Usiądź ze mną. Porozmawiajmy - przekonywał go Itachi.

Nie mam czasu tu być! - protestował Kabuto.

Itachi zdawał się kompletnie ignorować jego słowa, gdy leniwym krokiem zwrócił się do najbliższego ściętego pnia, po czym przysiadł na nim.

- Kabuto - odezwał się swoim matowym, głębokim głosem. - Nie wydostaniesz się stąd, zanim nie staniesz w prawdzie przed samym sobą.

Wiedział przecież, że Itachi miał rację. Walka z nim była całkowicie bezsensowna. Równie dobrze mógł po prostu przystać na jego prośbę. Może wreszcie się stąd wydostanie…

Opowiedział mu więc w skrócie całe swoje życie, omijając oczywiście naturę jego relacji z Orochimaru, która rozwinęła się tuż po tym, jak osiągnął pełnoletniość. Nigdy nikomu o tym nie mówił, a Itachi był mu obcy. Nie było nawet mowy o tym, żeby wskazał na to choćby wymownym spojrzeniem. Ta spowiedź mogła być niepełna, ale nie dbał o to. Spaliłby się żywcem ze wstydu. Już chyba wolał tu zostać na zawsze.

Nie zająknął się więc ani jednym słowem na temat ich romansu, nie dał na ten temat Itachiemu najmniejszej wskazówki, ale chcąc nie chcąc, wspomniał w myślach na to wszystko, co wydarzyło się między nimi. Miał nadzieję, że Itachi w tym genjutsu nie potrafił czytać w myślach.

Wspomniał na to, jak bardzo cierpiał. Na to, jak się od niego uzależnił. Jak zaczął żyć od pocałunku do pocałunku, od stosunku do stosunku. Na to jak jego życie zawęziło się do krępujących go ramion mistrza…

Podkreślał zamiast tego fakt, że stał się sierotą tak wcześnie, że nawet nie pamiętał swoich rodziców. Nie znał swojego imienia. Tułał się od domu do domu, prosząc o jedzenie, aż trafił do sierocińca.

- Tam otrzymałeś swoje imię - podkreślił Itachi. - Powiedziałbym, że to tam zaczęła kształtować się twoja tożsamość. - Uchiha patrzył w zamyśleniu gdzieś w dal, siedząc z założonymi nogami. Łokieć oparł o kolano, a jego podbródek spoczywał na nadgarstku. Kabuto przeszło przez głowę coś dziwnego - chciałby mu zrobić w takiej pozie zdjęcie. Odwrócił wzrok od mężczyzny. Ta myśl była mu tak głupia, jak niespodziewana.

Nie mógł jednak zaprzeczyć, że Itachi budził podziw, respekt, chciało się go słuchać i za nim podążać. Urodzony lider. Gdyby nie wybił własnego klanu…

Kabuto zasępił się. Wiedział o nim tyle, co dowiedział się od innych. Nigdy przecież nie usłyszał jego wersji wydarzeń. Musiał o czymś nie wiedzieć. Naprawdę nie wydawał się być psychopatą… Poza tym coś sprawiło, że Sasuke nagle stanął po jego stronie.

Wspomniał na to, jak chwilę temu Itachi upierał się, żeby mu opowiedział swoją historię.

Kabuto otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Spojrzał na Itachiego, który obserwował go ze spokojem i bez wyższości, której spodziewałby się w takiej sytuacji od swojego przeciwnika.

Yakushi patrzył na niego tak, jakby właśnie zobaczył go po raz pierwszy. Itachi fascynował go tak samo, jak kiedyś Orochimaru, a jednak w jego umyśle nie zapalało się przez to milion czerwonych ostrzegawczych świateł, które bez końca ignorował, zapatrzony w swojego mistrza. Nie, Itachi był o niebo inny. Wzbudzał zaufanie.

Oczywiście nie mógł opierać się na tych wrażeniach, automatycznych myślach. Nie był przecież głupi. Może nim manipulował? Z jeszcze większą finezją niż Orochimaru. To było bardzo możliwe.

Nie umiał znów jednak całkowicie zignorować swojego instynktu.

Każdo jedno jego słowo, każda uwaga otulała poranioną, poszarpaną duszę Kabuto leczniczym balsamem. Czuł się jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczył świat przez okulary. Otwierał oczy, otwierał swoje serce.

Niekontrolowane łzy zaczęły płynąć nagle prędkim strumieniem po jego twarzy.

Kim on się stał?! Co najlepszego zrobił?!

Zobaczył swoje odbicie w kałuży i wstrząsnął nim jeszcze większy szloch. Płakał długo i głośno, żałując wszystkiego. Nienawidził siebie.

- Masz na imię Kabuto, bo ci ludzie z sierocińca chcieli cię chronić - podjął Itachi, gdy ten zaczął się powoli uspokajać. - Uważam, że to piękne. Twoje imię jest niczym amulet.

Kabuto zachłysnął się powietrzem, gdy poczuł dotyk na ramieniu. Przed oczami wyobraźni mignęła mu twarz Orochimaru z wieczora, w którym ten pocałował go po raz pierwszy.

Srebrnowłosy ninja nie mówił nic od dłuższego czasu. Jedynie myśli wirowały w jego głowie, niczym liście w samym środku trąby powietrznej. Wspomnienia mieszały się z żalem i odbijającymi się wciąż echem słowami Itachiego.

