W pewnym momencie Kabuto zrezygnował z walki. Albo już opadł z sił. To nie miało sensu, musiał przyznać. Tkwił w błędnym kole.
- Kabuto - podjął znów Itachi. Mówił dużo i spokojnie, nawet wtedy, gdy odpierał jego ataki. - Myślisz, że odnalazłeś swoją tożsamość, a tak naprawdę całkowicie ją wymazałeś ze swojej duszy. Jesteś Kabuto Yakushi, nie Orochimaru, zmieszanym z innymi ninja. Nie potrzebujesz tego. To cię niszczy. Porzuć to.
Itachi musiał być mniej więcej w jego wieku, jednak gdy tak mówił, wydawał się sporo starszy. Choć nie chciał jeszcze się do tego przyznać nawet przed samym sobą, Kabuto przeczuwał już, że Uchiha miał rację. Wszystko to, co mówił wydawało się rozsądne, mądre, dobre, a nawet pocieszające. Ale, przede wszystkim, właściwe. Zupełnie tak, jakby wreszcie znalazł brakujący element układanki, który przez lata próbował odnaleźć.
Odnalazł siebie, odnalazł nawet coś więcej.
- Dlaczego ci tak zależy? Dlaczego się zachowujesz tak, jakbyś dbał o to, co się ze mną stanie?! - Kabuto wykrzyczał te pytania, po czym opadł na kolana w chłodne błoto, w którym zatopiły się też jego dłonie. Dyszał ciężko, próbując dojść do ładu z własnymi emocjami.
- Bo sam byłem trochę jak ty. Bo wierzę mocno w to, że możesz się zmienić. W głębi duszy jesteś bardzo wartościowym człowiekiem i możesz zdziałać dla tego świata wiele dobrego. Tyle samo dobrego, ile złego już wyrządziłeś. Może nawet więcej. Wierzę w ciebie, Kabuto. Chcę usłyszeć twoją historię, poznać cię. Chcę ją usłyszeć od ciebie, nie od innych. Nienawidzę plotek, a znam cię jedynie z pogłosek. Chcę zrozumieć, dlaczego stałeś się tym, kim jesteś teraz.
- Przestań zachowywać się jak jakiś zbawca świata! - wrzasnął srebrnowłosy ninja.
- Zbawca? - powtórzył Itachi, unosząc do góry ciemne brwi. - Nie potrafiłem nawet uratować własnego młodszego brata. Nie sądzę, że to ja mógłbym cię odmienić. Tylko ty możesz to zrobić, tylko ty masz taką moc. Chcę, żebyś mi opowiedział swoją historię także po to, żeby wybrzmiała ona dla ciebie samego. Żebyś przypomniał sobie, kim jesteś. W tym wymiarze mamy czas. Usiądź ze mną. Porozmawiajmy.
Kabuto prychnął cicho, czując jak zimne strugi deszczu spływają po jego plecach. "Usiądźmy, porozmawiajmy", co to za nonsens! Jak gdyby byli w przytulnym domu, mogli sobie zaparzyć herbatę i pogawędzić o starych, dobrych czasach. Spotkał Itachiego pierwszy raz w życiu, gdy ten był już martwy! Wcześniej znał go tylko z plotek. Zabójca własnego klanu. Nie mieściło mu się to w głowie. Zawsze tak bardzo pragnął poznać swoją rodzinę! Gdy był małym dzieckiem, zdarzało mu się przed snem, gdy już leżał w łóżku, marzyć i fantazjować o tym ,,co by było, gdyby". Jak miałby na imię? Czy miał rodzeństwo? Czy wyglądał bardziej jak jego matka, czy jak ojciec? Może jak oboje po trochu? Czym zajmowali się jego rodzice? Czy przejąłby po nich jakiś fach? Gdzie by mieszkał? Jak wyglądałby jego dom?...
Podobnych pytań nasuwało mu się całe mnóstwo, niemal każdego dnia. Aż do momentu, gdy wszedł w okres dojrzewania i powoli zaczął stawać się mężczyzną. Jednocześnie zaczął wstydzić się sam przed sobą tych marzeń. Uznał je za bardzo dziecinne. Doszedł do wniosku, że liczy się tylko to, co tu i teraz. Nie to, kim mógłby być, gdyby, ale to kim zechce być. Sam stworzy swoją tożsamość. Zbuduje ją na mocy innych. Począwszy od Orochimaru…
Wciąż jednak pod skórą zawsze tkwiło w nim to pytanie o jego rodzinę. Próbował nawet czegoś się dowiedzieć, ale bez skutku. Latami był na siebie wściekły. O to, że kompletnie niczego o nich nie pamiętał i o to, że wciąż i wciąż był tak słaby, że nie potrafił przestać o tym myśleć. Pewnego dnia, po kolejnych nieudanych próbach dowiedzenia się czegoś o swoim pochodzeniu, po powrocie do kryjówki Orochimaru z wściekłości roztrzaskał w swoim pokoju butelkę. Jednym z odłamków pociął swoją lewą rękę.
