Rozdział 4

Wojna"

Zelgadis zamarł w bezruchu.

Wiadomość o ślubie przecięła jego serce jak ostra brzytwa, rozszarpując je na miliony małych kawałków. Nagle cały świat skurczył się do niemożliwych rozmiarów, stając się wyłącznie pojedynczym, rozpaczliwym westchnieniem.

„Ślub?"

Boleśnie dotarło do niego, że wszystko, na co czekał, na co liczył, wszystkie marzenia, które snuł w samotności nocy… to wszystko, rozpadło się jak kruche szkło, niebędące w stanie utrzymać jego nadziei.

Wszystko, czego pragnął, teraz należało do innej osoby. Ktoś inny stanie u boku ukochanej. Zastąpi go w jej sercu. I chociaż ta myśl niemal pozbawiła go oddechu, przez moment odczuł też dziwną ulgę. Cieszył się, że Amelia znalazła szczęście, że ułożyła sobie życie, bo przecież chciał tego dla niej.

Prawda?

Drżącymi dłońmi ścisnął trzymany kufel, na raz wypijając całą zawartość. Przymknął oczy, gdy gorycz dotknęła podniebienia, a alkohol spłynął po gardle, zostawiając za sobą szczyptę ukojenia.

Odstawił naczynie z trzaskiem, ogarniając nieobecnym wzrokiem towarzystwo przy stole.

– Chyba dużo wiecie o ślubie… księżniczki – zaczął, z trudem wyduszając kolejne słowa.

– A jak! Cały kraj gada tylko o tym! A wy co? Nie tutejsi? – Baldwin i Arand zarechotali coraz wyraźniej rozluźnieni.

– Tylko przejeżdżamy.

Najemnik przez chwilę przyglądał mu się podejrzliwie, po czym ponownie wybuchnął śmiechem.

– Toście chyba z niezłego zadupia przyjechali! Co wy, pod kamieniem chowani?

– Daleka wioska na północy. Szkoda gadać — odpowiedziała szybko Nirali.

Baldwin machnął ręką, odganiając się od niewidzialnej muchy.

– W dupę z tym! My z Arandem też przyjechalim, tyle że z Rimy.

– Rima? – Zelgadis mimowolnie pochylił się z zainteresowaniem. Był pewien, że całkiem nieźle zapamiętał geografię tego świata, a jednak… o tym miejscu nigdy nie słyszał.

– A co, i to was minęło? Coście wyrabiali przez ostatnie trzy lata?

„Trzy lata?"

Z niemałym wysiłkiem przywołał na twarz cień niewinnego uśmiechu, zachęcając rozmówców do kontynuowania.

Baldwin nagle spoważniał. Wyraz jego twarzy stał się odległy i zamknięty, kiedy przywoływał w pamięci wydarzenia, co do których z pewnością nie chciał wracać. Odetchnął głęboko, po czym przemówił szorstkim głosem:

– No, to już będą ze trzy lata, co Phillionel Saillune nie żyje, co nie Arand? – Mężczyzna potwierdził krótkim skinieniem.

– Ano, będą. Idę się odlać, zanim wpędzisz mnie w ten gówniany temat. – Arand wstał nagle i ruszył w kierunku wyjścia.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Zelgadis właściwie nie wiedział jak podjąć temat, aby nie wyjść na kompletnego ignoranta. Na szczęście Baldwin ostatecznie sam zdecydował się kontynuować.

– Niedługo po tym, Elmekia wypowiedziała wojnę Saillune. Księżniczka Amelia, no co by tu dużo nie bajdurzyć, średnio se z tym poradziła. Wielu żołdaków zginęło, a obce wojska wdzierały się coraz bardziej w głąb kraju.

– Wojna? W Saillune? – Zelgadis osunął się na krześle, patrząc zszokowany na Baldwina.

Mężczyzna zachichotał w pozbawiony wesołości sposób.

– Ano, niespokojne to były czasy. Długo by się tu rozwlekać.

– A potem? Wygrali?

– Potem powstała Rima, Sojusz Pięciorga…

(…) ODSTĘP! (...)

Saillune, rok od powrotu z piątego filaru…

Utkane ze światła, złote wstęgi otaczały ją ze wszystkich stron, tworząc coś na kształt dużego, bezpiecznego kokonu. Mieniące się pasma różniły się pomiędzy sobą. Niektóre były blade i rozedrgane, ledwie zauważalne, z kolei inne wręcz oślepiały swoim blaskiem i ciągnęły się na nieokreśloną odległość, niknąc w dalekiej ciemności.

Amelia miała swoje ulubione.

Te wybrane były jak dobrze znana ścieżka w ukochane miejsca.

Jak droga do domu…

Skupiła się na jednej z jaśniejszych nici, pozwalając swojej świadomości całkowicie się w niej zanurzyć.

Kiedy otworzyła oczy znów była w lesie. Sierpniowa noc otuliła ją ciepłem i delikatnym zapachem mchów. Niewielkie ognisko rozdzierało cisnący się zewsząd mrok, a w jego ciepłym blasku odpoczywały dwie postaci.

Zelgadis i ona spoglądali na skaczące płomienie, które rzucały złote refleksy na ich twarze.

Amelia uśmiechnęła się lekko, ponownie uświadamiając sobie, jak dziwnie było jej patrzeć na siebie w taki sposób. A raczej na swój obraz, wyrwany z dalekiej przeszłości i przywołany do wspomnienia, które właśnie wybrała. Chociaż doskonale wiedziała, co się zaraz wydarzy, przysiadła, z zainteresowaniem obserwując rozgrywającą się scenę.

