14. Zatracenie
Szczerze powiedziawszy, nie pamiętał, kiedy ostatnio opracował tyle planów w tak krótkim okresie czasu. Współpraca z Sancticusem, co prawda, wymagała wielu gruntownych przygotowań, ale były to przede wszystkim instrukcje, dalekie od prawdziwego obmyślania strategii, ot ogólna forma treningu, skupiała się głównie wokół nadrzędnej misji. Obecne przygotowania cechowała skrupulatność i dbałość o szczegóły, dopracowywane z największą starannością, bowiem wreszcie mieli przed sobą jasno określony cel – spotkanie z przeznaczeniem.
Następujące po wpadce z nazewnictwem ulic dni mijały zaskakująco szybko, męczone przez paradoksalne pragnienie, aby czas zwolnił, albo na moment się zatrzymał. Spośród wszystkich zegarów, które nastawił sobie w głowie oraz wyobrażonych klepsydr z przesypującym się piaskiem, ostatni czasomierz był najbardziej precyzyjny, z dokładnością nawet do godziny.
Zdobywszy datę i miejsce następnego spotkania Diablego Aliansu, Morrison dokonał prawie że niemożliwego. Albus dokleił się do źródła informacji niemal sekundę po uchyleniu rąbka tajemnicy i chłonął najdrobniejsze detale, troszkę sfrustrowany chaotycznością opowieści – wyglądało na to, że przyjaciel sam nie był pewien, w jaki sposób osiągnął sukces.
– W porządku, zacznijmy jeszcze raz. – Scorpius w leniwej manierze machnął różdżką, czym zmienił kolor swojej szaty na specyficzny odcień. – Od samiuśkiego początku.
Siedzieli w wynajętym pokoju – Morrison zajmował łóżko, zaś pozostała dwójka okupowała podłogę. Brunet posłał mu uspokajający uśmiech, ponieważ przerabiali to chyba piąty raz z rzędu.
Vincent westchnął.
– Cóż, zaczęło się od gonitwy za złodziejskim szczurem. Uciekał alejką, po której szwendają się te bezpańskie koty. Biegłem ile sił w nogach, ale w pewnym momencie gościa zgubiłem, więc przeskoczyłem przez…
– Jestem za przejściem do sedna – zaproponował Albus.
– Chciałbym usłyszeć całość – powiedział ostrzejszym tonem blondyn, wcześniej zgromiwszy go wzrokiem.
Morrison jęknął.
– Dlaczego nigdy mi nie wierzysz…?
– Och, przez twoje ostatni wybryk zostaliśmy oskubani…
– Nie byliśmy nawet śledzeni, to był czysty przypadek…
– Nieważne! W porządku, pomińmy sprawę pościgu za złodziejem. – Scorpius się zdenerwował. – Opowiedz resztę.
Kumpel skinął głową, po czym złączył czubki palców, jakby w przygotowaniu do udramatyzowania sytuacji. Brunet podłapał zirytowane spojrzenie Malfoya, ale na szczęście przyjaciel powstrzymał się od rzucenia uszczypliwej riposty. Szczerze mówiąc, nie powinien zwracać większej uwagi na sposób prezentacji historii, a skupić się na o wiele ważniejszych detalach.
– Kiedy opryszek uciekł, postanowiłem się przegrupować w znajomym miejscu. Wtedy jeszcze nie podjąłem decyzji, czy chcę kontynuować pościg, czy też najlepiej będzie, jeżeli wrócę do was…
– Skończ się rozwodzić. – Scorpius zgrzytnął zębami, najwyraźniej straciwszy cierpliwość.
Morrison westchnął.
– Uznałem, że wrócę do gospody, więc obrałem kierunek na dzwonnicę. Kiedy byłem niedaleko, jakąś przecznicę dalej, zauważyłem, że kilku gości po prostu do niej wchodzi.
– Chwila, pozwól, że zweryfikuję ważną informację. Ci ludzie nie przeszli przez drzwi, a przez ścianę, tak…? – zapytał powoli blondyn, zupełnie jakby przemawiał do niesfornego dziecka.
– Właśnie, weszli w mur, trochę z boku wieżyczki.
– Widziałem wcześniej coś podobnego. Legowisko też miało wokół siebie barierę ochronną. Aby dostać się do środka, czarodzieje potrzebowali zaczarowanej przepustki – podsumował brunet
– To jakiś rodzaj magii barierowej. Co może być wejściówką? – Malfoy potarł podbródek.
