18. Nierozerwalne więzi
Albus ślizgał się po zwilżonej trawie, dzięki czemu parł do przodu niczym szalony, zmierzając prosto ku drzwiom. Stawiane przez przyjaciół kroki odbijały się za nim echem, ale nie spoglądał wstecz. Zamiast tego, wciąż uważnie obserwował otoczenie, aby mieć pewność co do elementu zaskoczenia.
Zazwyczaj myśl o zainicjowaniu pełnych przemocy działań napawała go odrazą, jednakże teraz zniesmaczenie zostało zastąpione zastrzykiem adrenaliny i dreszczykiem emocji, których podłoża nie mógł zrozumieć – kierował się pierwotnym, drapieżnym instynktem, napędzany perspektywą przeprowadzenia udanego szturmu, którego szala przechylała się w stronę wielkiego sukcesu, zwłaszcza że wciąż nie zaalarmował wroga.
Zatrzymał się dopiero przed lekko uchylonymi w jakby zapraszającym geście drzwiami i przygotował się do wyprowadzenia ataku. Stuknął w nie różdżką, rozkoszując się falą usłyszanych sapnięć, zapowiadających początek bitwy.
Nie zwróciwszy uwagi na rozmiary pomieszczenia, od razu przystąpił do ataku. Wycelował w pierwszą osobę, którą zobaczył, a mianowicie w mężczyznę, który przed momentem wszedł do chatki. Zaklęcie niszczące w sekundę powaliło przeciwnika na ziemię, ale nie powstrzymało jego towarzyszy przed wystrzeleniem pomarańczowej smugi.
Klątwę zablokował Scorpius. Albus kątem oka dostrzegł, że przyjaciel wykonał nadgarstkiem skomplikowany ruch okrężny, a dwaj agresorzy zderzyli się ze sobą niczym szmaciane lalki.
– Zaczekajcie na mnie! – Usłyszał krzyk z dworu, ale nie poświęcił nawet chwili na rozważenie pozycji Morrisona. Zamiast tego skupił się na osiągniętej dotąd przewadze. Trzech czarodziejów leżało na podłodze, tak więc zostało im pięciu do pokonania – jeden z diabłów ukrył się w cieniu drzwi prowadzących do następnego pokoju i ewidentnie czekał na dobrą okazję.
Dokonawszy szybkiego rozeznania w terenie, doszedł do wniosku, że wnętrze domku w całości służyło za składzik, bowiem standardowe umeblowanie ograniczało się wyłącznie do średniej wielkości drewnianego stolika. W rogach pomieszczenia stały skrzynie z różnokolorowymi eliksirami, ułożone jedna na drugiej w dość uporządkowany sposób. Machnął różdżką w kierunku fiolek z fioletową miksturą i cisnął nimi w stronę przeciwnika, który był w połowie wypowiadania inkantacji. Gdy ten oberwał, z wrzaskiem upadł na ziemię, jego ciało zaczęło się dymić, a skóra topić.
Albus nie poświęcił mu więcej uwagi, skupiony na następnym ruchu. Uniósł różdżkę, aby przyjąć pozycję obronną, a następnie patrzył, jak wróg się przewraca, oszołomiony przez Morrisona. Skorzystawszy z zamieszania, dwóch diabłów przewróciło stół, zapewniając sobie prowizoryczną tarczę – zaczarowali go w zmyślny sposób, żeby odbijał lecące nań zaklęcia; mimo utrudnień Scorpius wciąż miotał czarami jak szalony. Brunet cisnął ogłuszaczem, który niefortunnie zderzył się w lecie z przekleństwem przyjaciela i zrobił dziurę w ścianie.
– Na zewnątrz, na zewnątrz! – Zobaczywszy nowo powstałą wyrwę, dotąd skryty za stołem mężczyzna wstał.
Ślizgon nie miał żadnych wątpliwości, że wrogowie postanowili się wycofać. Z doświadczenia wiedział, że podobne miejsca otoczone są urokami ochronnymi, więc zareagował instynktownie. Skupiwszy się na zaklęciu reperującym, wycelował w otwór i, choć nie rzucił go perfekcyjnie, osiągnął pożądany efekt. Leżące na ziemi drewniane odłamki natychmiast wystrzeliły w powietrze i ponownie stworzyły ścianę, blokując drogę na dwór. Gdy jego ucieczka została udaremniona, diabeł zawył z niemocy, a chwilę później upadł na ziemię, obezwładniony przez grube sznury wyczarowane przez Scorpiusa.
