Rozdział 7. Oczekiwanie
Była pora sjesty i garnizon pogrążył się w ciszy. Diego siedział na pryczy, zapatrzony w pyłki kurzu leniwie wirujące w smudze słonecznego blasku, a raczej poza nie, bo spokój, z rzadka tylko zakłócany odgłosami z koszar czy gabinetu alcalde i bezruch wymuszony ciągłą obecnością wartownika sprawiły, że jego umysł zaczął balansować na pograniczu snu i jawy.
Okruchy rozsadzonego eksplozją wozu z amunicją spadają na ziemię niczym deszcz…
Zapach farby drukarskiej gryzie w nosie, prasa przesuwa się ciężko, kolejne stronice Guardiana opadają na niski stolik…
Szczupły mężczyzna patrzy błagalnie, niemal wciskając się w kąt zakrystii…
Głosy cykad tętnią w uszach razem z krwią, zlewają się w jeden szum. Powietrze drga w upale, krzewy i kamienie rozmywają się przed oczyma, oddech świszczy w zaschniętym gardle, potłuczone mięśnie bolą przy najmniejszym ruchu…
Słońce zanurza się w tafli oceanu. Chmury mienią się odcieniami oranżu, różu i fioletu…
Twarz ojca wydaje się być wyrzeźbiona w kości słoniowej, niemal nie różni się kolorem od pościeli, odsunięty koc odsłania opatrunki. Stary caballero ledwie oddycha…
Jasna suknia Victorii jest tylko plamą w mroku ogrodu…
Chłopiec pędzi na srokatej klaczce, ponagla ją klepnięciami dłoni. Koń zbiera się do skoku i niemal przelatuje nad ogrodzeniem…
Ogień pochłania drewniane ściany, dym drapie w gardle…
Victoria stoi na werandzie gospody, wiatr rozwiewa jej włosy. Przechylona przez barierkę śledzi każdy gest Zorro…
Don Alejandro rozmawia z przyjaciółmi, śmieje się z jakiejś historii. Gestem dłoni zaprasza, by do niego dołączyć…
De Soto ze szpadą w dłoni, pokryta kroplami potu i zastygła w grymasie furii twarz rozpromienia się nagle uśmiechem zwycięstwa, porusza wargami, jakby szeptał…
Diego wyprostował się gwałtownie. Przez dwa dni w celi zdążył zrozumieć, co działo się z Victorią w jaskini i teraz to on co i rusz dryfował w półsen i wspomnienia. Jedne były dobre, kojące, ale inne sprawiały, że otrząsał się z nich jak z koszmarnego snu. Nie tylko wtedy, gdy przypominał sobie, jak blisko był kiedyś utraty Victorii czy ojca, ale też gdy w pamięci wracały jego własne słowa, słowa Zorro skierowane do drobnego złodziejaszka, przypominające o konieczności poniesienia kary.
Jedno z tych wspomnień było szczególne. Widok Ignacio na moment przed tym, gdy trafiło w niego ostrze szpady, wciąż wracał, jakby było w nim coś ważnego. Coś, co Diego powinien zrozumieć i czego wciąż nie potrafił.
Już nie przejmując się wartownikiem ścisnął skronie dłońmi. Jeśli miał uwierzyć własnej pamięci, jeśli wspomnienia nie były tylko złudzeniem, w tamtej chwili de Soto coś do niego mówił. Ale co?
– Don Diego?
Pełen skruchy głos sierżanta wyrwał młodego de la Vegę z zamyślenia.
– Co tu robicie, sierżancie? – spytał, widząc, że Mendoza przytulił się do kraty w oknie. Gdy Diego się odezwał, sierżant obejrzał się wystraszony, ale z jakąś determinacją przycisnął się bliżej okienka.
– Don Diego, ja was tak bardzo, bardzo przepraszam… – zaczął mówić.
– Za co, sierżancie? – Diego wstał, by podejść bliżej.
– On przepytał mnie wieczorem ze wszystkiego, co się wydarzyło. Musiałem mu powiedzieć o pojedynku…
– Co tu robicie, sierżancie? Kto pozwolił wam na rozmowy? – Tym razem to nie Diego zapytał. Porucznik Hidalgo stał w drzwiach aresztu, a za nim dwóch biało umundurowanych lansjerów. Mendoza zastygł, jakby zamieniony w kamień.
– Uznał, że jest mi winien przeprosiny – odparł Diego.
– Nie dostał na to pozwolenia – odparł Hidalgo. – Wracać do kwatery! – polecił ostro. – Jeśli znów tu podejdziecie, uznam, że próbujecie uwolnić więźnia!