– Zupełnie mnie nie słuchasz, stary. Wznieśli zabezpieczenia, ale nie ustanowili żadnej przepustki. – Morrison przewrócił oczami. – Jakby nie patrzeć, normalnie przeszedłem przez ścianę. Nie miałem przy sobie niczego szczególnego.
– To głupota…
– Nieprawda, widzę w tym sens. – Albus rozłożył ręce. – Wątpię, aby ta grupa kierowała się regulaminem i restrykcjami. Skoro nikt nie powinien wiedzieć o sekretnym przejściu, to po co utrudniać sobie wchodzenie do środka i wychodzenie na zewnątrz? W Kamieniołomie wszyscy ubierają się podobnie i mało kto nosi zbędne dodatki. Co więcej, po aferze eliksirowej możemy wywnioskować, że wciąż nie zamknęli rekrutacji – podsumował pewnym swego tonem. – Dzwonnica to po prostu miejsce, gdzie się gromadzą.
– Jesteś przekonany, że nie używają masek albo innego rodzaju przepustek? – zapytał rzeczowo blondyn. – Morrison mówił, że prawie wszyscy mieli zasłonięte twarze…
– No właśnie, prawie wszyscy – nie zarzuciłem na głowę nawet kaptura… – dodał wyżej wymieniony.
– Cholera, racja…
– Wątpię też, aby dostępu do dzwonnicy strzegł strażnik tajemnicy, czyli człowiek, który zdradzał innym lokalizację kwatery. W taki sposób była chroniona siedziba Wybawczego Aliansu Różdżek w Hogsmeade. Moim zdaniem zabawa w strażnika wprowadziłaby zbyt wiele chaosu w strukturze – wytłumaczył Albus. – Jest tutaj naprawdę wiele podejrzanych miejsc, a stara dzwonnica jest po prostu jednym z nich. Upodobnienie do innych szemranych miejscówek ma swoje plusy. Czuję, że bez żadnego problemu wejdziemy do środka – powiedział z naciskiem na ostatnie zdanie, ponieważ chciał dodać chłopcom otuchy.
– Skoro tak mówisz. – Scorpius westchnął i ponownie odwrócił się do Morrisona. – Z kim będziemy mieć do czynienia, gdy bariera nas przepuści? Co jako pierwsze zrobiłeś?
– Na początku śledziłem kilku gości, a potem poszedłem własną drogą. Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to diabły, ale miałem pewne przypuszczenia. Wszedłem do dzwonnicy, bo liczyłem na następny trop. – Uśmiechnął się Vincent. – Gdy zacząłem kminie, co jest na rzeczy, postanowiłem poszwendać się po okolicy, zrobić mały rekonesans. To miejsce jest naprawdę ogromne, z pewnością magicznie powiększone. Hm, w całkiem dobrym guście – dodał po chwili namysłu.
– W sali konferencyjnej spotkałeś… – kontynuował z niechęcią Malfoy.
– Około pięćdziesięciu chłopa – uzupełnił przyjaciel, a chłopcy unieśli brwi.
– Co takiego…? Wcześniej mówiłeś o dwudziestu!
– Mniej więcej. Coś w tym przedziale…
– To całkiem spora różnica, stary. Taka sama, co pomiędzy zerem a trzydziestą. – Blondyn rozłożył ręce. – Spróbuj sobie przypomnieć…
– Może było ich trzydziestu pięciu? – dodał Albus. – W sensie, że na spotkaniu pojawiła się duża grupa, zbyt liczna, żeby ogarnąć wzrokiem tłum.
– No, powiedzmy. – Morrison odwrócił się od wściekłego Scorpiusa. – Siedzieliśmy przy długim, marmurowym stole, a krzeseł wystarczyło dla wszystkich. Właśnie wtedy zauważyłem, że niektórzy mieli czerwone maski.
– Jesteś pewien, że się nie pomyliłeś…?
– Widziałem członków Diablego Aliansu mnóstwo razy – argumentował niestrudzenie Vincent. – Czyżbyś zapomniał, że wpadli bez zaproszenia na wesele Lisy? Uwierz, że mieli dokładnie te same maski.
– Czyli usiadłeś przy stole i po prostu trzymałeś gębę na kłódkę?
– Byłem oszołomiony. Nie wiedziałem, co powinienem robić. W połowie spotkania miałem ochotę ukradkiem czmychnąć – powiedział Morrison, jakby zawstydzony własnym tokiem myślenia. – Nikt nie zadawał mi żadnych pytań, więc siedziałem na tyłku, pomiędzy jakąś rudowłosą czarownicą a facetem z olbrzymim nosem. Najzwyczajniej w świecie się przysłuchiwałem. Chyba nikt mnie nie rozpoznał.
