Kabuto zmierzał pospiesznym krokiem w stronę szpitala. Wybrał okrężną, dłuższą drogę i był już prawie spóźniony. Nie chciał jednak biec. Miał wrażenie, że nie powinien w niczym odstawać od przypadkowo napotkanych ludzi, choć nie było ich wielu. Celowo wybrał taką trasę - aby ich wielu nie spotkać.
Delikatnie mówiąc, mieszkańcom Konohy nie do końca podobał się fakt, że Kabuto żył i był na wolności. Nowy hokage, Kakashi Hatake, wydał oświadczenie i zasady dotyczące jego oraz innych zbrodniarzy: zagwarantowano im nietykalność. Zdjęto ich z listów gończych, mieli powrócić do Konohy, pozostać pod niemal całodobową obserwacją, meldować się hokage co tydzień i zdawać sprawozdania ze swojej pracy na rzecz wioski, której nie wolno im było opuszczać co najmniej przez rok. Później Kakashi, lub kolejny hokage miał zadecydować o ich dalszym losie.
Nikt jednak nie był naiwny; ogromna niechęć mieszkańców do byłych (w to wątpili) kryminalistów nie dała się zniwelować żadnymi zapewnieniami hokage. Matki bały się o swoje dzieci, wielu nie potrafiło wybaczyć, w szczególności Kabuto, śmierci swoich najbliższych.
Sam Yakushi nie potrafił sobie tego wybaczyć. W więzieniu napadały go często myśli samobójcze. Miał ochotę ze sobą skończyć. Za każdym razem jednak, gdy przechodził kolejny kryzys psychiczny, przypominał sobie słowa Itachiego z genjutsu, o tym jak powinien teraz żyć po to, żeby ciężko pracując, spróbować choć częściowo odkupić swoje grzechy. Tylko to trzymało go przy życiu. Musiał leczyć, musiał pracować. Tak długo, jak tylko będzie się dało. Do końca życia. Powinien żyć i to żyć długo. Będzie pracował niemal bez wytchnienia. Inna jego egzystencja już nie miała sensu. Bez pracy na rzecz innych rzeczywiście powinien się powiesić…
Dlatego też, gdy nowy hokage i Tsunade pojawili się przy jego celi, informując go o tym, że chcą zatrudnić go w szpitalu jako medyka, nie posiadał się z radości. Mimo, iż oboje patrzyli na niego jak na bombę, która może wybuchnąć w każdej chwili, miał ochotę ich uściskać.
- Uważam, że nie ma lepszego sposobu na resocjalizację, niż wykorzystanie talentów i predyspozycji do pracy na rzecz społeczeństwa - powiedział Kakashi, przyglądając mu się bacznie. Kabuto zachodził w głowę, gdzie już go spotkał.
I wtedy sobie przypomniał. W szpitalu. W szpitalu, w którym zamiast leczyć, chciał porwać ledwo żywego Sasuke po to, żeby dostarczyć go Orochimaru.
Na to wspomnienie poczuł, jak żołądek ścisnął mu się boleśnie.
A Tsunade? Kiedyś ją niemal zabił.
Mimo to, ci ludzie stali teraz przed nim, oferując mu możliwość ,,resocjalizacji", jak to ujął Hatake. Łzy nabiegły mu do oczu. Czuł, że jest psychicznym wrakiem i dobijało go to. Musiał być bystry i skupiony, jak dawniej. Nie wiedział tylko, jak dźwignąć się na nogi.
- Dziękuję - wykrztusił wreszcie. - Tak bardzo dziękuję, hokage-sama - Podniósł głowę i spojrzał Hatake prosto w te jego zdystansowane oczy. - Nie pożałujesz tego, przysięgam. Wyleczę tylu ludzi, ile tylko będę w stanie.
,,Więcej niż zabiłem" - dodał ponuro w myślach.
Kakashi milczał przez chwilę, nie spuszczając z niego nieruchomego wzroku. Na pewno zastanawiał się właśnie, czy był jedynie tak dobrym aktorem, czy też mówił szczerze. Kabuto wiedział doskonale, że samymi słowami nikogo nie przekona o swojej przemianie. Musieli dać mu czas, wiele czasu. I możliwość wykazania się.
- To wspaniale - odezwał się w końcu, tonem tak chłodnym, jak kolor jego włosów. - Zaczynasz od jutra.
- Oczywiście - odparł Kabuto, pochylając się w geście głębokiej wdzięczności i szacunku.
