Rozdział 4. Kilka słów prawdy


Wracając do hacjendy Victoria nie mogła opanować drżenia. Tam na placu pueblo przez jeden paraliżujący moment myślała, że Zorro zginie. Gdy desperado próbował go przebić, nie była w stanie nawet krzyknąć i wciąż miała w uszach ten upiorny zgrzyt, z jakim przesuwały się dwa ostrza. A choć Zorro odjechał pozornie cały i zdrowy, to aż nadto wyraźnie widziała rozdarcia w czarnym jedwabiu. Choć nie dostrzegła choćby śladu krwi, to nie oznaczało, że jej mąż nie został ranny.

Nie wiedziała, czy wpierw biec do ich wspólnego pokoju, czy do jaskini, ale przez okno zobaczyła, że Diego jest na patio. Siedział w tym samym fotelu, który zwykle wybierał podczas ich nocnych pogawędek, jednak jego poza nie miała nic ze zwykłego odprężenia. Przeciwnie, trwał ze zwieszoną głową, wpatrzony w oparte na kolanach dłonie, jakby przygniatały go jakieś niewesołe myśli. I chyba tylko to sprawiło, że Victoria nie rzuciła mu się w ramiona, ale stanęła, gdy była tylko parę kroków od niego.

– Diego? – zapytała. – Nic ci nie jest? Nie zranił cię?

Potrząsnął przecząco głową, nie odrywając wzroku od rąk.

Nie uwierzyła. Nie po tym, gdy widziała, jak Zorro pada, a jego przeciwnik usiłuje go przybić do ziemi. Jak strzęp czarnego jedwabiu powiewa nad ramieniem banity. Przesunęła dłońmi po ramionach Diego, potem po jego torsie, sprawdzając, czy pod białą koszulą caballero nie kryją się bandaże.

Chyba to badanie wyrwało jej męża z zamyślenia. Przytrzymał jej ręce, potem wstał.

– Nic mi nie jest – powtórzył. – Ostrze przeszło tylko przez materiał.

– Myślałam, że… – szepnęła, nie mogąc głośno wymówić tego, co przemknęło jej przez głowę w tamtej chwili. – Co się stało? Czemu…

– Nie tutaj. – Diego rozejrzał się szybko na boki. – W bibliotece.

Przytaknęła. Patio, choć osłonięte, miało dobrą akustykę. Wprawdzie w tej chwili nie było w domu nikogo ze służby, ale gdyby ktoś przyszedł, to stojąc za rogiem domu czy w którymś z pokoi mógł usłyszeć ich rozmowę.

Nim ruszyli do wejścia, przysunęła się szybko do Diego, by otoczyć go ramieniem. Poczuła, jak wstrząsnął się pod jej dotykiem, ale zaraz także ją objął, nieznacznie zaciskając dłoń, jakby chciał się upewnić, że stoi koło niego.

Victoria rozluźniła uścisk dopiero, gdy weszli do biblioteki. Diego puścił ją niechętnie i zatrzymał się dopiero przy kominku.

– Co się stało? – powtórzyła pytanie.

– Ja też chętnie usłyszałbym wyjaśnienie. – Don Alejandro wszedł do pomieszczenia zaraz za nimi. – Nigdy wcześniej nie widziałem, byś tracił równowagę.

– Ja… – Diego zawahał się. – Nie wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Musiałem się cofnąć i…

– I o mały włos nie zginąłeś. Czy to zmęczenie po tylu dniach w siodle?

– Nie… Nie wiem! – Młody caballero rozłożył bezradnie ręce. – Powiedzcie mi lepiej, czy Alicio będzie żył?

Don Alejandro kiwnął głową.

– Będzie. Doktor stwierdził wstrząśnienie mózgu. Przeleży kilka tygodni, ale powinien wrócić do zdrowia bez jakiś poważniejszych następstw. I uprzedzając twoje następne pytanie, Tomaso i ja wyślemy kilku ludzi, by pomagali Magdalenie w gospodarstwie i chronili ją, póki jej mąż nie wyzdrowieje.

– Dziękuję – Diego odetchnął. – Widziałem, że dojechali do pueblo, ale nie mogłem…

– Magdalena opowiedziała, jak ich uratowałeś – przerwała mu Victoria.

Młody de la Vega wstrząsnął się nagle.

– A powiedziała, że prawie zabiłem tamtych? – zapytał z nagłą goryczą, nie patrząc w jej stronę. – Gołymi rękoma?

