Od autora: Dzięki za komentarze! Kolejny rozdział przed nami!


Rozdział 3. Ziarno zwątpienia


Przez kilka następnych dni Victoria miała niewiele okazji, by zamienić z Diego więcej niż dwa słowa, i wydawało się jej niemożliwe, by mogła choćby spróbować namówić go na dłuższą rozmowę z padre Benitezem.

Zorro spędzał godziny w siodle, próbując ustalić, czy bandyci, którzy napadli na rodzinę Vanegas, mieli wspólników. Wracał późną nocą i padał na łóżko, zasypiając niemal w mgnieniu oka, a potem zrywał się przed świtem, by znowu pojechać i o wschodzie słońca szukać nowych tropów. Gdy wyjeżdżała do Los Angeles, towarzyszył jej tylko don Alejandro, a Diego pojawiał się w gospodzie znacznie później, by przywitać ją przelotnym pocałunkiem i znów zniknąć, czy to w biurze Guardiana, czy wśród szukających u niego porady caballeros.

Widziała to i milczała, gdy byli razem w pueblo. Przez lata znajomości z Zorro nauczyła się, że jej gospoda nie była dobrym miejscem na poważniejsze rozmowy i jedno nieostrożne słowo mogło mieć tragiczne następstwa. Teraz, kiedy nie było już alcalde, może nic nie groziło banicie w czerni, ale Victoria bała się, że każda jej wymówka czy uwaga, nawet najdrobniejsza, skierowana do Diego, a podsłuchana przez ludzi i źle zrozumiana, może spowodować nowy wybuch plotek. Więc choć chwilami czuła się tak opuszczona, nie odważyła się poskarżyć.

Być może powinna była dostrzec, że jej mąż szuka nie tyle bandytów, co jakiegoś rodzaju zapomnienia w nieustannej pogoni za desperados. Być może wtedy zdecydowałaby się nie czekać, aż zakończy swoje polowanie i nalegałaby na jego rozmowę z padre Benitezem. Jednak kiedy Diego wracał w nocy, był zbyt zmęczony, by zamienić z nią więcej niż kilka słów, a wszystkie uwagi o tym, jak bardzo czuje się zapomniana, ulatywały jej z głowy, kiedy zasypiał trzymając ją w ramionach, jakby była jego jedynym oparciem. Obejmowała go wtedy i wtulała się w niego, samym gestem zapewniając o swej obecności i uczuciu.

Zapewne to dlatego Victoria nie widziała, jak bardzo zachowanie Zorro martwiło Felipe. Chłopak znał młodego de la Vegę najlepiej z całej rodziny. Był świadkiem triumfów Zorro, ale i chwil, kiedy wydawało się, że jest o krok od porzucenia swojej misji, zmęczony i zrezygnowany. Lecz do tej pory to były tylko chwile i Diego znów sięgał po maskę, znów gotów, by jechać i walczyć. Zorro pozwalał mu zmienić gniew na niesprawiedliwość w drwinę z przeciwnika, znieść ostre słowa i mylne osądy. I zawsze, przez cały ten czas, młody de la Vega nie ukrywał przed Felipe, co sądzi i czuje.

Aż do tej pory. Teraz podziękowania młodego caballero za obecność w jaskini i opiekę nad Tornado były niepokojąco zdawkowe i obojętne, i nie miało znaczenia, czy wypowiadał je jako Zorro, czy jako Diego. A w chwilach, kiedy wydawał się nie dostrzegać, że w jaskini jest jeszcze ktoś oprócz niego, chłopak widział w jego ruchach znużenie, których nie mógł usprawiedliwić samym wysiłkiem poszukiwań. Mógł się tylko domyślać, wspominając wcześniejsze wydarzenia, że miało to związek ze śmiercią alcalde i tym, co przydarzyło się Victorii. Felipe dbał więc o Tornado, sprzątał jaskinię i czekał, mając nadzieję, że któregoś wieczoru czy ranka Diego podzieli się z nim tym, co nakazywało mu spędzać całe godziny w siodle z maską na twarzy. A jednocześnie bał się, że taka chwila może nie nadejść i co mogło by to oznaczać dla całej rodziny de la Vegów.

