15. Zebranie
To zdumiewające, jak wytrzymały jest ludzki organizm. Zasypiając poprzedniej nocy, był święcie przekonany, że obudzi się obolały i wymęczony, że będą go szczypać oczy, a nogi okażą się niewiarygodnie ciężkie. W ciemności spędził wiele godzin na szukaniu odpowiedniej pozycji do snu, wiercił się i co kilka minut przewracał z boku na bok. Za burzliwą noc mógł winić tylko i wyłącznie siebie, bowiem umysł płatał mu figle – związane ze spotkaniem obawy i oczekiwania nie pozwalały mu porządnie wypocząć, przez co nurzał się we wrażeniu, że nawet na sekundę nie zmruży oka, ranek nigdy nie nastanie, a następny dzień jedynie będzie kontynuacją poprzedniego.
Świt rozwiał wszystkie te wątpliwości. Obudziwszy się, był pełen energii i wigoru, przepełniony czymś, co przypominało podekscytowanie, choć w znacznie bardziej ponurych kategoriach. To uczucie sprawiało wrażenie znajomego i poświęcił jego analizie prawie cały poranek. Ostatecznie doszedł do wniosku, że podobne niepewności targały nim, kiedy siedział w kołyszącej się łódce razem z Sancticusem, gdy przedzierali się przez morze, zamierzając zinfiltrować Azkaban.
Co zaskakujące, przyjaciele również byli rozgorączkowani, do tego stopnia, że okazywali to nawet w werbalny sposób.
– Naprawdę nie mogę się doczekać – powiedział Morrison w trakcie przeżuwania tostów, które blondyn przygotował im na śniadanie. We trójkę siedzieli w gospodzie Coltona ze świadomością, że być może jest to ich ostatni poranek w tym miejscu.
– Mamy mnóstwo czasu, więc nie musisz rzucać się na jedzenie niczym wygłodniała bestia. – Malfoy wychylił się do przodu i strzepnął mu z szaty okruszki chleba.
Albus nic nie odpowiedział, dłubiąc w swoim talerzu. W międzyczasie przyglądał się też gburowatemu karczmarzowi, zastanawiając się, czy jeszcze go zobaczy. Oczywiście, nie chodziło o kwestię przywiązania, bo przecież nie nawiązali żadnej szczególnej więzi – ba, nigdy nie zamienili ze sobą ani jednego słowa – ale barman był poniekąd stałą w chaotyczności Toksycznego Kamieniołomu, uosabiał pewnego rodzaju stabilność, zwłaszcza że za kilka godzin wszystko wymknie się spoza kontroli.
– Możemy się zbierać? – Vincent odsunął od siebie pusty talerz. – Muszę zająć czymś ręce, bo aż mnie nosi.
– Spotkanie jest dopiero za godzinę – przypomniał mu Scorpius, nawet nie tknąwszy własnego jedzenia. – Lepiej, żebyśmy nie okazywali zniecierpliwienia, zwłaszcza że przebrania mają nam pomóc wtopić się w tłum. Nie powinniśmy pokazywać się przy dzwonnicy jako pierwsi – dodał i rzucił brunetowi wymowne spojrzenie, najprawdopodobniej oczekując poparcia, ale ten był zagubiony we własnych myślach, by zrobić cokolwiek innego niż pokiwać głową.
Na samą wzmiankę o kostiumach, czerwona maska, którą zawczasu schował w swoich ubraniach, nabrała większej wagi. Prawdę powiedziawszy, nawet szaty, dokładnie takie same, co przyjaciół, nagle zrobiły się grubsze i duszące – wszystko dlatego, że w momencie zaczął się martwić o potencjalne przeszkody na drodze i nieścisłości w planie. Dopiero teraz, siedząc przy śniadaniu na kilka godzin przed godziną zero, zdał sobie sprawę, że w swej głupocie popełnili poważny błąd, a mianowicie wyszli w przebraniu z pokoju i zeszli na parter do części barowej, gdzie mogli się ubrudzić, albo, co gorsza, przez przypadek podrzeć ubrania. Co zrobią, jeżeli na miejscu okaże się, że nie wpuszczają flejtuchów i obszarpańców? Co powiedzą, kiedy zostaną poproszeni o wytłumaczenie powodów swojej kiepskiej prezentacji? Uświadomiwszy sobie absurdalność wyimaginowanego problemu, doszedł do wniosku, że po prostu dopadły go nerwy.
– Może jednak powinniśmy trochę rozprostować nogi? – Scorpius zmienił taktykę. Gdy Albus podniósł wzrok, zobaczył, że przyjaciel rzuca mu niespokojne spojrzenie, więc najprawdopodobniej postanowił przeciwdziałać jego atakowi paniki.
Wyjaśnień oszczędził mu Morrison, który wstał i niezgrabnie przysunął krzesło do stolika; potem się przeciągnął, jakby w przygotowaniu do joggingu. Nim minęła minuta, we trójkę wyszli na zewnątrz.
Kamieniołom przywitał ich tradycyjną scenerią. Brunet przyzwyczaił się do tego wszystkiego – charakterystycznego zapachu, archaicznej architektury, a nawet do podejrzliwych spojrzeń przechodniów. Odkąd przybył do miasteczka, w poszukiwaniu za drobnym tropem zajrzał w dosłownie każdy róg, dzięki czemu przestał potrzebować mapy do cieszących się większą popularnością obszarów. Co więcej, biorąc pod uwagę pewność, z jaką lawirowali między uliczkami jego przyjaciele, był przekonany, że nie potrzebują żadnych wskazówek. Wciąż używali dzwonnicy jako głównego punktu odniesienia, chociaż tym razem stanowiła ona również ich cel podróży.
– Możemy się pokręcić trochę po okolicy – powiedział podczas spaceru. – Lepiej być spóźnionym, niż przyjść za wcześnie…
Albus przytaknął, po raz pierwszy zainteresowany targowiskiem i straganami. To miejsce wciąż go niepokoiło, ale przyzwyczaił się do obecnego zgiełku. Teraz jednak, dysponując wolnym czasem, przyglądał się szarawemu mięsu i tandetnie wykonanym ubraniom; na niektórych stoiskach było naprawdę dużo tak zwanych zbieraczy kurzu. Po drodze minęli w połowie zniszczony kram, przy którym zaniedbany mężczyzna nawoływał do kupna zaczarowanych amuletów mogących odstraszyć złodziei i kłamców. Kilka kroków dalej zaś zobaczyli stanowisko samotnego starszego czarodzieja, który upierał się, że potrafi naprawiać zniszczone różdżki.