– Masz naprawdę duże szczęście, że twoje nazwisko nie widnieje na szczycie zielonej listy – podsumował z ciężkim sercem Albus. – Gdybym tam siedział zamiast ciebie, nie skończyłbym dobrze.
– Najprawdopodobniej ja również. Jestem przekonany, że podczas poprzedniej wojny moja rodzina gościła na obiedzie niejedną szumowinę. – Scorpius spuścił wzrok. – Nie powinniśmy się niepotrzebnie wychylać. Okazuje się, że anonimowość ma też swoje zalety.
– Właśnie dlatego ciężko pracujemy nad tą misją – stwierdził, po czym odłożył na bok szatę, nad którą pracował. Gdy uznał ją za skończoną, podniósł jedną z niepozornych, aczkolwiek dobrze wykonanych masek, które blondyn wczoraj zakupił w podejrzanie wyglądającym sklepie odzieżowym. – Zaraz będziesz gotowa – mruknął pod nosem i wykonał delikatny ruch różdżką.
Pomysł, aby przebrać się za członków Diablego Aliansu, przyszedł naturalnie, zaś wykonanie zadania było punktem spornym. Morrison nie miał w tym żadnego interesu, więc Albus zaproponował, żeby przygotować zasadzkę na prawdziwych diabłów i skonfiskowania im ubrań, ot dla oddania jak największej dokładności, ale Scorpius natychmiast odrzucił tę propozycję, wysunąwszy argument o niepotrzebnym podejmowaniu ryzyka – zamiast tego, wpadł na pomysł, aby odwzorować ich stroje oraz zaczarować je w razie potrzeby. W starciu zwyciężyły, oczywiście, ośli upór i gadatliwość przyjaciela, tak więc zostały im tylko dwie noce na przygotowanie przekonujących przebrań i wzmocnienie się psychiczne.
– Wiesz, byłoby nam o wiele łatwiej, gdybyś po prostu zabrał z domu pelerynę niewidkę – podsumował Morrison, najwyraźniej chcąc uniknąć niezręcznej ciszy. Już prawie zrezygnował ze skończenia swojej szaty, ale brunet przypuszczał, że zanim wyruszą na akcję, Malfoy dokończy dzieła.
– No, przeszło mi to przez myśl – odpowiedział, nie zamierzając ponownie wypominać sobie błędów.
Scorpius zdawał się wyłapać ponurą nutę w tej uwadze, bowiem ponownie skierował rozmowę na właściwe tory.
– W porządku, wróćmy do spotkania w dzwonnicy.
Vincent zamilkł na moment, aby uporządkować myśli, a Albus się wewnętrznie skrzywił. Przyjaciel chciał dobrze, ale wszystko, czego się dziś dowiedzieli, budziło niesmak i przyprawiało o torsje. Niestety, następne słowa potwierdziły najgorsze przypuszczenia.
– Cóż, w trakcie rozmowy powiedzieli, że poczynania do odbudowy armii zostały zakończone – podsumował Morrison, a po kręgosłupie bruneta przeszedł nieprzyjemny dreszcz – nieważne, ile razy to słyszał, wciąż reagował tak samo.
– Ani słowa gdzie jest wylęgarnia…? Albo gdzie przebywa Darvy…?
Wiedział, że pytanie Scorpiusa było podyktowane nadzieją na ominięcie planu infiltracji następnego spotkania. Jeżeli zawczasu poznaliby jego lokalizację, drastyczne kroki, które zamierzali podjąć, nie przyniosłyby im żadnych wymiernych korzyści. Szkoda, że nie dostali podobnej szansy od losu.
– Wybaczcie, nie operowali miejscami, więc nie dysponujemy bardziej konkretnymi informacjami. Szczerze powiedziawszy, zachowywali się, jakby nie było go w Kamieniołomie i nie wiedzieli, gdzie aktualnie przebywa; jakby zostawił ich, żeby mogli podokańczać rozpoczęte sprawy.
Albus skinął lekko głową – wcześniej doszedł do podobnego wniosku, a słowa przyjaciela ostatecznie zweryfikowały jego tezę. Niemniej jednak Morrison wciąż nie skończył.
– Z ważniejszych rzeczy – wspominali o portrecie i mężczyźnie o nazwisku Markson. Z mniej istotnych – próbowali rozgryźć kwestię przechowywania eliksirów.
