swego męża.

– Ufam mu, padre. Diego kocha mnie i troszczy się o mnie…

Zamilkła. Benitez wpatrywał się w nią z troską i zdała sobie sprawę, że jej słowa nie brzmią tak, jak powinny. Że są dowodem jej niepewności i słabości, a nie radosnym wyznaniem czegoś, czego przecież była tak pewna.

– Ale nie wszystko układa się tak, jak powinno – powiedział powoli zakonnik. – Czy umiesz rozpoznać, o co chodzi? – spytał łagodnie.

– Coś ciąży Diego na sercu, padre, a ja nie wiem, co to jest i jak mu pomóc.

Doszli już do końca ogrodowej ścieżki, więc kapłan zawrócił, kierując się w stronę kościoła.

– Zabił człowieka – przypomniał. – To także zostawia ślad. Troska o ciebie i ból, jaki z tobą dzielił, to jedno, ale tu jest jeszcze śmierć.

– Nie! To nie to! – zaprotestowała Victoria. – Nie sądzę, by Diego czuł się winny śmierci alcalde! Nie po tym…

Urwała, gdy padre Benitez pokręcił głową.

– Nie wątpię, że może nie czuć winy po tym, co się wcześniej wydarzyło. Jednak jest dobrym człowiekiem i bez wątpienia trudno mu się pogodzić ze świadomością, że odebrał komuś życie. A to, co się teraz dzieje wokół niego w pueblo, może mu nie pomagać.

– O czym mówicie, padre? – Victoria poczuła ukłucie znanego strachu. Czyżby teraz ludzie mieli zwrócić się przeciwko Diego? – Nie mogą go odrzucać! Przecież gdyby nie on…

– Nie odrzucają go. Przeciwnie, podziwiają go za to, co zrobił. Być może cenią go teraz bardziej niż samego Zorro!

To zaskoczyło Victorię. Wiedziała, że Diego był powszechnie szanowany i lubiany, ale przecież starał się, by uważano go za przeciwieństwo czarno odzianego banity. Niechęć do broni i demonstracyjne unikanie jakichkolwiek kłopotów sprawiały, że wielu mieszkańców pueblo ubolewało nad słabością syna don Alejandro. A na pewno nie patrzono na niego i nie mówiono o nim z takim podziwem, jak o Zorro.

– Czemu?

– To Diego dokonał tego, o co Zorro starał się przez lata. Uwolnił Los Angeles od tyrana. Dla wielu ludzi to wystarczający powód, by odnosić się do niego z szacunkiem większym niż kiedykolwiek wcześniej.

Victoria zamarła. Coś takiego nawet nie przemknęło jej przez myśl.

– Czy… Czy Diego o tym wie? – wykrztusiła.

Padre spojrzał na nią uważnie, wyraźnie zaskoczony jej reakcją.

– Nie wiem – odparł. – Jednak nie wątpię, że trudno mu znieść to, iż szanują go za odebranie życia.

Dios! – wykrztusiła, porażona tym, co właśnie przyszło jej na myśl.

Zorro cieszył się szacunkiem i poważaniem całego Los Angeles za to, co robił przez te wszystkie lata. Ludzie ufali mu i nawet żołnierze byli skłonni liczyć na jego pomoc. Za to Diego, ten, którego znali wszyscy w pueblo, był traktowany z mieszaniną sympatii i pobłażania, ale też nieraz zarzucano mu nadmierną ostrożność, by nie powiedzieć tchórzostwo. Znosił to cierpliwie, puszczając mimo uszu nie tylko wszystkie docinki ze strony dalszych znajomych, ale też uwagi jej czy ojca, bo wiedział, że jedynie w ten sposób może się uchronić przed zdemaskowaniem. Jednak teraz, po tych kilku razem spędzonych tygodniach, wiedziała już, jak było to dla niego czasem trudne, ile musiał poświęcić, by ich chronić, ile ryzykował. Myśl, że w oczach ludzi to wszystko, całe lata walki Zorro, mogły znaczyć mniej niż jeden tragicznie zakończony pojedynek, przerażała.