Siedział potem bardzo długo na swoim łóżku, patrząc oniemiały na cienkie strużki krwi spływające po jego przedramieniu, którym pozwolił skapywać na podłogę.
Znalazł go w takim stanie Orochimaru.
- Kabuto? Jesteś tu? - usłyszał zza drzwi jego głos. Zaklął cicho. Musiał za wszelką cenę ukryć przed nim swoje załamanie nerwowe.
- Jestem, mistrzu.
- Mogę wejść?
Kabuto w przeszłości nieraz zaskakiwała delikatność Orochimaru. Ninja-szpieg wiedział, że niezupełnie mógłby go określić mianem dobrego człowieka; był raczej tym złym, zbuntowanym. Ludzie tacy jak on nie pukają do drzwi swoich podwładnych. Bo niby kim innym dla niego był? Podwładnym, narzędziem. Kabuto nie brakowało rozumu, nie miał złudzeń. Wiedział, że Orochimaru nie zaopiekował się nim jedynie z dobroci serca. Trenował go dla siebie. To było oczywiste. Nigdy nie pytał. Nie musiał.
- Daj mi chwilę, mistrzu - odparł, starając się panować nad swoim głosem. Niezupełnie mu się to udało.
Rozejrzał się po pokoju. Roztrzaskana butelka w kącie pokoju. Odłamek szkła w jego ręku. Podróżny płaszcz rzucony byle jak na oparcie krzesła. I ta krew. Rozejrzał się za jakimiś chusteczkami. Przełknął ślinę.
- Orochimaru-sama, zejdę do ciebie za kilka minut, w porządku?
Drzwi jednak zaczęły powoli się otwierać.
- Martwisz mnie, Kabu-kun. Co się dzieje?
CHOLERA BY GO WZIĘŁA, TERAZ SIĘ MUSI ,,MARTWIĆ", CHOLERNY… - wrzasnął Kabuto w myślach. Nie dokończył tego zdania. Nie wiedział nawet, jakiej obelgi mógłby użyć. Raczej nie zdarzało mu się przeklinać, zwykle był miły i ułożony, poza tym naprawdę szanował Orochimaru. Wulgaryzmy na ogół go mierziły. Wydawało mu się, że używają ich tylko ludzie słabi, chcący jedynie za silnych uchodzić. Nie miał nawet takiego słownika w głowie.
Było za późno. Nie zdąży już ukryć tego, co zrobił. Może Orochimaru uzna, że jest tak beznadziejny, iż należałoby się już go pozbyć? Nagle poczuł, że wszystko mu jedno. Nie odczuwał już nawet wstydu. Niech zobaczy. Niech patrzy. Wielkie rzeczy. Sam jest trochę szalony, on też może…
Zwiesił głowę. Nie chciał patrzeć mu w twarz. Wypuścił kawałek szkła na podłogę i usłyszał, jak uderza o nią z cichym brzękiem.
Spodziewał się okrzyku zgrozy albo szoku, ale chyba zapomniał z kim miał do czynienia. Wiedział, że stoi w drzwiach i go obserwuje. Czuł na sobie jego wzrok.
- Znów pojechałeś szukać czegoś o swojej rodzinie - odezwał się w końcu Orochimaru nieco bezbarwnym tonem. Nie było to pytanie. Nie wyczuł też ani współczucia, ani pogardy. Cały Orochimaru. Jak zawsze, nieodgadniony.
Kabuto w odpowiedzi skinął tylko głową.
Usłyszał powolne kroki. Kabuto zacisnął powieki. Nie mógł, za nic w świecie nie mógł spojrzeć w mu w twarz. Poczucie wstydu pojawiło się na nowo i zapiekło jego policzki. Orochimaru tymczasem kucnął obok niego i położył bladą dłoń na jego kolanie. Kabuto wzdrygnął się, zaskoczony. Niezrażony Orochimaru nie cofnął swojej ręki. Mało tego, oparł jeszcze czoło na jego ramieniu.