– Markson. – Blondyn zmarszczył brwi. – Jestem pewien, że gdzieś już słyszałem to nazwisko.
– Ja również. Nie wskażę gościa palcem, ale wiem, że przez pewien czas był częścią tej grupy – dodał po chwili namysłu.
– Nie omawiali żadnych innych spraw, ot pomniejsze pierdoły. – Vincent wzruszył ramionami. – Wydawali się… troszkę zdenerwowani i niepewni – zupełnie jakby nie byli w nic zamieszani, a bardzo chcieli. Miałem wrażenie, że czuli się pominięci.
Albus automatycznie spojrzał na Scorpiusa, którego wyraz twarzy jasno wskazywał, że pomyśleli o dokładnie tym samym – że istniało prawdopodobieństwo, że spotkanie, w którym przyjdzie im uczestniczyć, przybierze niewłaściwy obrót, zwłaszcza jeżeli ci czarodzieje są bardziej podobni do dezerterów, aniżeli do diabłów Sebastiana Darvy'ego.
– Nad czym się zastanawiacie? – zapytał Morrison, mierząc ich podejrzliwym spojrzeniem.
Chciał odpowiedzieć, ale został uprzedzony, zanim w ogóle zdążył otworzyć usta – przyjaciel wysunął tę samą propozycję, którą rozważał.
– Jutro poszwendam się przy dzwonnicy.
– Sam? – zapytał.
Scorpius skinął głową.
– Jeżeli wokół kręcą się stali bywalcy, zostaniesz zidentyfikowany w okamgnieniu – powiedział stanowczym tonem. – Ty z kolei możesz zostać rozpoznany tylko dlatego, że uczestniczyłeś w ostatnim spotkaniu. Wolelibyśmy uniknąć niezręcznych przesłuchań – dodał w kierunku Morrisona. – Owszem, jestem z wyglądu podobny do mojego ojca i dziadka, ale też najlepiej z naszej trójki wtapiam się w otoczenie.
Albus jęknął, pragnąc przedstawić rozsądny kontrargument, ale po prostu żadnego nie wykombinował. Sromotnie pokonany, wrócił do ozdabiania swojej maski, troszkę zbyt jasnoczerwonej i pogrążył się w myślach. Zamrugał, dopiero kiedy Vincent westchnął, a potem opadł z powrotem na łóżko.
– Szkoda, że nie mamy peleryny.
Zanim się obudził następnego dnia, Malfoy wyruszył na zapowiedziany rekonesans, zaś na chłopców spadła odpowiedzialność za pozamykanie spraw. Oprócz dokończenia przebrań mieli również za zadanie zapewnić sobie drogę ucieczki w przypadku przymusowej ewakuacji z Toksycznego Kamieniołomu. W praktyce oznaczało to, że Morrison musiał targować się z Coltonem o rzeczy natury pieniężnej, podczas gdy Albus zajmował się porządkowaniem wynajmowanego pokoju, czyli pakowaniem plecaków i innych materiałów.
Posłania, na których spali razem ze Scorpiusem, postanowił sprzątnąć z samego rana, tuż po przebudzeniu, jednakże namiot i zapasy spakował troszkę później, żeby niepotrzebnie nie zaśmiecały podłogi. Uporządkował konserwy i słoiki z gotowym jedzeniem, ubrania, które należało przygotować na drogę, jak również, co najważniejsze, zgromadzone notatki i puste arkusze pergaminu; Malfoy był naprawdę skrupulatny w zapisywaniu cennych informacji, a zdecydowanie nie chcieli, by dobrał się do nich ktoś niepowołany. Gdy posprzątał rzeczy kolegów, zabrał się za własne. Naturalnie, wciąż nie miał za wiele, bo nie wydawali na pierdoły, ot dwie różdżki i magicznie wyczyszczone kartki papieru.
Chociaż wymazał tekst listu od Sancticusa, był przekonany, że nawet jeżeli nigdy by go nie odczarował, wciąż miałby dla niego ogromną wartość sentymentalną. Jakby nie patrzeć, to słowa mentora prowadziły go przez większość dotychczasowej podróży, a dodatkowo czuł potrzebę ich pielęgnowania. Z listu wybrzmiewała zachęta i nie zamierzał zmarnować swej szansy. Spośród wszystkiego, co Fairhart dla niego zrobił, począwszy od uczenia skomplikowanej magii, przez szkolenie w tropieniu czarodziejów i zbieraniu informacji, a skończywszy na podarowaniu solidnego motywatora, najbardziej doceniał jego życzliwość.