Wtem przystanęli, przepuszczając zaprzęg konny.
– Kurczę, chyba nigdy nie przyzwyczaję się do widoków rodem ze średniowiecza. – Morrison zadrżał, podczas gdy furmanka przejechała.
– Miejmy nadzieję, że nie będzie trzeba – powiedział pod nosem Scorpius.
Im dłużej chodzili po wybrukowanych uliczkach, tym bardziej Albus utwierdzał się w przekonaniu, że nie chciałby zakończyć śledztwa w Toksycznym Kamieniołomie – nade wszystko pragnął odnaleźć i powstrzymać Sebastiana Darvy'ego, rozwiązać konflikt zbrojny oraz wyleczyć się z szaleństwa. Gdy pomyślał o nadchodzącym spotkaniu, doszedł do wniosku, że miażdżącym ciosem okaże się perspektywa spędzenia w Kakos znacznie więcej czasu, aniżeli z początku przypuszczał. Co prawda, od momentu przybycia do miasteczka nie padli ofiarami większych zbrodni, jak również nie byli świadkami żadnego morderstwa, ale gdyby podejść do sprawy inaczej, ten stan zawieszenia był po prostu niepokojący. Tutejsi mieszkańcy to w dużej mierze szubrawcy i kłamcy, nierzadko przestępcy, którzy własnymi rękoma stworzyli sprawnie działający system bezprawia – zapobiegali wymknięciu się problemów spoza kontroli, jednocześnie pozwalając społeczeństwu na powolną degradację. Chociaż nie wiedział dlaczego, był święcie przekonany, że w ostatnich dniach Kamieniołom zyskał na śmiercionośności.
To z naszego powodu.
Albus zmarszczył brwi ze świadomością, że ta myśl nie miała nic wspólnego z towarzystwem przyjaciół. Scorpius najprawdopodobniej zauważył jego roztargnienie, ponieważ zmierzył go uważnym spojrzeniem, a następnie zerknął na dzwonnicę.
– W porządku – stwierdził bez większego przekonania, zupełnie jakby chciał zamaskować swój niepokój. – Możemy się zbierać, o ile będziemy szli spacerowym krokiem.
Chłopcy natychmiast się z nim zgodzili, po czym, wykonawszy manewr zmiany kierunku, rozpoczęli powolną wędrówkę. Gdy przecięli szereg zatęchłych uliczek, wyostrzyli swą uwagę, w pełni skoncentrowani na celu. W drodze omówili odpowiedni czas na założenie masek, biorąc pod uwagę nawet prawdopodobieństwo natknięcia się na diabłów na zewnątrz dzwonnicy. Liczył się każdy szczegół.
W trakcie ostatniego odcinku drogi nie zamienili ze sobą ani jednego słowa, aczkolwiek Albus był pewien, że tylko on chłonął wysublimowane zdobienia dzwonnicy. Teraz, gdy stała się czymś więcej, aniżeli punktem nawigacyjnym, nawet jej misterna architektura nabrała na znaczeniu. Już z oddali widział, że była smukła i wysoka, szara i kamienna, upiększona wzorem z czarnych kwadracików pnących się od samego dołu budowli, po sam szczyt, głównie po rogach. Została wzniesiona w łukowaty sposób, zaś góra odsłaniała zardzewiały dzwon, który wyglądał na nieużywanego od co najmniej kilku dziesięcioleci. Z daleka trudno było określić jego dokładny rozmiar, ale mógł śmiało przypuszczać, że ledwo zmieściłby się w środku.
Gdy się zatrzymali i sięgnęli po maski, włosy niemal stanęły mu dęba. Chociaż nie zamierzał się ociągać, robił to najwolniej ze wszystkich, wciąż wpatrzony w starą dzwonnicę. Wiedział, że nie było to trafne porównanie, ale podobne poczucie złowieszczości miejsca towarzyszyło mu na wyspie. Co prawda, nie było równie silne, ale służyło podobnemu celowi – miał bowiem nieodparte wrażenie, że opuszczenie wieży będzie o wiele trudniejsze, niż wejście do środka.
Pomyślawszy o komplikacjach, zerknął na solidne drewniane wrota, prowadzące do magicznie powiększonego wnętrza. Oczywiście, wierzył w opowieści Morrisona o zaczarowanej barierze podobnej do tej otaczającej Legowisko i przejście na dworzec King's Cross.
– Najwyższy czas, żebyś ukrył twarz, stary – przypomniał mu Scorpius, a Albus gwałtownie się zaczerwienił, nieśmiało założył maskę i odwrócił do przyjaciół; potem wstrzymał na moment oddech, gdy uświadomił sobie, że wpatruje się w niego dwóch diabłów. Ostatecznie przygotowanie przebrań okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ widział teraz świat w zupełnie innych barwach. Odetchnął z ulgą, trochę uspokojony. Wykonali naprawdę kawał dobrej roboty.
Stali tak we trójkę przez dobrą minutę, oceniając się nawzajem. Sytuacja była dość niezręczna, mimo zadowalających rezultatów. Scorpius uniósł rękę, jakby chciał po raz ostatni uzgodnić szczegóły akcji, ale w tej samej chwili Morrison przystąpił do pracy.
– Teraz albo nigdy! – podsumował zdeterminowanym głosem, przez który przebijał się stłumiony entuzjazm. Skinąwszy głową, pospiesznie ruszył w stronę przestarzałej dzwonnicy.
Chłopcy wzruszyli ramionami i podążyli za przyjacielem. Vincent wręcz rzucił się na drewniane wrota i przeszedł przez barierę, nie napotykając żadnych przeszkód. Blondyn zniknął jako drugi, rozpływając się w powietrzu, a Albus, zacisnąwszy dłonie w pięści, zebrał się na odwagę i zrobił krok naprzód. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nastawił się na porażkę i przypadkowe uruchomienie alarmu, dlatego też był szczęśliwy, kiedy obyło się bez problemów. Gdy przystanął w środku, spojrzał przez ramię i zobaczył jedynie solidną oraz gładką ścianę w ceglanym kolorze, znacznie szerszą niż widziane wcześniej drzwi.
Stali w długim korytarzu, którego wypolerowana drewniana podłoga wydawała się dziwacznie znajoma – najwyraźniej Scorpius odniósł podobne wrażenie, bo parsknął pod nosem. Nie zdążyli wymienić się spostrzeżeniami, gdyż Morrison postanowił wyznaczyć kierunek.