Vincent również nie próżnował, walcząc z czarodziejem i czarownicą, którzy przewrócili stół i niemal stepowali, próbując dosięgnąć go choć jedną klątwą – zadanie utrudniała im przede wszystkim pozycja. Albus wykorzystał ich rozproszenie i pospiesznie ominął przeszkodę, aby podejść od tyłu i ogłuszyć przeciwników.
Na nogach utrzymał się tylko skryty za drzwiami mężczyzna, który opuścił swą kryjówkę, widząc porażkę towarzyszy. Zanim zdążył wyprowadzić atak, został rozbrojony przez Morrisona, a dobrze wymierzone zaklęcie potknięcia Malfoya powaliło go na ziemię, gdy próbował wyjść na zewnątrz przez drzwi; podczas upadku wykonał salto w przód, które sprawiło, że włosy zasłoniły mu twarz.
– Wygraliśmy – podsumował blondyn, gdy rozejrzał się po pomieszczeniu.
Wszyscy członkowie Diablego Aliansu zostali wyeliminowani z walki i obezwładnieni, więc brunet, nie chcąc niepotrzebnie kusić losu, podszedł do najbliżej leżącego czarodzieja i przetrzepał mu szaty. Gdy znalazł różdżkę, odrzucił ją na bezpieczną odległość.
– Ostrożności nigdy za wiele – powiedział. – Sprawdź, czy jest tu coś więcej – dodał do Scorpiusa, który posłusznie skinął głową i przeszedł nad ciałem ostatniej ofiary. – Zabierzmy im różdżki – rzucił do Morrisona, który przykucnął przy najbliższym mężczyźnie – tym uderzonym skrzynią z eliksirami – i bez większych ceregieli zaczął go przeszukiwać.
Gdy skończyli, postarali się, żeby broń znalazła się za drzwiami. Zmarszczywszy brwi, Albus ocenił wykonaną pracę oraz zastanowił się nad następnym krokiem. Zgodnie z jego oczekiwaniami, nie zastał tutaj Darvy'ego. Oczywiście, to nie znaczyło, że był poza zasięgiem…
– Nie znalazłem niczego podejrzanego – powiedział blondyn, kiedy wrócił z rekonesansu. – Chatkę przeorganizowano na kształt magazynu. Wnioskując po horrendalnej liczbie zgromadzonych eliksirów, przygotowywali się na jakąś większą akcję.
– Cóż, zdusiliśmy to przedsięwzięcie w zarodku – podsumował bezdusznie, po czym machnął różdżką i uniósł w powietrze poturbowaną czarownicę.
– Co robisz? – Scorpius uniósł brwi.
– Musimy przesłuchać tych ludzi – odparł i zaklęciem przygwoździł kobietę do ściany naprzeciwko.
– Wszystkich? – zapytał Morrison, ciągnąc jednego z mężczyzn.
– Oczywiście, ale po kolei, do momentu, aż dowiemy się, który to Markson… – urwał, usłyszawszy ciche skomlenie, po czym zwrócił uwagę na czarodzieja, który oberwał zaklęciem potknięcia. Zacznijmy od tego, postanowił i doń podszedł, chwycił za kołnierz szaty i podźwignął go na kolana – miał szpiczastą brodę i niechlujnie rozchylone usta, przez co przypominał psidwaka.
– Który z was to Markson?
– Marksona nie ma – odpowiedział nieznajomy, podczas gdy Albus nie spuszczał z niego wzroku, szukając charakterystycznych oznak kłamstwa. Niestety, przesłuchiwany nie spojrzał na nikogo innego.
– Kim więc jesteś? – zapytał Morrison, wyrzucając na drzwi jeszcze dwie różdżki.
Mężczyzna się zawahał.
– Ja…?
Vincent zachichotał, a potem podszedł bliżej.
– Ano, ty.
– Rookwood – wykrztusił, a chłopcy unieśli brwi w zdziwieniu. – Augustus Rookwood!
– Czy to prawda? – Albus spojrzał na Scorpiusa, ale ten, oparty plecami o ścianę, pokręcił jedynie głową.