Mendoza zniknął zza okna jak zmieciony wiatrem. Porucznik przez chwilę przyglądał się uważnie Diego, nim machnął ręką, że towarzyszący mu żołnierze mogą wejść do aresztu. Jeden z nich wziął na cel młodego de la Vegę, podczas gdy drugi otworzył kratę i postawił na ziemi tacę z naczyniami.
– Obiad. Z gospody – poinformował więźnia.
– Chwileczkę, mój ojciec…
– Wasz ojciec i wasza żona jeszcze nie rozmawiali z pułkownikiem. Doradzam cierpliwość. – Hidalgo skierował się do drzwi, zatrzymał się jednak w progu. – Drugi wartownik stanie na zewnątrz, by sierżant nie uległ znów pokusie pogawędki – dorzucił.
Gdy wyszedł, Diego sięgnął po tacę. Zupa w misce była gorąca, tak samo jak świeży chleb. Ani w naczyniu, ani w pieczywie nie było niczego ukrytego i młody de la Vega, a raczej Zorro uśmiechnął się ponuro. Może to było trochę za wiele, liczyć, że podeślą mu w ten sposób broń czy wytrych. Jednak Hidalgo i jego ludzie byli rzeczywiście tak dobrze wyszkoleni, jak to wyglądało w pierwszej chwili. Cokolwiek by tu było ukryte, znaleźliby to i ktoś, kto w ten sposób chciałby mu pomóc, niewątpliwie znalazłby się w tarapatach. Zresztą nawet gdyby w ten sposób dostał wytrych, przy ciągłej warcie w areszcie nie mógłby go użyć.
Diego wstrząsnął się. Niezależnie od tego, jak bardzo był zdecydowany, że musi odpowiedzieć za śmierć de Soto, był poniekąd wdzięczny pułkownikowi, że trzymał go cały czas pod strażą, a kratę otwierano w asyście co najmniej jednego dodatkowego żołnierza z bronią gotową do strzału. W takich warunkach Zorro nie mógł się łudzić, że ma szansę, by umknąć. Nie było pokusy, by spróbować, choćby miało to mieć tragiczny finał.
W misce była albondigas, jego ulubiona zupa i Diego zaciekawił się przelotnie, czy to Victoria ją ugotowała. Sama myśl sprawiła jednak, że jedzenie straciło dla niego cały smak. Jeśli musiała szykować dla niego posiłek, wiedząc, że będzie to jeden z ostatnich… Ale nie, nie mogła teraz gotować. Jeśli to, co powiedział mu Hidalgo było prawdą, jego żona była zamknięta wraz z don Alejandro w jednym z pokoi gospody.
Diego nie miał pojęcia, czego jeszcze chce się dowiedzieć Risendo, ale porucznik poinformował go już pierwszego wieczoru, że wszyscy caballeros zostali uwięzieni w gospodzie i będą kolejno przesłuchiwani. Poprzedniego dnia mógł słyszeć część tych rozmów, a raczej krzyków. Rozpoznał głos don Tomaso. O cokolwiek pytał go królewski wysłannik, caballero nie przyjął tego najlepiej. Inni protestowali mniej gwałtownie, ale też głośno wyrażali swoje oburzenie.
Teraz było południe i w całym garnizonie panowała cisza. Diego zjadł swój posiłek, odstawił naczynia na ziemię przy kracie i znów się zapatrzył na pyłki kurzu wirujące w smudze słonecznego blasku. A raczej poza nie, na to, co widział na pograniczu snu i jawy.
Ignacio de Soto uśmiecha się zwycięsko, szepcąc bezgłośnie jakieś słowo…
X X X
Porucznik Julian Hidalgo zamknął za sobą drzwi gabinetu alcalde.
– Querías verme? – spytał.
– Si. – Gilberto Risendo odwrócił się od kredensu. – Co się tam działo za drzwiami? – Wskazał na wejście do aresztu.
– Tutejszy sierżant przyszedł do więźnia na pogaduszki. Ponoć chciał przeprosić. Postawiłem drugiego wartownika przy oknie celi, by nie powtórzył tego błędu.
– Sierżant będzie miał pracowite popołudnie. Ty zresztą też. – Pułkownik wrócił do przeglądania zawartości szafki. – Nie pomieszaj mi ksiąg – zauważył, pozornie bez związku.
– Nie pomieszam… Wolę nie myśleć, co byś mi za to zrobił. – Julian na wszelki wypadek ostrożnie ominął stos ksiąg leżący na podłodze.
