Pierwsze tygodnie po śmierci Itachiego Deidara pamiętał jak przez mgłę. Dopiero potem dowiedział się, że Konan dodawała mu do jedzenia i picia środki uspokajające, których dawkę zmniejszała po każdym tygodniu. Nie przypisywano mu żadnych misji, o co też zresztą sam nie prosił.
Pain wyznaczył mu dokładnie miesiąc na żałobę. Potem zdecydował, że powinien wrócić do swoich obowiązków.
Przedtem większość czasu spędzał nad grobem zmarłego kochanka, albo zamknięty w swoim pokoju. Leki miały za zadanie powstrzymać go od samobójczej śmierci, od próbowania zemsty na Sasuke na własną rękę.
Dokładnie po miesiącu, Deidara siedział znów w swoim pokoju na parapecie przy otwartym na oścież oknie, paląc te same papierosy, którymi poczęstował Itachiego rok temu na pamiętnej imprezie. Patrzył w niebieskie niebo i po raz pierwszy pomyślał, że musi wrócić do względnie normalnego życia. Inaczej zwariuje.
Wtedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść! - krzyknął i odwrócił twarz ku niebu, niezbyt zainteresowany tym, kto chce go widzieć i czego od niego będzie chciał.
- Deidara - przywitał go głos Hidana.
Deidara odwrócił głowę, nieco zaskoczony. Z jakiegoś powodu nie spodziewał się akurat jego.
- Hidan - odparł beznamiętnie. - Nie widziałem cię chyba z miesiąc, hm - w jego głosie dało się odczuć nutę wyrzutów. Odkąd Itachi zginął, Akatsuki zdawali się go unikać.
- Miałem dużo misji - wyjaśnił, odwracając wzrok.
- Ach tak, hm? Ja za to wcale, tak jak teraz o tym pomyślę… - ironizował. Doskonale wiedział, dlaczego Pain nie przypisał mu ani jednego zadania. Przyłapał też Konan na wrzucaniu mu do jedzenia jakiegoś proszku i miał nadzieję, że była to trucizna, ale mylił się, to musiały być leki. Po narkotykach byłby na haju, a on po prostu się uspokajał. Był w stanie myśleć o tym, co się stało, bez niepohamowanej potrzeby wysadzenia w powietrze siebie i wszystkich tych, którzy stanęliby mu na drodze. Przechodziła mu też ochota na konfrontację z Sasuke. Deidara był przekonany, że Itachi zszedłby z tego świata tak czy siak, nawet gdyby młodszy brat mu w tym nie pomógł. Widział przecież wyraźnie, jak chudł, cierpiał, nikł w oczach z każdym tygodniem.
Wiedział też, że Hidan i cała reszta byli wszystkiego świadomi. Byli świadomi tego, co się z nim działo. I zostawili go samego sobie.
- Nieważne - podjął Deidara. - Co tu robisz?
- Cóż, Pain chciałby wiedzieć jak się czujesz.
- Chce mnie wyrzucić, hm?
- Przeciwnie. Uważa, że czas wdrożyć cię na nowo do udziału w misjach.
- Hm. Jaki w ogóle mamy stan sprawy?
Hidan uśmiechnął się dumnie. Było jasne, że coś właśnie osiągnął, ale Deidarę tak naprawdę nie interesowało to bardziej niż zeszłoroczny śnieg.
- Złapaliśmy z Kakuzu jinchuuriki dwóch i trzech ogonów - powiedział, nie kryjąc zadowolenia.
- Moje gratulacje - odrzekł Deidara, niepasującym do treści tej wypowiedzi tonem. - Pain ma już dla mnie jakieś zadanie? - nagle nabrał ochoty do działania. Zaczynał się czuć, jakby był w psychiatryku.
- Narazie chciał tylko wiedzieć, czy mógłbyś już wrócić do misji.
Deidara wywrócił oczami.
- Bez przesady, nie jestem chory, hm. Możesz mu powiedzieć, że tak, zajebiście chętnie. Możesz też wspomnieć Konan, żeby przestała mnie faszerować tymi prochami, hm - Deidara zgasił resztkę papierosa w popielniczce i zeskoczył z parapetu.
Hidan rzucił mu zdziwione spojrzenie.
- No co się gapisz, do cholery? Czy ja jestem dzieckiem, idiotą, albo ślepcem? Przecież widziałem, co robi.
- Sam jej powiedz, jak chcesz - wymamrotał Hidan, znów zezując gdzieś w bok. Deidara nagle pomyślał, że fanatyk religijny zdaje się czuć dziwnie niekomfortowo w jego towarzystwie.
- Tak zrobię - mruknął, lustrując Hidana wzrokiem. Musiał spędzać ostatnio sporo czasu na słońcu. Miał opaloną twarz i trochę też te umięśnione ramiona, na których Deidara mimo woli zawiesił na chwilę wzrok. - Hidan?
- Ta?
- Robisz coś wieczorem?
Nie odpowiedział mu od razu. Zmrużył lekko oczy, przyglądając się Deidarze tak, jakby był ciekawym obiektem badań.
Kiedy wciąż nie odpowiadał, Deidara poczuł, jak wzbiera w nim irytacja.
- Do cholery, Hidan, nie jestem trędowaty, przestańcie mnie wszyscy tak traktować! Od miesiąca wszyscy mnie unikacie, zachowujecie się, jakbym… nie wiem… w każdej chwili mógł eksplodować! Mam tego, kurwa, dosyć! Tak, kochałem go, tak, pieprzyliśmy się, gdy tylko była okazja i tak, zajebiście mi go brakuje i nie ma takiego drugiego na całym świecie, ale… do kurwy nędzy… już go nie ma, a ja chcę wrócić do życia. Co mi zostaje innego?! - głos mu się załamał. Potarł dłońmi skronie, próbując dojść ze sobą do ładu. Po chwili westchnął ciężko i podjął - Chodzi mi o to, że… pewnie się boicie, że jak zaczniecie ze mną rozmawiać, będę tylko płakał za Itachim - zagryzł wargę, aż poczuł ból. - Uwierz mi, że zaczynam powoli mieć dość płakania za nim i… mogę to robić w samotności.