Była tu już dziesiątki razy…

Wspólne milczenie nagle stało się nieco niewygodne. Jej wersja z przeszłości delikatnie zagryzła wargę, przesuwając palcami po krawędziach ubrania. Zelgadis zerkał na nią niepewnie, sięgając po jeden z leżących obok kamyków i najwyraźniej próbując zająć czymś dłonie.

Ostatecznie to ona przełamała ciszę:

– Zastanawiał się pan kiedykolwiek, dlaczego potrafimy być tak dobrymi przyjaciółmi? – Jej głos był tak cichy, że niemal zaginął w szumie lasu.

Mag wzdrygnął się prawie niezauważalnie, powodując tym samym uśmiech na twarzy prawdziwej Amelii. Spojrzał na towarzyszącą mu postać, a jego twarz zbladła na ułamek sekundy.

– Dlatego, że też lubisz książki? – palnął wyraźnie zakłopotany, a jego policzki natychmiast zalały się czerwienią.

Słysząc odpowiedź, Amelia uśmiechnęła się nieco szerzej. Chociaż widziała to wspomnienie już tak wiele razy, nie była pewna, które z nich roześmiało się pierwsze.

– Co jest? – zapytał w końcu. Brzmienie jego głosu miało zaskakująco łagodny ton. Oczy badawczo przesuwały się po twarzy towarzyszki, próbując rozszyfrować jej reakcję.

Każde spojrzenie, które wymieniali, było jak nieśmiały akord w melodii, która dopiero zaczynała rozbrzmiewać. Ich skromne gesty przypominały motyle, tańczące wokół siebie, nieświadome, że są obserwowane.

– Nic, to tylko… to ognisko. Tworzy taką magiczną aurę.

– Tak, to prawda. Magia ognia może być naprawdę piękna. – W jego uśmiechu można było dostrzec cień zakłopotania.

Nagle ich dłonie zbliżyły się do siebie niby przypadkiem, ledwie zauważalnie… Było to tyle, ile potrzebowali w tej chwili, aby zrozumieć, że nie są sami, że coś ich nieuchronnie przyciągało, ale jeszcze nie było gotowe wyłonić się na powierzchnię. To była ich osobista wojna, gdzie serca walczyły z rozumem, a niepewność wciąż brała górę nad odwagą.

Przyglądając się wspomnieniu, Amelia nie mogła oprzeć się tęsknocie. To nie była jedynie tęsknota za chwilami, które przeminęły, ale za nim – prawdziwym Zelgadisem, którego znała i kochała. Jej wzrok płynął po jego obliczu, chwytając każdy drobny szczegół, który tak dobrze znała.

Nie mogąc dłużej powstrzymać pragnienia, pochyliła się, starając się przekroczyć granice między wspomnieniem a rzeczywistością. Jej palce zadrżały z emocji, kiedy delikatnie spróbowała sięgnąć do jego policzka. Chciała go poczuć… Choć na moment, choć w tej ulotnej iluzji. Jednak gdy tylko dłonie zbliżyły się do celu, jej dotyk przeszedł przez wspomnienie jak przez mgłę, nie pozostawiając żadnego śladu. Zelgadis pozostał nienaruszony, nierealny…
a jednocześnie tak bliski.

To był tylko obraz.

Nierealne odbicie przeszłości…

Zanim zdążyła nad tym zapanować, poczuła wilgoć na policzkach. Minął rok od ostatniego razu, kiedy go widziała. Rok pełen niepewności i pytań, które nie pozwalały spokojnie zasnąć. Jednak czas nieubłaganie płynął, a świat toczył się dalej, nie oglądając się na tęsknotę czy pragnienia.

Dla mieszkańców Saillune minęły zaledwie trzy dni od śmierci Phillionela do jej powrotu na zamek. Nikt tak naprawdę nie wiedział, przez co przeszła. Każdy naturalnie uznał, że przeżyła szok po śmierci ojca, a ponieważ zjawiła się ze wciąż poranionymi ramionami, ludziom łatwo było dodać dwa do dwóch… Co do reszty zmian w jej wyglądzie… może po prostu łatwiej było nie pytać? W końcu ostatecznie i tak nie miała nic do powiedzenia.

Pogrzeb króla był uroczystym wydarzeniem, które zgromadziło wokół siebie mieszkańców Saillune i gości z sąsiednich królestw. Biało-niebieskie flagi opadały smutnie na wiosennym wietrze, a dzwony świątyni wyznaczały rytm pochodu. Tego dnia królewska procesja przemierzała ulice, złożona z żałobników w skromnych strojach. Na czele nieśli trumnę zdobioną królewskimi insygniami. Amelia stała na uboczu, ubrana w ciężarne szaty, nieśmiało trzymającą się ręki Ariona, głównego królewskiego doradcy. Jej spojrzenie, skierowane na trumnę składaną do grobu, było pełne niepewności. Choć wtedy jeszcze tak niewiele pamiętała, poczuła, jakby fragment jej samej również opadł w otchłań…

Od pogrzebu większość dni spędzała zamknięta w swoich komnatach, próbując rozwikłać zagadki własnej przeszłości i w jakiś sposób odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. W miarę upływu czasu, praktyka kontroli nad mocą Profety zaczęła przynosić efekty. Opanowała zdolność odczytywania utraconych wspomnień, co pozwalało coraz skuteczniej wypełniać luki w pamięci. Te chwile były jedynym światłem w jej życiu, które coraz bardziej tonęło w mroku żalu, tęsknoty i niewiadomych. Jednak im więcej odkrywała, tym bardziej osierocone wydawało się jej serce.