Risendo tylko parsknął na te słowa.
– Pozostali żołnierze spokojni? Co w pueblo? – zapytał.
– Pozostali siedzą w koszarach i proszą, bym pozwolił im nie wychodzić dalej niż do latryny. – Hidalgo odsunął krzesło od biurka, zdjął z niego leżące na nim tomy i usiadł, wygodnie wyciągając nogi. – Nie spełniam ich błagań… hasta ahora. Naprawili już chyba każdą okiennicę i dach, uprzątnęli stajnie, a dziś po sjeście zajmą się remontem latryn. Może do naszego wyjazdu te rudery zaczną przypominać prawdziwy cuartel. W pueblo nie mogę nakazać porządków, więc jak wszyscy pozamykali się w domach, tak nie wystawiają nosa za drzwi. Silencio y tranquilidad, niemal jak na cmentarzu – zaśmiał się, ale zaraz spoważniał. – A jak już mówimy o cmentarzach, to odwiedziłem tutejszy. Zobaczyłem na jednym z krzyży znajome nazwisko. Edmund Kendall tu dotarł…
– Lo se. – Risendo nie odwrócił się, zacisnął tylko dłoń na krawędzi drzwiczek. – Trafiłem na raport alcalde… – Mówił pozornie spokojnie, ale Julian Hidalgo poczuł znajomy dreszcz biegnący po karku. Jego przyjaciel był wściekły.
– Tego de Soto?
– Jego poprzednika. – Gilberto pochylił głowę, jakby przyciśnięty jakimś niewidocznym ciężarem. – Nie znalazł tutaj bezpiecznego schronienia… – powiedział powoli.
– Nie mogłeś nic dla niego zrobić, Berto – zauważył cicho Julian. – Gdybyś był wtedy w Madrycie, też byłbyś w poważnych kłopotach. Nikt nie mógł przewidzieć, że trafi tutaj na łajdaka…
– Wystawił go łowcom nagród. A gdy go ranili, zadbał, by lekarz nie dotarł do niego w porę…
Porucznik syknął pod nosem coś mało pochlebnego o prowadzeniu się matki tego alcalde, co miało zaowocować słabością jego charakteru. Risendo wstrząsnął się i wyprostował, potem nalał alkoholu do dwóch szklaneczek.
– Nie obrażaj tej nieznanej nam kobiety – zauważył pozornie lekkim tonem, ale Julian bez trudu dosłyszał w nim nutę goryczy. – Może być tak, że była niemal świętą, a łajdactwa syna wpędziły ją przedwcześnie do grobu. Spróbuj tego. – Podał przyjacielowi szklankę.
Hidalgo powąchał zawartość, potem upił łyk i uniósł brwi w uznaniu.
– Excelente! – pochwalił. Potem zamyślił się. – Nie widziałem, byś ją konfiskował w gospodzie. Z zapasów tego nieopłakiwanego alcalde?
– Dokładnie. – Gilberto usiadł za biurkiem. – I on, i jego poprzednik, bardzo lubili luksusy. I nie przejmowali się za bardzo ani tym, skąd wziąć na nie pieniądze, ani kto je im dostarcza.
– Rozumiem, że to nikt, kogo chcielibyśmy poznać?
– Al contrario, bardzo chciałbym poznać przynajmniej tego człowieka od brandy. – Uśmiech Risendo był wręcz drapieżny. – Miałbym do niego sporo pytań o jego mocodawców z Meksyku.
– Rebeliant? Alcalde dla niego pracował?
Pułkownik pokręcił głową.
– Nie, był lojalny wobec Korony. Ale pozwalał, by krążyli tu szpiedzy. I sądzę, że gubernator popełnia podobny błąd…
Julian wyprostował się na krześle, zaalarmowany, a potem przechylił do przodu.
– Gilberto… – powiedział ciszej niż do tej pory. – Nie mierzysz za wysoko? Chcesz dobrać się do skóry człowieka mianowanego przez króla?
– Są tacy na królewskim dworze, którzy będą bardziej niż szczęśliwi, mogąc obedrzeć go ze skóry za nas – odpowiedział równie cicho Risendo. – My tylko damy im do tego sposobność. Bo pomyśl tylko. Jeśli można było ścigać nauczyciela za spisek, choć nie wiedział, co robią jego studenci, to czemu nie nazwać zdrajcą kogoś, kto handlował z buntownikami? Kto zostawiał puebla w rękach nieudolnych alcalde, których zachłanność sprawia, że ludzie przeklinają Koronę? Jeśli dotrze tu rebelia, to jej oddziały będą witane kwiatami. Dzięki obojętności gubernatora!