– Chodźmy tędy – powiedział pewnym tonem, bardzo z siebie zadowolony.
Ślizgoni pospieszyli za nim, a potem zrównali kroku. Hol miał swój urok, a w powietrzu unosiła się aura mistycyzmu, jakby promieniująca z każdej ściany. Morrison poprowadził ich do drzwi na końcu korytarza, który – jak się szybko okazało – miał kilka rozwidleń. Obok, trochę z boku, znajdowały się następne wrota, z charakterystyczną klamką w kształcie zwiniętego w kłębuszek węża. Naprzeciwko nich z kolei hol zakręcał, prowadząc do wypolerowanych, drewnianych schodów na niższe piętro.
– Może powinniśmy najpierw przeprowadzić wewnętrzny rekonesans? – zasugerował Scorpius, równie świadomy innych możliwości.
– Nie ma potrzeby. Spotkanie odbędzie się w tym pokoju…
– Ejże!
Gdy się odwrócili, Albus zacisnął usta. W ich stronę zmierzał barczysty, wysoki mężczyzna z gęstą brodą, łysą głową i wyniosłym wyrazem twarzy.
– Co? – burknął, wymieniwszy szybkie spojrzenie z przyjaciółmi. Chociaż nie mógł zobaczyć ich min, doskonale wiedział, że są równie ostrożni.
Gdy czarodziej podszedł bliżej, zmarszczył w zaintrygowaniu brwi.
– Co się dzieje? – zapytał, brzmiąc na zmartwionego.
– Niewiele. – Vincent wzruszył ramionami. – O co chodzi…?
Scorpius uniósł rękę, czym zwrócił na siebie uwagę.
– Czemu nosicie maski? – Nieznajomy sprawiał wrażenie oszołomionego odkryciem. W następnej chwili dopadł zamkniętych dotąd drzwi i je otworzył. Kiedy zajrzał do środka, trochę się uspokoił.
Skorzystawszy z okazji, Albus również rozejrzał się po miejscu spotkań. Zgodnie z opowieścią Morrisona, pokój przypominał pomieszanie sali konferencyjnej z salonem – był przestronny, marmurowy i lśniący; emanował swego rodzaju przepychem, czego niezbitym dowodem był zawieszony nad głowami zgromadzonych olbrzymi, ciężki żyrandol. Wszystko wskazywało na to, że zebranie jeszcze się nie zaczęło, bo chociaż ludzie siedzieli przy stole, to wciąż wesoło między sobą rozmawiali. Zanim drzwi zostały zamknięte, zarejestrował jeszcze jeden znaczący fakt – nikt nie miał przywdzianej maski.
Mężczyzna wciąż wyglądał na zdezorientowanego. Przez dłuższą chwilę śledził ich wzrokiem, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Scorpius przystąpił do ataku.
– Naprawdę nas pytasz, dlaczego nosimy maski..? – zapytał z gniewnym niedowierzaniem. – To my powinniśmy drążyć, czemu ty nie masz swojej. Zdecydowanie brakuje ci zachowawczości, jesteś nieostrożny. Przecież na tym zebraniu mogą być szpiedzy!
Czarodziej wytrzeszczył oczy. Najwyraźniej wcześniej nawet nie brał pod uwagę takiej możliwości.
– Niewiarygodne, co za lekkomyślność – dodał Morrison. – I to w tak kluczowym momencie!
– Nie zdawałem sobie sprawy. Niezwłocznie poinformuję innych. – Nieznajomy wyglądał, jakby dostał prosto w twarz i chciał nadstawić drugi policzek. – Kim jesteście…?
– Och, uwierz, że gdy tylko przekażesz wieści, wszyscy będą wiedzieli, kto zwęszył podstęp. – Malfoy nie wychodził z roli. Westchnął, gdy rozmówca zmarszczył z niezrozumieniem brwi. – Czy nazwisko Rosier coś ci mówi…?
– Przepraszam! – odpowiedział mężczyzna, po czym energicznym ruchem otworzył drzwi i wszedł do sali konferencyjnej.
– Kim właściwie jest Rosier? – Albus uniósł brew.
– To nieistotne.
Morrison zachichotał.
– Cholercia, skąd Darvy wytrzasnął takiego tłumoka?
– Skończ z żarcikami – zganił go Scorpius. – Prawie zostaliśmy zdemaskowani przez te przeklęte maski.
– Streściłem wam przebieg ostatniego spotkania z najdrobniejszymi szczegółami. Część uczestników naprawdę miała założone maski…
Nawet z niewidoczną twarzą, Albus mógł śmiało stwierdzić, że przyjaciele toczą pojedynek na spojrzenia – postanowił więc wkroczyć do akcji, zanim spór przerodzi się w kłótnię.
– Najważniejsze, że podtrzymaliśmy pozory. Chodźmy, zanim przyciągniemy następne kłopoty.
Ślizgoni przytaknęli, a Morrison pchnął drzwi, ponownie wysuwając się na prowadzenie. Gdy weszli do środka, zobaczyli, że znaczna część zgromadzonych przywdziała maski, zasłaniając swe oblicze przed światem – najwyraźniej napotkany na korytarzu nieznajomy rzeczywiście przekazał innym informację. Co prawda, niektórzy zrezygnowali z kamuflażu, więc albo nie usłyszeli najnowszych wieści, albo nazwisko, którym rzucił Scorpius, nie zrobiło na nich większego wrażenia. Dokonawszy bilansu, brunet odetchnął z ulgą.
Liczby, które przedstawił im w gospodzie Morrison, nie rozminęły się z prawdą, ponieważ w pokoju zasiadały dokładnie trzydzieści cztery osoby. Albus odwrócił się do przyjaciół, chcąc wymienić spostrzeżenia co do liczebności wroga, ale właśnie wtedy zauważył, że zostali tylko we dwójkę.
– Gdzie Morrison…? – zapytał.
– Byłem przekonany, że to ty – odpowiedział z przekąsem Scorpius, po czym zaczął się rozglądać.
– Gadasz głupoty, przecież jestem od ciebie niewiele wyższy…
– W porządku. Wygląda na to, że jesteśmy w komplecie. Niech wszyscy zajmą miejsca. – Usłyszeli głęboki, niespieszny głos, który sprawił, że się odwrócili.