Pamięć nigdy nie wróciła.

Podobnie jak Lina i Gourry. A nawet jeśli próbowali, wiedziała, że skutecznie to uniemożliwiła. Po oficjalnym objęciu korony zabroniła osobom spoza królewskiej rady wstępu do swoich komnat, a i te nieliczne przyjęcia odbywały się jedynie w wyjątkowych przypadkach.

Amelia ze znużeniem przymknęła oczy, opuszczając wspomnienie. Powrót do rzeczywistości był, jak zawsze, bolesny. Klęczała pośrodku pięknej komnaty, a ból kolan i chłód kamiennej posadzki szybko przypomniały jej, że znowu spędziła zbyt wiele czasu, goniąc za duchami przeszłości.

Nagłe, intensywne pukanie sprawiło, że wzdrygnęła się ze strachem.

– Wasza Wysokość! Proszę o widzenie, to pilne!

Głos zza drzwi rozpoznała bez trudny. Arion, jej główny doradca, dobijał się do wejścia, kompletnie ignorując zasady etykiety.

Coś musiało się wydarzyć.

– Wejść! – zawołała z niepokojem.

Zdyszany mężczyzna wpadł do komnaty, natychmiast zatrzaskując za sobą drzwi.

– Jaśnie Pani… – zaczął zgięty w pół, z trudem łapiąc oddech i podtrzymując się na własnych udach.

– Arionie. Co się stało?

Arion podniósł wzrok, chcąc wreszcie wykrztusić to, co miał na myśli, ale zastygł na widok Amelii.

– Wasza Wysokość, Pani krwawi – wyszeptał z obawą.

Odruchowo uniosła dłoń do nosa, czując ciepłą wilgoć. Na palcach zobaczyła ślad krwi.

– Rzeczywiście – odpowiedziała, udając zdziwienie. Tak naprawdę doskonale wiedziała, że znowu nadużyła mocy. – To nic takiego.

– Proszę. – Mężczyzna szybko ruszył w jej kierunku, wyciągając czystą chustkę z kieszeni.

– Zgaduję, że nie przyszedłeś tutaj jedynie po to, aby zatroszczyć się o moje zdrowie. – Z lekkim uśmiechem przyjęła skrawek materiału, wycierając krew z twarzy. – Więc?

Doradca spojrzał na nią wyraźnie spięty. Milczał przez moment, aż wreszcie jego słowa sprawiły, że cały dotychczasowy świat legł w gruzach.

– Wojska Elmekii zaatakowały wschodnią granicę…

– To… to nie może być prawda – wyszeptała, próbując odgonić to ogłuszające oświadczenie.

– Niestety, Wasza Wysokość, to bardzo prawdziwe. Otrzymaliśmy wiadomość od naszych strażników przy wschodniej granicy. Elmekia wysłała tam swoje wojska, a sytuacja jest naprawdę poważna. Proszę wydać rozkazy.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Amelię przeszył dreszcz. Rozkazy? Ale jakie rozkazy? Co powinna zrobić w obliczu takiego zagrożenia? Nie pamiętała praktycznie nic z nauk dotyczących tego, w jaki sposób rządzić królestwem. Przez ostatni rok opierała się wyłącznie na sugestiach członków rady królewskiej, a w szczególności Ariona. To on jako jedyny, tak naprawdę zauważył, jak bardzo była nieporadna i zagubiona, a mimo to przez cały ten czas starał się budować jej autorytet, podpowiadając z cienia, co powinna zrobić. Teraz jednak był tu, patrząc na nią z niepokojem i oczekując rozwiązania. Po raz pierwszy dał jej odczuć ciężar wiszącego na niej obowiązku.

– Co powinniśmy zrobić? – zapytała, starając się zachować spokój, chociaż jej głos drżał nieco.

– Wasza Wysokość, wiem, że to trudne. Ale to wy jesteście królową, a wasze decyzje będą wpływały na życie naszych ludzi. Nie śmiem, podejmować w tej sytuacji decyzji za Waszą Wysokość. – Doradca skłonił się lekko w wyrazie szacunku.

Amelia zacisnęła wargi pod wpływem nagłego gniewu.

„Świetnie. Zostawiasz mnie z tym w takim momencie…"

Odczekała chwilę, próbując zapanować nad emocjami. Ostatecznie, nie dając niczego po sobie poznać, wstała i zwróciła się twardo do mężczyzny:

– Zwołaj zebranie rady. Natychmiast.

(…) ODSTĘP! (...)

Zefielia, rok po powrocie z piątego filaru…

Lina siedziała w zapomnianej przez bogów gospodzie, leniwie grzebiąc łyżką w potrawce. Minął rok, od kiedy podróżują śladem tej łajzy – Xellosa. Tym razem wydawało się, że podjęli dobry trop. Jednak gdy tylko dotarli z Gourry'm do Zefielii, okazało się, że był to jedynie kolejny, ślepy zaułek.

– Długo zamierzasz bawić się jedzeniem? – zagadnął nagle Gourry, odstawiając na bok swój pusty talerz.

Lina prychnęła z irytacją.