Victoria już chciała zapytać, czy padre poruszył ten temat w rozmowie z jej mężem, gdy dostrzegła w bramie ogrodu chłopca niepewnie przestępującego z nogi na nogę, jakby obawiał się przeszkodzić kapłanowi w rozmowie z doñą de la Vega. Zakonnik zauważył, co przyciągnęło jej uwagę.

– Och, to Faustino! – rozpoznał go. – Musiało stać się coś złego… – zaniepokoił się.

Rzeczywiście, Faustino przyniósł złe wieści. Na dom jego ojca, niewielkie gospodarstwo oddalone o kilka mil od Los Angeles, napadło dwóch bandytów. Ktoś mógłby powiedzieć, że zrabowali niewiele, ledwie kilkanaście pesos, ale to było wszystko, co posiadali gospodarze. Co więcej, napastnikom nie wystarczyło, że zabrali te skromne oszczędności. Poszukując pieniędzy zdemolowali wnętrze domu, pobili rolnika i jego żonę i nie szczędzili kuksańców obecnym w domu dzieciom. Przed odjazdem zabili jeszcze prosię i większość kur z kurnika. Opróżnili też spiżarnię z zapasów mąki i fasoli. Czego nie zdołali załadować na konie, zniszczyli, jakby z czystej złośliwości.

Faustino był w tym czasie w Los Angeles, u kowala, i jego ojciec tylko dziękował Bogu, że dzień wcześniej ich stary wałach okulał, zmuszając go do tej wycieczki. Gdyby nie to, chłopak też zostałby pobity, czy nawet mógłby zginąć, gdyby próbował bronić rodziny. Bez niego zaś gospodarz i jego żona na pewno nie byliby w stanie przebyć mil dzielących ich od lekarza.

X X X

Tego dnia de la Vegowie wrócili do hacjendy późnym popołudniem. Zanim padre i Victoria uspokoili przerażone, zapłakane dzieci, zanim doktor Hernandez opatrzył rannych na tyle, by mogli opowiedzieć o napastnikach sierżantowi i zanim Mendoza wysłał żołnierzy na patrol, minęła sjesta. Diego starał się znaleźć pretekst, by wcześniej wrócić do hacjendy i by Zorro ruszył na poszukiwania, ale caballeros zwołali w gospodzie pośpieszną naradę, na której musiał być obecny. Poczucie zdrady, jakie go na moment ogarnęło, gdy ojciec syknął mu do ucha, że nie może teraz zniknąć, jak to miał w zwyczaju, minęło, gdy usłyszał zmartwionego sierżanta, relacjonującego, co do tej pory zdołali ustalić jego podwładni. Mendoza miał powód do troski. To był już drugi napad na odległe gospodarstwo i tym razem desperados byli brutalniejsi niż poprzednio. Żołnierze rozglądali się za obcymi, ale jak do tej pory bezskutecznie.

Wreszcie dyskusja, gdzie jeszcze można wytropić bandytów, skończyła się. Nie zdołano ustalić niczego konkretnego, poza pomysłem Diego, by caballeros zebrali pieniądze dla doktora Hernandeza za leczenie rannych. W międzyczasie rodzina Faustino została bezpiecznie zakwaterowana na plebanii, gdzie padre Benitez obiecał gościć ich, póki nie wrócą do zdrowia.

Diego milczał przez całą drogę powrotną z pueblo, a gdy tylko weszli do domu, ruszył do biblioteki.

– Musisz jechać? – Victoria dotknęła jego ramienia, nim położył dłoń na obramowaniu kominka.

– Muszę. Słyszałaś naradę. Nic nie ustaliliśmy – Diego zacisnął dłoń w pięść, z trudem hamując wybuch złości na myśl o straconym czasie.

– Wiem, ale…

– Dwa napady na gospodarstwa to o dwa za dużo – odpowiedział. – Trzeci może się skończyć czyjąś śmiercią.