Ostatecznie schował pergamin w nowo uszytej szacie, tuż koło innego, równie wartościowego przedmiotu, który w rzeczywistości należał do kogoś innego, a mianowicie Reginalda Aresa.
Zaoferowana Fango Wilde'owi wolność okazała się strzałem w dziesiątkę jeszcze w Struckton, ponieważ nie tylko pomogła mu w ucieczce diablim dezerterom, ale także doprowadziła go do Toksycznego Kamieniołomu. Zapasowa różdżka nie miała dla niego znaczenia emocjonalnego, a przynajmniej nie w taki sam sposób, co list Sancticusa, a jednak musiał przyznać, że go kusiła i pociągała, jak gdyby była czymś więcej, aniżeli ponadprogramowym narzędziem. Bez względu na to, co myślał o Reginaldzie Aresie, niegdysiejszym przyjacielu Harry'ego Pottera, nie dało się zaprzeczyć, że na przestrzeni lat powstała pomiędzy nimi specyficzna więź – w końcu obaj zostali wybrani przez Smoczą Różdżkę i obaj walczyli po nocach ze złotooką zjawą. Mimo podjętej decyzji Czerwona Wojna w chwili śmierci wciąż cenił dawny oręż, gdyż różdżka posłużyła do aktywacji Nikczemnej Księgi; to zaś oznaczało, że w momencie śmierci nadal był sobą.
Wyjął z szat własną różdżkę i porównał z aresową. Była nieco krótsza i mniej spiczasta, zaś rękojeść została wykonana w gładszy sposób, zapewniający wygodniejszy uchwyt. Zawiesił na niej na dłużej wzrok, przypominając sobie wszystko, co dla niego uczyniła. Nie wywoływała w nim negatywnych emocji, przymusu kontroli, a tym bardziej niespodziewanego przypływu mocy, który go jednocześnie frustrował i bawił – była po prostu zwyczajna. Z zadowoleniem stwierdził, że woli własną, może właśnie dlatego, że nigdy nie miała innych właścicieli oraz stanowiła o jego tożsamości.
Mam nadzieję, że umrę podobnie do Aresa, pomyślał i chociaż było to dziwaczne życzenie, nie miał najmniejszej ochoty go cofnąć. Oczywiście, nie pragnął zdrady bliskiej osoby, przedśmiertnego bólu czy cierpienia, ale możliwości pozostania sobą.
– Wszystko w porządku, stary…?
Albus pospiesznie schował obie różdżki i odwrócił się gwałtownie. W drzwiach pokoju stał Morrison, sprawiając wrażenie zdezorientowanego; gdy się trochę otrząsnął, zamknął drzwi.
– Czy mogę cię o coś zapytać…?
Nie był pewien, dlaczego wpadł w melancholijny, sprzyjający wyznaniom nastrój, zwłaszcza że kilka dni temu prosił Scorpiusa o zachowanie dyskrecji. W jakiś niesamowity sposób pojawienie się przyjaciela i uprzejme zainicjowanie rozmowy przeniosło go z powrotem do spędzonego w szkolnych murach czasu, gdzie do większych trosk można było zaliczyć zbliżające się egzaminy i nadchodzące mecze quidditcha. Oczywiście, Vincent natychmiast zamienił się w słuch.
– Jasne. Co się dzieje?
Albus usiadł na łóżku i powiercił się z niewygody. Spojrzał w górę, starając się ostrożnie dobierać słowa.
– Widziałeś mnie już w rozsypce, na przykład kiedy pociąg został zaatakowany. I również wtedy za pierwszym razem…
– Ano, owszem. – Morrison przewrócił oczami, jakby nie do końca pewien kierunku rozmowy. – Nad czym się zastanawiasz?
– Możliwe, że tak właśnie skończę – powiedział, po czym podrapał się po karku, wyrażając na głos myśl, która krążyła mu po głowie od dłuższego czasu. – Czy właśnie w ten sposób mnie zapamiętasz, jeżeli zobaczysz potwora, którym się stanę…?
– Skończ z panikowaniem, stary. – Przyjaciel brzmiał na zirytowanego. W końcu potrząsnął głową i usiadł obok. – Szczerze mówiąc, zachowujesz się czasem tak, jakby sprawa od dawna była przegrana, a tu wszystko się może jeszcze zdarzyć.
– Wiem – skłamał i zaburczało mu w brzuchu. – Jestem przekonany, że… będzie dobrze, ale gdyby… – urwał z nadzieją, że kumpel podejdzie do problemu na poważnie. Zamrugał, zaskoczony, kiedy jego życzenie się spełniło.