– Tak, przecież mówię…
– Cóż, prawdę powiedziawszy, poznaliśmy już Augustusa Rookwooda – wytłumaczył spokojnym tonem, a w oczach czarodzieja zaiskrzył strach. – Nie jesteś osobą, za którą się podajesz.
– To znaczy…
Nie tracąc czasu na wysłuchiwanie następnych kłamstw, ślizgon szarpnął za wciąż trzymany kołnierz i, używając siły fizycznej, przygwoździł mężczyznę do ściany. Gdy go w końcu puścił, dobył różdżki.
– Bez zastanowienia sprzedajesz swoich kolegów, Markson? – zapytał, kiedy połączył wszystkie kropki. – Nic dziwnego, że ucinasz sobie z Darvym pogawędki. Macie ze sobą naprawdę wiele wspólnego…
– Zaczekaj! – Mężczyzna nawet nie zaprzeczył. Zamiast tego, uniósł obronnie ręce. – Odpowiem na wszystkie twoje pytania…
– Gdzie jest Darvy? – Albus był niewzruszony.
– Nie wiem, ale…
– Niech cię szlag, Markson. – Usłyszeli chłodny, wyniosły głos, a kiedy odwrócili się w kierunku jego źródła, zobaczyli, że do rozmowy włączył się oszpecony przez eliksir diabeł. Chociaż był mocno poraniony, zdołał podeprzeć się na rękach. Skóra wokół jego dolnej części szczęki i górnej tułowia została poparzona i sczerniała, ale to nie powstrzymało go od komentarza. Gdy się odzywał, ze wzburzenia opluł podłogę. – Gdy wróciłeś, powiedziałeś nam, że Prawa Ręka ma plan! Łgałeś czy mówiłeś prawdę?
– Cisza! – Morrison uniósł nań różdżkę.
– Plan…? – Scorpius oderwał się od ściany, sprawiając wrażenie zdezorientowanego.
Chociaż nie powiedział tego na głos, Albus również był zdziwiony. Ostatecznie odwrócił się do przesłuchiwanego z wysoko uniesionymi brwiami.
– O czym on mówi? – zapytał. – Gdzie byłeś?
Markson wyglądał na bliskiego omdlenia. Skulił się pod ścianą i z desperacją co rusz spoglądał w kierunku drzwi, zupełnie jakby przygotowywał się do ostatniego zrywu. Z nerwów zaciskał również szczękę, jak gdyby rozważał powiedzenie czegoś na swoją obronę.
Aby wybić mu z głowy myśli o ucieczce, brunet go spoliczkował.
– Co się dzieje? – zapytał, nie wiadomo skąd, przestraszony.
– Nic…
Wtem niespodziewanie poparzony mężczyzna wybuchnął ponurym, dudniącym śmiechem, a Morrison, najprawdopodobniej wyczuwając zmianę nastrojów, strzelił w niego zaklęciem oszałamiającym. W pokoju ponownie zapadła cisza, aczkolwiek złowieszczy chichot wciąż wisiał w powietrzu.
Brunet przykucnął obok Marksona, zesztywniały z nerwów. Czubkiem różdżki uniósł podbródek mężczyzny w ten sposób, że teraz patrzyli sobie w oczy.
– Gdzie byłeś? Skąd wróciłeś? – zapytał i z trudem powstrzymał drżenie rąk. – Odpowiedz! – dodał stanowczym tonem, a następnie wymierzył mu policzek, tym razem tak mocny, że diabeł się przewrócił.
– Stary… – zaczął Scorpius, ale został zignorowany.
Albus czuł, że coś jest nie w porządku. Markson zrobił wcześniej coś na tyle strasznego, że teraz bał się zdradzić najdrobniejszy szczegół. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały, że drżał przed konsekwencjami wyjawienia prawdy…
I kiedy o tym pomyślał, mężczyzna się złamał. Powoli podniósł głowę i wykrzywił wargi, przez co do ust wpadła mu płynąca z nosa krew.
– Z domu, wróciłem z domu! – krzyknął i pozwolił sobie na cichy płacz.
– Jakiego domu? – drążył brunet, podczas gdy jego przyjaciele zamilkli, porażeni powagą sytuacji. – No mów, dalej!
– Z tego dużego, o którym nam mówiła!