Mogła tylko przytaknąć. Mogła bać się o Diego, teraz, kiedy wiedziała, co robił, ale rozumiała, jak bardzo potrzebny jest Zorro. Chciwy alcalde nie był przecież jedynym zagrożeniem dla Los Angeles i jego okolic.

– Mendoza ledwie sobie radzi, a żołnierze nie są dobrzy w tropieniu – mówił dalej Diego. – Odnajdę ich i powiem sierżantowi, gdzie posłać patrol, nic więcej – zapewnił.

X X X

Zorro wyjeżdżał zaskoczony tym, jak wielką ulgę poczuł, kiedy zasłonił twarz maską. Czarny strój wydawał się przywracać światu równowagę. Nowy don Diego de la Vega, otoczony lękiem i szacunkiem ludzi zabójca alcalde, przestał istnieć, a Zorro miał przed sobą zadanie i niewiele godzin dziennego światła, by je wypełnić. Tornado galopował, prychając zadowolony, że opuścił jaskinię, a jego jeździec starał się uporządkować myśli, nim dotrą do napadniętego gospodarstwa.

Podążanie za bandytami nie było trudne. Zabity prosiak krwawił przez dłuższy czas i sznurek zastygłych plam ciągnął się od gospodarstwa przez wyschnięte łąki. A gdyby tego było mało, tam gdzie rabusie przejeżdżali przez zarośla, pozostały pojedyncze kurze piórka pozaczepiane na gałązkach krzewów.

Zorro jechał po śladzie, próbując odgadnąć, co kierowało atakującymi. W okolicach Los Angeles rzadko zdarzały się tak brutalne napady i bezsensowne zniszczenia, ale bardziej zastanawiająca była ilość jedzenia, jaką zagarnęli napastnicy. Prosię, tuzin kur, worki mąki i fasoli były prowiantem dla kilku, może nawet kilkunastu osób. Niepokojące było też, że choć rabusie od splądrowanego domu odjeżdżali cwałem, to gdy tylko zniknął im z pola widzenia, zwolnili i nie śpieszyli się z dalszą ucieczką. Mogło to oznaczać, że dwaj bandyci są częścią większej grupy. W każdym razie była to zagadka, która zaprzątała umysł Zorro i pozwalała zapomnieć o problemach Diego de la Vegi.

W końcu o zmierzchu przestał widzieć odciski kopyt. Ślad wyprowadził go daleko od traktów i zabudowań, w okolice, gdzie rzadko zapuszczały się patrole z garnizonu czy wędrowcy i myśliwi. Zorro zatrzymał się blisko szczytu wzgórza, rozglądając się i nasłuchując, czy coś nie wskaże mu, gdzie powinien podążyć. Miał nadzieję, że ścigani nie są już daleko. Trop, póki go jeszcze dostrzegał, był już bardzo świeży.

Ciemność przed wschodem księżyca otulała wszystko jak gęsty woal, pozwalając rozróżniać tylko kontury drzew i zarośli. Wiatr ustał, odzywały się tylko wszechobecne cykady. Odległe stuknięcie było tak słabe, że Zorro ledwie je dosłyszał przez hałas owadów. Wytężył słuch, nie mając pewności, czy to był rzeczywisty dźwięk, czy złudzenie. I znów! Teraz już był pewien. Odgłos był zbyt równomierny, jak na głosy zwierząt. Ktoś w pobliżu ciosał drewno.

Zorro ruszył powoli w tamtą stronę. Że zmierza w dobrym kierunku, upewnił się już chwilę potem, słysząc ludzkie głosy. Był jeszcze zbyt daleko, by móc rozróżnić słowa, ale niewątpliwie ktoś rozmawiał, a raczej zażarcie się kłócił. Gdzie byli ci ludzie odkrył, kiedy uważnie się wpatrzył w ciemne korony drzew i dostrzegł na nich słaby poblask od rozpalonego poniżej ognia.