– Czasem pleciesz straszne głupoty, stary. Oczywiście, że nie zapamiętam cię jako potwora, bo przecież nim nie jesteś. Każdy ma od czasu do czasu wahania nastroju, złości się czy smuci, ale to coś zupełnie innego. Jesteśmy przyjaciółmi i znam cię od podszewki – Scorpius też, twoja rodzina, Mirra. Dobrze wiemy, że potrafisz być gburowaty, że często działasz zbyt pochopnie, aczkolwiek daleko ci do osoby, która bez opamiętania rzuca w ludzi pociągami. Wyświadcz sobie przysługę i przestań się martwić, dobrze?
Albus nie odpowiedział, ino się uśmiechnął. Chociaż słowa Morrisona troszkę go uspokoiły, ciężko mu było odpędzić wrażenie, że chłopak myli się na fundamentalnym poziomie, bowiem złowieszczy, pojawiający się w nocnych koszmarach brat bliźniak, stanowił uosobienie tkwiącego w nim mroku. Został, co prawda, wyzwolony przez Smoczą Różdżkę, ale istniał już wcześniej, uśpiony i czekający na godzinę swej chwały. Nikt z jego najbliższych nie siedział mu w głowie i pomimo wcześniejszej polityki mówienia przyjaciołom prawdy, uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie przemilczenie co poniektórych parszywych aspektów natury ludzkiej.
Vincent wydawał się usatysfakcjonowany swoim wywodem, toteż wstał, przeciągnął się z jękiem i ziewnął, nie zasłoniwszy ust.
– Cóż, skoro wyczerpaliśmy ten temat, mam jeszcze kilka spraw do obgadania z Coltonem. Niestety tak jakby odwołałem naszą kolację, więc spróbuję wykombinować coś innego – powiedział. – Zapewne wrócę, zanim Scorpius skończy rekonesans. Uważam też, że powinieneś położyć się wcześniej spać – dodał z uniesioną brwią.
Albus zamrugał, zaskoczony.
– Dlaczego?
– Wyglądasz na zaniepokojonego, a jutro czeka nas wielki dzień. Odrobiłeś się ze swoimi obowiązkami, to wykorzystaj resztę czasu na odpoczynek. Uwierz, że wtedy ochłoniesz. Och, śpij dziś na łóżku. – Uśmiechnął się Morrison.
Zamierzał protestować, ale pokusa odciążenia pleców po ponad tygodniu spania na twardej podłodze była zbyt wielka. Ostatecznie skinął z niechęcią głową, po czym pomachał przyjacielowi na odchodne.
Nie był pewien, ile leżał w łóżku, ale towarzysząca samotności cisza okazała się, paradoksalnie, zarówno pokrzepiająca, jak i niedająca spokoju. Zamrugał i zanim się zorientował, porwała go ciemność. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, ale skrupulatne wykonywanie przyziemnych czynności potrafiło odebrać człowiekowi sporo energii, nawet jeżeli dzień się jeszcze nie skończył. We śnie słyszał mieszaninę głosów, zaś hałas sprawił, że zakrył uszy dłońmi. Wtem zarejestrował cichy, przeciągły jęk, od którego ścierpła mu skóra.
Nie…
Zastygł w bezruchu, niczym rażony piorunem, uważnie nasłuchując. Z początku wyłapał jedynie ciszę, a potem…
Proszę…
Zerwał z siebie cieniuśki koc, na wpół zjedzony przez mole, wstał i rozejrzał się po pokoju. Gdy tylko dotknął stopami chłodnej podłogi, ponownie usłyszał ten jęk, tym razem w połączeniu z pochlipywaniem.
Dlaczego…?
Obejrzał się przez ramię, spodziewając się odnaleźć źródło hałasu, ale napotkał pustkę. W ciemności zobaczył jedynie łóżko i niewyraźny zarys bagaży, które wcześniej spakował, a mimo to pomieszczenie sprawiało wrażenie przestronniejszego.
Wtem usłyszał inny, znacznie bardziej zrozpaczony głos.
Albusie…
Wytężywszy wzrok, zobaczył skuloną w kącie osobę. Chociaż kolana podciągnęła pod brodę, a skołtunione czarne włosy zasłoniły jej twarz, doskonale wiedział, z kim miał do czynienia.
– Mirra! – wyszeptał i pospieszył ku dziewczynie, ale pokój wydawał się rozciągać. Gdy dotarł do ukochanej, zabrakło mu tchu. – Co tutaj robisz? – zapytał, cały spocony. Kiedy przy niej uklęknął, w końcu podniosła głowę.