– Powiedziała. I sądząc z tego, jak o tym mówiła, nie miałaby nic przeciwko temu, byś to zrobił – odparł don Alejandro.

Diego milczał przez chwilę.

– Myślałem, że śmiertelnie ją przeraziłem – powiedział wreszcie. – Zmieniłem ich dom w ruinę. Patrzyła tak, jakby nie wiedziała, kto z nas jest gorszy…

– Zorro drugi raz uratował jej życie – odparła Victoria. – I jej męża. Tylko to jest dla niej ważne.

Nieznacznie potrząsnął głową, jakby to, co powiedziała, nie trafiło mu do przekonania. Don Alejandro, widząc to, ściągnął brwi.

– Musimy porozmawiać, Diego – stwierdził.

– O czym? – Jego syn oparł się o ścianę i zaplótł ręce na piersi.

Victoria bez słowa stanęła obok. Odetchnęła głęboko. Do tej rozmowy zbierała argumenty przez całą drogę do pueblo i nie widziała, by była lepsza okazja niż właśnie ta chwila.

– O tym, co się z tobą działo przez ostatnie trzy dni. I co było powodem, że parę godzin temu prawie dałeś się zabić – powiedział don Alejandro.

– Wiecie, co robiłem.

– Tak. Ale wiemy też, że nigdy wcześniej nie znikałeś na tak długo – odparowała Victoria.

– Nie mogłem…

– Więc teraz korzystasz z tego, że możesz?

– Czemu robisz mi wyrzuty? – zapytał cicho. – Wiesz przecież, że musiałem znaleźć tych bandytów. I tak omal się nie spóźniłem…

Victoria odetchnęła głęboko.

– Robię ci wyrzuty… – zaczęła i umilkła. Rozmowa nie toczyła się w dobrym kierunku. Nie to chciała mu powiedzieć. – Masz rację, nie powinnam – przyznała. – Chciałam tylko powiedzieć, że martwię się o ciebie.

– Oboje się martwimy, bo dzieje się z tobą coś złego – włączył się don Alejandro.

– Dostrzegłaś to? – spytał dziwnym tonem, jakby zarazem zdumionym i zaniepokojonym. – Dostrzegliście?

– A jak miałam nie dostrzec? – Victoria podeszła bliżej i oparła mu dłoń na piersi. – Teraz, kiedy wiem jaki jesteś naprawdę, jak mogę nie widzieć, kiedy znów odgrywasz przede mną tamtego Diego? Jak mogę nie słyszeć, że znów udajesz?

– Nie mogę, nie powinienem się tak od razu zmieniać w pueblo… – zaczął.

– Ale to w pueblo jesteś bardziej sobą! – przerwała mu. – To przy mnie udajesz. A jak tego nie robisz, to uciekasz.

– Nie…

– Nie uciekasz? A co robiłeś przez ostatnie dni? Przecież do tej pory Zorro nie miał kłopotów z odnajdywaniem bandytów. Nie musiał objeżdżać całej okolicy!

Diego szarpnął się jak uderzony, zaciskając pięści. Nim się cofnął, Victoria złapała go za ręce. Rozluźnił dłonie pod jej palcami.

– Wiem, że musiałeś ich wytropić – powiedziała. – Ale teraz są już w areszcie. Teraz jest pora, byś pomyślał o nas. Diego, ja… ja się boję.

– Mnie? – spytał z nagłą goryczą.

– Nie. O nas. O to, co zrobią z nami ludzie.

Popatrzył na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.

– Przez ostatnie trzy dni nie było cię w hacjendzie – mówiła. – Gdy jechałam do gospody, towarzyszył mi tylko twój ojciec. Kiedy się w końcu zjawiałeś, witałeś mnie tylko pocałunkiem w policzek. Jakbyśmy nie byli małżeństwem. Jak sądzisz? Ile czasu minie, nim ludzie zaczną plotkować?

– Nic nie mówiłaś…

– Bo wystarczyłaby jedna podsłuchana wymówka i bylibyśmy na językach wszystkich! Zaczęto by się zastanawiać, kiedy uznasz, że nasz ślub to była pomyłka!

Jej mąż cofnął się, wyrywając dłonie z jej rąk.

– Myślisz, że się odważą? – zapytał. – Że ktokolwiek powie coś takiego? Po tym, co zrobiłem?