– Straciłam apetyt – odparła, ostatecznie pozwalając łyżce uderzyć o brzeg naczynia.

– To do ciebie niepodobne.

Czarodziejka milczała przez długą chwilę, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.

– Myślę, że powinniśmy wrócić do Saillune – stwierdziła w końcu.

– Saillune? Po co? Przecież wiemy, że Xellosa tam nie ma.

Lina uśmiechnęła się blado, krzyżując ramiona na piersi i lekko odchylając się na krześle.

– Chciałabym sprawdzić, co u Amelii. Zel będzie wkurzony, kiedy się dowie, że zostawiliśmy ją samą.

– Myślisz, że tym razem będzie chciała się z nami zobaczyć?

– Tym razem nie przyjmę odmowy. – Uśmiechnęła się z przekonaniem.

Tak naprawdę nigdy nie zrezygnowała.

Zaraz po tym, kiedy wrócili… Sama potrzebowała trochę czasu, żeby się pozbierać. Rozumiała rozżalenie Amelii i uznała, że księżniczka również potrzebowała spokoju. Właśnie dlatego pozwoliła jej wrócić na zamek, a sama usunęła się w cień.

Co oczywiście nie oznaczało, że czekała bezczynnie.

Wraz z Gourry'm szybko zdecydowali, że powinni ruszyć za Xellosem. Skoro to on ukradł Łzę
z Piątego Filaru, to nie tylko był w posiadaniu potężnego artefaktu, ale także miał jedyny klucz do sprowadzenia Zela. Chociaż nie miała żadnego dowodu, potwierdzającego swoje przypuszczenia, wierzyła, że mając Łzę, mogłaby odzyskać przyjaciela. Nawet przez moment nie dopuszczała do siebie myśli, że mogło być inaczej.

Nagle drzwi gospody otworzyły się z hukiem, a do pomieszczenia wpadł zdyszany młodzieniec.

– Wiadomość od króla! – wykrzyknął, łapiąc oddech.

W pomieszczeniu natychmiast zrobiło się zupełnie cicho. Spojrzenia nielicznych gości skupiły na posłańcu w nerwowym oczekiwaniu.

– Wojna na południu! Wojska Elmekii zaatakowały Saillune! Każdy mężczyzna powyżej szesnastego roku życia ma zgłosić się do najbliższego punktu rejestracji wojskowej!

Lina rozdziawiła usta w milczeniu.

„Wojna? To chyba jakiś żart…"

Zanim ktokolwiek w gospodzie zdążył zareagować, posłaniec wybiegł na ulice, wykrzykując to samo obwieszczenie do mijających go przechodniów.

Owszem, Lina słyszała, że od roku Saillune nie radziło sobie najlepiej. Mieszkańcy ościennych krajów często plotkowali, że od śmierci Philla Saillune przestało być potęgą kontynentu. Ponoć w kraju znacznie wzrosło bezrobocie, a co za tym idzie również przestępczość i oczywiście korupcja…

– Wygląda na to, że podróż do Saillune i tak by nas nie ominęła – stwierdziła poważnie, kładąc na stole kilka monet za posiłek i zbierając swoje rzeczy.

Ludzie dookoła zaczęli wychodzić w pośpiechu, pozostawiając talerze pełne niedojedzonych potraw i spiesząc do domów w niespokojnym gwarze. Gourry również wstał, odruchowo kładąc dłoń na rękojeści miecza.

– Dlaczego mobilizują ludzi w Zefielii?

– Ze strachu. Najdłuższa granica Zefielii to właśnie ta z Elmekią Skoro Elmekia wypowiedziała wojnę Saillune, zapewne król Zefielii obawia się, że będą kolejni…

– A będą?

– Od lat żadne państwo na kontynencie nie zaatakowało drugiego. Cholera wie, co im strzeliło do głowy.

– A co z Xellosem? Nie będziemy go szukać?

– Nie wiem, dlaczego, ale mam przeczucie, że ta łajza może być z tym wszystkim związana. Chodź, Gourry, musimy zobaczyć się z Amelią…

(…) ODSTĘP! (...)

– Rima? – podjął zdezorientowany Zelgadis. – Nie przypominam sobie, żebym wcześniej słyszał o takim sojuszu.

Baldwin wykrzywił usta w uśmiechu, popijając kolejny łyk piwa.

– Ta wasza wiocha, to naprawdę na jakimś zadupiu – zachichotał złośliwie. – Bitka trwała przeszło rok. Saillune wysłało na front swoich najlepszych żołdaków i magów. Był moment, co by nawet Saillune wygrało, aż tu nagle… – mężczyzna ściszył głos do konspiracyjnego szeptu – jakieś pomioty diabelskie zaczęły szaleć po królestwie. Ludzie gadają, że to przez czary…

– Co masz na myśli?

Najemnik rozejrzał się dookoła z niepokojem, sprawdzając, czy oby na pewno nikt nie przysłuchiwał się ich rozmowie.

– Ano… – podjął po chwili wahania – ludzie różne rzeczy gadali. Szła wojna. Magicy byli zdeterminowani, aby przekraczać granice znanej wiedzy. Żywiono rozmaite plotki
o eksperymentach związanych z czarną magią, a nawet… z nekromancją! – wypluł z obrzydzeniem. – To podkurwiło bogów.

Zelgadis zerknął na Nirali z niepokojem. Wyglądało na to, że przez ostatnie trzy lata wiele się wydarzyło na kontynencie.