Tymczasem don Alejandro był pewien, że przeszukiwanie okolicy, które Diego, a raczej Zorro tłumaczył koniecznością wytropienia reszty desperados, było w rzeczywistości tylko pretekstem do forsownej jazdy. Owszem, zgadzał się ze stwierdzeniem syna, że zrabowane zapasy mogły posłużyć do aprowizacji bandy dość licznej, by zagrozić pueblo, ale widział też Victorię, jak stara się ukryć, że niepokoi ją nieobecność Diego i że Felipe wyczekuje w jaskini na Zorro. I zastanawiał się, czy może powiedzieć tym dwojgu, że domyśla się powodów, dla których jego syn spędza całe godziny w siodle. Bo Diego, który niegdyś chodził przygnębiony przez kilkanaście dni, kiedy bandyta zginął w starciu z Zorro, obecnie przyjął obojętnie śmierć Monsangre i jego żołnierzy i wydawał się też zapomnieć o śmierci de Soto z chwilą, gdy caballeros poprosili go o pomoc. Przy tym, co widział teraz, dla starszego de la Vegi było jasne, że to było tylko złudzenie. Jego syn o niczym nie zapomniał. Jego syn potrzebował czasu, by dojść do ładu z tym, co poczuł w tamtej chwili i co czuł nadal. Jego syn, choć o tym nie wiedział, potrzebował pomocy.

O tym, że miał rację, don Alejandro przekonał się już następnego dnia w gospodzie, kiedy Diego znowu zjawił się tuż przed sjestą, by przywitać się z Victorią. Chciał zaraz umknąć do biura Guardiana, tłumacząc się, że musi sprawdzić, czy Felipe radzi sobie ze składem nowego numeru pisma, ale został zatrzymany przez don Tomaso i kilku dalszych znajomych. Don Alejandro widział, że jego syn waha się, przyjmując to zaproszenie, nie spodziewał się jednak żadnych kłopotów. Caballeros chcieli tylko zapytać o parę nowin czy szczegółów dotyczących wydania Guardiana, a Diego mimo wszystko nie śpieszył się aż tak bardzo, by być nieuprzejmym. Rozmowa zeszła na uprawy i preparaty, jakie młody de la Vega dostarczał kilku osadnikom. Chemia była jedną z pasji Diego, więc zaczął dość szczegółowo wyjaśniać don Tomaso, czego używa i jakie mają one działanie. To była sytuacja, jaką don Alejandro widział już kilkakrotnie przez ostatnie dni, więc nie zwracał już większej uwagi na rozmowę, skupiając się na otrzymanym właśnie liście do chwili, gdy lekturę przerwał mu trzask wywracanego krzesła. Jego syn zerwał się z miejsca, odwrócił na pięcie i niemalże wypadł za drzwi, zostawiając za sobą zdumionych, oniemiałych caballeros. Stojąca przy barze Victoria była blada niczym płótno i przerażona tak, jakby usłyszała właśnie, że wrócił de Soto. Zdołała tylko wykrztusić, że musi jechać do hacjendy.

Wrócili do domu najszybciej jak mogli, ale Diego już zdążył zmienić ubranie i wyjechać na Tornado. Tego wieczoru Felipe i Victoria daremnie czekali na Zorro.

X X X

Przez kilka ostatnich dni Diego nie zaprzątał sobie głowy tym, co ojciec, Victoria czy Felipe sądzą o jego zachowaniu. Wiedzieli, że Zorro poszukuje bandytów i po raz pierwszy nie musi zwracać uwagi na to, czym Diego de la Vega będzie tłumaczył swoją nieobecność w pueblo.

Powinien czuć ulgę z tego powodu, ale nie potrafił. Niepokój tkwił jak zadra gdzieś głęboko, drążył i dokuczał. Nie pomagało wyliczanie w myślach wszystkich błogosławieństw losu, jakie spadły na niego ostatnimi dniami, przypominanie sobie, że był bezpieczny jak nigdy wcześniej, bo nikt z Los Angeles nie chciałby zagrozić czarno odzianemu banicie. Był wolny, bo już nie musiał ukrywać się przed najbliższymi. Jego ojciec nie czuł się już rozczarowany swoim synem. I najważniejsze, kobieta, którą kochał i która kochała jego, była wreszcie jego żoną i także była już bezpieczna. A wytropienie bandy i zapewnienie spokoju Los Angeles było czymś, co robił już dziesiątki razy.