Ból i gniew w głosie Diego sprawiły, że Victoria go objęła. Oddał jej uścisk, przytulając do siebie tak kurczowo, jak wcześniej zdarzyło mu się tylko kilka razy.

– A co zrobiłeś, synu? – spytał stojący z boku don Alejandro. – Co poza tym, że wczoraj wypadłeś z gospody, jakby cię ścigano? – dodał, kiedy spojrzeli w jego stronę.

– Wiesz, co zrobiłem – burknął Diego. Delikatnie oswobodził się z ramion Victorii. Chciał znów zapleść ręce, ale przytrzymała go za dłonie i stanęła tak, by ją objął.

– Przerwałeś rozmowę i uciekłeś – powtórzył starszy de la Vega. – Bo jeśli myślisz o tamtym wyzwaniu, to wybacz, ale nie powstrzymasz w ten sposób plotek. Co najwyżej będą je powtarzać za twoimi plecami.

– I przytakiwać mi z przerażeniem w oczach – dokończył jego syn z goryczą.

– Jest z tobą naprawdę niedobrze, Diego, skoro mylisz szacunek ze strachem.

– A nie boją się mnie? Ci gospodarze, Mendoza…

Starszy caballero ze świstem wciągnął powietrze.

– Jeśli coś niepokoi ludzi, to twoje zachowanie – powiedział. – Ale też bardziej zmartwili się tym, co się stało niż przestraszyli.

– A Mendoza był szczęśliwy, że mu pomogłeś rozstrzygnąć tamten spór – dorzuciła Victoria.

– Mam w to uwierzyć? – zapytał cicho Diego. – Że nie boją się mordercy? Przyjąć za dobrą monetę, że jestem bohaterem, bo tym morderstwem uratowałem pueblo?

Victoria aż się zachłysnęła. Obróciła się do męża, ale zanim powiedziała słowo, odezwał się don Alejandro.

– Pojedynek nie jest morderstwem, Diego.

– Nawet kiedy mogłem rozbroić Ignacio w drugim złożeniu?

– I co by się wtedy stało? Gdybyś tak zakończył walkę? Jakie by wydał rozkazy?

Diego na wpół otworzył usta, by odpowiedzieć ojcu i zamarł. Starszy caballero tylko pokiwał głową.

– Tak, widzę, że rozumiesz, co mam na myśli – powiedział. – W chwili, gdy skrzyżowaliście szpady, nie było już odwrotu, Diego.

Młodszy de la Vega opuścił głowę.

– Ostrzegałeś mnie – powiedział powoli. – Ostrzegałeś, bym nie dał się ponieść mojemu gniewowi, a ja właśnie to wtedy zrobiłem.

– Nie w pojedynku – zauważył don Alejandro.

– Wcześniej. Gdybym go nie uderzył…

– Ja bym to zrobił – przerwał starszy de la Vega.

Diego zaskoczony spojrzał na ojca.

– Ale…

– Ja bym to wtedy zrobił i ja bym stanął do pojedynku. Ale przyznam ci się, że byłbym zaskoczony, może nawet rozczarowany, gdybyś w tamtej chwili zdołał się opanować na tyle, by pozwolić mu obrazić Victorię. A zanim zaczniesz protestować, to pomyśl, czego by się spodziewano w takiej sytuacji po kimkolwiek innym niż ty!

– Ale to ja dałem się sprowokować de Soto i przyjąłem jego wyzwanie.

– I zrobiłeś to, co słuszne. Weź pod uwagę, że gdybyś mu wtedy nie odpowiedział, to potem nie byłbyś w stanie obronić jej przed jego atakami. A wiesz, że on by atakował. Nie pozwoliłby, żeby poczuła się bezpiecznie, nawet jako twoja żona.

Młodszy mężczyzna odetchnął głęboko, przygarniając Victorię do swego boku.

– Wiem o tym – powiedział. – Przyszło mi to na myśl. Tylko że ja nie chciałem go zabić. Nie chciałem jego śmierci… Ale też nie żałuję tego, że nie żyje. Tak samo, jak nie żałuję śmierci Monsangre i jego żołnierzy. I to właśnie mnie przeraża. – Diego wypuścił z objęć żonę i pochylił głowę. – Nigdy dotąd nie sądziłem… – urwał.

– Czego nie sądziłeś? – Victoria oparła dłoń na jego ramieniu.

Diego milczał dłuższą chwilę.