Przez chwilę w gabinecie panowało milczenie. Przerwał je wreszcie Julian.
– Czy chcę wiedzieć, czemu nas narażasz? – spytał z ironią. – To miała być prosta misja, Gilberto. Przesłuchanie jednego alcalde, czemu zlekceważył rozkazy, a potem mieliśmy się zająć sam wiesz jaką sprawą. No dobrze, alcalde nie żyje, bo obraził niewłaściwą kobietę, a my znaleźliśmy dowody, że defraudował królewskie pieniądze, by dorabiać sobie na boku handlem, z którego zyski ciągną buntownicy w Meksyku. Ale podpalić ziemię pod nogami gubernatora…
– Sądzisz, że się nie uda?
Hidalgo prychnął pogardliwie.
– Uda się. Estoy seguro que si. Jeśli mówisz mi, że masz dowody, to je masz, wiem o tym od dawna. Ale chcę wiedzieć, dlaczego?
Risendo odchylił się w tył, wygodnie opierając w fotelu.
– Bo tu jest znacznie gorzej, niż myśleliśmy… – powiedział cicho. – Było znacznie gorzej – poprawił. – Caballeros przez lata błagali, by zabrać stąd tego Ramone, a gubernator ignorował ich skargi. Kendall przeżyłby, gdyby tu był inny alcalde – stwierdził ostrym tonem. – A tak zginął, a jego śmierć była tylko epizodem, wartym jednej linijki w raporcie! – warknął z tłumioną furią.
Julian przez chwilę milczał, dając mu czas na opanowanie gniewu. Wiedział, że tamten Anglik, nauczyciel szermierki, był dla niego bardzo ważnym człowiekiem, niezależnie od tego, jak mało czasu Gilberto mógł spędzić na jego lekcjach. I wiedział, że jego przyjaciel nie uznawał zostawiania za sobą niezakończonych spraw, a ze swoimi wrogami miał zwyczaj rozliczać się pomysłowo i nieraz okrutnie. A teraz wyglądało na to, że to gubernator stał się jego wrogiem.
– Co zatem robimy? – spytał. – I co robimy z… – Wskazał ruchem głowy drzwi prowadzące do aresztu.
– Co z nim, to się jeszcze okaże – odparł Risendo.
– Mówiłeś poważnie, że to on jest tym banitą?
– Widziałem go w czarnym stroju dzień przed waszym przyjazdem. Nie mogłem nie poznać, kto to jest. Za długo go obserwowałem w Madrycie…
– Znaliście się? – Hidalgo nie miał o tym pojęcia.
Risendo sięgnął po alkohol. Zakołysał szklaneczką, zapatrzył się w złocisty płyn.
– To za dużo powiedziane… – wymruczał. Popatrzył na przyjaciela. – Spotkaliśmy się na turnieju szermierczym – wyjaśnił. – To było wtedy, kiedy wciąż jeszcze szukałem swojej drogi, próbując zdobyć sławę i zaszczyty i łudząc się, że matka spojrzy na mnie życzliwiej, gdy zemszczę się w jej imieniu na de la Vedze. Turniej był oficjalnie tylko dla studentów, ale ogłosili, że mogą brać w nim udział inni szermierze, jeśli tylko zapłacą należną opłatę. Była wysoka, ale uznałem to za okazję, by wykazać się w oczach przełożonych. Kilku z nich miało być tam sędziami.
Julian uśmiechnął się. Wiedział, jak dobrze Gilberto włada szpadą.
- Gdy poszedłem się zarejestrować – mówił dalej pułkownik, wciąż zapatrzony w szklaneczkę – okazało się, że źle obliczyłem pieniądze. Zabrakło mi kilku pesos. Spróbowałem przekonać człowieka odpowiedzialnego za opłaty, by mimo wszystko mnie wpisał, ale daremnie. – Skrzywił się mimowolnie. – Ale de la Vega również tam był. Właśnie miał się zarejestrować, kiedy usłyszał naszą rozmowę i zaproponował mi pożyczenie kwoty, jakiej potrzebowałem.
- O, ulitował się? Przyjąłeś je? – zdziwił się porucznik, pamiętając ile razy Gilberto, jeszcze jako chłopiec, odrzucał czyjąkolwiek litość.