Miał przed oczami jego twarz, gdy tego dnia zmierzał w kierunku szpitala, udając że w swoim zamyśleniu nie zdaje sobie sprawy z przestraszonych, niechętnych, lub wręcz wrogich spojrzeń mieszkańców Konohy. Po raz kolejny podziękował sobie w duchu, że nie wybrał głównej drogi, przechodzącej przez środek wioski. Byłby w szpitalu nawet o kwadrans szybciej, ale… Nie miał jeszcze na to siły. Z kolei dematerializacja i ponowna materializacja w innym miejscu pozbawiłaby go zbyt wiele czakry, a mógł też jej wiele tego dnia potrzebować. Nie chciał ryzykować osłabienia tylko po to, żeby poczuć się bardziej komfortowo. Zresztą musiał się wreszcie zaadaptować, jeśli rzeczywiście miał tu żyć i pracować. Rozumiał doskonale, że będzie tu raczej samotny ale nie przeszkadzało mu to aż tak. Nigdy szczególnie nie zabiegał o niczyje towarzystwo; często od ludzi wolał książki. Choć… była w wiosce jedna osoba, którą pragnął sobie zjednać: Itachi Uchiha, który okazał mu tyle serca, cierpliwości i zrozumienia, że już uważał go za swojego absolutnego sojusznika. Nie rozmawiali jednak ze sobą od momentu, w którym rozdzielili się na polu bitwy. W więzieniu natomiast każde z nich miało osobną, oddaloną od siebie celę. Kabuto chciał spotkać się z nim i porozmawiać, choć nie do końca miał pomysł na to, co mógłby mu powiedzieć. Nie musiał już pytać o jego motywy, o jego historię - dowiedział się wszystkiego. Nowy hokage zadbał o to, żeby każdy mieszkaniec Konohy, a także krain sprzymierzonych poznał prawdziwy powód, dla którego Itachi podjął tragiczną decyzję o wymordowaniu własnego klanu. Uchiha został ogłoszony bohaterem. I mimo to, nie wybrano go na hokage. A może sam nie chciał tego stanowiska? Kabuto nie mógł być pewny. Coś jednak podpowiadało mu, że nawet mu tego stanowiska nie zaproponowano, choć w jego oczach siłą, intelektem i zasługami dla Konohy przewyższał nawet Kakashiego. Przewyższał wszystkie żyjące osoby, które znał. Miał nadzieję, że kiedyś pójdą po rozum do głowy.
Itachi zdawał mu się być taką osobą, która zasługiwała na wszystko, co tylko najlepsze. Był jedynym dobrem, jakie wypłynęło z użycia Edo Tensei.
Sam z kolei musiał zasługiwać na wszystko, co najgorsze. Zasłużył sobie na nienawiść. Sam siebie nienawidził. Choć teraz przynajmniej mógł już patrzeć w lustro z lekkim poczuciem ulgi - wyglądał jak dawniej. Po tym, jak pozbył się DNA Orochimaru i innych ninja, udało mu się odzyskać dawny wygląd. Znów wyglądał tak… niewinnie. Nie był już trupio blady, miał normalny kolor oczu i kształt tęczówek. Tak. Spoglądanie w lustro trochę go podbudowywało. Dawało nadzieję, że tamten Kabuto, tamten koszmar jest już zanim. Mógł się odciąć grubą kreską od tamtych dni.
Wreszcie dotarł do wielkiego, białego budynku. Nie zwolnił kroku ani na chwilę, czując że to miejsce może być w pewnym sensie jego azylem. Skierował się do recepcji i spytał o Tsunade.
- Nazwisko? - rzuciła recepcjonistka, nieco znudzona kobieta około pięćdziesiątki.
Kabuto zawahał się. Jakie miał wyjście? Z drugiej strony… wyglądało na to, że nie każdy w wiosce go poznawał. To dobrze.
- Yakushi… Kabuto.
Recepcjonistka zamarła po czym powoli podniosła wzrok na ninję. Jej szczęka zadrżała, Kabuto nie był pewny, czy ze strachu, czy ze złości. Wreszcie przełknęła ślinę i zebrała się w sobie, za co chłopak był jej wdzięczny.
- Tsunade-sama czeka na pana w swoim gabinecie. Numer 10 - poinformowała go głosem robota, po czym przesunęła po ladzie w jego stronę identyfikator ze smyczą. - Ten jest tymczasowy, niedługo wydamy panu nowy.
- Dziękuję bardzo - odparł Kabuto cicho, pochylając przy tym głowę. Recepcjonistka wpatrywała się w niego oniemiała. Był pewny, że na co dzień wszyscy traktują ją jak powietrze. Jej wzrok pozostawał jednak nieufny, brwi ściągnęły się nad chłodnymi oczami.
Kabuto wziął identyfikator i przewiesił go sobie przez szyję, po czym skierował się do gabinetu numer 10. Po korytarzu przechadzało się, niby ot tak, kilku ninja, którzy obserwowali Kabuto od momentu, gdy tylko wszedł do szpitala. Nawet nie kryli się z tym. Nie musieli.
Po drodze towarzyszyło mu również kilku takich obserwatorów. Ci przynajmniej pozostawali dla niego niewidoczni. Wyczuwał jednak bez problemu ich obecność.
Stanął przed drzwiami oznaczonymi numerem 10 i zapukał.
- Wejść! - odezwał się głos ze środka. Kabuto nacisnął klamkę i wślizgnął się do środka, zamykając za sobą cicho drzwi. Starał się robić wszystko bezszelestnie. Pragnął stać się niewidzialny.
Tsunade siedziała na krześle za biurkiem, wyprostowana jak struna z poważnym wzrokiem wbitym w Kabuto. Chłopak nagle poczuł się zmęczony. Tak strasznie zmęczony, choć jeszcze nawet nie zaczął pracy. Podejrzewał jednak, że paradoksalnie odetchnie choć trochę dopiero, gdy zabierze się do pracy.
- Tsuande-sama - przywitał ją Kabuto, pochylając głowę.