Ale to nie pomagało. Gdy myślał o tym, jak zmieniło się życie zarówno Diego, jak i Zorro, musiał też pomyśleć o tym, kim jest i kim się stał. I niezależnie jak sobie powtarzał, że przecież obezwładnił rabusiów i oddał w ręce sierżanta, to nie mógł się pozbyć wątpliwości. Przy tych dwóch nie potrzebował sięgać po szpadę, wystarczył mu bicz i pięści, ale gdyby musiał posłużyć się inną bronią… Czy starcie skończyłoby się tak samo?

Męczyło go też wspomnienie Mendozy, jego nieskrywana ulga i radość że dostarczył mu bandytów pod areszt, mieszające się z niedowierzaniem, że się jeszcze zjawił. I przekonanie, że teraz, kiedy Diego de la Vega zabił alcalde, Zorro nie będzie się już pojawiał w okolicy Los Angeles. Czy sierżant wątpił, że teraz Zorro był tu jeszcze potrzebny? Czy ktokolwiek uważał, że jest jeszcze potrzebny?

A teraz usłyszał od caballeros, że jego pojedynek z Ignacio znaczy dla Los Angeles więcej niż to wszystko, co wcześniej zrobił Zorro. Jeszcze kilka tygodni temu Diego przyjąłby pochwałę, jakąkolwiek pochwałę od don Estebana z wdzięcznością, bo do tej pory starszy caballero nie szczędził mu uszczypliwych uwag na temat zachowania. Ale dziś młody de la Vega uciekł z gospody, bo czuł, że nie zdoła się opanować. Musiał wyjść, bo wiedział, że zaraz rzuci w twarz rozmówcy, że chwalą go za odwagę, której walka z Ignacio wcale od niego nie wymagała. Krzyżowali przecież szpady już niejednokrotnie i Diego wiedział aż za dobrze, że może swego dawnego kolegę rozbroić w kilka sekund, albo zmusić do biegania przez kwadrans dookoła fontanny, jak mu przyjdzie na to ochota.

Uciekł, bo był gotów przyznać się, że to on jest Zorro.

Chłodna głowa. Tego uczył go Kendall i tym się kierował przez lata. To ratowało mu życie i pozwalało wygrywać starcia. Spokój, kontrola, dzięki której mógł wyglądać tak nieszkodliwie. Nawet nie wiedział, kiedy stracił tę umiejętność.

Nie chciał teraz rozmawiać z ojcem czy Victorią, tłumaczyć się z tego, co zaszło, czy wyjaśniać, co czuje. Prościej było znów ukryć się za maską i ruszyć poza pueblo. Spróbować uspokoić się jazdą i tropieniem.

Wędrówka bez wyznaczonego celu, bez planu, zaprowadziła go między te same wzgórza, gdzie tygodnie wcześniej pojechała Victoria. W pierwszej chwili, gdy zrozumiał, gdzie się znajduje, chciał zawrócić, zjechać niżej, ale zamiast tego poprowadził Tornado między drzewami.

Nie miał większych kłopotów z odnalezieniem kotlinki. Mógł stąd wracać w pośpiechu, przerażony i wstrząśnięty, mógł wcześniej nie zwracać uwagi na drogę, skupiony na śledzeniu Victorii, ale przecież znał każdy zakątek w okolicy Los Angeles. Dotarł tam o podobnej porze, kiedy słońce już zniknęło za horyzontem i pod drzewami gęstniały cienie. Przez chwilę rozglądał się jeszcze, niepewny, czy pamięć nie spłatała mu figla, jednak zaraz dostrzegł, że wokół niskiego konaru wciąż był okręcony kawałek liny.

Nadal nie wiedział, co go popchnęło, by tu wrócić, ale skoro już tu był, rozejrzał się dookoła. Resztek pociętego stryczka, jakie wtedy spadły na ziemię, nie było. Podobnie zniknęło siodło, ale dostrzegł je chwilę później nieco dalej, brudne i zniszczone. Musiały się nim zainteresować jakieś zwierzęta, może młode kojoty, i odciągnęły miedzy krzewy. Widział, że skóra na nim była poszarpana, może pogryziona. Wzruszył ramionami. Nie było już potrzebne. Victoria dostała nowe siodło wraz z wierzchowcem na początku pobytu w hacjendzie.