– Że mogę zabić człowieka i nie czuć żalu – odpowiedział w końcu, tak cicho, że ojciec ledwie słyszał jego słowa. – Nie czuć się winnym.

– Więc to nie był wypadek? – zapytała cicho.

– Nie – odpowiedział Diego pewnym głosem, ale zaraz potrząsnął głową. – Nie wiem – przyznał. – Planowałem, że jako Zorro oćwiczę de Soto batem. Przy fontannie, na oczach ludzi. Musiałem tylko wymyślić, co odciągnęłoby żołnierzy z garnizonu na dość długo, bym mógł się przy tym nie śpieszyć. Zwłaszcza że chciałem mieć jeszcze chwilę na sprawdzenie wszystkich zakamarków jego biurka. Podejrzewałem, że znajdę tam dowody na jego oszustwa. Wszystko to, co mogło posłużyć do oskarżenia go przed gubernatorem. – Młody de la Vega urwał i westchnął, nim spojrzał na ojca i żonę. – Chciałem zebrać dość dowodów, by go publicznie zdegradowano i obdarto z munduru. By stało się to tutaj, w Los Angeles, na oczach wszystkich ludzi. Chciałem zniszczyć go tak, jak on niszczył ciebie, querida. Postawić samotnego przed całym pueblo, by pamiętał to upokorzenie potem przez lata w twierdzy czy na ciężkich robotach. – Diego zacisnął pięści. – Wiem, że to brzmi strasznie, ale chciałem go zdeptać, poniżyć…

Urwał i odetchnął głęboko, całą siłą woli zmuszając się do rozluźnienia dłoni.

– Ale on zmusił cię do pojedynku.

– Tak. Masz rację, w tamtej chwili wiedziałem, że nie mam wyboru. Musiałem zareagować na jego obelgi. A pojedynek… Pomyślałem, że to okazja. Szansa, bym walczył z nim jako Diego. Chciałem go tylko zranić. Okaleczyć. Tak planowałem… – Umilkł, a gdy znów się odezwał, mówił ledwo słyszalnie, niemal szeptem. – Nie umiem powiedzieć… Nie pamiętam… Czy wtedy na placu nie chciałem jego śmierci? Celowałem w policzek… Czy drgnęła mi ręka, bo chciałem go zabić? Bo pozwoliłem, by poniósł mnie gniew? – Diego drżącą ręką zasłonił twarz, kryjąc się za rozpostartymi palcami. Ale tym razem ten sposób nie zadziałał, spokój nie nadszedł.

Victoria objęła męża, próbując samym uściskiem dodać mu otuchy. Don Alejandro też podszedł bliżej i oparł dłoń na ramieniu syna. To, czego się obawiał tygodnie temu, było już tuż o krok. Samokontrola Diego, maska utrzymywana przez lata i całymi dniami, nadwątlona przerażeniem, pojedynkiem i fizycznym wyczerpaniem, zaczynała pękać.

– Nawet jeśli poniósł cię gniew, nie dałeś się mu zaślepić tak do końca – zauważył caballero. – Walczyłeś z zimną krwią.

– Tym gorzej… – Diego mruknął pod nosem, ale ojciec usłyszał.

– Czemu gorzej? – spytał ostro.

Jego syn poderwał głowę.

– Bo przekroczyłem granicę? – odpowiedział pytaniem. – Bo okazałem się tak słaby, że nie potrafiłem nie zabić? – W jego głosie była nieskrywana gorycz.

– Więc to to cię boli? To dlatego uciekasz?

– A nie powinienem uciekać? Zabiłem. Widziałem, jak człowiek pada na ziemię, jak uchodzi z niego życie! I co? I nic. Rozumiecie? – Diego niemal wypluwał te słowa w gorączkowym pośpiechu. – Nic wtedy nie czułem i nadal nie czuję! Czy to nie oznacza, że jestem zabójcą? Zagrożeniem dla każdego, kto będzie miał nieszczęście mnie sprowokować? Tak jak ci dwaj u Turronów? Bo też nie żałuję niczego…

Diego wcisnął się plecami w ścianę, jakby chciał się w niej skryć. Jednocześnie poderwał ręce, wczepiając się palcami we włosy, jakby próbował znaleźć tam coś i wyrwać, czy fizycznym bólem zapanować nad wewnętrznym drżeniem.

Victoria złapała go za nadgarstki i stanowczo ściągnęła mu ręce w dół. Wyswobodził dłonie z jej uchwytu i objął ją kurczowo, jakby szukając w tym uścisku oparcia.