Siedzący u szczytu stołu mężczyzna nie miał maski. Wargi wykrzywił w nieprzyjemnym grymasie, a błękitnymi oczami taksował zgromadzonych, nie omieszkawszy dłużej zawiesić wzroku na tych stojących; lat dodawały mu długie, aczkolwiek przerzedzone, czarne włosy. Albus rozejrzał się po pokoju, podczas gdy inni podchodzili do wolnych krzeseł. Jakby nie patrzeć, znalezienie w tym tłumie Morrisona było po prostu niewykonalne, chyba że zabierze głos.
Ostatecznie usiedli razem, jeden obok drugiego, mniej więcej pośrodku. Gdy chwilę później prawie czterdzieści osób zajęło miejsce, zebranie oficjalnie się rozpoczęło.
– Dobrze widzieć, że wszyscy dotarli – podsumował długowłosy lider, z namaszczeniem składając dłonie na stole. – Zacznijmy od najważniejszego. Czy coś wskazuje, że nalot jest bliski?
– Nie, wręcz przeciwnie – powiedziała siedząca zaledwie dwa miejsca dalej kobieta. Ona również nie włożyła maski, prezentując świat swe lisie oblicze i spiczaste zęby. – Niemniej jednak jestem skłonna się założyć, że to celowe zagranie. Zgodnie z tym, co wiemy, mogli nas dziś zinfiltrować.
– Kimże są ci tajemniczy „oni"? – zapytał ze słyszalną w głosie pogardą siedzący naprzeciwko niej mężczyzna. Szczerze powiedziawszy, ślizgon był mu naprawdę wdzięczny za interwencję, bo zwyczajnie się pogubił. – Najbliżej Ministerstwa Magii jest cyrk Warrena Waddleswortha, a wszyscy dobrze wiemy, że facet jest skończony. Biorąc pod uwagę to, co tu robimy, powinniśmy wiedzieć trochę więcej na temat potencjalnych przeszkód.
Przez pokój przeszła fala zgodnych pomruków, zaś Albus pokiwał zagorzale głową. Chwilę później starszy czarodziej na przedzie stołu odchrząknął.
– Harry Potter jest znów na wolności, co czyni go najbliższym sojusznikiem Ministerstwa; jest raczej pozostałością po dawnym rządzie. Chociaż odbywał wyrok w Azkabanie, postanowił się nie poddawać – powiedział wszem wobec, a brunet wstrzymał na moment oddech. – Jakby nie patrzeć, największym zagrożeniem dla nas są Potterowie.
– To oddzielna grupa, niezwiązana z Ministerstwem Magii. W niczym nie przypomina starego Zakonu Feniksa – argumentował ktoś siedzący dwa miejsca od chłopca. – Szczerze mówiąc, nie ustępują Waddlesworthowi, bazując na dawnej chwale…
– Jak ostatnio słyszeliśmy, Potter zrobił ostatnio porządek w Mottley. Zdecydowanie nie przeszedł na emeryturę, wciąż pracuje niczym auror – dodała zamaskowana kobieta. – Jeżeli zwęszy nasz zapach, wszystko przepadnie.
Ludzie zaczęli mruczeć z aprobatą, a co poniektórzy kiwali głowami. Albus nie brał w tym udziału, zbyt zdezorientowany. Dlaczego tata miałby odwiedzić Toksyczny Kamieniołom…? Zawsze istniało też prawdopodobieństwo, że Diabli Alians nie wiedział, że Harry Potter był ostatnio bardziej zaaferowany poszukiwaniem syna, aniżeli tropieniem niebezpiecznych przestępców – oto prawdziwa przyczyna zamieszania w Mottley. Co więcej, ekipa ojca nie wiedziała, że skrył się w Kakos. W obliczu tych argumentów, dlaczego diabły były przekonane o nieuchronności demaskacji…?
– W porządku, przejdźmy do omówienia następnej sprawy – uciął rozważania stłumiony, choć całkiem znajomy głos. Usłyszawszy Morrisona, brunet rozejrzał się po najbliższych czarodziejach, ale nie zlokalizował przyjaciela. Scorpius najwyraźniej również zorientował się w sytuacji, ponieważ podskoczył w miejscu.
– W porządku, racja. – Lider skinął głową. – Markson żywi przekonanie, że zbliżamy się do punktu dystrybucyjnego. Najwyraźniej otrzymał informację, że zgromadziliśmy wystarczająco dużo veritaserum, żeby przetransportować je go magazynu. Następny na naszej liście jest Felix Felicis.
– Nie mamy środków, Bozen – powiedział pewien mężczyzna. – Zrobiliśmy wstępne rozeznanie. Nawet jeżeli zdobędziemy potrzebne ingrediencje, nie znajdziemy odpowiedniego warzyciela…
– Toksyczny Kamieniołom pęka w szwach od utalentowanych eliksirowarów, zwłaszcza tych cieszących się złą sławą. Wystarczy odrobina wysiłku, a nim się obejrzysz, znajdziesz uzdolnionego czarodzieja. – Lider uniósł rękę. – Następnym razem, gdy szef się pojawi, będzie oczekiwał płynnego szczęścia – dodał, a zrugany mężczyzna zamilkł i skinął głową.
Albus nie zwrócił większej uwagi na szczegóły tej wymiany zdań, zbyt zaaferowany znajomym nazwiskiem. Ten człowiek, Markson, miał bezpośredni kontakt z Darvym. W końcu namierzyli łącznika.
Był pewien, że Scorpius to wyłapał i najprawdopodobniej Morrison również, ale przecież nie mógł liczyć, że któryś z przyjaciół poprowadzi rozmowę w kierunku, w którym potrzebował. Nie mając innego wyjścia, zebrał się na odwagę, akurat wtedy, gdy przywódca postanowił kontynuować.
– Słyszeliśmy też doniesienia, że…
– Gdzie dokładnie jest Markson? – zapytał na głos, starając się brzmieć nonszalancko. Zignorował też kopniaka pod stołem od Scorpiusa.
Bozen zamrugał, jakby nie wiedząc, jak zareagować, a potem pochylił się do przodu.
– Cóż, w magazynie – odpowiedział z sarkazmem.
Wiele osób parsknęło śmiechem i tylko nieliczni ograniczyli się do zdumionego spojrzenia. Albus usłyszał, jak Scorpius wciąga gwałtownie oddech, ale nie zamierzał się wycofać – zbyt wiele przeszli, aby zaprzepaścić teraz największą szansę.
– Miałem na myśli…
– Zapewne dokładniejszą lokalizację – dokończył za niego Morrison, a brunet uniósł brwi, gdy w końcu zrozumiał, gdzie usiadł ślizgon – był po prawej stronie tymczasowego przywódcy. – W miasteczku łatwo się zgubić, prawda?