Sięgnął po szpadę, by odciąć z gałęzi i ten pozostały kawałek sznura, ale nagle zawahał się. Podjechał bliżej, wyciągnął dłoń i dotknął go, upewniając się tym gestem, że jest tam nadal. Przez dłuższą chwilę trzymał dłoń na zakręconej wokół konaru linie, przypominając sobie bladą twarz Victorii. W pamięci przywoływał tamten przeklęty ranek i wszystko, co się potem wydarzyło, każde oskarżenie de Soto, które doprowadziło ją do tego pełnego grozy momentu, gdy była tu, pod tym drzewem. Teraz czuł, że zaczyna w pełni rozumieć, czemu tu przyjechała. Czego szukała tu dla siebie, i czemu potem przez te długie, straszne godziny w jaskini wydawała się być tylko cieniem samej siebie, jakby w tym miejscu umarła jej dusza, a on uratował tylko wciąż oddychające ciało…

Wreszcie cofnął rękę i schylił się, by przejechać pod drzewem. Tornado prychnął zadowolony, gdy ruszyli; wpierw kłusem, potem ogier przeszedł w galop. Byli już o milę od dolinki, gdy Zorro uświadomił sobie, że nie odciął tamtej resztki sznura. I wstrząsnął się, gdy zrozumiał, że to, co zobaczył, nie budziło już w nim zgrozy czy odrazy. Przeciwnie, czuł, że powinien zapamiętać tę małą, ukrytą dolinkę, do której nikt nie zagląda…

Teraz jednak była już noc i ciemność uniemożliwiała dalszą szybką jazdę. Do wschodu księżyca zostało parę godzin, więc Zorro poluzował wierzchowcowi popręg, by koń odpoczął, a sam siadł pod drzewem, wpatrując się w odległe światła pueblo. Tak jak poprzednio wartował, mając nadzieję, że odkryje to, co w dziennym świetle było niedostrzegalne – odległe ognisko w obozowisku wędrowców.

Tornado pasł się spokojnie, chrzęszcząc zrywaną trawą i pobrzękując metalem ogłowia, cykady w krzakach zawodziły jak szalone, noc była ciepła i cicha… Zorro pochylił głowę. Victoria powinna być w tej chwili tutaj, obok niego. Mogliby znowu ścigać się przez łąki. Albo patrzyć razem, jak w oddali gasną światła w pueblo i jak gwiazdy przesuwają się powoli po niebie. Mógłby jej opowiedzieć o gwiazdozbiorach. Był pewien, że to by ją zainteresowało, zwłaszcza teraz, kiedy tyle czasu spędzała przy jego książkach i była tak zdeterminowana, by wiedzieć tyle samo, co on. Nisko nad horyzontem wypatrzył jasny punkt – Saturna. Wiedział, że nigdy nie widziała jego księżyców. Mógłby je pokazać jej przez teleskop… Sama myśl, z jakim zdumieniem Victoria przyjęłaby ten widok, sprawiła, że Zorro się uśmiechnął.

Powinien był wcześniej zawrócić. Być teraz przy niej, w domu. Albo wracać tam już, zaraz. Pewnie wciąż czekała na niego w bibliotece czy jaskini, martwiąc się, czemu tak nagle odjechał z Los Angeles.

Ale do wschodu księżyca została jeszcze z godzina. Musiał na niego poczekać, nim ruszy w drogę, by jechać bez ryzyka, że okulawi Tornado na jakiejś niedostrzeżonej w mroku przeszkodzie…

Zsunął się niżej po pniu, przymykając oczy. Krótka drzemka wydawała się być dobrym pomysłem…

Obudził go ptasi śpiew gdzieś w gęstwinie nad głową i chłód rosy przesiąkającej przez jedwab koszuli. Zorro wstrząsnął się cały i usiadł. Parę kroków od niego stał Tornado i przyglądał mu się uważnie, jakby pytając, czy człowiek ma już dosyć wypoczynku.

– Przepraszam, przyjacielu. – Banita pogładził kark wierzchowca. – Nie powinienem był zostawiać cię pod siodłem tak długo.