Starszy de la Vega pokręcił głową i znów oparł dłoń na ramieniu syna.

– Nie jesteś zabójcą, Diego – powiedział.

– Nie?! – Diego szarpnął się, ale z jednej strony trzymała go Victoria, a z drugiej ojciec.

– Nie – powtórzył don Alejandro. – Zapomniałeś, że byłem żołnierzem? Dowódcą? Nauczyłem się rozpoznawać, jacy ludzie służą pod moimi rozkazami. Ty nie jesteś zabójcą.

– Nauczyłeś się… – zaczął mówić młody de la Vega, ale jego ojciec mu przerwał.

– Jedyne, co w tobie widzę, synu – mówił dalej – to człowieka, który pierwszy raz znalazł się w tak trudnej sytuacji. Który czuje się zagubiony, bo nie spodziewał się ani takiej próby, ani tego, jak ją przejdzie.

– A to, że nie żałuję tych śmierci?

– Ile razy śniło ci się, że się spóźniłeś? Tam na wzgórzach? Ile razy piłeś zioła, by spać bez snów?

Diego na moment otworzył niemo usta, zaskoczony. Zarazem Victoria wciągnęła głośno powietrze, na poły z zaskoczenia słowami starszego caballero, na poły z bólu, bo dłonie męża na jej ramionach zacisnęły się nagle boleśnie.

– Byłbyś świętym, gdybyś żałował któregoś z tych łajdaków – ciągnął dalej jego ojciec. – Wiem, że z tymi żołnierzami było ci łatwiej, bo to byli i obcy, i oczywiste wypadki, ale przypomnij sobie Saragosę. Odchorowałeś to, prawda?

– Tak. Starałem się tego nie okazywać, ale…

– Ale tamten człowiek nie skrzywdził Victorii, czyż nie?

Młody de la Vega mógł tylko przytaknąć.

– Zrobiłeś, co musiałeś zrobić, Diego. – Tym razem don Alejandro oparł obie dłonie na ramionach syna. – Mówiłem ci to zaraz po ślubie i powtarzam teraz. Nie czujesz się winny tej śmierci nie dlatego, że jesteś zabójcą, ale dlatego, że on skrzywdził kobietę, którą kochasz. I wiesz, że krzywdziłby ją dalej, gdybyś go nie powstrzymał. Co więcej, w głębi serca jesteś świadomy, że gdybyś go nie zabił, ten pojedynek skończyłby się twoją i jej śmiercią.

Diego odetchnął głęboko i powoli pokręcił głową, jakby próbując zrozumieć słowa ojca. Victoria patrzyła na niego z niepokojem, próbując odgadnąć, czy jej mąż został przekonany. Bała się, że nie. Że nie potrafił przyjąć tego, co usłyszał.

– Diego… – odezwała się cicho.

– Tak?

– Proszę, spróbuj raz jeszcze popatrzyć na to, jak cię traktują inni. – Widziała w jego oczach zagubienie i nagle zrozumiała, jak musiał się czuć przez te dni, gdy upierała się przy wyjeździe z Los Angeles kiedy on namawiał ją do powrotu do pueblo. – Posłuchaj nas, Diego – poprosiła.

Don Alejandro też dostrzegł wyraz oczu swego syna.

– Posłuchaj, Diego – zaczął. – Nie jesteś ani pierwszym, który zabił swego przeciwnika w pojedynku, ani jedynym, któremu potem ciężko było ułożyć sobie życie. Chyba każdy z nas, starszych caballeros, kiedyś przez to przeszedł. I choć nam się udało, to pamiętamy, że byli i tacy, którym się to nie powiodło, zniszczyło ich na duszy i ciele. Esteban czy Tomaso pamiętają cię jako chłopca, którego wysłałem do Madrytu i przyzwyczaili się do tego dziwnego Diego, który wrócił. Mimo całej twojej wiedzy, przez to, że nie nosisz broni, wciąż widzieli w tobie młodzieńca, kogoś, kto wymaga ochrony…

– Ale… – odezwał się Diego, jednak don Alejandro uniósł dłoń, nakazując mu milczenie.