Obozowisko mieściło się w kotlinie i Zorro początkowo chciał pozostawić Tornado w zaroślach na jej skraju, by obecność jego ogiera nie zaniepokoiła innych koni. Jednak smród spalonego pierza, jaki poczuł, gdy tylko wszedł pomiędzy krzaki, przekonał go, że nawet jeśli wierzchowce w obozie były szkolone do podnoszenia alarmu, to w tej chwili nie będą w stanie niczego wywęszyć. Mdlący odór sugerował też, że właśnie dogonił tropionych bandytów, bo myśliwi, biali czy Indianie, zwykle nie opalali piór ze swej zdobyczy.

Ogień płonął nieoczekiwanie jasno, zmieniając zarośla w plątaninę cieni. Pozwoliło to Zorro, którego oczy przywykły do ciemności, przemykać między drzewami bez szmeru niczym widmo, unikając miejsc, jakie mogły zdradzić go szelestem czy trzaskiem suchych gałęzi. Nie, żeby to było konieczne, bo ludzie przed nim kłócili się tak zawzięcie, że mogli nie usłyszeć nawet maszerującego oddziału żołnierzy.

Gdy w końcu wyjrzał zza drzewa, zobaczył ognisko, którego płomienie strzelały wysoko, z trzaskiem pożerając zrzucone na stos gałęzie. Obok ognia rząd nadzianych na kije poczerniałych kurzych tuszek, zdradzał, co było źródłem smrodu i przyczyną kłótni. Nieco dalej z gałęzi zwisało czekające na swoją kolej wypatroszone prosię. Po drugiej stronie obozu dwa konie zdenerwowane wonią spalenizny wciąż prychały i kręciły się niespokojnie, szarpiąc rzemienie, jakimi przywiązano je do drzewa. Dwaj mężczyźni umilkli już i zgodnie kończyli mocować rożen. Przybrudzone ubrania i niechlujny zarost zdradzały, że już od dłuższego czasu omijają puebla, a sposób, w jaki rozpalili ogień świadczył, że żaden z nich nie jest myśliwym czy vaquero.

– Jorge, daj to prosię. – Jeden z bandytów oparł drąg na rozwidlonej gałęzi, sprawdzając, czy się nie okręci.

Jorge potrząsnął głową.

– Mówiłem, żeby poczekać na żar, chico – prychnął. – Wystarczy, że spaliłeś już kury.

– Miałem się babrać z pierzem?

Zorro poprawił chwyt na biczu. Widział o parę kroków od siebie zrzucone na stertę worki, siodła i koce, a dwa solidne kordelasy i muszkiet oparto o pień pobliskiego drzewa. Z całego uzbrojenia Jorge i jego kompan mieli przy sobie w tej chwili tylko noże. Jeśli nie pozwoli im, by dotarli do broni, nie będzie musiał sięgać po szpadę.

Jorge nachylił się do ognia, manipulując długim kijem, by zmniejszyć płomienie. Jego towarzysz wstał i odciął od gałęzi prosię. Obaj byli w tym momencie odwróceni do niego plecami.

To było to, na co Zorro czekał. Bicz z trzaskiem zawinął się na szyi Jorge i pociągnął go w tył. Drugi mężczyzna obejrzał się, zaskoczony hałasem, z prosięciem w objęciach i aż wrzasnął, widząc poprzez snopy iskier czarną sylwetkę, która właśnie poderwała jego towarzysza w powietrze. Trzeba było przyznać, że bandyta nie był tchórzem i mimo chwilowego przerażenia porzucił trzymany ciężar i skoczył przez ognisko, by pomóc w walce.

Nie na wiele się to jednak zdało. Dla Zorro dwaj przeciwnicy w niewielkiej przestrzeni kotlinki nie byli zagrożeniem. Ciosem w szczękę odrzucił Jorge pod najbliższe drzewo, by przyjąć atakującego kolejnym uderzeniem bata. Podciął mu nogi i przewrócił, wprost na stertę przypalonych kur. Mężczyzna poderwał się z przekleństwem tylko po to, by Zorro wepchnął na niego właśnie wstającego Jorge. Teraz potoczyli się razem po ziemi, machając bezładnie rękoma i kopiąc na oślep. Nim zdołali wstać, któryś z nich trafił butem na koniec gałęzi zanurzonej w ogniu. Snopy iskier wzbiły się w górę, a okruchy żaru rozsypały dookoła. Bandyci musieli na nie trafić, bo zgodnie wrzasnęli już nie ze złości, a z bólu.