Albus zamarł, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
– Co powiedziałeś…? – zapytał szeptem.
– Wróciłem z tamtego domu!
– Kto ci o nim opowiadał…?
– Czarnowłosa dziewczyna, która poszła twoim tropem! – wyznał diabeł i wybałuszył ze strachu oczy.
Ślizgon warknął, szorstko chwycił Marksona – jedną ręką na kołnierz, a drugą za włosy i, nie przejmując się jego jękami czy dyskomfortem, zaczął ciągnąć go na zewnątrz. Serce waliło mu niczym młotem, niemal zagłuszając wszystko inne.
– Zaczekaj! – zawołał Scorpius, zaś Morrison faktycznie wkroczył do akcji i zablokował mu drogę, ale Albus odepchnął kolegę ramieniem, nawet na sekundę nie puściwszy kruczych kosmyków.
– Zostańcie tutaj. Pilnujcie, żeby reszta nie uciekła – nakazał przyjaciołom. – Niech nikt się nie rusza – dodał nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Stary…
– ZOSTAŃCIE W CHACIE!
Wyszedł na dwór, niepewny swego celu, aczkolwiek nie chciał, by ktoś był świadkiem dalszej części przesłuchania. Wkroczył w ciemność, bowiem w międzyczasie zapadł wieczór. Świeże powietrze nie przyniosło mu żadnego ukojenia. Miał wrażenie, że wszedł prosto w płomienie, których nie sposób ugasić, zwłaszcza że umysł co rusz zalewały mu fale następnych myśli – jedna była gorsza od drugiej, każda równie dotkliwa i paląca, niczym sól wysypana na żywą ranę…
– Agh, niee, niee… – mamrotał Markson, próbując wyszarpnąć się z uścisku, ślizgając się po trawie, ale nadaremnie, bowiem ślizgon był zbyt skupiony na wcześniej usłyszanych słowach, aby po prostu go puścić.
Zobaczywszy masywny pień zaledwie kilka stóp dalej, przygwoździł doń ofiarę, po czym wyciągnął różdżkę i wyczarował grube liny, które natychmiast oplotły mężczyznę w pasie, związały mu za plecami ręce i przytrzymały w miejscu głowę, prawie go paraliżując.
– Gdzie ona jest? – krzyknął i chociaż było to dopiero pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy, na końcu języka miał tysiące kolejnych.
– Agh! – Sznury uniemożliwiały mężczyźnie składną mowę, ale Albus nie zrobił nic, aby poluźnić mu więzy – jeżeli chciał się wydostać, musiał udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi. – Aa, nie wiem…
– Gdzie byłeś? Gdzie byłeś?
Podczas gdy Markson wciąż się rzucał, wybałuszając w niebo oczy, chłopiec doszedł do wniosku, że nie prezentuje wystarczająco stanowczej postawy. Przez chwilę rozważał odwrócenie się i oszacowanie dystansu od chatki, ale zrezygnował z podobnego pomysłu, kiedy usłyszał zdecydowany, mrożący krew w żyłach głos.
Zrób to.
– Crucio!
Przesłuchiwany wrzasnął, ale nieważne, jak bardzo się miotał, więzy przytrzymywały go w miejscu. Wyglądał, jakby stanął w ogniu, a makabrycznego widoku dopełniała lejąca się z nosa krew, zalewająca mu usta i uniemożliwiająca zaczerpnięcie oddechu.
– Crucio! Crucio! Crucio!
Każda klątwa dokładała mu cierpienia, podrażniała układ nerwowy i powodowała coraz to większe spustoszenie w organizmie. Krzyczał ile sił w płucach, aż prawie ochrypł, dostał oczopląsu i, mocząc spodnie, przestał kontrolować reakcje swojego ciała.
Albus beznamiętnie patrzył na jego zawodzenie i nie przerwał zaklęcia, dopóki nie rozbolały go uszy. Uklęknął przy zwiotczałym czarodzieju i potrząsnął nim tak gwałtownie, że został opryskany kilkoma kroplami krwi.