- Witaj, Yakushi. Pozwól, że przejdę od razu do rzeczy - Tsunade wstała z krzesła i zaczęła się przechadzać po gabinecie, z rękoma splecionymi za plecami. - Sprawdziłam twoje rekordy. Jesteś medycznym ninją i to naprawdę niezłym, ale zdałeś tylko podstawowe testy w szkole przy sierocińcu, w którym się wychowywałeś.
- Wielu rzeczy nauczyłem się sam.
- Tak podejrzewałam - Tsunade skinęła głową. Wyraz jej twarzy lekko złagodniał. - Konoha to jednak nie kryjówka Orochimaru i tutaj wszystkich ninja, w tym medycznych, dotyczą pewne regulacje.
- Domyślam się więc, że muszę zdać jakieś egzaminy, żeby być dopuszczonym do pracy w szpitalu?
- W twoim przypadku powinny one być jedynie formalnością, ale mimo wszystko tak, musisz je zdać.
Kabuto westchnął cicho. Tego się obawiał; przez biurokrację nie będzie mógł zacząć leczyć na własną rękę.
- Siadaj - Tsunade machnęła ręką w kierunku krzesła, które sekundę wcześniej popchnęła w stronę biurka. Sama na powrót zasiadła po jego drugiej stronie i podała Kabuto notatnik i długopis. - Będą terminy do zapamiętania - wyjaśniła, sama sięgając po mały kalendarz.
Tsunade zaproponowała Kabuto coś w rodzaju płatnego (choć dość kiepsko) stażu w szpitalu do czasu zdania przez niego egzaminów. Mógł, ale nie musiał uczęszczać na zajęcia teoretyczne wraz z innymi studentami, to zależało od niego. Powinien jednak zaliczyć ćwiczenia. Podała mu materiały, z których sprawdzana była wiedza medyczna na egzaminach końcowych; nazwy podręczników oraz zakres materiału. Kabuto notował i przeglądał podawane mu przez Tsunade kserówki z informacjami.
- To… Kiedy są egzaminy?
- Pod koniec czerwca - odparła Tsunade. Kabuto westchnął ciężko.
- Mamy końcówkę września - zauważył.
- Wiem. Nie martw się, będzie dość pracy, a może akurat nauczysz się czegoś nowego.
- Na pewno - Kabuto uśmiechnął się lekko. - Wiedza z uzdrawiania to studnia bez dna.
- Tak. No i wprowadzamy nowe technologie. Przydasz się nam, przydasz, o to się nie martw. Inaczej by cię tu nie było - Tsunade rzuciła mu krótkie, ostre spojrzenie, które dźgnęło go niczym kunai. Za każdym razem będzie to podkreślać?...
- To… hm… czym będę się zajmować do czasu otrzymania formalnego statusu uzdrowiciela? - Kabuto podkreślił słowo ,,formalnego"; już od dawna był medykiem. I to całkiem niezłym. Tsunade uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie. Yakushi niemal podskoczył na krześle, zaskoczony tą nagłą werwą jego przełożonej.
- Ktoś się tu rwie do pracy, wspaniale! Na początek pomożesz w przygotowaniach odtrutki dla pacjentów, cierpiących po atakach środkami trującymi podczas wojny. Sprawdzę je osobiście. Znasz się na tym, prawda?
Kabuto skinął głową. Jak mógł się nie znać? Za czasów jego pracy dla Orochimaru non stop kogoś odtruwał… albo otruwał.
- Ale najpierw oprowadzę cię po szpitalu. Chodź - powiedziała, wstając zza biurka i kierując się w stronę drzwi.
Yakushi pospiesznie zgarnął swoje notatki, kopie ksero od Tsunade, złożył je i wcisnął do małej torby, którą wcześniej przyczepił z tyłu do paska od spodni.
Tsunade pokazała Kabuto najważniejsze miejsca w szpitalu, przy okazji narażając go na kolejne nienawistne spojrzenia, głównie uzdrowicieli i pielęgniarek. Zaczął rozważać noszenie maski na twarzy, tak samo jak to robi nowy hokage. Dziwiło go, że wcześniej na to nie wpadł. Tak. To była myśl. Jutro przyjdzie do szpitala w masce. Wiele osób może go wtedy nie rozpoznać. Może też przefarbuje włosy?...
Szpital przepełnionymi był rannymi shinobi z wojny. Kabuto nabierał przekonania, że to właśnie ich Tsunade chciała mu pokazać, nie szpital sam w sobie. Yakushi czuł, że mógłby niemal zamieszkać w szpitalu, nie jeść i nie pić, tylko każdą chwilę poświęcać na pomoc poszkodowanym. Zganił się jednak w myślach. Musiał mieć siły, żeby pomóc jak największej ilości osób. Choćby niebezpośrednio, jedynie pomagając przy okołomedycznych zadaniach.
Zamyślony, niemal wpadł na Tsunade, gdy ta nagle zatrzymała się przed kolejnymi drzwiami.
- Tutaj będziesz przygotowywał odtrutki - poinformowała go. Masz tam wszystkie niezbędne składniki i recepturę. Jest tam już inny pracownik medyczny. Przygotuj się na to, że będzie ci patrzył na ręce.
Kabuto powstrzymał się od przewrócenia oczami.
- Rozumiem, Tsunade-sama.