- To pierwszy raz? - spytał cicho. Kabuto milczał. Miał wrażenie, że w tym momencie całe jego jestestwo sprowadzało się do tych punktów na jego ciele, których dotykał Orochimaru. - Pytam o te rany. Czy pierwszy raz zrobiłeś sobie coś takiego? Nic wcześniej nie zauważyłem…
Kabuto pomyślał gorączkowo, że choć ma bladą cerę, teraz jego twarz musiała palić się żywym ogniem. Policzki piekły go, jakby lizały je płomienie.
- Pierwszy i ostatni, obiecuję, mistrzu. Ja… po prostu… nie potrafię tego wyjaśnić.
- Nie musisz mi nic wyjaśniać - odparł Orochimaru miękko, po czym dotknął podbródka Kabuto, dając mu do zrozumienia, żeby na niego spojrzał. Kabuto zebrał się w sobie i spojrzał w oczy Orochimaru. Jeszcze nigdy nie patrzył w nie z tak bliska. Zestresowany całą sytuacją, przełknął ślinę. - Nawet nie wiesz, jak jesteśmy do siebie podobni - dodał zagadkowo. Kabuto zmarszczył brwi, niezupełnie rozumiejąc. Właściwie to wcale nie rozumiejąc, co miał na myśli. Nie spytał jednak. O wiele rzeczy go nie pytał.
Szczęka Kabuto zadrżała. Łzy wezbrały w jego oczach. Twarz Orochimaru się rozmazała. Zacisnął powieki, a łzy spłynęły szybko po jego rozgrzanych policzkach.
W następnej chwili stało się coś jeszcze dziwniejszego. Kabuto pomyślał, że chyba mu się to śni, gdy zobaczył, jak na zwolnionym filmie, Orochimaru pochylającego się nad jego ręką po to, żeby zaraz zacząć leniwie zlizywać na wpół zaschniętą krew.
Kabuto po raz pierwszy w życiu pomyślał, że Orochimaru jest jednak ,,nieźle pokręcony". Mimo to przeszedł go dreszcz ekscytacji i nie mógł powstrzymać się od cichego westchnienia.
Gdy Orochimaru uniósł głowę, Kabuto zszokowany stwierdził, że ran już nie ma. Po raz pierwszy w życiu zakwestionował realność chwili, w której się znalazł. Czy on śnił?...
- Wiesz, że lubię eksperymentować - wyjaśniał tymczasem sanin. - Moja ślina ma właściwości lecznicze. Może też być trująca - zachichotał. - Możliwe, że nie zostaną ci nawet blizny - uśmiechnął się.
Kabuto wciąż nie mógł się pozbierać.
Orochimaru spojrzał mu prosto w oczy i spoważniał.
- Jeszcze tu… - wymamrotał i zbliżył swoją twarz do jego. Kabuto zadygotał, gdy Orochimaru zaczął leniwie przeciągać ciepłym językiem po jego policzkach, tam, gdzie wciąż płynęły łzy. Orochimaru ujął jego twarz w swoje dłonie. Był tak blisko, że Kabuto musiał zamknąć oczy. W następnej chwili mistrz całował jego usta. Sanin robił to z dziwną powagą i nabożnością. A potem zatrzasnął drzwi jednym ruchem dłoni, drugim przekręcił klucz w zamku i zabezpieczył dodatkowo swoją czakrą. Nie wyszli z tego pokoju już do rana.
To był jego pierwszy raz. Z Orochimaru. Nigdy przedtem temat związków, miłości romantycznej, ani nawet seksu w ogóle nie zaprzątał mu głowy. Tej nocy dotarło do niego, że z pewnością woli mężczyzn i to dojrzalszych od niego. Orochimaru okazał się kochankiem doskonałym - nie szczędził Kabuto komplementów, czułości, długich pocałunków. Srebrnowłosy ninja był w niebie i nie potrafił uwierzyć w swoje szczęście. Nawet ból, który towarzyszył pierwszemu razowi, był dziwnie przyjemny.
Niestety jednak, to szczęście nie trwało zbyt długo.
- Nie chcę cię rozpraszać - zbył go Orochimaru, nie patrząc mu nawet w twarz, gdy Kabuto wreszcie spytał go, kilka dni później, czy mu się to wszystko tylko przyśniło i dlaczego starszy mężczyzna postanowił go unikać. Gdy obudził się na drugi dzień, senseia już przy nim nie było i tylko fakt, że leżał nagi, a jego ubrania rozrzucone były w nieładzie na podłodze, wskazywał na wydarzenia tamtej nocy. Może jeszcze fakt, że pościel pachniała jak ON. I te dziwne, nowe doznania fizyczne…
Usiadł na łóżku i oniemiały wpatrzył się w małą plamę krwi na podłodze.