- ¿Compasión? ¡Eso no fue jodida compasión! – prychnął Risendo. – Nie wiem, co bym zrobił, gdyby to była litość z jego strony. Zależało mi na tym turnieju, ale że miałbym przystąpić do niego z czyjejś łaski… - Pokręcił głową, krzywiąc się na samą myśl o tak niewygodnej sytuacji. – Ale to nie była litość. On po prostu… - urwał. – Po prostu pożyczył mi pieniądze. – Pułkownik znów urwał, by spojrzeć na drzwi do aresztu. – Teraz to wiem. W tamtej chwili byłem tak pewny wygranej, że obiecałem mu zwrócić je podwójnie. Choć nie wiedziałem, komu. Nie spytałem wtedy o jego nazwisko, on zresztą też nie. – Risendo wzruszył ramionami, jakby na wspomnienie obustronnej nieuprzejmości. – Konkurs rozpoczął się i wygrałem moje pierwsze dwie walki w ciągu zaledwie kilku minut, tak jak zamierzałem. Potem, prawie przegrałem to wszystko.
– Co się stało?
– Ten kawałek złomu, który nazywałem swoją szpadą, pękł jak szklana pałeczka w połowie walki. Dano mi kilka minut na znalezienie innej pod warunkiem, że gdyby mi się to nie udało, mój przeciwnik zostałby ogłoszony zwycięzcą. Byłem wściekły. Nie znałem tam nikogo. Poza tym wśród obecnych tylko zawodnicy mieli miecze, a żaden z nich nie wydawał się chętny do użyczenia mi ostrza tylko po to, by przegrać ze mną starcie chwilę później. Ale ten tam Diego de la Vega – Risendo wskazał szklanką na drzwi aresztu – po raz drugi tego dnia przyszedł mi na ratunek, wręczając mi swoją własną szpadę. I wygrałem tę walkę.
– To dość… niezwykłe – zaryzykował Julian. – Pomóc możliwemu przeciwnikowi.
– To niezwykły człowiek – odparł wysłannik. – Po skończonej walce oddałem mu ostrze i dopiero wtedy właściwie się sobie przedstawiliśmy. Nie powiem, że nie byłem zszokowany, gdy poznałem jego nazwisko.
- I co, wygrałeś ten konkurs?
- Nie. Przegrałem w półfinale. Mój przeciwnik oszukiwał, ale sędziowie orzekli na jego korzyść. Potem przeszedł do walki w finale. To była jedyna z walk de la Vegi, którą udało mi się zobaczyć i wciąż pamiętam, że poziom umiejętności, jakie wtedy pokazał, sprawił, że poczułem się jak początkujący. – Pułkownik uśmiechnął się, zapatrzony gdzieś przed siebie, jakby znów był na tamtym polu. Ocknął się po chwili. – Przez całe pięć minut, bo tyle trwało starcie, dla wszystkich oglądających było jasne, że ten młody don z Kalifornii tylko bawi się ze swoim przeciwnikiem. Tamten nieszczęśnik był utalentowany, na swój sposób, a jednak nie miał z nim żadnych szans. I... przyznaję, sposób w jaki de la Vega podszedł do tego pojedynku, sprawił nawet, że poczułem się pomszczony za niesprawiedliwą wcześniejszą eliminację. Później, kiedy każdy z nas otrzymał swoje nagrody, a wręczający je minister wspomniał mu, że mógłby zrobić dobrą karierę w wojsku, de la Vega powiedział, że jest zaszczycony, ale prawdopodobnie wygrał tylko dlatego, że nie musiał w finale walczyć ze mną.
Odstawił szklankę i wyprostował się w fotelu.
– Wtedy nie rozumiałem, czemu to zrobił. Teraz… - Znów popatrzył na drzwi, ale zaraz potrząsnął głową, nie kończąc myśli. – Cokolwiek nim kierowało – mówił dalej - moi przełożeni usłyszeli jego uwagę do ministra. A jeszcze Kendall, który oglądał moją ostatnią walkę i był wyraźnie niezadowolony z jej rozstrzygnięcia, potwierdził opinię de la Vegi kilkoma bardzo celnymi komentarzami. To było to, czego potrzebowałem do rozpoczęcia mojej kariery. Dostałem swoje wymarzone zadanie. Ryzykowne, ale przyniosło mi i grosz, i awans. Potem było następne. No i Kendall mnie zapamiętał. Przyszedłem do niego rok później, gdy miałem już dość pieniędzy, by poprosić o lekcje. Wiedziałem też dość o młodym de la Vedze, by uznał mnie za jego przyjaciela. Przyjął mnie bez wahania, uczył i zaprotegował u kilku swoich znajomych. Półtora roku później mogłem wciągnąć cię do mojego oddziału.
Hidalgo pokręcił głową.