– Czemu, do jasnej cholery, węszysz w pobliżu miejscówki Marksona…? – warknął bliżej niezidentyfikowany czarodziej, ale urwał, uciszony przez dłoń lidera, który wciąż przyglądał się brunetowi z zainteresowaniem, jakby chciał wywiercić mu dziurę w masce.
– Rozumiem, do czego zmierzasz – powiedział po dłużej chwili milczenia, zaś ślizgon dyskretnie sięgnął po różdżkę. – Wiedz, że nie podobają mi się podobne oskarżenia. Eliksiry są przechowywane dwie mile na południowy wschód od dzwonnicy, tuż za miastem, w starej chacie przy studni. Jeżeli tak bardzo ci zależy na przeliczeniu towaru, możesz wybrać się na wycieczkę.
Albus nie odpowiedział, aczkolwiek rozluźnił uścisk. Zrozumiawszy, że cudem uniknął najgorszego, postanowił załagodzić konflikt.
– Nie miałem na myśli niczego złego…
Bozen warknął.
– Muszę ci przypomnieć, że jestem u boku Prawej Ręki od czasu Masakry w Hogsmeade. Byłem też pierwszą osobą, z którą rozmawiał na temat zlikwidowania tego zadufanego w sobie głupca oraz od samego początku pomagałem mu w podstawowych sprawach organizacyjnych!
Ślizgon w geście poddania uniósł ręce do góry. Naprawdę nie chciał, aby sprawa się zaogniła. Zdobył informacje, których potrzebował, a co za tym idzie, priorytetem stał się bezpieczny odwrót. Chociaż emanował polubownymi intencjami, Bozen wciąż gromił go wzrokiem, nie wyglądając na człowieka szybko zapominającego spory.
– Nie sądzę, aby ktokolwiek zarzucał ci niedbałość. – Scorpius wystąpił w roli mediatora. Mówił spokojnym tonem, wyraźnie akcentując poszczególne słowa. – Ciężko jednak zaprzeczyć faktom. Zadanie, które nam powierzono, jest zbyt istotne, żeby nie szukać potwierdzenia podstawowych składowych planu, zwłaszcza biorąc pod uwagę charakter obszaru, na którym pracujemy.
Ludzie zamruczeli ze zrozumieniem, najwyraźniej zadowoleni z podkreślenia rangi misji, zaś Albus jeszcze nigdy nie był równie uszczęśliwiony zgodnością Aliansu. Nawet lider wyglądał na udobruchanego, a co najważniejsze, nikt – oczywiście, oprócz niego – nie zauważył, że Scorpius nieznacznie drżał.
– Pamiętajcie, że jesteśmy tutaj z własnej woli. Nie ma żadnego powodu, aby zakładać, że ktoś został przymuszony. Jestem przekonany, że mój przyjaciel, podobnie co cała reszta, chce robić wyłącznie to, co uważa za najlepsze dla Darvy'ego… – Blondyn zamilkł w połowie zdania, podczas gdy wszyscy wybałuszyli oczy i zastygli w bezruchu.
W pomieszczeniu zapanowała kompletna cisza, a Albusowi chwilę zajęło zrozumienie dlaczego. Gdy dokładniej przeanalizował ostatnie słowa przyjaciela, zauważył horrendalną gafę. Odkąd zaczęło się spotkanie, nikt nie operował nazwiskiem Darvy'ego – podwładni nazywali go albo szefem, albo Prawą Ręką…
– To znaczy… – Scorpius próbował ratować sytuację, ale było już za późno, gdyż zaledwie kilka miejsc dalej ktoś gwałtownie wstał od stołu.
– Kim jesteś?
Zanim Malfoy zdążył zareagować, najbliżej siedzący czarodziej chwycił go za szatę i zamaszystym ruchem odsłonił mu twarz, na której widniało najczystsze przerażenie.
– To chłopak Lucjusza, prawda?
– Wnuczek – dodał ktoś w pobliżu Albusa, a potem doskoczył do chłopca i ściągnął również jego maskę. Ludzie wokół sapnęli, zaś brunet odsunął krzesło, gotów wstać i chwycić za różdżkę.
Szybko zostali otoczeni. Wszyscy zbili się w ciasny krąg i przyjęli postawę bojową. W całym zamieszaniu ślizgon zdążył tylko zarejestrować, że wśród agresorów, wciąż tuż obok przewodniczącego spotkania, stał Morrison.
– Potter. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie Bozen.
Chłopiec uniósł dłonie w geście poddania, podczas gdy w głowie próbował wykombinować najskuteczniejszy sposób na ucieczkę, nawet ze świadomością, że jeszcze nigdy nie miał równie małych szans na ocalenie tyłka. W przezorności zerknął dyskretnie w lewo, wprost na Scorpiusa, który nawet nie zadał sobie trudu, aby wstać od stołu. Wciąż siedział, teraz zdemaskowany i zaczerwieniony – był zarówno przestraszony, zawstydzony i nade wszystko wściekły, oczywiście, na siebie samego. Najprawdopodobniej nadal wyrzucał sobie pomyłkę.
Bozen nie spuszczał z nich uważnego spojrzenia, podczas gdy reszta po prostu czekała na rozkaz. Moment, w którym sięgnięcie po różdżkę okaże się kluczowy, nadchodził nieubłaganie, aczkolwiek gdzieś w podświadomości dobrze wiedział, że teraz nie powinien się wychylać…
– Zabić obydwóch – powiedział koniec końców lider.
Albus natychmiast sięgnął do swych szat, gotowy do walki na śmierć i życie, ale dźwięk znajomego głosu sprawił, że cofnął rękę. Zrobiwszy szybkie rozeznanie, doszedł do wniosku, że nikt nie zauważył tego ruchu.
– Zaczekajcie! – krzyknął Morrison, czym zwrócił na siebie uwagę pozostałych. Bozen uniósł brew w wystudiowanej manierze, ale chłopak nie odpuścił. – Chwileczkę – powtórzył z naciskiem. – Czy wy wyrabiacie? Złapaliśmy dzieciaka Harry'ego Pottera, czyli osobę, której Prawa Ręka najbardziej w świecie pragnie. Naprawdę chcecie tak po prostu przekreślić tę szansę?
– Co, do jasnej cholery, innego proponujesz? – zapytał długowłosy, a serce bruneta prawie eksplodowało.