Był tu. Na pewno tu był…
Mamy ważne rzeczy do zrobienia. Właściwie to chciałem wysłać cię po pewne informacje…
Kabuto nie mógł uwierzyć, że rozmawia z tym samym człowiekiem, który trzy dni wcześniej był dla niego takim aniołem. Poczuł się skrzywdzony i wykorzystany w momencie swojej słabości. Postanowił to jednak przełknąć, otrząsnąć się jak najszybciej z tego dziwnego zdarzenia. Przez następne trzy tygodnie szpiegował dla Orochimaru. Wrócił z konkretnymi informacjami, podbudowany moralnie i psychicznie. Uznał, że ich wspólna noc była jednorazowym incydentem. Ciekawym doświadczeniem. Dlaczego nie?
Po powrocie wziął długi, relaksujący prysznic. Był zmęczony, ale miał dobry humor i czuł się psychicznie stabilny. Misja dobrze na niego wpłynęła, choć przez ostatnie trzy tygodnie raczej kąpał się w rzekach i jeziorach; naprawdę tęsknił za gorącą wodą z prysznica.
Gdy wyszedł z łazienki, z mokrymi włosami i owinięty w pasie ręcznikiem, zobaczył na swoim łóżku małą karteczkę. Znajdowała się na niej krótka wiadomość od Orochimaru:
"Na pewno jesteś głodny. Zjedzmy razem kolację i porozmawiajmy o tym, czego udało ci się dowiedzieć."
Kabuto zasępił się. Wydawało mu się, że przeszedł już do porządku dziennego nad wydarzeniem sprzed trzech tygodni. Teraz nie był już jednak tego taki pewien. Świadomość że Orochimaru był w jego pokoju gdy ten, tuż za ścianą, brał prysznic, jakoś dziwnie go zaniepokoiła. Poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Zmiął kartkę w palcach i wrzucił ją do kosza.
Podczas kolacji rzeczywiście rozmawiali tylko o rezultatach szpiegowania Kabuto. Orochimaru był zachwycony. Dolewał sobie i srebrnowłosemu ninjy wina, nie szczędząc mu komplementów. Kabuto trzymał się na baczności, a raczej próbował. Alkohol i zmęczenie zrobiły swoje. Niezupełnie pamiętał, jak to się stało, że znów wylądowali razem w łóżku, tym razem w sypialni jego mistrza. Yakushi pamiętał satynową, czarną pościel i pocałunki Orochimaru, głębokie, wyuzdane, tak inne od tych sprzed trzech tygodni… Pamiętał, że tej nocy wszystko było inne. Sanin nie był już delikatny, co trochę nawet zasmuciło i rozczarowało ninję-szpiega. Mimo wszystko, zadbał o to, żeby Kabuto pod nim wił się i jęczał z rozkoszy, zaciskając pięści na śliskiej pościeli.
Dopiero po tym gdy oboje, niemal w tym samym momencie, sięgnęli zenitu rozkoszy, Orochimaru opadł delikatnie na klatkę piersiową Kabuto. Wciąż oddychając ciężko, wysapał:
- Tęskniłem za tobą - po czym przytulił się mocno do swojego ucznia. Kabuto otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Uniósł dłoń i pogładził mistrza po długich, kruczoczarnych włosach.
- Naprawdę?
- Oczywiście! - powiedział z mocą, po czym zaczął składać pocałunki na jego torsie.
Po chwili zasnął, wciąż z głową na piersi Kabuto, któremu z kolei nie udało się zmrużyć oka aż do rana. Później schemat się powtórzył - Orochimaru zniknął. Na trzy dni.
Na tych dwóch razach ich romans się jednak nie zakończył. Sanin często zwabiał Kabuto w swoje ramiona. Srebrnowłosy ninja uzależnił się od rzadkich i zawsze okazywanych mu niespodziewanie czułości. Łaknął ich i robił wszystko, by nieustannie zdobywać uznanie swojego mistrza.
Wkrótce Kabuto odkrył, że nie był jedynym kochankiem Orochimaru. Sanin miał ich co najmniej kilku. Ból, który towarzyszył temu odkryciu, był nie do opisania. Orochimaru nie krył się nawet z niczym przed Kabuto.
- Masz szansę być najlepszym i jedynym - powiedział mu kiedyś. - Tamci się nie liczą. Są tylko rozrywką. Ciebie naprawdę kocham.
Kabuto postanowił, że tak się stanie. Będzie najlepszy, będzie jedyny. Za wszelką cenę.
Poszukiwania swoich korzeni puścił w niepamięć. Przeszłość przestała mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Liczyły się tylko teraźniejszość i przyszłość.
Sam postanowi o tym, kim jest.