– To dlatego ścigają magów? – zapytała cicho dziewczyna.

– Ino prawidłowo! – wykrzyknął nagle wzburzony mężczyzna. – Zawsze mówiłem, że woje można tylko przez żelazo zdobywać!

– Nie powiedziałeś jeszcze o Rimie – zauważył chłodno Zelgadis, mimowolnie zaciskając pięść pod stołem.

– Sojusz Państw Przybrzeżnych, gada ci to coś? Rima powstała właśnie z połączenia tych pięciu krain. Teraz rządzi tam książę Ravi z rodu Lenos, narzeczony księżniczki Amelii.

Zanim Baldwin zdążył dodać coś więcej, jego towarzysz chwiejnym krokiem wrócił do stolika.

– To jak? Skończyliście już ten gówniany temat? Czy możemy się wreszcie zabawić? – Arand sugestywnie spojrzał na Nirali, uśmiechając się w obleśny i jednoznaczny sposób.

– Widzę, że dopisuje wam humor. – Czarodziejka skrzywiła się nieznacznie pod napastliwym spojrzeniem.

– Kruszyno, nie oceniaj nas surowo. Teraz wszyscy świętują. Przyjechalim aż z Rimy, wypić za szczęście młodej pary i zakończenie wojny. Pojutrze na zamku odbędzie się bal zaręczynowy, a my do tego czasu będziemy chlać tyle, że zapewne wyszczamy własne nerki! – Baldwin zaśmiał się głośno, poklepując masywną dłonią kolano dziewczyny.

– Czas na nas – stwierdził nagle Zelgadis, wstając i jednym sprawnym ruchem łapiąc siostrę za rękę.

– Ejże!

Zza pleców dobiegały niezadowolone wrzaski dwójki mężczyzn, ale był pewny, że już niczego więcej się nie dowiedzą. To było wystarczająco dużo.

Kiedy wypadli przed gospodę, natychmiast poczuł się zagubiony w zatłoczonym i głośnym mieście. Dźwięki ulicznych targów, krzyki handlarzy i gwar rozmów przenikały przez wszystkie jego zmysły. Puszczając dłoń Nirali, w milczeniu ruszył przed siebie bez żadnego konkretnego celu.

– Zel! Zaczekaj! – zawołała czarodziejka, przeciskając się pomiędzy przechodniami, aby zrównać z nim krok. – Nic nie powiesz?

Zacisnął usta w wąską linię, skręcając nagle w jedną z bocznych, mniej zatłoczonych uliczek. Przystanął, opierając się o pobliski mur.

– Co mam powiedzieć? – zapytał retorycznie, rozcierając twarz w dłoniach.

– Nie udawaj, że jest dobrze. Amelia…

– Nie! – wrzasnął nagle. – Nie, Nirali… – dodał nieco spokojniej, patrząc mętnym wzrokiem na siostrę, nagle czując całkowitą bezradność. – Jeżeli Amelia jest szczęśliwa, to nie mam prawa tego niszczyć.

– Chyba sobie kpisz? – prychnęła zirytowana. – Możesz mówić, co chcesz, ale nie zapominaj, że wyczuwam również twoje emocje. Doskonale wiem, jak się poczułeś, kiedy ten najemnik wspomniał o ślubie. Zamierzasz się poddać? – zapytała, biorąc się pod boki w prowokującym geście. – A co ze Łzą? Nie pomyślałeś, że ta cała wojna mogła być z nią związana? Poza tym ślub Amelii? Serio? Akurat teraz? Przecież to jasne, że to polityczne małżeństwo!

Słowa Nirali były jak pociski. Przez moment miał ochotę uciec, skryć się za dźwiękoszczelną barykadą, ale z jakiegoś powodu nie był w stanie się poruszyć. Było za późno.

– Więc co proponujesz? – zapytał zmęczony.

– Po pierwsze, czym jest ten cholerny bal?

– To taka tradycja. Przed zaślubinami władców, w stolicy panny młodej, urządza się huczne obchody. Zjeżdżają się przyjezdni, organizuje się różne popijawy. Potem, na siedem dni przed datą ślubu, na zamku odbywa się bal dla arystokracji – wyjaśnił mechanicznie.

– Świetnie! To oznacza, że mamy jeszcze osiem dni do rzekomego ślubu. Musimy porozmawiać z Amelią. Jestem pewna, że wtedy wszystko się wyjaśni.

– A jeśli to nie jest jedynie polityczne małżeństwo? Skąd możesz wiedzieć?

– Nie wiem. Ale chyba warto się przekonać? Wiem, że ci źle, ale proszę, rusz głową. Wojna, tajemnicze potwory, zakaz magii, teraz ten ślub… To wszystko śmierdzi i nawet ja to widzę, chociaż nie pochodzę z tego świata.

Zelgadis zamilkł, rozważając w myślach wnioski Nirali.

– Masz rację – przyznał w końcu, odzyskując w oczach nieco przytomności.

– Nareszcie! – jęknęła dziewczyna z uśmiechem. – Powinniśmy zacząć od rozmowy z Amelią. Wiesz, jak dostać się na zamek?

– Kiedyś to było stosunkowo proste. Teraz w całym mieście zauważyłem obce straże, z pewnością należące do Rimy. Nie wiem, jak bardzo pilnują zamku, tym bardziej, jeśli przebywa w nim obcy książę.