Weszli do środka. Jakiś mężczyzna w białym kitlu, podobnym do tego, który już sam miał na sobie, przyglądał się właśnie pod światło trzymanej w ręku probówce. Na widok Kabuto i Tsunade jego oczy się zwęziły. Wzrok utkwił w Kabuto. Patrzył się na niego, nawet wtedy, gdy witał uzdrowicielkę. Yakushi opuścił wzrok i wbił go w podłogę. Było mu przykro za to, co zrobił, ale nie miał ochoty do końca życia korzyć się przed wszystkimi. Będzie musiał zastanowić się nad nowym podejściem do napotykanych na swojej drodze ludzi. Szacunek to jedno, a uniżanie się przed wszystkimi - to drugie. Tak. Musiał to przemyśleć. Nie będzie mógł chować się za maską zbyt długo, ludzie zaczną go w końcu rozpoznawać. To dobre rozwiązanie na chwilę.
Podniósł wzrok na mężczyznę w średnim wieku z kilkudniowym zarostem i podkrążonymi oczami. Wyglądał, jakby nie spał od kilku nocy, a nastroju zdecydowanie nie poprawiał mu widok jednego z tych, przez których miał teraz tyle pracy. Kabuto wolał nie zastanawiać się nad tym, czy stracił kogoś podczas wojny.
Tsunade przedstawiła ich sobie w krótkich, żołnierskich słowach, po czym wyszła. Laborant był zły i zestresowany, ale udało mu się wznieść ponad te uczucia i poinstruować Kabuto. Yakushi słuchał go z uwagą, choć była to strata czasu. Wystarczyło, że zerknął na instrukcję i nie miał żadnych pytań. Przygotowywał już podobne mikstury. Nie raz, nie dwa.
Pracowali w milczeniu przez kilka godzin, obrabiając składniki, krojąc, siekając, rozdrabniając, krusząc, mieszając i rozwadniając. Kabuto miał wrażenie, że napełnili tysiące fiolek. W końcu zdrętwiały mu ręce.
- Boisz się mnie? - spytał w końcu laboranta, przerywając coraz bardziej ciążącą mu ciszę. Mężczyzna spojrzał na niego spod byka i prychnął cicho.
- Co to za pytanie? Możesz się domyślać, że nie jestem zachwycony twoim towarzystwem.
- To oczywiste. Ja jednak spytałem, czy się mnie boisz.
- Jestem tak zły, że w moim sercu nie ma już miejsca na strach. Straciłem przyjaciół na tej pieprzonej wojnie.
Kabuto przełknął ślinę, czując jak ogarnia go zdenerwowanie.
- Uwierz, będę płacił za te błędy do końca życia. Jeśli choć trochę cię to satysfakcjonuje. No i lepiej żebym był tutaj, pożyteczny dla Konohy, niż gnił w więzieniu, czyż nie? Czysta matematyka. Dobrze by było, gdybyśmy wszyscy zaczęli kierować się takimi kategoriami. Nikogo nie proszę o wybaczenie. To zbyt wiele. Chcę tylko pracować i leczyć ludzi do końca swoich dni. I może choć w części odpłacę za to, co zrobiłem…
Laborant wydał z siebie jakiś dziwny, gardłowy odgłos. Kabuto nawet na niego nie spojrzał. Był zajęty sprawdzaniem pod światło kolejnej fiolki. Miała dobry kolor, więc odłożył ją do stojaka.
- Nie wiem, pokręcony chłopaku. Wiem tylko tyle, że nic im nie wróci życia. Ale zgadzam się - dodał po chwili nieco łagodniejszym tonem. - Nie jestem pewien, czy wierzę w twoją przemianę ducha. Czas pokaże. W każdym razie masz rację, powinieneś pracować i być pożyteczny dla Konohy. Idę na przerwę. Ty też powinieneś coś zjeść.
- Och, nie jestem…
- Tak czy siak, nie mogę cię zostawić tutaj samego.
No tak.
- Dokończymy po obiedzie. Idziesz ze mną.
Kabuto wzruszył ramionami. Wyglądało na to, że byli na siebie skazani. Przynajmniej tego dnia.
Po szybkim lunchu, podczas którego nie zamienili niemal słowa, wrócili do pracy. Gdy skończyli, słońce chyliło się już ku zachodowi.
- To by było na tyle, Yakushi. Zbieraj się do domu.
Kabuto zawahał się.
- Nie wiem, co mam robić jutro. Tsunade nie dała mi dalszych wytycznych.
- Powinna być wciąż w swoim gabinecie. Możesz tam iść i jej spytać. Ja nie wiem - burknął, po czym spojrzał na zegarek. - No dobra, już naprawdę muszę iść. Żona urwie mi łeb… - westchnął ciężko. Kabuto uśmiechnął się blado. Nie miał pojęcia, jak to było wracać do domu do swojej własnej rodziny. Wątpił, czy kiedykolwiek się dowie. Po pierwsze, kobiety go nie interesowały, więc rodziny raczej nie założy. Po drugie, był znienawidzony przez wszystkich.
Kabuto przez chwilę próbował przypomnieć sobie choć jedną osobę, która nie żywiła do niego nienawiści. Może Orochimaru, choć to nie napawało go optymizmem. Ktoś jeszcze?
Serce ścisnęło mu się boleśnie w piersi na wspomnienie Itachiego.
No właśnie. Itachi. Gdzie on teraz w ogóle się podziewał?...