– Może na początek ich przesłuchamy i dowiemy się, czemu siedzieli z nami przy stole? Myślę, że w pierwszej kolejności powinniśmy się zorientować, skąd w ogóle wiedzieli o naszym zebraniu. Musieliśmy zostawić ślady, skoro nas odnaleźli. Wedle najnowszych informacji, w naszych szeregach może tkwić zdrajca. – Vincent był zdeterminowany. – Należy też spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Szef może chcieć zobaczyć ich żywych.
– Kim właściwie jesteś? – Bozen wycelował w rozmówcę, zaś Albus ponownie zacisnął dłoń na uchwycie różdżki.
Jak się okazało, Morrison nie został przydzielony do Slytherinu bez powodu. W mrocznej manierze, w najbardziej teatralny sposób, ślizgon uniósł maskę do połowy twarzy, odsłaniając swe usta i policzki.
– Uważam, że nazwisko Rosier wciąż budzi szacunek wśród tutaj zgromadzonych – powiedział ze złowrogim błyskiem w oku, machnąwszy dłonią na towarzyszy. Zamaskowana postać stojąca zaledwie kilka miejsc po jego prawej stronie chciała zabrać głos, najprawdopodobniej zamierzając zakwestionować to stwierdzenie, ale nie miała wystarczająco siły przebicia, ponieważ Vincent wycelował w nią palec. – Zamknij tę cholerną gębę! – warknął, zaś przestraszony mężczyzna opuścił nawet różdżkę. Usatysfakcjonowany, Morrison odwrócił się z powrotem do Bozena i zaryzykował. Pewnym ruchem ściągnął maskę i postukał się w głowę w niemal kpiący sposób. – Zastanówmy się nad najkorzystniejszymi opcjami, dobrze? Chociaż wyszło inaczej, niż planowaliśmy, złowiliśmy całkiem grubą rybkę, może nawet okazalszą, niż nam się wydaje. Nie powinniśmy postępować pochopnie, zwłaszcza bez oficjalnego rozkazu.
Ludzie zaczęli mruczeć z aprobatą i chociaż konsensus nie był równie silny, co przedtem, Albus zdecydowanie wolał ten obrót sytuacyjny.
Lider przez dłuższą chwilę nie odezwał się słowem, emanując nieufnością i wzburzeniem z powodu publicznego podważenia autorytetu. W końcu jednak, odpowiednio ugłaskany, opuścił różdżkę i spojrzał na dwóch schwytanych nastolatków.
– W porządku, na razie ich zamkniemy – zawyrokował, po czym podszedł do więźniów. Vincent nie odstępował go nawet na krok, a gdy znalazł się obok Scorpiusa, bezceremonialnie go przeszukał i schował skonfiskowaną różdżkę w kieszeniach swojej szaty. Malfoy rzucił przyjacielowi najbardziej puste spojrzenie, jakie można sobie wyobrazić, ale zachował milczenie, nie chcąc popełnić następnego błędu.
Albus praktycznie sam zaoferował się Morrisonowi, chcąc za wszelką cenę podtrzymać tę fasadę, ale Bozen, jakby wyczuwając podstęp, przetrzepał mu szaty i uśmiechnął się z satysfakcją, kiedy znalazł jego różdżkę.
Ślizgon nawet nie zaskomlał, bo w rzeczywistości zarekwirowano mu aresową. To naprawdę interesujące, ponieważ biorąc pod uwagę skuteczność i nieustępliwość przywódcy, przeszukał go dość opieszale.
– Ruszaj się, no dalej! – Agresor popchnął go do przodu, a chłopiec, nie wiedząc, dokąd zmierzają, po prostu ustawił się za Scorpiusem.
Najwyraźniej mieli być eskortowani przez całą grupę, bo niemal wszyscy zaczęli się wokół nich tłoczyć. Właśnie wtedy Bozen wyciągnął przed siebie rękę, zagradzając drogę co najmniej połowie towarzyszy.
– Musimy się podzielić. Wy zostańcie tutaj i upewnijcie się, że nie zostaniemy znów zaskoczeni. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie pracowali wyłącznie we dwójkę – powiedział, a ludzie pokiwali głowami. Ci, co mieli iść dalej, zaczęli w międzyczasie szeptać z podekscytowaniem, szczęśliwi, że zobaczą zniewolenie syna Harry'ego Pottera.
Albus próbował nadążać za scenariuszem, zdając sobie sprawę, że kluczem do ucieczki będzie śledzenie poczynań przyjaciół. Nie planowali wpadki, nie brali nawet pod uwagę podobnych możliwości, ani nie przećwiczyli ewakuacji na wypadek zagrożenia. W całym tym ambarasie całkiem dobrze wyszło ino to, że Morrison zdołał wtopić się w tłum.
W trakcie marszu do drzwi wyjściowych starał się nie wpadać w panikę. Wciąż miał przy sobie różdżkę, zaś genialna gra aktorska przyjaciela zapewniła im element zaskoczenia. Sprawa była skomplikowana, więc nie mogli sobie pozwolić na żadne pomyłki. Musieli zadziałać jednocześnie i to bez żadnych oznak komunikacji.
A jednak, pomimo godnych pożałowania okoliczności i powagi sytuacji, tylko połowicznie zwracał uwagę na szczegóły, gdy wyprowadzano go przez drzwi. Wiedział, że to głupie i niedojrzałe, mieć pozory ekscytacji, ale poznanie lokalizacji łącznika – osoby, która miała bezpośredni kontakt z Sebastianem Darvym – był ogromnym sukcesem. Oczywiście, tymczasowe przeniknięcie do szeregów Diablego Aliansu również było imponujące. Gdyby tylko udało im się osiągnąć jeszcze jedną rzecz…
Z początku nieświadomy miejsca docelowego, dopiero po dłuższej chwili wydedukował, że więzienie najprawdopodobniej znajduje się pod ziemią. Schodzili teraz po kamiennych schodach, które widział wcześniej, po czym weszli do korytarza ozdobionego wężowymi figurami na ścianach; niektóre odstawały, trzymając w dłoniach zapalone pochodnie. Brunet jedynie przelotnie zwrócił uwagę na kunsztowne detale, wróciwszy myślami do aktualnej sytuacji. Bozen niestrudzenie popychał go do przodu z wyciągniętą różdżką, ale Albus, trochę przyzwyczajony do niewygodnej pozycji, ignorował wbity pomiędzy łopatkami czubek. Wiedział, że jest pilnowany z każdej strony, jednakże z uwagi na wąski korytarz, musieli maszerować gęsiego.