– Co za historia! Aż żal, że nie opowiedziałeś mi tego wcześniej – powiedział z uśmiechem. – Nie sądziłem, że de la Vega może zrobić coś dobrego dla ciebie – dorzucił.
– Tak. – Uśmiech Risendo zniknął jak zdmuchnięty. – Zrobił. A teraz mam go zamkniętego w celi.
Odstawił szklankę i sięgnął po papiery.
– Nie będziesz miał dzisiaj długiej sjesty – stwierdził. – Parę innych osób też. Po pierwsze, musimy wysłać gońca do Monterey.
– Gońca? – upewnił się porucznik. – Co jest tak ważnego, że nie możesz tego powierzyć kurierowi?
– Adan Vidal. – Gilberto prawie wypluł to nazwisko i jego przyjaciel uniósł brwi w zdumieniu. – On i jego ludzie muszą dożyć naszego powrotu.
Zdziwienie na twarzy Hidalgo zastąpił namysł. Oczy porucznika zwęziły się, gdy doszedł do nieuniknionych wniosków.
– Sądzisz, że gubernator będzie chciał… – zaczął.
– Vidal jest jedynym człowiekiem, który może dokładnie powiedzieć, z kim handlował Monsangre – stwierdził Risendo. – Jak rozległe prowadził interesy i kto go ochraniał, skoro trzeba było interwencji opata i samego biskupa, by gubernator zdecydował o jego areszcie. Nie chcę przekonać się po powrocie do Monterey, że ktoś uciszył tych ludzi. Poza tym… – urwał i sięgnął po szklankę. – Dowiedziałem się już co nieco o ich wizycie tutaj. Tej pierwszej. Co tu zrobili.
– Oprócz porwania dzieci?
– Tak – warknął.
Julian przez chwilę przyglądał się uważnie przyjacielowi, nim uśmiechnął się krzywo.
– Poślę Alvareza. Znajdzie sposób, by ich ochronić, choćby miał się barykadować w celi czy uciekać z miasta.
Risendo otrząsnął się i odpowiedział tak samo krzywym uśmiechem.
– Powinien dać sobie radę. – Przesunął po blacie sporą kopertę. – Rozkazy dla niego, by nie musiał werbować desperados do obrony więzienia.
Obaj mężczyźni parsknęli śmiechem na wspomnienie sprytnych posunięć obrotnego kaprala. W jednym z presidio na południu Meksyku komendant dorabiał sobie po cichu, sprzedając broń i tajemnice, więc gdy zjawił się tam wysłannik króla, uznał, że powinien go spotkać nieszczęśliwy wypadek. I może by się jego plan powiódł, bo tropikalna dżungla nie jest miejscem, w którym może długo przeżyć ranny, samotny człowiek, nawet bardzo zdeterminowany, ale kapral Alvarez na wieść, że jego dowódca zginął zamordowany przez przemytników, zebrał oddział i ukrył poza presidio, a potem przekupił tychże przemytników, by w poszukiwaniu zmarłego przeszukali spory odcinek wybrzeża i porastające je lasy. Ostatecznie Risendo miał po tamtej awanturze kilka blizn, a komendant na widok wroga wracającego niejako zza grobu sięgnął po szpadę i zginął kilka chwil później. Ku rozczarowaniu pułkownika, który wolałby, żeby ten człowiek miał dość czasu na rozważanie popełnionych błędów w drodze do Hiszpanii na proces i egzekucję.
Hidalgo ukrył ulgę, słysząc śmiech pułkownika. Rzadko coś budziło w nim taką tłumioną furię jak teraz wspomnienie ludzi Monsangre, więc wolał nie pytać, czego się dowiedział od przesłuchiwanych caballeros. Dla Gilberto przyjazd do Los Angeles był zarazem okazją i wejściem na pole bitwy, a Julian nie chciał, by przyjaciel przegrał to starcie, bo nie zdołał opanować swego gniewu i chęci zemsty.
– Dobrze, Alvarez to jedno – powiedział. – Mówiłeś, że nie będę miał sjesty?
– Tak, to druga sprawa. – Pułkownik położył na biurku plik kartek. – To spis ludzi, których nie było przedwczoraj w gospodzie. Masz czas do zmierzchu, by ich znaleźć i zadać parę pytań. Weź trzech, może czterech naszych lansjerów jako eskortę i tego sierżanta gadułę jako przewodnika, by nie tracić czasu.
Porucznik sięgnął po papiery.
– Spisałeś mi, o co mam pytać – stwierdził. – Boisz się, że nie zapamiętam?