– Musi być jakiś sposób…

– Właściwie to jest jeden. Musimy dostać się na bal. Będzie tam dużo przyjezdnych. Nie sądzę, żeby w całym tym zamieszaniu ktoś zwrócił na nas uwagę. Trzeba będzie jedynie znaleźć dogodny moment, aby porozmawiać z Amelią.

– Mówiłeś, że to bal dla arystokracji. Tak po prostu nas wpuszczą? – zapytała bez przekonania.

– Tak po prostu? Nie. Co innego przy małej magicznej pomocy.

(…) ODSTĘP! (...)

W komnacie panował chłód. Dwie damy dworu, ciche jak cienie, kończyły właśnie wiązanie gorsetu. Szarpnięcie było tak mocne, że przez moment pomyślała, że się udusi.
W rezultacie skrzywiła się nieznacznie, zaciskając usta w wąską linię.

Milczała.

Nauczyła się tego przez ostatnie miesiące.

Podobnie jak uśmiechu.

Zerknęła na własne odbicie i jedwabną suknię w kolorze purpury, którą wybrano na dzisiejsze spotkanie z księciem Ravim. W innych okolicznościach zapewne wyglądałaby pięknie, jednak teraz jej blada, pozbawiona wyrazu twarz po prostu psuła cały efekt. W dodatku nagle poczuła mdłości.

– Wasza Wysokość, wyglądasz jak z bajki – stwierdziła starsza z kobiet, delikatnie układając jej długie włosy.

Włosy… Kolejna, drobna sprawa, która z dnia na dzień znalazła się poza jej kontrolą. I pomyśleć, że to tylko z powodu zachcianki Raviego, który uznał, że nie podobają mu się kobiety noszące krótkie fryzury. Sama nigdy nie przepadała za długimi włosami, uznając je za niepraktyczne w walce. Teraz zapewne nie miało to już znaczenia.

– Jeszcze tylko to… – dodała nieśmiało kobieta.

Po chwili wróciła z parą dopasowanych, koronkowych rękawiczek, które po założeniu sięgały aż do łokci.

Amelia spojrzała na swoje przedramiona. Ravi nie lubił jej blizn i już pierwszego dnia nakazał służącym je zakrywać. Poszarpane, srebrzyste linie wyraźnie odznaczały się na skórze, będąc niezbywalnym przypomnieniem wydarzeń z przeszłości. Mimowolnie pomyślała o bólu, który towarzyszył jej w czasie, kiedy rany żywo piekły przy każdym ruchu. Nie zważając na zmieszane spojrzenia służących, z czułością przejechała palcami po lewym nadgarstku.

Kochała te blizny.

Były dla niej jedyną pamiątką po miłości, którą została otoczona. Ile to razy Rei z czułością otulał je opatrunkami? Jaką cenę za zagojenie tych ran zapłacił Zel, kiedy uwolnił ją z koszmaru piątego filaru? Nawet jeśli pozostali uważali je za coś szpetnego, sama nie potrafiła na nie patrzeć w taki sposób.

Uśmiechnęła się uprzejmie, posłusznie wyciągając ręce i pozwalając naciągnąć na nie rękawiczki. Damy dworu skłoniły się grzecznie, po czym bez słowa opuściły komnatę. Drzwi jeszcze nie zdążyły się domknąć, kiedy w progu pojawiła się dobrze znana sylwetka. Arion lekkim skinieniem pożegnał mijające go kobiety, po czym skierował wyczekujące spojrzenie na Amelię.

– Możesz wejść, Arionie.

– Wasza Wysokość, widzę, że jest Pani już gotowa.

– Myślałam, że do czasu balu nie będę musiała widzieć się z księciem – stwierdziła z wyrzutem.

Arion wzdrygnął się prawie niezauważalnie.

Główny doradca był starszym, niskim mężczyzną o przysadzistej posturze. Jego jasne włosy przetykały liczne pasma siwizny, a usiana piegami twarz sprawiała jednocześnie wrażenie poczciwej, jak i naiwnej.

Amelia westchnęła ze znużeniem.

Często miała wrażenie, że to wszystko wydarzyło się zbyt szybko i właściwie poza jej kontrolą. Pamiętała obietnice przyjaciół, mówiących, że kiedy wróci do tego świata, wszystko będzie dobrze. Niestety wcale nie było, a ona po prostu wpadła z jednej tragedii w kolejną.

– A więc? Czego chcesz? – zapytała po chwili.

– Pani, bal zaręczynowy odbędzie się już jutro. Uważam, że to rozsądnie, abyś Pani była miła dla księcia Raviego. W końcu nie potrzebujemy zamieszania na uroczystości – odpowiedział cicho, tym razem unikając jej oskarżycielskiego spojrzenia.

Przez moment miała ochotę zacząć krzyczeć. Zerwać z siebie suknię i po prostu wyrzucić wszystkich mieszkańców Rimy ze swojego zamku. Przez moment nawet myślała, że to zrobi. Jednak żar w jej piersi tak szybko, jak się pojawił, równie szybko zdusiła. Przytaknęła w milczeniu.

– Staram się, Arionie. Naprawdę się staram… – wyznała, pozwalając sobie na okazanie słabości.

Arion towarzyszył jej od samego początku i jeśli komukolwiek miała wyjawić swoje prawdziwe uczucia, wiedziała, że będzie w stanie ją zrozumieć. Doskonale zdawała sobie sprawę z ich aktualnego położenia. Małżeństwo z księciem Ravim było jedynym sposobem na zakończenie brutalnej wojny z Elmekią. Jednak były rzeczy, o których nawet jej doradca nie mógł wiedzieć…

(…) ODSTĘP! (...)