- Yakushi, zbieraj się, na co czekasz? - pospieszał go laborant. Kabuto rzucił mu znudzone spojrzenie. Towarzystwo gburowatego mężczyzny zdążyło go tak bardzo zmęczyć, że nie miał już najmniejszej ochoty na uprzejmości. Miał wrażenie, że ciemna strona jego duszy znów dochodzi do głosu.
Wyszedł bez pożegnania i skierował się w stronę gabinetu Tsunade, nienawidząc swojego życia. Jeśli ogarnie go ta ciemność…
Praca, praca… Ratowanie życia. Skup się na pracy.
Nie był jednak pewny, czy pracą uda mu się załatać wszystkie dziury w swoim sercu i duszy.
Wszystko lepsze od więzienia - pocieszał się chyba po raz setny tego dnia.
Nagle stanął jak wryty. Zza rogu wyłonił się nikt inny, jak Uchiha. Itachi Uchiha.
Kabuto przełknął ślinę. Miał wrażenie, że jego serce zapomniało, do czego służy i zatrzymało się na chwilę, po czym próbowało zrekompensować te kilka sekund bezczynności szaleńczym dudnieniem w jego piersi.
Itachi również zauważył go i przystanął. Przez chwilę stali tak, patrząc się tylko na siebie, niepewni co powiedzieć. Pierwszy mowę odzyskał Itachi.
- Kabuto - odezwał się swoim niskim, głębokim głosem, od którego uzdrowiciela przeszły ciarki po całym ciele. - Dobrze cię widzieć - powiedział, po czym uśmiechnął się nieznacznie, jakby chcąc tym potwierdzić prawdziwość swoich słów. Kabuto zaśmiał się cicho, nie mogąc zapanować nad zdenerwowaniem. Nogi wrosły mu w ziemię, ale Itachi szedł spokojnym krokiem w jego stronę, tym samym zmniejszając odległość między nimi.
- Naprawdę? - spytał cicho, gdy Uchiha przystanął przed nim w takiej odległości, że mógł to usłyszeć.
- Owszem - odparł, patrząc z powagą w jego twarz. - Dobrze cię widzieć, w dodatku tak odmienionego. Wyglądasz… - Itachi szukał przez chwilę odpowiedniego słowa. Jego policzki zaróżowiły się nieco, a Kabuto widząc to, uznał, że chyba jest w kolejnym genjutsu. - … inaczej. - odchrząknął. - Wyglądasz bardzo dobrze - dodał, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. - Jak człowiek - podsumował i uśmiechnął się ciepło.
Itachi uśmiechający się w ten sposób… to była dla niego nowość.
- Dz… dzięki - wykrztusił z siebie w końcu. - To chyba dlatego, że wyrzuciłem z siebie co do mnie nigdy nie należało.
Uchiha pokiwał głową z uznaniem.
- Dobrze powiedziane.
Nastała chwila ciszy. Kabuto zdobył się na odwagę i spojrzał Itachiemu w twarz, w jego ciemne jak noc oczy. Nie było w nich chłodu, ani dystansu, jak wcześniej. Itachi wyglądał na jednocześnie zamyślonego i rozrzewnionego. Kabuto miał ochotę się do niego przytulić. Odkąd wyszedł z więzienia, wylewały się na niego same pomyje. Złość, nienawiść, strach, wszystko co złe. Karma wracała do niego jak bumerang. Tak, jak na to zasłużył. Ale czuł, że długo nie da rady tego dźwigać. Nie sam. Jeśli nie wesprze się na kimś życzliwym… Praca mogła go nie uratować.
- To… emm… Co tu robisz? - spytał w końcu bruneta.
- Och, no właśnie - Itachi zamrugał, wyrwany. - Rozmawiałem z Tsunade. Powiedziałem jej o mojej chorobie… za poprzedniego życia. Byłem śmiertelnie chory.
Kabuto uniósł brwi do góry.
- Nie wiedziałem o tym.
- No właśnie - Itachi rozejrzał się dyskretnie po korytarzu. - Prawda jest taka, że nawet gdybym nie zginął w walce z Sasuke, umarłbym może z miesiąc później - wyjaśnił cicho, jakby nie chciał, żeby ktoś inny mógł go usłyszeć. - Jestem tu po to, żeby sprawdzić, czy w tym drugim życiu, które zresztą zawdzięczam tobie, również mogę być chory.
Kabuto utkwił w nim zmęczony, beznadziejny wzrok. Dziwna myśl przeszła przez jego głowę: jeśli Itachi umrze, on najprawdopodobniej również nie przetrwa. Potrzebował go. Nie liczył jednak na nic. Zwyczajne ,,dobrze cię widzieć" mogło uratować mu dzień.
Mogło nawet uratować mu życie.
- Jesteś umówiony z kimś konkretnym na badania? - spytał, czując jak żołądek ściska mu się ze strachu.
- N-nie… Właściwie to… Och, pewnie jesteś zmęczony po całym dniu…
- Proszę cię - żachnął się Kabuto. - Chodź za mną.
Oczy Itachiego rozszerzyły się. Wyglądał na zaskoczonego, ale skinął głową i posłusznie podążył za Kabuto. Yakushi wiedział, do której z salek mógł się udać. Powinna być pusta. Powinien móc otworzyć ją swoim identyfikatorem.
Po chwili okazało się, że miał rację.