Uspokoiwszy oddech, skupił się na przedzie, gdzie Scorpius zdawał się wyznaczać kierunek, chociaż również był eskortowany. Nie sposób było określić, który ze strażników jest Morrisonem, ponieważ co najmniej trzech idących mężczyzn oscylowało w okolicy jego wzrostu.
Im głębiej schodzili do tunelu, tym bardziej stawał się on zawiły. W wielu miejscach korytarze się przecinały, tworząc prawdziwy labirynt, podobny do hogwardzkiego. Mimo poczucia znajomości podziemi szybko stracił rozeznanie w terenie, gnębiony przez świadomość przymusowego wykonania ruchu w najbliższym czasie. Jeżeli pozwolą na zaprowadzenie się do lochów, z pewnością zostaną przykuci do ścian. Musieli coś zainicjować…
Otaczająca ich cisza utrudniała to zadanie. W przeciwieństwie do innych niebezpiecznych sytuacji, w których został schwytany i był eskortowany przez większą grupę, diabły uparcie milczały, ograniczając rozmowę do niezbędnego minimum, co w praktyce oznaczało, że nie sposób było rzucić wskazówką nawet podczas odpowiadania na pytanie. Najgorsze, że nie mógł mieć nadziei na inicjację, jeżeli przyjaciele pozostawali nieświadomi. Był pewien, że Morrison zrobi wszystko, co w jego mocy, aby oddać Scorpiusowi różdżkę, ale po prostu nie wiedział, kiedy to nastąpi.
Zaczęli zwalniać kroku, gdy skręcili w mniej oświetlony korytarz. Mimo ograniczonej wizji ślizgon zarejestrował nagły ruch i poczuł przypływ adrenaliny. Chwilę później został brutalnie sprowadzony na ziemię, bowiem Scorpius albo po prostu się przewrócił, albo został popchnięty przez swojego strażnika.
– Wstawaj! – warknął zamaskowany czarodziej po jego prawej stronie. – Nie ociągaj się, chłopcze!
– W porządku, dobrze! – odpowiedział mu blondyn, brzmiąc na szczerze udręczonego. Właśnie wtedy przez głowę Albusa przemknęła naprawdę niepokojąca myśl. Co z nimi będzie, jeżeli przyjaciel naprawdę się poddał…? – Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że… jestem odsyłany do swojego pokoju – dodał bardziej zirytowanym tonem.
– Stul pysk! – krzyknął inny mężczyzna, ale brunet ledwo to zarejestrował, zbyt pochłonięty przedostatnim usłyszanym zdaniem, które do niego dotarło, dopiero kiedy zauważył, że zamaskowana postać z lewej strony zwolniła kroku, jakby w przygotowaniu do odwrotu…
Niewiele się zastanawiając, zrobił dokładnie to samo. W momencie się odwrócił, wyciągnął z szat różdżkę i wycelował nią prosto w klatkę piersiową Bozena – łomignat trafił w żebra, przez co lider upadł na ziemię, z trudem łapiąc powietrze.
– On ma różdżkę! – krzyknął ktoś, zupełnie niepotrzebnie, bo ślizgon już wykonywał okrężne ruchy ręką, dzięki czemu odbijał wszystkie ciśnięte weń zaklęcia. Zamknięta przestrzeń okazała się w tym wypadku dodatkowym plusem, bowiem czary całkiem losowo uderzały niczego niepodejrzewających rzucających. Żaden z napastników nie posunął się do Avady Kedavry – najprawdopodobniej szybko zrozumieli, że klątwa zabijająca natychmiast umniejszy ich liczebność i zmniejszy szanse na wygranie starcia.
Przeciwnicy nie radzili sobie najlepiej, ponieważ pełne gracji zaklęcia co rusz posyłały ich na ziemię – obrywali głównie przez własną agresję. Albus słyszał dobiegającą z tyłu szamotaninę, ale nawet pośród chaosu wychwycił, że przyjaciele radzą sobie całkiem nieźle. Jakby nie patrzeć, chronili również jego plecy.
Smugi światła rozproszyły się w okamgnieniu, więc przeszedł do ofensywy. Gdy zostało mu dwóch oponentów, cisnął w nich klątwą niszczącą, a potem skorzystał z okazji i pozbawił przytomności. Wygrawszy starcie, spojrzał na swe dzieło z dziką satysfakcją, wracając wspomnieniami do potyczek w ciasnych azkabańskich korytarzach. Owszem, odniósł wówczas sukces, ale w dzwonnicy wykonał o wiele lepszą robotę. Chociaż wiedział, że w gruncie rzeczy nie miał na to czasu, poświęcił chwilę na zastanowienie się nad możliwymi słowami pochwały z ust Sancticusa.
Odwrócił się i zobaczył, że przyjaciele wciąż stoją na nogach, chociaż wyglądają na zmęczonych. W przeciwieństwie do niego nie napotkali większego oporu, o czym świadczyła niewielka liczba pokonanych przeciwników. Malfoy był ranny – spomiędzy rozdartych na ramieniu szat sączyła się świeża krew.
– Czekaj, spróbuję… – zaczął, ale przyjaciel się cofnął.
– Wszystko w porządku, ot otarcie. Co ważniejsze, powinniśmy stąd spadać.
Morrison skinął głową, cały i zdrowy. Najwyraźniej przebranie zapewniło mu kilka dodatkowych sekund, których nie miał Scorpius.
Albus rzucił mu przepełnione dumą spojrzenie.
– Przedstawienie, które odegrałeś, było po prostu mistrzowskie, stary…
– Wstrzymaj się z zachwytem. – Uśmiechnął się Vincent, a potem machnął ręką. – Peany możesz wygłaszać, gdy będziemy już bezpieczni, dobrze?
Brunet przytaknął, po czym się odwrócił, w pełni przygotowany do wyprowadzenia chłopców z labiryntu.
– Najprawdopodobniej będziemy mieli towarzystwo – podsumował.
– Może powinniśmy ich tutaj zwabić? Moglibyśmy wykorzystać zamkniętą przestrzeń na naszą korzyść – zasugerował Malfoy.
– Zaryzykowanie utknięcie w podziemiach raczej nie jest najlepszym pomysłem. Lepiej będzie po prostu walczyć.
Scorpius rzucił mu kontemplacyjne spojrzenie, wciąż trzymając się za zranione ramię. Gdy minęła chwila, zdołał się opamiętać, bo niemal leniwym krokiem ruszył przed siebie, razem z Morrisonem u boku.