Zorro doskoczył do nich, poderwał Jorge za kołnierz i odrzucił go na bok kolejnym ciosem w szczękę. Drugi desperado zdołał wstać, ale Zorro był przygotowany na jego atak. Uderzenie pięścią w żołądek, drugie w kark, i mężczyzna padł bezwładnie na ziemię, przygniatając oszołomionego, jęczącego boleśnie towarzysza.

Walka była skończona. Zorro pozostało tylko zebrać pokonanych i to, co zrabowali. Nie mógł zwrócić gospodarzom kur czy prosięcia, ale przynajmniej mąka i fasola wrócą do ich spiżarni. A Diego de la Vega wymyśli coś, co odda rolnikom także inwentarz.

Droga powrotna do Los Angeles z jednym koniem objuczonym skradzionymi zapasami i drugim niosącym jeńców zajęła Zorro tyle czasu, że gdy wjeżdżał między zabudowania, był już wczesny ranek. Mendoza, w rozpiętym mundurze i jeszcze nieogolony, ziewał właśnie przy studni, ale resztki snu wyparowały z niego niemal natychmiast, gdy zobaczył jeźdźca w czerni i ładunek na prowadzonych przez niego wierzchowcach.

Madre de Dios! Señor Zorro! – wykrzyknął.

– To są ludzie, którzy napadli wczoraj rodzinę Vanegas. – Zorro schylił się w siodle, by zaczepić wodze pierwszego z koni o stojący przy fontannie wózek. – Są tu też zapasy, jakie im ukradli. Zajmijcie się nimi, sierżancie.

Gracias, señor Zorro. – Mendoza uśmiechał się tak szeroko, jak jeszcze Zorro nigdy nie widział. – Dobrze, że się zjawiliście. Myślałem, że jak don Diego zabił alcalde, to nie będziecie już tu przyjeżdżać.

Zorro zamarł.

– Co powiedzieliście, sierżancie? – wykrztusił wreszcie.

Mendoza musiał uznać, że Zorro nie wie o śmierci de Soto, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Alcalde nie żyje, señor Zorro. Chciał przeszkodzić w ślubie señority Victorii i zmusił don Diego do pojedynku, a on go zabił.

Zorro pokręcił w oszołomieniu głową, czując, że zaraz spadnie z siodła, słysząc, z jaką ulgą Mendoza mówi o śmierci de Soto. Ale nie, ta ulga nie dotyczyła śmierci alcalde. Sierżant, ucieszony, że banita dostarczył mu napastników, chciał opowiedzieć mu jak najwięcej o tym, co się wydarzyło w Los Angeles przez ostatnie dni. Więcej, chciał zapewnić Zorro, że jego ukochana Victoria znalazła schronienie jako doña de la Vega, a jej mąż posunął się nawet do pojedynku, by zapewnić jej bezpieczeństwo.

Jęk jednego z jeńców przerwał Mendozie opowieść.

Gracias, sierżancie, za wszystkie wieści. – Zorro ściągnął wodze Tornado. – Zajmijcie się teraz nimi i dopilnujcie, by te zapasy wróciły do właścicieli. Aha, oni mogli nie być sami. Lepiej, by żołnierze rozejrzeli się za ich wspólnikami.

Uciął podziękowania Mendozy i ruszył w stronę wyjazdu z pueblo, spokojniej niż kiedykolwiek wcześniej. I samo to, że nie musiał się śpieszyć, bo nikt nie miał zamiaru go ścigać, uświadomiło mu, że zmiana dotknęła także Zorro.


CDN.