- Siadaj - powiedział, wskazując mu kozetkę lekarską w gabinecie z mnóstwem aparatury do badań, po czym zamknął za sobą drzwi.
- Kabuto - odezwał się Itachi, siadając. - Jesteś zły?
Yakushi spojrzał na niego, zaskoczony.
- Skąd ten pomysł?
- Jesteś już po godzinach, ale chyba czujesz się zobowiązany mnie przyjąć?
Kabuto wytrzeszczył na niego oczy. Czy on zwariował?...
- Nie, ja… martwię się. Nie wiem do końca, jak to działa, nikt nigdy nie wrócił ,,na stałe" do życia po Edo Tensei… Masz może jakieś stare blizny? Z poprzedniego życia, że się tak wyrażę?
Itachi pokręcił przecząco głową.
Kabuto westchnął cicho z ulgą.
- To nam daje nadzieję - uznał. Wciąż jednak nie potrafił się uśmiechnąć.
- Martwisz się, że mógłbym odejść na zawsze - powiedział Itachi. Nie było to pytanie.
- Owszem. Nie chcę tego. Usłyszałem dziś wiele rzeczy od różnych ludzi, ale na pewno nie ,,dobrze cię widzieć" - wyjaśnił.
Itachi posmutniał.
- Rozumiem… Przykro mi. Tylko ja mogłem zobaczyć twoje serce. Oni nie mają pojęcia.
- Nie krzywduję sobie jednak - dodał pospiesznie Kabuto. - Trudno się im dziwić. Nieważne. Po prostu… ciebie też dobrze widzieć. Nawet nie wiesz jak bardzo - odchrząknął i odwrócił wzrok. Nie mógł patrzeć w jego wyczekujące, piękne, tak piękne oczy. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim. - Co to za choroba?
- Dokładnie nie wiem, ale zajęła całe moje płuca. Traciłem też wzrok.
Niedobrze.
- Miałeś jeszcze jakieś inne objawy?
- Kaszel, krwioplucie, bóle głowy, utrata wzroku, jako się rzekło, ogólne osłabienie… czasem gorączka.
Kabuto potarł skronie. Znał choroby, które zajmowały płuca, ale nie miały nic wspólnego ze wzrokiem. Była tragiczna ironia w tym, że właściciel sharingana utracił wzrok.
Zerknął na Itachiego. Cierpiał. Tyle wycierpiał w przeszłości. Zasługiwał na drugie, lepsze życie. Zasługiwał na wszystko.
- Dobrze, to zbadam cię. Połóż się. Och i… zdejmij koszulkę, proszę - dodał, starając, się żeby brzmiało to tak profesjonalnie, jak tylko się dało. Itachi znów poczerwieniał, ale starał się zachowywać neutralny wyraz twarzy, gdy ściągnął koszulkę i odłożył ją na krzesło, z którego właśnie wstał Kabuto, przełykając ślinę. Nawet Orochimaru w roli pacjenta nie stresował go tak bardzo, jak teraz Itachi.
Kabuto stanął nad Itachim i prześlizgnął się wzrokiem po jego ładnie wyrzeźbionej klatce piersiowej i ramionach. Uchiha tymczasem obserwował go z pełnym napięcia oczekiwaniem wypisanym w szeroko otwartych, czarnych oczach. Gdy ich spojrzenia się spotkały, zadrżał. Kiedyś chyba będą musieli porozmawiać o tym pocałunku… Kabuto nie miał jednak odwagi rozpoczynać tego tematu. Na pewno nie tutaj.
Wreszcie Yakushi uniósł dłonie kilka centymetrów nad klatką piersiową Itachiego, starając się skupić i oczyścić umysł z ponurych myśli, które ogarnęły jego głowę jak ciemne, ciężkie chmury. Skupił swoją czakrę w dłoniach i przełączył ją na tryb rentgena. Energia pojawiła się wokół jego rąk w postaci fioletowych płomieni. Zamknął oczy i przystąpił do badania, kładąc dłonie na bladym torsie Itachiego. Skóra mężczyzny była chłodna.
W jego umyśle pojawił się obraz wnętrza organizmu Uchihy. Mięśnie. Zajrzał pod nie. Żebra. Zajrzał jeszcze dalej i zobaczył wyraźnie płuca. Przesuwał dłonie, tak aby nie ominąć ani skrawka. Były zdrowe i mocne, pojemne. Pewnie mógłby długo wytrzymać pod wodą. Żadnych śladów przebytej choroby. Żadnych oznak rozwijającego się nowotworu. Nagle jego uwagę przyciągnął inny organ, mocno pulsujący. Serce. Biło trochę mocniej, niż zachodziła taka potrzeba. Jak wtedy, gdy w organizmie następuje wyrzut adrenaliny. Kabuto ściągnął brwi i zanotował w głowie, żeby go o to spytać po badaniu. Nie chciał teraz ryzykować utraty skupienia. Znów przesunął dłonie, sprawdził tchawicę, przełyk, głowę. Wszystko zdawało się być naprawdę w porządku.
Kabuto odetchnął cicho i wycofał czakrę z dłoni w głąb swojego ciała. Otworzył oczy. Itachi wciąż wpatrywał się w niego z wypisanym oczekiwaniem na swojej idealnej, pięknej twarzy. Yakushi uśmiechnął się.