Albus chciał podążyć za przyjaciółmi, ale właśnie wtedy o czymś sobie przypomniał. Stąpając po ciałach pokonanych przeciwników, znalazł tego, którego szukał. Bozen wciąż był przytomny i jęczał z bólu, trzymając się za żebra, ale mimo to uklęknął przy nim i przegrzebał mu szaty. Wyciągnąwszy różdżkę Aresa, schował ją w bezpiecznym miejscu, po czym wycelował swoją w twarz mężczyzny.
– Odzyskałem, co mi odebrałeś – powiedział gwoli wytłumaczenia i, wzorem pozostałych, pozbawił go przytomności. – W porządku. – Wstał i odwrócił się do przyjaciół. – Okej, trzymajmy się razem… – urwał wpół zdania, usłyszawszy osobliwy dźwięk, a mianowicie niski, dudniący szum, stłumiony przez odległość od centrum. Echo rozchodziło się po podziemiach, przez co odniósł dziwaczne wrażenie, że ściany drżą. Zdekoncentrowany, wbił w chłopców zakłopotane spojrzenie.
– Myślę, że to dzwon – stwierdził Scorpius, zaś Morrison zmarszczył w zamyśleniu brwi.
Albus z trudem przełknął ślinę, zastanawiając się nad możliwościami. Czy pozostałe na górze diabły wezwały posiłki, bo usłyszały hałas dochodzący z podziemi? Zawsze istniała też opcja, że dzwon działał niezależnie od woli i interesów Diablego Aliansu, a przez to był po prostu sygnałem ostrzegawczym dla mieszkańców Toksycznego Kamieniołomu…
– Powinniśmy się zbierać – podsumował po chwili Morrison i ruszyli przed siebie. Nie odzywali się ani słowem, wciąż skoncentrowani na dźwięcznym brzmieniu, który towarzyszył ich każdemu tuzinowi stawianych kroków.
– Cokolwiek się tutaj wyprawia, to nie nasza sprawa – rzucił do przyjaciół, kiedy skręcili za róg. – Musimy dostać się do Marksona. On przecież wie, gdzie…
– Słyszeliśmy, stary. – Malfoy przewrócił oczami. – Niemniej jednak najpierw skupmy się na odnalezieniu drogi ucieczki.
To stwierdzenie nie mogło paść w lepszym momencie, ponieważ właśnie dobiegli do rozwidlenia, przez co przystanęli w miejscu.
– Czy się rozdzielamy…? – Vincent zmarszczył brwi.
– W żadnym wypadku – powiedział stanowczo blondyn, jakby chcąc odpokutować wcześniejszą pomyłkę. – Chodźmy, zapamiętałem drogę.
Albus nie dyskutował, gdyż nie miał pewności, skąd przyszli. Zamiast tego, został w tyle z Morrisonem i obserwował, jak Scorpius w pośpiechu prowadzi ich przez labirynt korytarzy – trzykrotnie się zatrzymał w połowie przejścia, żeby zawrócić i poprowadzić ich inną drogą. Miał właśnie wyrazić swój sceptycyzm, gdy serce zabiło mu mocniej. Tuż przed nimi wyłoniły się schody na piętro. W ostatecznym rozrachunku okazało się, że przez cały ten czas szli w dobrym kierunku.
– Wyciągnijcie różdżki – powiedział, przekonany, że po wejściu na górę będą zmuszeni do walki z pozostałymi nań czarodziejami. Malfoy wciąż prowadził, przeskakując po dwa stopnie naraz, ale kiedy Albus dołączył do niego na szczycie, również przystanął ze zdezorientowaną miną.
– Gdzie są wszyscy…? – Morrison zmarszczył brwi, kiedy nadrobił zaległości.
Nie sposób było zaprzeczyć, że przyjaciel zapytał o najważniejsze. Sala, w której odbyło się zebranie, świeciła pustkami, z wyjątkiem odsuniętych od stołu krzeseł, w części nawet przewróconych, co jasno wskazywało, iż niektórzy w popłochu wybiegli na zewnątrz.
Bicie dzwonu był głośniejszy niż wcześniej, więc najprawdopodobniej miał rację – wydarzyło się coś, co wymagało pilnej interwencji, zaś powtarzający się dźwięk był sygnałem alarmowym…
Wtem w głowie mignęło mu wspomnienie, ale zanim zdążył się odezwać, Scorpius i Morrison pospieszyli w kierunku drzwi wyjściowych. Nie mając innego wyboru, podążył za nimi. W międzyczasie zastanawiał się, w jaki sposób ta niespodzianka skomplikuje mu wszystkie plany.
Ściana, będąca barierą ochronną, wciąż stała na swoim miejscu, nietknięta i niewzruszona. Albus wyszedł na zewnątrz tuż za przyjaciółmi i ledwo zamrugał, a do jego uszu dotarły odgłosy powszechnego zamieszania, głównie pełne paniki okrzyki oraz trzaskanie drzwiami.
We trójkę zastygli w bezruchu, patrząc na ekspresowe opustoszenie osady, czego pierwszym zwiastunem była dwójka boso biegnących dzieci, które wyglądały, jakby szukały schronienia w okolicznych domach – niezwykle rzadki widok. Gdy ocknęli się z szoku, zwrócili uwagę na rozłożonego niedaleko nich straganiarza, który w olbrzymim pośpiechu zakrywał swoje towary długą, brązową płachtą. Kiedy ostatni spacerowicze zniknęli z pola widzenia, dotąd ruchliwa ulica wymarła na dobre.
Albus wymienił krótkie spojrzenie z Morrisonem i Scorpiusem, ale postanowił wstrzymać się ze słownym osądem, wsłuchując się w monotonny dźwięk dzwonu. Drgnął, dopiero kiedy w oddali zobaczył coś równie niecodziennego.
Zaciekawiony ewenementem, zrobił kilka kroków naprzód, a następnie uniósł do góry rękę, chcąc osłonić się przed promieniami słonecznymi. Zmrużywszy oczy, wbił wzrok w pustą, zakurzoną, wybrukowaną dróżkę i spróbował zidentyfikować zbliżającą się do dzwonnicy połyskującą postać. Sapnął, rozpoznawszy czarodziejskiego posłańca, używanego do przekazywania spersonalizowanych wiadomości. Nie wiedział skąd, ale miał stuprocentową pewność, że tym razem patronus ostrzegał całe miasteczko przed nadchodzącym konfliktem.
Zignorowawszy ślizgonów, srebrny jeleń minął ich w okamgnieniu.