Koń potrząsnął łbem i prychnął, jakby przypominając, że to nie był pierwszy raz, kiedy wspólnie czatowali na wrogów. I że może lepiej by odpoczął w jaskini, rozsiodłany, wyczyszczony i ze żłobem pełnym ziarna, ale ta noc też była dobra. A teraz mogą jechać dalej, gdziekolwiek Zorro uzna za właściwe.

Z miejsca, gdzie siedział, Zorro nie widział zabudowań hacjendy. Gwiazdy dopiero zbladły, mógł więc przejechać jeszcze kilka mil przed wschodem słońca albo i po nim. Nie musiał się śpieszyć. Diego de la Vega mógł zjawić się w Los Angeles dopiero przed sjestą. Albo i po niej. Może dobrym pomysłem byłoby postawienie sierżantowi obiadu… Zorro skrzywił się. Od czasu pojedynku Mendoza tak się bał młodego caballero, że pewnie nie mógłby przełknąć nawet kęsa w jego obecności.

Znów zataczał łuk wokół Los Angeles, przepatrując kaniony i dolinki w poszukiwaniu śladów przybyszy, którzy mogli, choć nie musieli, być towarzyszami pojmanych desperados. Kilka obłoczków na niebie okryło się różem, potem rozzłociło wstającym słońcem. Świt przeszedł już w poranek, gdy Zorro mijał zabudowania gospodarstwa Turronów.

Wstrzymał Tornado, by z pomiędzy drzew poobserwować dom. To był przyjemny, spokojny obrazek. Ogród warzywny zielenił się obiecująco, a na podwórzu kilka kur grzebało w ziemi. Z komina unosiła się wąska smużka dymu, więc gospodarze pewnie już wstali. Zorro wiedział, że po pierwszych trudnych latach, które popchnęły Alicio Turrona do prób schwytania banity, małżonkom powodziło się już znacznie lepiej. Teraz widoczny spokój i dostatek w ich obejściu działał kojąco. To było coś, co niegdyś powiodło się i Zorro, i Diego.

Chciał już zawrócić wierzchowca i ruszyć dalej, gdy dostrzegł, że trzech mężczyzn kieruje się wprost do domu Turronów. Uzbrojeni, źle ubrani, na zaniedbanych koniach… Mogli być umówionymi gośćmi bądź zwykłymi wędrowcami, którzy zmylili drogę lub skracali ją przez ziemie rolnika, ale po dniach spędzonych na przetrząsaniu okolicy Zorro nie wierzył w takie przypadki. Nie, kiedy widział, że dwaj z nich trzymają muszkiety w rękach, zamiast mieć je w olstrach siodeł.

Ponaglił Tornado. Jechał szybko, ale nie dość szybko, by nie widzieć, jak przybysze zatrzymują się na podwórzu. Turronowie musieli ich dostrzec, ale nim zablokowali drzwi, obcy wyłamali je z trzaskiem, wdzierając się do środka.

Gdy Zorro zeskakiwał z siodła, w domu huknął strzał, któremu zawtórował hałas przewracanych mebli i zdławiony krzyk kobiety.

Wpadł przez rozbite drzwi, niemal potykając się o mężczyznę rozciągniętego na podłodze tuż za progiem. Kątem oka dostrzegł drugiego, leżącego bez ruchu wśród resztek połamanego stołu. Przed nim dwóch napastników szamotało się z kobietą. W chwili, gdy Zorro przekraczał próg, jeden właśnie z rozmachem uderzył ją w twarz. Pomarańczowa bluzka napadniętej zwisała w strzępach.

W tej chwili dla Zorro kobieta przed nim przestała być tylko Magdaleną Turron, żoną rolnika i niefortunnego łowcy nagród, która uratowała mu niegdyś życie. To była też Victoria. Znów uwięziona w garnizonie. Znów schwytana przez de Soto i żołnierzy Monsangre.

W ciasnym wnętrzu domu dwaj bandyci nie mieli szans. Jeden, chwycony za kołnierz, poleciał na ścianę z takim rozmachem, że osunął się na ziemię w obłoku odbitego tynku. Drugi, oderwany od kobiety, dostał cios pod żebra i następny w szczękę, dość silne, by wpierw zgiąć go w pół, a potem wyprostować i pchnąć na wstającego towarzysza. Nim się pozbierali, Zorro dźwignął ich obu za karki i rzucił przez całe pomieszczenie. Tego, który zdołał jakoś utrzymać się na nogach, szarpnięciem obrócił do siebie i znów uderzył. W brzuch, w szczękę, znów w brzuch, w odsłonięty kark, aż mężczyzna runął na kolana, zwinięty niemal w kłębek.