– Zapamiętaj, jeśli powiedzą coś więcej – odparł ponuro Risendo. – Zapamiętaj, zapisz, powtórz mi… To jest coś, co muszę wiedzieć.
– No to się sierżant trochę poobija w siodle – skwitował Julian.
Zgarnął papiery i ruszył do drzwi. Zatrzymał się nagle.
– To wszystko, czym mam się zająć? – spytał. – Myślałem…
– Dam sobie radę z tym caballero – uspokoił go pułkownik. – A doñi de la Vega nie będę wzywać na przesłuchanie. Możesz jeszcze przysłać mi tu Gonsalvesa. Po sjeście zajmie się stawianiem szafotu.
Hidalgo przez chwilę milczał, wpatrując się w przyjaciela.
– Chcesz podnieść stawkę? – zapytał w końcu.
– Si. Zobaczymy, co znajdzie się w puli.
X X X
Don Alejandro podszedł do okna. Z tej strony budynku był zaułek, w tej chwili pozornie pusty, ale caballero mógł dostrzec cienie na jego końcu. Lansjerzy pułkownika pełnili swoją wartę przy froncie gospody. Za nimi widać było kawałek pustego placu. Kiedy Risendo skończył przesłuchiwać rolników i pozwolił im odejść, ludzie uciekli do domów i nikt nie miał odwagi pojawić się znów w pobliżu. Do caballeros uwięzionych w pokojach docierały z zewnątrz jedynie odgłosy towarzyszące wyjeżdżającym i wracającym żołnierzom. Zapewne zgodnie z obietnicą wysłannika, jego ludzie przejęli patrolowanie okolicy.
Nie tylko pueblo sprawiało wrażenie wymarłego. W samym budynku można było teraz dosłyszeć czasem tylko dźwięki z kuchni, gdzie Pilar, zgodnie z rozkazem pułkownika, gotowała posiłki dla zatrzymanych. Robiła to w niemal całkowitej ciszy, bo wartownicy zajęli też miejsca w samej gospodzie, pilnując, by caballeros nie próbowali opuścić pokoi czy rozmawiać ze sobą.
Poprzedniego dnia, przypomniał sobie don Alejandro, ktoś, chyba Ernesto, złamał ten zakaz. Przez dłuższą chwilę gospoda trzęsła się od jego krzyków i protestów, gdy żołnierze obezwładnili gadatliwego caballero i powlekli wpierw na parter, a niedługo potem poza budynek. Starszy de la Vega widział, wychylając się przez okno, jak jego znajomy jest nie tyle prowadzony, co ciągnięty przez dwóch lansjerów. W panującej w pueblo wylęknionej ciszy jego krzyki rozbrzmiewały długo, aż urwały się gdzieś po drugiej stronie placu, zapewne za bramą garnizonu. Co było potem, nie wiedział, mimo ciągłego nasłuchiwania. Zapewne Ernesto nie wrócił do swego pokoju, ale co się z nim stało…
Caballero skrzywił się ponuro. Właściwie to wiedział jedno. Na pewno go nie rozstrzelano. Ostatnie strzały w Los Angeles padły pierwszego wieczoru, kiedy rolnicy i peoni w gospodzie byli przesłuchiwani przez Risendo. Nie było słychać krzyków rannych i lamentów, padre nie oddzwonił też żałobnej mszy, więc starszy de la Vega miał nadzieję, że nikt nie zginął, a towarzyszący pułkownikowi żołnierze tylko straszyli zebranych, tak jak wcześniej jego porucznik. Jeśli tak było, to królewski wysłannik był rzeczywiście zarazem groźnym, ale i powściągliwym w swych działaniach człowiekiem. Don Alejandro aż za dobrze pamiętał, co działo się w pueblo i jego okolicach, gdy w tym rejonie Kalifornii tropiono rewolucję. Rozstrzelania przy najmniejszym podejrzeniu o współpracę z rebeliantami, prawdziwą czy wyimaginowaną, pobicia i gwałty, gdzie sama próba obrony była karana stryczkiem, domy i gospodarstwa palone wraz z mieszkańcami… Risendo miał rację. Miał dość żołnierzy, by zostawić z Los Angeles tylko zgliszcza, a jednak na razie chyba nikomu nie stało się nic złego. Co nie oznaczało, że byli bezpieczni…
W tej pełnej lęku ciszy aż nadto dobrze było słychać, kiedy pułkownik wzywał kolejnych caballeros na przesłuchanie. Umyślnie czy nie, idący po nich lansjerzy tupali głośno, wchodząc po schodach. Początkowo don Alejandro sądził, że wezwani nie wracają, ale Victoria była innego zdania i tego ranka musiał przyznać jej rację. Przez cały czas gwar związany z roznoszeniem przez żołnierzy jedzenia trwał tyle samo, więc wszyscy, lub prawie wszyscy uwięzieni wciąż byli na miejscu…
– Kogoś widać? – szepnęła Victoria.