- Wygląda na to, że wszystko jest u ciebie w jak najlepszym porządku.
- Och… to świetnie, cieszę się.
Kabuto podał mu spoczywający na krześle T-shirt.
- Możesz się ubrać - powiedział i zamyślił się. - Ale twoje serce bije bardzo szybko. Denerwujesz się czymś?
Itachi zaśmiał się, wciągając koszulkę przez głowę. Wyglądał na rozbawionego, ale i lekko… poirytowanego?
- Jak ci się zdaje? - spytał, wciąż z uśmiechem na twarzy, który Kabuto widział u niego po raz pierwszy.
- Bałeś się diagnozy - uznał.
Itachi zwiesił głowę, jakby zrezygnowany. Jego ramiona zatrzęsły się od tego dziwnego śmiechu, którego Kabuto nie rozumiał.
- Tak… też, to też - westchnął, po czym wstał z kozetki i spojrzał na Kabuto z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Dziękuję.
- No nie ma za co. Cieszę się, że nic tam złego u ciebie nie dojrzałem. Ale… zalecałbym, kontrolę.
- Jak często?
Kabuto podrapał się po szyi w zamyśleniu i spojrzał w górę. Mógłby go badać codziennie, ale nie miałoby to uzasadnienia medycznego.
- Co miesiąc? - zaproponował.
- W porządku - Itachi wzruszył ramionami. - Widzę, że to nawet nie musi odbywać się w szpitalu, w sumie to nie potrzebowałeś żadnego sprzętu - Itachi kiwnął głową na rozbudowaną aparaturę w gabinecie. - Po co wam to w ogóle?
- Nie każdy medyk tutaj jest ninją i potrafi posługiwać się czakrą - wyjaśnił Kabuto.
- Naprawdę? - zdziwił się Itachi. Nawet nie wiedziałem - odchrząknął. - No cóż, pora na mnie. Ale… tak sobie myślałem… - Z jego ust nagle uleciał cichy, jakby nerwowy śmiech. Kabuto wbił ręce w kieszenie swojego lekarskiego kitla, obserwując Uchihę. Czekał.
- Tak?
- Może chciałbyś czasem wyskoczyć ze mną na jakiś lunch?
Kabuto spojrzał na niego tak, jakby właśnie usłyszał, że na jego mieszkanie spadł meteor. Czy on mu proponował… randkę?
Tak jak wtedy, gdy go zobaczył, jego serce zatrzymało się na chwilę, po czym zaczęło tłuc się w jego piersi. Przypomniał sobie, jak podczas badania usłyszał, poczuł i zobaczył przyspieszony rytm serca Itachiego.
Niemożliwe.
Spodziewał się raczej, że zechce z nim porozmawiać o tym fatalnym pocałunku w genjutsu i bardzo uprzejmie poinformuje go o swoim braku większego zainteresowania jego osobą… Tymczasem Itachi proponował mu więcej niż jedno spotkanie… Chyba, że źle się wyraził?
Nie, nie powinien o tym tak myśleć. Jeszcze nie wiedział przecież, co Uchiha miał na myśli. Może w istocie chodziło mu o zwykłe koleżeńskie spotkania…
Potem jednak przypomniał sobie złowrogie spojrzenia mieszkańców Konohy i opuścił głowę.
- Nie wiem czy widok mnie, siedzącego sobie spokojnie w miejscu publicznym nie wznieci zamieszek…
- Jest aż tak źle?
Kabuto odwrócił wzrok.
- Jest… ciężko - westchnął. - Jeśli mam być szczery. Poza tym, zadawanie się ze mną może przysporzyć ci kłopotów.
Itachi prychnął cicho.
- To ja przysporzę kłopotów każdemu, kto spróbuje…
- Itachi - Kabuto przerwał mu grobowym tonem. - Nie jestem w więzieniu, to już dużo. Nie można się teraz spodziewać niczego innego. Cóż, mam zagwarantowaną nietykalność, nikt nawet we mnie nie rzuci pomidorem, ale nie o to chodzi. Umiem się bronić przed atakami fizycznymi. Gorsze jest…
- … jak się do ciebie odnoszą, jak cię traktują - dokończył za niego Itachi. - Znam to aż za dobrze. Wiem, jak to jest być znienawidzonym. Ale nie możesz się chować cały czas. Tak się nie da żyć.
- Wiem - bąknął tylko. Łatwiej było powiedzieć…
- Poza tym - ciągnął Itachi. - Odzyskałem swoją reputację, więc przebywanie ze mną może ci pomóc. A nawet jeśli nie, mnie nie obchodzi, co sobie pomyślą mieszkańcy. Nie obchodzi mnie to, bo… chcę mieć z tobą kontakt. Częstszy niż comiesięczne badania.
Kabuto poczuł, jak zaszumiało mu w głowie. Nie pojmował.
- Dlaczego? Szkoda ci mnie?
- Nie o to chodzi - Itachi zbliżył się do Kabuto i położył rękę na jego ramieniu. - Bo uważam cię za bardzo wartościowego człowieka. To co się stało, to co zrobiłeś… wiem, że byłeś połamany. Myślałeś całkiem innymi kategoriami, niż teraz. Wiem to.
Znowu to robił. Nie musiał używać czakry, żeby zobaczyć jego serce jak na dłoni.