Tak silnie nie bił od lat. Zwykle odrobinę hamował ciosy, wiedząc, że przy swojej masie ciała i prędkości może jednym uderzeniem złamać przeciwnikowi szczękę czy kark. Nawet przy Bishopie, który nieomal zabił Victorię i jego ojca, pamiętał o swojej przewadze. Ale teraz to go już nie obchodziło. Teraz szarpał dwójką przeciwników niczym szmacianymi laleczkami, nie pozwalając im utrzymać się na nogach i wykorzystując ich własny ciężar, by dodać siły swoim uderzeniom, by obracać nimi i rzucać na ściany, aż trzask łamanych mebli zlewał się mu w uszach w jedno z chrzęstem pękających kości.

– Zorro… – usłyszał nagle za sobą przez szum krwi w uszach. – Señor Zorro…

Zatrzymał się i potrząsnął głową, próbując zrozumieć, co się dzieje. Mężczyzna przed nim osuwał się powoli po ścianie, zamiast twarzy miał jedną krwawą masę, w której przebłyskiwały białka oczu. Drugi leżał na podłodze, na glinianej polepie rozlewała się krew.

Teraz nagle poczuł ból dłoni. Gdy spojrzał na ręce, zobaczył, że rękawice są umazane czerwienią.

– Zorro – odezwała się znowu kobieta.

Obejrzał się. Turronowie kulili się pod ścianą. Magdalena podtrzymywała męża, obejmując go opiekuńczo i wpatrując się w mężczyznę w czerni szeroko otwartymi oczyma. Gdy Zorro poruszył się, drgnęła, mocniej przygarniając Alicio. Strzępy jej rozerwanej bluzki plamiła krew. Krew zlepiała też ciemne, kręcone włosy rolnika i ciekła mu strużkami po twarzy, zmieniając ją w barbarzyńską maskę.

Nerwowy ruch kobiety był dla Zorro niczym wiadro lodowatej wody. Oszołomienie starciem zniknęło w jednej chwili i przez moment czuł tylko palący wstyd na widok jej przerażenia. Było dla niego jasne, że Magdalena nie wie, kogo w tej chwili powinna się bardziej lękać. Desperados, którzy wtargnęli do jej domu, czy też jego, który na jej oczach zmasakrował napastników. Że boi się, że zaraz jego furia zwróci się przeciwko niej i jej mężowi.

Zmusił się, by przemówić.

– Widziałem, jak do was jadą – wychrypiał. – Nie zdążyłem ich zatrzymać.

Przez moment wydawało się, że Magdalena go nie słyszy. W końcu jednak spojrzała spokojniej, z wyraźną ulgą.

– Mieliśmy szczęście, że byłeś w pobliżu, señor Zorro – powiedziała. – Mieliśmy szczęście.

X X X

Rzeczywiście, mieli szczęście. Alicio zapłacił za obronę domu głową rozbitą tak, że nie był w stanie ustać na nogach ani zobaczyć wyraźnie własnej dłoni. Każda próba ruchu kończyła się dla niego jękiem bólu i falą mdłości. Było jasne, że przez najbliższe dni będzie mógł tylko leżeć i że najlepiej będzie, jeśli przez ten czas znajdzie się pod opieką doktora. Sama Magdalena miała tylko kilka siniaków. Jej uderzony policzek spuchł i pod okiem uformował się fioletowy łuk. Ale po szaleństwie walki to ona pierwsza stanęła na nogi. Poleciła Zorro zmyć krew z rękawic i zająć się zaprzęganiem wozu, sama zaś odszukała w pobojowisku cudem ocalałą miskę i zajęła się opatrywaniem męża.

Z trzech desperados ten na progu, postrzelony przez Alicio, był już martwy. Pozostali wciąż żyli, choć wyglądali gorzej niż on. W pierwszej chwili Zorro chciał wieźć ich do pueblo przerzuconych przez siodła, ale wóz był lepszym rozwiązaniem.