Saillune – wschodni front, rok po wypowiedzeniu wojny…

Kolejna wiosna przywitała ich w niewielkim namiocie, ustawionym strategicznie na wzgórzu ponad obozowiskami żołnierzy. Amelia westchnęła głośno, odsuwając od siebie plany obrony. Od kilku godzin przyglądała się skomplikowanej siatce drobnych linii i znaków pokrywających mapę, oznaczających rozlokowanie jej oddziałów w terenie.

– Może powinnaś zrobić sobie przerwę? – zapytała cicho Lina, bawiąc się w kącie namiotu wyczarowanym płomieniem.

– Chciałabym wszystko dobrze zaplanować – odpowiedziała poważnie.

– Przecież wiem, ale ślęczysz nad tym już od popołudnia. Nie sądzę, żeby do jutra coś miało się zmienić.

Księżniczka obdarowała przyjaciółkę słabym uśmiechem. Faktycznie była zmęczona…

To zabawne jak z biegiem czasu strach spowszedniał, osadzając się cicho na barkach i przyzwyczajając do okrucieństw. Każdy punkt na mapach, które z taką uwagą studiowała, był w istocie czyimś być albo nie być…

Kiedy wybuchła wojna nie wiedziała, co robić. Z początku mogła polegać jedynie na sugestiach królewskiej rady. Niemal natychmiast na front wysłano setki żołnierzy i najlepszych magów królestwa. Kilka dni później zdecydowała, że nie może za wszystko odpowiadać, siedząc w zamku i wbrew sprzeciwom Ariona, sama pojechała na granicę. To właśnie tutaj odnaleźli ją Lina i Gourry. Ich pojawienie było dla Amelii tak niespodziewane, a jednocześnie tak naturalne, że nie mogła przestać płakać przez pół dnia. Dopiero wtedy dotarło do niej, jak bardzo za nimi tęskniła. Przez długi czas wyrzucała sobie, że odtrąciła ich pomoc na tak długo. Tym bardziej że ta pomoc w aktualnych okolicznościach okazała się nieoceniona. Siła i doświadczenie Gourry'ego w połączeniu z mocą i wiedzą Liny były warte więcej niż setka jej elitarnych żołnierzy.

– Czy wspomniałam dziś, jak bardzo się cieszę, że tu jesteście? – zagadnęła Amelia, obracając krzesło w kierunku przyjaciółki.

– O tak, tylko pięć razy. – Lina uśmiechnęła się figlarnie, gasząc płomień w dłoni. – Prawie rok siedzenia w koszarach faktycznie wymaga częstego doceniania. Tęsknie za miękkim łóżkiem… – jęknęła, przeciągając się na krześle.

– Kiedy to wszystko się skończy, przyrzekam oddać ci łóżko z własnej komnaty! – Amelia zaśmiała się cicho, bawiąc się piórem trzymanym w dłoni. – A gdzie Gourry?

– Poszedł sprawdzić morale wojsk przed jutrzejszą bitwą. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, o świcie będzie po wszystkim.

Amelia przytaknęła z zadowoleniem. Faktycznie od jakiegoś czasu na froncie szło lepiej. Właściwie zaczęło się to zmieniać, odkąd pozwoliła Linie uczestniczyć w zebraniach dowództwa. Była pod wielkim wrażeniem, kiedy przyjaciółka zaczęła wytykać Arionowi i jej generałom kolejne błędy w linii obrony. Stary doradca oczywiście poczuł się na tyle urażony, że od tamtego dnia nazywał Linę czerwonym diabłem, krzywiąc się na jej widok. Amelia niewiele sobie z tego robiła. Chociaż ego mężczyzny z pewnością ucierpiało, zwłaszcza po takim upokorzeniu przed królową, dla niej liczył się rezultat, a ten wreszcie zaczął przynosić nadzieję na zwycięstwo.

– Myślisz, że faktycznie możemy wygrać tę wojnę? – zapytała cicho, patrząc na widoczne w wejściu do namiotu morze pochodni.

– Nie widzę innej możliwości. Zel nigdy by mi nie wybaczył, gdybym pozwoliła ci poślubić tamtego typa…

Amelia zamarła, mimowolnie wypuszczając trzymane pióro, które głucho uderzyło o ziemię. Reagowała tak za każdym razem, kiedy ktoś wspominał o tym idiotycznym planie. Wszystko zaczęło się pięć miesięcy temu. Wtedy po raz pierwszy usłyszeli, że na terenach dotychczasowego Sojuszu Państw Przybrzeżnych zaczęło się coś dziać. Informatorzy mówili, że korzystając z aktualnej sytuacji na kontynencie książę Lenos zapragnął uczynić własną potęgę i zdołał zjednoczyć pięć państw sojuszu, tworząc jedno, duże królestwo – Rimę. Niedługo później Arion uznał, że ślub z księciem Lenos to idealne rozwiązanie. Gdyby Saillune i Rima się połączyły, nawet Elmekia musiałaby wycofać swoje wojska.

– Nie zrobię tego – odparła Amelia matowym głosem, zbierając pióro z ziemi.

– Oczywiście. Twój głupi doradca mógłby po prostu bardziej wierzyć w nasze możliwości.