- Boję się, że zwariuję - wyznał w końcu Kabuto.
- Nie pozwolę na to - zapewnił go Itachi.
Młody uzdrowiciel poczuł, jak łzy wzbierają w jego oczach.
- Nie ma nic gorszego, jak żałować złych wyborów, których się dokonało - powiedział, łamiącym się głosem. - Których nie można cofnąć.
- Czasem to droga do większego dobra. Większego od całego popełnionego zła.
- Chyba braknie mi życia, żeby naprawić swoje błędy… - przypomniał sobie pogardliwy wyraz twarzy laboranta. - A niektórych nie wrócę już do życia…
Nagle, nie wiedział kiedy i jak, znalazł się w objęciach Itachiego.
Kabuto wytrzeszczył oczy. Po chwili sam uniósł ręce i objął Uchihę. Łzy zaczęły płynąć prędko po jego twarzy. Itachi tymczasem błądził dłońmi po jego plecach, szepcząc jakieś pocieszające słowa do jego ucha.
- Po prostu ci mnie szkoda - jęknął Yakushi.
- Po prostu mi na tobie zależy. Na tobie i na twoim dobrostanie psychicznym.
Kabuto rozważał przez chwilę te słowa. Itachi wciąż trzymał go w objęciach. Yakushi miał wrażenie, że gdy tylko opuszczą go te ramiona, rozpadnie się na kawałki.
- Pamiętasz, co mi powiedziałeś wtedy w genjutsu?
- Powiedziałem wiele rzeczy - zauważył Kabuto.
- Między innymi to, że mnie kochasz.
Kabuto westchnął. Idealne miejsce, żeby uciąć sobie pogawędkę na ten temat, pomyślał z ironią.
- Tak. Pamiętam.
- Podtrzymujesz te słowa?
Yakushi zamyślał się. Powiedział to, doświadczywszy totalnego załamania nerwowego. Mimo wszystko, prawdą było, że zakochiwał się w nim coraz bardziej.
- To było… chyba przedwczesne stwierdzenie. Ale… zdecydowanie jestem na tej drodze.
- Ja też - wyznał Itachi i odsunął go od siebie na długość swoich ramion, tak by móc spojrzeć mu w twarz. Był poważny.
- Bo wreszcie wyglądam jak człowiek? - Kabuto uśmiechnął się i poprawił okulary na nosie.
Itachi zaśmiał się i pokręcił głową.
- Nie tylko wyglądasz, ale i jesteś człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie dam ci się zamknąć w domu i szpitalu. Niedługo gdzieś wychodzimy. Co ty na to?
Kabuto uśmiechnął się blado.
- Obyś nie żałował.
- Nie martw się o to - zapewniał go Itachi. Wyciągnął dłonie i dotknął jego twarzy, ocierając ją z łez, po czym przyciągnął Kabuto do siebie i zaczął go całować, długo, czule. Kabuto rozpływał się pod jego dotykiem.
W końcu poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. Itachiemu najwyraźniej też, bo niemal w tym samym momencie oderwał swoje usta od jego. Yakushi wtulił się mocniej w Uchihę, choć wciąż ledwo do niego docierało, co się właśnie wydarzyło. Myślał też o tym, jak obecny Itachi był inny od tego, którego poznał jakiś czas temu. Teraz był niemal zrelaksowany, ciepły, szukał kontaktu fizycznego. Uśmiechał się, czerwienił i odwracał wzrok. A przecież tam w środku krył się też ninja, którego mogli obawiać się chyba wszyscy, gdyby przyszło im z nim walczyć.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - spytał wreszcie Itachi. - Nie będę się wpraszał - zaznaczył prędko.
- To dobrze, bo jeszcze nie zdążyłem tam ogarnąć - Kabuto zachichotał. - Wynajmowane mieszkanie, rozumiesz…
- Och, tak. Ja też teraz wynajmuję.
- Nie masz tu swojego domu?
Twarz Itachiego spochmurniała.
- Nie mogę tam mieszkać.
Kabuto prędko połączył kropki w swoim zmęczonym jednak umyśle.
- Och. Przepraszam.
- Nic się nie dzieje. Ale raczej będę omijał to miejsce szerokim łukiem.
- Sasuke tam mieszka?
- Tak, ale chyba też rozważa opuszczenie tego domu.
- Myślisz, że będzie chciał zamieszkać z tobą? - Kabuto zaryzykował pytanie.
- Hm. Zobaczymy.
Postanowił nie drążyć. Było zdecydowanie zbyt wcześnie na takie rozmowy. Z drugiej jednak strony nie miał ochoty w przyszłości wpadać na Sasuke, gdyby zdecydowali się z Itachim na wspólne mieszkanie…
Za wcześnie. Było za wcześnie na przejmowanie się teraz takimi rzeczami.
- OK, chodźmy. Ech, miałem spytać Tsunade o mój grafik na jutro…
- Przepraszam - zreflektował się Itachi. - To ja tak pojawiłem się znienacka…
- Przestań przepraszać! - żachnął się Kabuto. - Jutro rano się wszystkiego dowiem. Też mi mogła powiedzieć, sama pewnie zapomniała. Poza tym, uratowałeś mój okropny dzień, więc mogę ci tylko dziękować.
Itachi uśmiechnął się ciepło.
- Chodźmy więc.