– Nie. – Don Alejandro potrząsnął głową i odwrócił się od okna.
W pokoju było tylko jedno łóżko, więc spali na zmianę. Teraz była pora jego synowej, ale Victoria nie spała. Siedziała skulona, otaczając ramionami kolana i wydawała się wsłuchiwać w otoczenie, jakby próbując odgadnąć, po kogo przyjdą żołnierze tym razem.
– Dzisiaj przyjdą po nas – powiedziała, potwierdzając jego podejrzenia.
– Skąd wiesz?
– Liczyłam, kogo zabierają – odparła. – To moja gospoda. Wiem, ile tu jest pokoi i ilu jest w nich gości. Znam też głos każdego z caballeros. Prócz nas wszyscy już wychodzili na zewnątrz. Teraz będzie nasza pora.
Jej głos, choć ściszony, by nie zwrócić uwagi wartowników, był tak spokojny i pewny, że don Alejandro nie mógł powstrzymać uśmiechu. Zorro wybrał sobie dobrą żonę. Nie potrafił sobie wyobrazić, by którakolwiek z córek przyjaciół była zdolna zachować spokój i zimną krew mimo uwięzienia. A Victoria, gdy już ochłonęła z przerażenia obecnością żołnierzy i aresztowaniem Diego, zaczęła szukać sposobu, by pomóc mężowi. Przez cały poprzedni dzień krążyła po niewielkim pokoju, zbyt zdenerwowana, by zatrzymać się choćby na chwilę, planując i roztrząsając możliwości. Jej plany miały co prawda niewielkie szanse powodzenia, ale sama jej gotowość do walki napełniała ciepłem serce starszego caballero. Bał się o nią, bał się, że zostanie zabrana do garnizonu, że Risendo pójdzie w ślady Monsangre, ale był dumny widząc, jak rozważa szanse na ocalenie Diego.
Stuknięcie drzwi na dole sprawiło, że doña de la Vega wyprostowała się gwałtownie.
– Idą po nas – szepnęła.
Miała rację. Lansjer tupał głośno i don Alejandro mimowolnie liczył jego kroki, aż zatrzymał się pod drzwiami ich pokoju.
Żołnierz zapukał, nim nacisnął klamkę.
– Señor de la Vega – oznajmił. – Pułkownik chce was zobaczyć.
Caballero podniósł się z krzesła. Victoria planowała poderwanie ludzi do buntu czy też szturm na garnizon. On liczył na coś innego i czekał na to wezwanie. To była szansa, by przekonać pułkownika do uwolnienia jego syna.
X X X
Victoria słyszała, jak lansjerzy schodzą wraz z don Alejandro na parter. Domyślała się, że jej teść podczas rozmowy spróbuje ubłagać czy przekupić pułkownika, by ten zwolnił Diego, ale czy istniała na to choćby szansa? W czasie spotkania w sali gospody ten mężczyzna wydawał się dobrze bawić prowadząc swoje śledztwo i z taką łatwością przechodził od poufałych pytań do gróźb, że była przerażona. Diego, jego ojciec, ona, inni caballeros i ludzie z Los Angeles wydawali się jej teraz pionkami na planszy, które pułkownik przesuwał zgodnie ze swoim kaprysem i nie obchodziło go, czy będą dalej żyli, czy umrą.
Cichy szmer rozproszył jej rozważania. Coś poruszyło się nad jej głową, na dachu. Podniosła się z miejsca, wpatrując w sufit, bo zdała sobie sprawę, że szelest, który usłyszała, przemieszcza się. A za moment coś zaszurało tuż nad oknem i w jego otworze pokazały się dwie bose, przybrudzone stopy.
Felipe zsunął się na parapet ze zręcznością kota i natychmiast zeskoczył na podłogę, by przesunąć się w róg pokoju i ukryć przed kimkolwiek, kto mógłby spoglądać w okna gospody. Uśmiechał się szeroko, ale jego uśmiech zbladł, gdy zdał sobie sprawę, że Victoria jest sama.
– Zabrali go na przesłuchanie – szepnęła.
Kiwnął głową i wyciągnął zza koszuli pokrytą woskiem tabliczkę i rysik. Pierwsze słowa, jakie na niej napisał, brzmiały:
„Mam plan."
CDN.