Ruszyli w milczeniu. Alicio skulił się na ułożonych na wozie siennikach, niezdolny do wykrztuszenia choćby jednego słowa, a Magdalena wydawała się skupiać całą swoją uwagę na drodze, by wóz trząsł się jak najmniej. Zastąpiła podartą bluzkę nową i mimo słonecznego dnia otuliła się ciasno wełnianym szalem. Co jakiś czas wstrząsała się i rozcierała ramiona, jednak wydawało się, że z każdą chwilą oddycha lżej.

Zabudowania gospodarstwa były już tylko plamą wśród odległych drzew, gdy Zorro nagle ściągnął wodze. Od opuszczenia podwórza jechali po śladach desperados, tych, których mieli teraz na wozie. Tu jednak na wysuszonej ziemi wyraźnie odbijały się inne ślady kopyt.

– Co zobaczyłeś, Zorro? – spytała Magdalena.

– Inni jeźdźcy. – Zorro zeskoczył z siodła i przykląkł, by uważniej przyjrzeć się śladom.

– Inni bandyci?

– Tak. – Trop był szeroki, konie jechały obok siebie. Kilka jardów od miejsca, gdzie stali, ziemia była zdeptana mocniej niż gdzie indziej i ślady się rozwidlały. Trzy konie ruszyły w górę stoku, ku nieodległemu gospodarstwu Turronów. Reszta pojechała dalej. – Rozdzielili się tutaj.

Magdalena na moment zacisnęła wargi i już bez słowa popędziła konia. Jechali wzdłuż tropu i Zorro mimowolnie zapamiętywał dostrzeżone ślady. Wyraźniejszy odcisk kopyta, rozdzielone ścieżki, wyrwana kępka trawy… Jeźdźców było trzech lub czterech. Mało, jak na garnizon pueblo. Równy przeciwnik dla patrolu, jeśli żołnierze nie dadzą się zaskoczyć. Dużo, jak na samotnego banitę z przestraszoną kobietą, jej rannym mężem i jeńcami.

Tornado zatańczył w miejscu raz, potem drugi, nieomylnie wyczuwając niepokój jeźdźca i dziwiąc się, że człowiek skraca mu wodze, zamiast puścić się galopem. Gwałtowny ruch konia nie umknął uwagi Magdaleny.

– Jedź za nimi, Zorro – powiedziała.

– Nie zostawię was samych – zaprotestował. Coś w sposobie, w jaki Magdalena otulała się szalem, przypominało mu Victorię w tamtych złych dniach, gdy de Soto oskarżał ją o niemoralność.

– Nic się nam nie stanie – odparła. – Mam broń – dorzuciła, pokazując pistolet wpółukryty pod fałdą spódnicy.

Zorro obejrzał się na tył wozu, gdzie leżeli jeńcy.

– Są w gorszym stanie niż Alicio i związani – przypomniała. – Nic nie zrobią. A jeśli spróbują… – poklepała broń. – Jedź, Zorro! – ponagliła. – Jedź, zanim kogoś jeszcze napadną!

Tornado poderwał się do cwału. Ślad był prosty, wyraźny. Zorro potrzebował mili, by zdać sobie sprawę, że desperados jadą prosto do Los Angeles. Trzech czy czterech, to mało dla garnizonu, uspokajał się. Ale tylko wtedy, gdy żołnierze są w pueblo, przypomniał sobie. A Mendoza rozesłał ich na patrole, bo usłyszał od niego ostrzeżenie o bandzie…

Huk wystrzału usłyszał jeszcze przed rogatkami. Jeden, potem drugi. Tornado, choć to się wydawało mało możliwe, jeszcze przyśpieszył. Gdy wpadli na plac, obłok prochowego dymu wciąż jeszcze otulał werandę gospody i zebranych tam czterech mężczyzn. Jeden próbował wyłamać drzwi, pozostali szachowali gotową do strzału bronią Mendozę i dwóch szeregowych, kulących się między przewróconym straganem a fontanną.

Zorro przejechał między bandytami i żołnierzami niczym burza, już zawczasu rozwijając bicz. Jedno uderzenie i schwytany za kostkę desperado wrzasnął, gdy pędzący koń pociągnął go za sobą. Krzyk urwał się, gdy głowa mężczyzny uderzyła o deski, ale banita ciągnął go jeszcze przez chwilę, nim zatrzymał wierzchowca.