Dlaczego…? – powtórzyła i cofnęła się, gdy wyciągnął dłoń.
Zupełnie nie rozumiał, w jaki sposób znalazła się w Toksycznym Kamieniołomie; nie pojmował, czemu płakała.
I właśnie wtedy to zobaczył. Opuściła nogi, ukazując mu swoją koszulę nocną oraz dwie inne osoby, które wcześniej pozostawały niewidoczne; obie miały płomiennorude włosy.
Hugo z wysiłkiem podniósł wzrok, aczkolwiek oczy Lily pozostawały martwe.
– Nie!
Ślizgon odepchnął Mirrę, przez co dziewczyna upadła na podłogę. W amoku nie zarejestrował charakterystycznego łomotu towarzyszącego wywrotce, zbyt zaaferowany stanem siostry. W momencie wziął Lilkę w objęcia i przytulił jej głowę do swej piersi – była bezwładna niczym szmaciana kukła, zimna i skostniała, najprawdopodobniej pozbawiona życia dawno temu…
– ALBUSIE! – Usłyszał, a gdy się odwrócił, zobaczył wycelowane weń światło. – Co, do diabła, wyrabiasz na podłodze, stary?
Zmrużył oczy, oślepiony zaklęciem, a dłoń opuścił, dopiero kiedy w pokoju zrobiło się jasno. Sapnął, zakłopotany, zobaczywszy Scorpiusa z wyciągniętą przed siebie różdżką, której czubek właśnie zgasł oraz stojącego przy drzwiach Morrisona; chłopcy przyglądali mu się uważnie.
Spojrzał w dół, ale Lily zniknęła.
– Co się dzieje?
– Zasnąłem… – odpowiedział, niepewny, czy naprawdę skłamał. Widział swoich bliskich, chociaż doskonale wiedział, że są bezpieczni w domu. Z drugiej strony wciąż czuł w dłoniach ciężar ciała siostry…
– Nieprawda, nie spałeś. – Vincent pokręcił głową. – Miałeś otwarte oczy. Siedziałeś na podłodze i płakałeś…
Scorpius chrząknął, co było swego rodzaju sygnałem, zaś Morrison natychmiast zamilkł. Brunet natomiast się zaczerwienił, aczkolwiek tylko częściowo z zażenowania, ponieważ jeden z przyjaciół widział go niedawno w podobnym stanie, a drugiemu zwierzał się z lęków kilka godzin wcześniej. Prawdziwym powodem mdłości był jednak fakt, iż dziś, bardziej niż kiedykolwiek, doświadczył pierwszych prawdziwych halucynacji.
– Która godzina? – zapytał dyplomatycznie, zastanawiając się, czy w ogóle zmrużył oko.
– Jest późno – odpowiedział lakonicznie Malfoy, a potem obejrzał się przez ramię.
Albus się skrzywił, ale musiał przyznać, że była to uzasadniona wymiana zdań. Nie chcąc wszczynać w nocy niepotrzebnych kłótni, po prostu podniósł się na nogi.
– Chcesz o czymś porozmawiać? – drążył blondyn, brzmiąc na zaniepokojonego.
Zmarszczył brwi.
– Wszystko wiecie.
– W takim razie trochę się prześpijmy – podsumował Vincent i podszedł do jednej z rozłożonych na podłodze mat. Wyglądało na to, że wcześniej wysunięta propozycja nie straciła na ważności.
– W porządku. – Albus potarł kark i, nie mogąc się powstrzymać, spojrzał w kąt pokoju. Nie wiedział, czy Scorpius to zauważył, ale był mu wdzięczny za trzymanie języka za zębami.
– Nie masz powodów do zmartwień – dodał blondyn, przez co prawie się roześmiał. – Mówię o dzwonnicy, stary – kontynuował przyjaciel. – Wybadałem to miejsce i z moich obserwacji wynika, że mamy naprawdę duże szanse. Żeby wszystko wyszło po naszej myśli, musimy porządnie wypocząć.
Wtem pokój pogrążył się w ciemności, najprawdopodobniej dzięki uprzejmości Morrisona, a potem między chłopcami zapadła cisza. Brunet po prostu leżał na łóżku, słuchając, jak przyjaciele moszczą się na swoich posłaniach. Długo zbierał się na odwagę, aby zabrać głos i zrobił to, dopiero kiedy nabrał pewności, że żaden z nich nie wstanie.