Nie czuł już jednak wstydu. W tym momencie mógłby nawet powiedzieć Itachiemu o romansie z Orochimaru. Widział go w końcu tak małym i słabym, gorzej być nie mogło. Nie mógł się już bardziej upokorzyć. Jego umysł powoli zaczęła spowijać znajoma, mroczna obojętność. Ta sama, która towarzyszyła mu, gdy zabijał, albo gdy patrzył w twarz Orochimaru nazajutrz po spędzonej razem nocy, gdy jego mistrz zachowywał się jak gdyby nigdy nic się między nimi nie wydarzyło, najzwyczajniej w świecie wydając mu nowe polecenia albo pytając o zdanie w sprawach swoich eksperymentów…

Klęczał w błocie, kompletnie obnażony. Zdemaskowany.

Jakoś jednak czuł, że tak miało być. Chyba nie było innej drogi.

Ręka Uchihy wciąż spoczywała na jego ramieniu. Jego palce zacisnęły się lekko na wychłodzonej skórze Kabuto.

- Wracamy? - spytał w końcu cicho.

Kabuto zaczął powoli podnosić się z rozmokniętej ziemi. Itachi ujął go za łokcie i pomógł mu wstać.

Nawet zanurzony w genjutsu, czuł chłód deszczu i wiatru, czuł zapach mokrych liści i ziemi, sztywność karku, suchość w gardle.

Wreszcie podniósł głowę i spojrzał prosto w czarne jak dwa węgle oczy Uchihy.

Myśl, że Itachi już nie żyje, uderzyła go nagle z całą mocą. Niemal zapomniał, że to on sam przywrócił go na ten świat za pomocą Edo Tensei.

Nowy, niespodziewany ból eksplodował w nim, docierając z całą mocą do każdego nerwu i komórki w ciele.

Uchiha tymczasem patrzył na niego w napięciu.

- Itachi - zachrypiał Kabuto. - Ja też chcę usłyszeć twoją historię. Chcę ją poznać z twojego punktu widzenia, nie z plotek.

Brunet pokręcił tylko na to głową.

- Na to nie ma czasu - stwierdził krótko.

Serce Kabuto zabiło szybciej, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo Itachi miał rację, mówiąc że nie mieli czasu do stracenia. Może już odwrócił Edo Tensei w świecie rzeczywistym. Może już go tam… nie ma.

Spytał go o to, spanikowanym tonem.

Itachi zmierzył go chłodnym spojrzeniem.

- Nie wiem. Myślę, że tak. Mam nadzieję. Taki był plan. Ale nie wiem, co się tam teraz dzieje.

Kabuto miał ochotę wrzasnąć z bólu. A więc to koniec.

Zrobił krok w stronę Itachiego, choć już wcześniej stali dość blisko siebie. Na twarzy Uchihy odmalowało się zdumienie, gdy były uczeń Orochimaru zdecydowanie przekroczył granicę prywatnej przestrzeni. Nie cofnął się jednak. Obserwował go, szeroko otwartymi oczami.

Kabuto zdało się, że dostrzegł lekki rumieniec na twarzy Itachiego. A może to zmysły płatały mu figle.

Drżącymi dłońmi ujął twarz bruneta. Usta Itachiego zadrżały lekko, ale nie uleciało z nich żadne słowo. Mężczyzna był spięty.

Kabuto złożył delikatny pocałunek na jego chłodnych, spękanych ustach. Zachęcony brakiem protestu (i też nieco tym zaskoczony), zajrzał mu prędko w oczy, po czym pocałował go po raz kolejny. Tym razem jego pocałunek został odwzajemniony.

Kabuto nie wiedział jeszcze, czy było już za późno, czy nie, ale miał już inny pomysł. Jeśli w międzyczasie Itachi odwrócił już Edo Tensei i zniknął, Kabuto je powtórzy. Tylko dla niego. Może się wściekać, nie obchodziło go to nawet zbytnio. Wiedział, że nie tylko on go tak desperacko potrzebuje. De facto więc nie był to nawet z jego strony egoizm…

Gdy tak planował, pogrążony w pocałunku, ręce Itachiego splotły się mocno na jego plecach. To dało mu pewność, że Uchiha też chce być blisko niego.

I wonder if I'll ever see you again - przypomniały mu się słowa jakiejś piosenki.

- Tego z kolei nie planowałem - przyznał Itachi, gdy Kabuto odchylił się, by móc spróbować odczytać coś z jego twarzy.

- Nie mogę cię stracić - wypalił. - Nigdy jeszcze się tak nie czułem. Ja… kocham cię.

Uchiha spojrzał na niego z niedowierzaniem. Blada wcześniej twarz Kabuto płonęła teraz żywym ogniem. Przygryzł dolną wargę i opuścił wzrok. Yakushi wyglądał na zranionego jego reakcją, ale Itachi nic nie mógł na to poradzić. Co w ogóle mógł teraz poradzić? Jak Kabuto mógł mu mówić takie rzeczy teraz, gdy stał już nad grobem?! Poza tym… ledwo się znali.

Itachi zasępił się. Za bardzo mu to coś przypominało.