Trzej bandyci zamarli przez moment, zaskoczeni pojawieniem się jeźdźca, ale gdy Tornado stanął, prawie siadając na zadzie, zbiegli na plac. Czy chcieli atakować, czy uciekać, to nie miało znaczenia, bo zdążyli zrobić tylko kilka kroków. Zorro najechał na nich, przewracając kolejnego napastnika, i zeskoczył z siodła.

Pozostali dwaj desperados wyciągnęli broń. Na ten widok Zorro roześmiał się i drwiąco zasalutował własną szpadą. Zszedł z linii ataku pierwszego z nich, okręcając się wokół własnej osi, a gdy bandyta go mijał, popchnął go pustą dłonią w plecy, dodając mu rozpędu i kierując na stragan, za którym ukryli się żołnierze. Mężczyzna zatoczył się, potknął i runął na kolana prawie pod stopami Mendozy. Sierżant poderwał się, a jeden z szeregowych skorzystał z okazji i przycisnął desperado lufę muszkietu do karku, unieruchamiając go na ziemi. W tej samej chwili bandyta przewrócony przez Tornado spróbował podnieść się i umknąć z placu, ale drugi żołnierz wybiegł z kryjówki, by go przytrzymać w podobny sposób.

Tymczasem ostatni desperado zaatakował Zorro. Uderzał szeroko, brutalnie, więc banita nie miał kłopotów z unikaniem jego ciosów. Sparował jeden atak, potem drugi, złapał ostrze atakującego w związaniu…

szpada ślizga się wzdłuż szpady z cichym zgrzytem, słońce rozbłyskuje na stali, sztych bez oporu wbija się w oko, zatrzymując dopiero na kości…

Zorro zachwiał się, przez moment widząc przed sobą de Soto i odskoczył, zrywając kontakt z ostrzem przeciwnika. Zaczepił butem o drąg z rozbitego straganu i stracił równowagę, padając ciężko na plecy.

Ktoś krzyknął, czy też jęknął na ten widok. Desperado też się zachwiał, gdy jego pchnięcie chybiło, ale zaraz skoczył, uderzając szpadą w dół jak harpunem, by przyszpilić leżącego Zorro do ziemi.

Nie trafił.

Upadek wyrwał banitę z zamroczenia, w samą porę, by zasłonił się szpadą na widok spadającego ostrza. Zgrzytnęła stal. Zorro zdołał odsunąć broń przeciwnika na tyle, by wbiła się nie w jego ciało, a w piach. Impet ataku tak poniósł napastnika, że przyklęknął, a banita przetoczył się w bok, rozdzierając z suchym trzaskiem czarną pelerynę.

Poderwali się obaj. Desperado pierwszy stanął pewnie na nogach i znów uderzył, szeroko, z rozmachem. Zorro raz jeszcze zastawił się przed ciosem, zawinął, tym razem nisko, wiążąc ostrza i wyprowadzając broń przeciwnika w bok, aż ten wypuścił rękojeść. Nim się zorientował, nim odskoczył, banita wykorzystał, że desperado znalazł się w zasięgu ręki i uderzył pięścią. Mężczyzna zatoczył się, a Zorro doskoczył do niego, chwycił za ramię i kolejnym uderzeniem przewrócił, ogłuszonego, a przynajmniej oszołomionego.

Walka była skończona.

Banita rozejrzał się. Pierwszy z bandytów leżał na placu nieruchomo, nieprzytomny po upadku z werandy, dwóch następnych unieruchamiali żołnierze. Mendoza wydostał się zza straganu, a z garnizonu biegło jeszcze dwóch innych lansjerów. Zabarykadowani w gospodzie ludzie wyszli na werandę. Byli wśród nich don Alejandro, obejmujący opiekuńczo ramieniem Victorię, kilku innych caballeros, okolicznych gospodarzy i dwóch, może trzech obcych. Jeden z nich, wysoki mężczyzna o falujących włosach trzymał w dłoni pistolet tak, jakby zastanawiał się, czy nie strzelić.

Zorro nie czekał, na co przybysz się zdecyduje, ani czy Mendoza się do niego odezwie. Wskoczył na siodło Tornado i uniósł dłoń w pozdrowieniu, nim ruszył do wyjazdu z pueblo.


CDN.