– Arion chce dobrze. Po prostu brakuje mu doświadczenia na froncie. Przypominam ci, że Saillune nie było w stanie wojny od… nie wiem, nigdy? – stwierdziła cicho Amelia.

– Może i tak, chociaż nigdy wcześniej nie słyszałam nic dobrego na temat królestwa Lenos. Nie wiem jakim cudem książę zdołał zjednoczyć państwa sojuszu. Może faktycznie wojna wszystko zmienia…

– Myślisz, że Xellos miał z tym coś wspólnego?

Lina milczała przez długą chwilę, przyglądając się szarym ścianom namiotu w zamyśleniu.

– Może – odparła w końcu. – Szukaliśmy go przez rok. Bez skutku. Z drugiej strony, nic nie wskazywało na to, żeby na świecie akurat działo się coś dziwnego. Wszystko zbiegło się wraz z tą wojną.

Amelia przytaknęła niepewnie i przez moment obie siedziały w milczeniu. Z oddali do namiotu płynął gwar rozmów i szczęk żelaza. Nagle znów zaczęła odczuwać niepokój.

– Co miałaś na myśli, mówiąc, że nie słyszałaś nic dobrego na temat Lenos? – zagadnęła, chcąc wypełnić czymś niespokojne oczekiwanie.

Lina pochyliła się delikatnie, a przez jej twarz przemknął cień uśmiechu.

– A co? Ciekawią cię pikantne szczegóły na temat przyszłego kandydata do twojej ręki?

– To nie jest zabawne! – obruszyła się Amelia, krzyżując ramiona na piersi.

– Trochę jest – zaśmiała się czarodziejka. – Mówiłam ci już wiele razy, żebyś się nie martwiła. Nie pozwolę na to – zapewniła. – Co do Lenos… Słyszałam, że członkowie tego rodu zawsze lubili się z czarną magią. A mówiąc czarną, nie mam na myśli jakiejś pierwszej z brzegu klątwy. Jednak królewska para z Lenos zmarła jakieś półtora roku temu. Ponoć statek, którym podróżowali, zatonął.

– Rozumiem, że aktualny książę to ich syn?

– Król miał dwóch synów. Starszy Ravi i jego młodszy brat Kilian. Wygląda na to, że to właśnie im udało się dokonać zjednoczenia państw sojuszu.

– To dość… imponujące – przyznała niechętnie księżniczka.

– Prawda?

– Tym bardziej nie rozumiem czemu książę Lenos miałby być zainteresowany ślubem ze mną. Po co mu księżniczka, której państwo od roku jest w stanie wojny.

– Czy ja wiem… – Lina wzruszyła lekko ramionami. – Popatrzmy… Może dlatego, że pomimo wojny Saillune nadal jest ważnym graczem. Poza tym jakoś radzimy sobie od roku, co dla innych z pewnością znaczy, że nie jesteś tak słaba, jak mogli myśleć na początku. – Lina wyłamywała kolejne palce, wyliczając. – I nie zapominajmy o tym, że jesteś ładna, a książę czy nie, nadal to po prostu facet. Niestety nikt nie uwzględnił faktu, że jesteś już zajęta, ale to już ich problem. – Lina uśmiechnęła się promiennie.

– Zawsze mówisz o nim w taki sposób… – szepnęła Amelia, mnąc w dłoniach skrawek koszuli. Ton jej głosu sprawił, że nagle Lina ponownie spoważniała.

– Wybacz… – zaczęła zmieszana. – Chyba trochę mnie poniosło. Po prostu nie chcę myśleć inaczej. Wiem, że Zel gdzieś tam na nas czeka.

Amelia uniosła twarz, napotykając intensywne spojrzenie przyjaciółki. Nie ulegało wątpliwości, że Lina naprawdę w to wierzyła.

– Czasem zazdroszczę ci tej pewności…

– Sama zobaczysz, Amelio. Mam rację. Po prostu to wiem.

Zanim Amelia zdążyła odpowiedzieć, w wejściu do namiotu pojawiła się uśmiechnięta twarz Gourry'ego.

– Jeszcze nie śpicie? – zagadnął pogodnie.

– Czekałam, aż wrócisz. – Lina podniosła się krzesła i podeszła do przyjaciela. – Jak nastroje?

– Dobrze. Generał Pin-coś-tam jest dobrej myśli, co do jutra.

– Widzisz, Amelio? Wszystko będzie… – zaczęła Lina, jednak zanim zdążyła dokończyć do namiotu, odpychając stojącego w przejściu Gourry'ego, wpadł Arion.

– Wasza Wysokość! – krzyknął na powitanie. – Rozpalono ognie sygnałowe!

– I co w tym dziwnego? W końcu mamy tutaj wojnę – stwierdziła ironicznie Lina, kpiąco unosząc jedną brew.

– Zamilcz, czerwony diable! – Arion spiorunował Linę gniewnym spojrzeniem, zanim ponownie zwrócił się do Amelii: – Sygnały dochodzą z głębi kraju. Czekamy na posłańców, Wasza Wysokość. – Skłonił się nisko.

– Z głębi kraju? Jak to? – Amelia z przerażeniem spojrzała na przyjaciół.

– Co za cholera… – mruknęła Lina.

– Szybko, posłańcy najpierw dotrą do najbliższego punktu sygnałowego! – zarządziła Amelia, wybiegając pierwsza z namiotu.

Wtedy jeszcze nie mogła wiedzieć, że właśnie w tym momencie… przegrała.