– To samo dotyczy reszty ludzi w pueblo – powiedział. – Przecież nie wiedzieli, że to ty ich chronisz. Możesz uważać, że to niesprawiedliwe, że ten jeden pojedynek ludzie cenią bardziej niż lata twojego narażania się jako Zorro, ale dopiero teraz zobaczyli w tobie mężczyznę i jako takiego chcą cię szanować. Więc teraz martwią się o ciebie i niepokoją twoim zachowaniem, bo boją się, że sobie nie poradzisz z tym ciężarem. Że ktoś, kogo cenili znacznie mniej, kto przez lata krzywdził wszystkich dookoła, teraz zdoła zniszczyć cię zza grobu. Próbują cię wesprzeć, stąd ich pochwały. Czy możesz to zrozumieć?

– Ja… – Diego zawahał się. – Chcę w to uwierzyć, ojcze… Chcę uwierzyć, że masz rację. Ale na razie nie potrafię.

Nieoczekiwanie Felipe wsunął się między don Alejandro i Victorię. Gdy Diego spojrzał na niego, chłopak zaczął sygnalizować.

"Daj temu czas. Zawsze do mnie tak mówiłeś i nie myliłeś się. Będzie lepiej, tylko nie trać wiary, a wszystko się ułoży."

Nim młody de la Vega zdołał cokolwiek wykrztusić, odezwała się Victoria.

– On ma rację. Nie do końca rozumiem, co ci właśnie powiedział, ale to on cię zna najlepiej i ma rację. Zaufaj mu. Zaufaj nam – poprosiła.

Felipe podziękował jej pełnym ulgi uśmiechem. Diego pochylił głowę, pokonany. Teraz jego bliscy mogli dostrzec, jak bardzo ostatnie dni zmęczyły Zorro.

Don Alejandro znów oparł rękę na ramieniu syna.

– Wiem, że dla ciebie to niełatwy czas, ale przemyśl to – zaproponował. – Pamiętaj, co powiedziałem o moim doświadczeniu. O tym, czym mógł się skończyć ten pojedynek i tym, co sądzili ludzie o alcalde. I, najważniejsze, Diego, na miłość boską, pamiętaj, że masz rodzinę!

– Chodź. – Victoria raz jeszcze objęła męża ramieniem. – Ledwie stoisz na nogach. Musisz odpocząć.

Starszy de la Vega patrzył, jak Diego wychodzi z biblioteki prowadzony przez swoją żonę i odetchnął, gdy młodzi zniknęli w korytarzu. Teraz było dla niego jasne, że do tej pory jego syn nie tyle obwiniał się za śmierć de Soto, co raczej nie mógł pogodzić się ze świadomością, że jest zdolny do zabójstwa, gdy będzie tego wymagała sytuacja. Nie pojmował, że brak poczucia winy nie oznacza, że jest takim samym mordercą jak ci, których Zorro oddawał w ręce żołnierzy.

Wspólnie z Victorią potrząsnęli trochę Diego. Miał nadzieję, że choć nie użyli najbardziej bolesnych dla niego argumentów, to zrobili to dość mocno, by przestał się doszukiwać czegoś, czego nie było, i w sobie, i w innych. W każdym razie on, jako ojciec, powiedział mu prawdę. Ludzie nie tyle obawiali się, co martwili o jego syna. On sam znał w Madrycie młodzieńców, którym zwycięstwa w pojedynkach przyniosły tylko rany na duszy, jakby część ich osoby umarła wraz z przeciwnikiem. Ale też tragedią tamtych starć było to, że dochodziło do nich z błahych powodów i między przyjaciółmi, a Diego, nawet jeśli kiedyś w Madrycie darzył Ignacio sympatią, chyba już od dawna nie żywił do niego cieplejszych uczuć. I nie chodziło tu już tylko o Victorię, choć bez wątpienia to przeważyło szalę, ale o wcześniejsze rozczarowanie postępowaniem alcalde. Teraz Diego ciążyło raczej to, że nie sprostał własnym zasadom. To musiał być bolesny policzek dla jego miłości własnej, dumy ze sprytu i opanowania, a do tej pory nie rozumiał, że w tamtej chwili znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Teraz była szansa, że się z tym pogodzi, a świadomość tego, co zrobił, stanie się gorzką lekcją na przyszłość i wiedzą, jak daleko może się posunąć w razie konieczności.

A przekonanie ludzi, że Diego zrobił dla Los Angeles więcej niż Zorro… Cóż, don Alejandro miał nadzieję, że ktokolwiek zostanie wyznaczony na nowego alcalde, będzie dość rozsądny, by pozwolić, żeby jego syn nadal pomagał ludziom, teraz już bez konieczności nakładania maski.


CDN.