– Jutro wielki dzień – wychrypiał.
– Ano, pożyjemy, zobaczymy – odpowiedział swobodnym tonem Morrison.
– Nie chodzi tylko o spotkanie, czy Diabli Alians. Wróżbiarstwo nie jest moją mocną stroną, ale w niewyjaśniony sposób wiem, że zakończymy to, co razem rozpoczęliśmy. Mam silne przeczucie i myślę, że powinniście o tym wiedzieć…
– W porządku, stary. Łapię, co chcesz powiedzieć i przyznam, że też mam podobne odczucia – stwierdził Scorpius, a w pokoju zapadła cisza.
– Dobra, dobra, rozumiem. Ze mną jest tak samo, ale czy możemy wstrzymać się z ckliwościami do jutra? – Morrison nie wytrzymał napięcia. – Przypomnę wam, że przez prawie cały dzień użerałem się z tym cholernym starym prykiem. Jestem wykończony.
Albus się uśmiechnął.
– Okej, dobranoc.
– Dobranoc.
– Branoc, stary.
Leżąc, poczuł nagłą potrzebę zrzucenia z siebie kołdry i skopania prześcieradła na ziemię, ale jakby zdrętwiały mu palce. Zamiast tego, przewrócił się na boczek i z desperacją spróbował oczyścić umysł, bowiem miał w głowie prawdziwy harmider myśli.
Mimowolnie wrócił wspomnieniami do uwarzonego kilka tygodni temu Mortem Necavero – właśnie wtedy, w starej chacie Sancticusa, wprowadził cały plan w życie. Niestety, szansa, którą dawał eliksir, bezpowrotnie zniknęła, a to z kolei oznaczało, że nie dysponował żadnymi innymi opcjami, żeby rozwiązać drugi palący problem. Jutro miał możliwość dowiedzieć się, gdzie przebywa Sebastian Darvy, Prawa Ręka Śmierci, oraz zakończyć to, co zostało zapoczątkowane na wyspie otaczającej Azkaban. Tam, gdzie był Darvy, była również Smocza Różdżka. Co prawda, Ares poddał w wątpliwość skuteczność Mortem Necavero, niemniej jednak wywar okazał się przydatny. Czy w międzyczasie mógł wykombinować coś innego? Reginald zgłębił naturę Różdżki lepiej niż ktokolwiek inny, nawet Sancticus, przez co patrzył na nią przez pryzmat żywej, w pełni funkcjonalnej istoty – w ostatecznym rozrachunku uważał, że zniszczenie artefaktu nie wystarczy, aby rozwiązać powstałą z nim więź. Co w takim razie trzeba zrobić, aby uwolnić się z okowów…?
Po policzku spłynęła mu samotna łza, właściwie po raz pierwszy, odkąd dowiedział się o nieuchronności swego losu. Halucynacja, której dziś doświadczył, była pokręcona i sprawiała wrażenie prawdziwej – naprawdę powoli zatracał się w obłędzie. Tym, co przerażało go najbardziej, był fakt, iż sygnały, które dotąd otrzymywał, z czasem zostaną zintegrowane z resztą, ot cała historia. Czy szaleniec zdawał sobie sprawę z własnego nieszczęścia? Czy osoba, która straciła rozum, była świadoma jego braku?
To bez większego znaczenia, pocieszył się w myślach. Nie ma żadnego znaczenia, co się ze mną stanie, dopóki zakończę wojnę i zapewnię bliskim bezpieczeństwo.
Skupiwszy się na radośniejszych wspomnieniach o rodzinie, pozwolił, aby motywacja odbiła na nim piętno. Zagubiony we własnych odczuciach, mimowolnie rejestrował ciche pochrapywanie, które wydobywało się z ust śpiącego Morrisona oraz liczył, że nim się przewróci na drugi bok, nastanie ranek i urzeczywistni swoje pragnienia.
– Albusie?
Wciągnął gwałtowniej powietrze, a potem uspokoił oddech. To Scorpius, a nie następne przewidzenie.
– Hm? – mruknął.
– Czy pamiętasz, jak bardzo denerwowaliśmy się przed meczem quidditcha?
– Ano, zdecydowanie. – Uśmiechnął się brunet. – Czemu pytasz?
Przyjaciel potrzebował kilku chwil, żeby sformułować odpowiedź, a kiedy ponownie zabrał głos, brzmiał jakby z oddali.
– Tak się zastanawiałem, w sumie bez powodu.
Wybierając milczenie, Albus również przykrył się kołdrą.