Nastała chwila ciszy, którą przerwał w końcu matowy głos Hidana:
- Nigdy nie powiedziałem ci, jak bardzo jest mi przykro…
- I nie musisz mi tego mówić - przerwał mu Deidara. - To i tak niczego nie zmienia, wiesz? Nie o to mi chodzi - westchnął. Itachi zrozumiałby go w połowie jego pierwszego słowa, ale nie mógł się tego spodziewać po innych. Nie mieli za grosz jego empatii. W porównaniu do Uchihy, wszyscy nagle wydawali mu się cholernymi jaskiniowcami. - Chciałbym, żeby wszyscy mnie traktowali jak dawniej. Żebym mógł z wami rozmawiać i przebywać bez poczucia, że każdemu jest niezręcznie. Nie wiem, czy to do zrobienia na tę chwilę, ale bardzo mi na tym zależy.
- No, masz rację. Zawaliliśmy. Przepraszam, Deidara.
Blondyn opuścił wzrok. Z drugiej strony, czy mógł ich winić?
- W porządku - burknął. - To Akatsuki, a nie kółko wzajemnej adoracji, hm.
- I… nie, nie mam planów na wieczór. Co byś chciał robić?
Deidara zacisnął usta.
- Już nic. Nie musisz ze mną spędzać czasu, bo tak by może wypadało, albo bo teraz ci głupio, albo bo ci mnie szkoda, hm - prychnął.
- Kretyn - wymamrotał na to tylko Hidan. - Naprawdę nic nie rozumiesz. Bałem się choćby do ciebie podchodzić, żebyś nie pomyślał sobie, że próbuję wykorzystać okazję… - jego twarz zapłonęła. Nie musiał kończyć. Dopiero teraz Deidara magicznie przypomniał sobie, że Hidan od dawna za nim latał i uspokoił się dopiero, gdy Akatsuki zauważyli, że ma romans z Itachim. Każdy przecież się bał Uchihy.
Deidarę również zapiekły policzki. Dotarło do niego, że Hidanowi chyba nigdy nie przeszło. Przypomniał sobie też, że minęło sporo czasu, odkąd on ostatnio z kimś…
- To… chcesz się ze mną napić wieczorem, albo coś…? - spytał, zezując w bok.
- Pewnie, że chcę - odparł cicho, z powagą w głosie. - Niezmiennie.
- Bez pocieszania i użalania się nade mną?
- Znasz mnie.
Deidara pomyślał, że Hidan podał mu odpowiedź idealną, taką, jaką chciał usłyszeć. Mężczyzna mógłby mu pomóc zapomnieć o jego osobistej tragedii, choćby na chwilę. O niczym innym nie marzył.
- Idziemy do miasta? - zaproponował blondyn.
Hidan przez chwilę rozważał to, po czym odparł:
- Ryzykowne, szczególnie teraz. Byliśmy ostatnio dość aktywni w okolicy, nawet tę kryjówkę będziemy musieli wszyscy opuścić w przeciągu kilku dni - wyjaśnił. Deidara znów poczuł się tak, jakby przez ostatni miesiąc był w śpiączce. Nikt mu nawet nic o tym nie wspomniał.
- No. To widzę, że tematów do rozmowy nam nie zabraknie. Wpadniesz do mnie koło 18:00?
Hidan nagle zlustrował go od góry na dół.
- Może o tej 18:00 zjedzmy razem kolację na dole? Wychudłeś. Przy okazji pointegrujesz się na nowo z innymi. A potem możemy się czegoś napić, u mnie czy u ciebie, obojętnie - wzruszył ramionami. Deidarę ujęło to, jak odniósł się do jego narzekania na samotność, ale jak jednocześnie podkreślił w następnym zdaniu, że chce być też z nim sam na sam. Inaczej mogliby przecież pić na dole, z innymi… Nie potrafił powstrzymać uśmiechu.
- Co zrobimy, jak Tobi się nie odczepi? - pierwszy raz od śmierci Itachiego uśmiech zatańczył na jego ustach.
Mężczyzna jedynie zachichotał w odpowiedzi. Deidara pomyślał, że podoba mu się jego reakcja. Byli trochę jak zakochani nastolatkowie w liceum.
- Hidan. Pointegruję się z innymi jutro przy śniadaniu, zakładając, że na nie wstanę - rzucił mu wyzywające spojrzenie, czując jak jego usta znów same wyginają się w diabelskim uśmiechu. Sprawiało mu przyjemność patrzenie, jak starszy członek Akatsuki nie wie, gdzie podziać wzrok, ani co zrobić z rękami. - A wieczorem wystarczy mi tylko twoje towarzystwo.
Hidan uśmiechnął się. Deidara nie wiedział, czy mu się zdawało, czy w jego oczach dostrzegł jakiś smutny błysk. Jeśli tak, to kompletnie nie rozumiał jego pochodzenia.
- To jesteśmy umówieni. Będę u ciebie o 18:00 - podsumował srebrnowłosy i odwrócił się w kierunku drzwi. - Jakieś życzenia co do alko i jedzenia?
- Wiesz, które piwo i jakie jedzenie lubię - Deidara wzruszył ramionami. - To się nie zmieniło.
- Dobra. Do zobaczenia.
Deidara odprowadził go wzrokiem, a potem patrzył jeszcze przez chwilę na miejsce, w którym przed chwilą stał Hidan.