– Mów! – zażądał. – Gdzie byłeś? Gdzie ona jest? Gdzie?! – Nie otrzymawszy odpowiedzi, wymierzył więźniowi cios prosto w szczękę, wybijając mu kilka zębów. Jeden z nich skaleczył go w rękę, ale nie zwrócił na to większej uwagi, zbyt pochłonięty swym dziełem. Nie czuł bólu, czy spowodowanego zranieniem dyskomfortu; prawdę powiedziawszy, nie wiedział, co czuł, ponieważ zupełnie się zatracił. Nie zaprzestał przesłuchania, a wręcz przeciwnie – utraciwszy nad sobą kontrolę, wymierzał cios za ciosem, stopniowo zwiększając nacisk dłoni na obojczyk ofiary. Wyżywał się na każdym centymetrze ciała, który widział. – Mówże! – sapnął, nie rejestrując nawet własnych łez, a potem złapał mężczyznę za szyję i zaczął go dusić. Nie wiedział, w jaki sposób przyniesie mu to odpowiedzi, których szaleńczo potrzebował, ale wciąż wzmacniał uchwyt, wyciskając z przesłuchiwanego życie.
Mocniej. MOCNIEJ!
Usłuchał polecenia i wbił paznokcie w posiniaczone gardło, a kiedy zobaczył, że ten dosłownie walczył o oddech, obnażył zęby. Im mocniej zaciskał dłonie na krtani, tym bardziej wilgotniały mu policzki. Twarz Marksona w końcu zrobiła się purpurowa, ledwo rozróżnialna z powodu wszechobecnej gęstej, ciemnoczerwonej mazi, lecz mimo to nie przestał podduszania. Głos w jego głowie ciągle coś mówił, ale słowa rozchodziły się echem, przez co były praktycznie nie do rozróżnienia, blokowane również przez dzwonienie w uszach. Co dziwaczne, w miarę rosnącego zaangażowania, powoli opadał z sił, zupełnie jakby razem z życiem diabła pozbawiał się wszelakiej energii…
Wtem oberwał w tył głowy, wystarczająco mocno, aby się zatoczył i prawie przewrócił na ziemię, a do jego uszu dotarł zduszony jęk Marksona. Z morza różnorakich dźwięków wyłowił jeszcze jeden – niezwykle ostry i szorstki, przywracający do porządku, a zarazem jakże znajomy głos.
– Co ty, do jasnej cholery, wyprawiasz? – Scorpius był blady z szoku, co potęgowało światło wschodzącego księżyca. Zazwyczaj opanowany, teraz wręcz kipiał ze wściekłości. – Co ty wyprawiasz? – powtórzył z niedowierzaniem, a potem wykrzywił w dezaprobacie usta. Na przemian mierzył wzrokiem to Albusa, to zmasakrowanego Marksona, leżącego płasko na ziemi i niezdolnego do mówienia.
– On nie chce odpowiadać na pytania! Milczy i odmawia współpracy… – argumentował, wciąż płacząc; potem przetarł twarz.
– Są inne sposoby na zdobycie informacji – podsumował stanowczo przyjaciel, świdrując go zmartwionym wzrokiem. Stojąc przed nim i się dumnie wymądrzając, przywodził mu na myśl Charliego Eckleya – wysnuwał wnioski i dokonywał spostrzeżeń, chociaż nie rozumiał, co należy zrobić. – W składziku leży dwadzieścia skrzyń z veritaserum. – Scorpius wskazał dłonią na chatkę, a brunet zrozumiał, że najprawdopodobniej usłyszał zamieszanie na zewnątrz i postanowił sprawdzić, jak się sprawy mają; Morrison z kolei z pewnością pozostał w domku i pilnował pojmanych czarodziejów. Co ciekawe, chociaż nie byli daleko od kwatery, widzieli ją pod kątem. Wtem uświadomił sobie, że w amoku wciągnął Marksona na umiarkowanie strome wzgórze.
– To bez znaczenia – powiedział, a wypływająca z tych słów prawda doprowadziła go niemal do szału. – To bez znaczenia – powtórzył dla podkreślenia powagi sytuacji. – On milczy, nie zdradził mi żadnych nazwisk. Żeby się czegoś dowiedzieć, musiałbym zobaczyć to na własne oczy… – urwał, gdy wpadł na idealne rozwiązanie.
Nie wiedział, dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej, ale przecież był sposób, żeby zagłębić się w czyjś umysł i doświadczyć minionych wydarzeń niemal z pierwszej ręki. Aby ruszyć dalej, musiał poznać prawdę.
Odwrócił się gwałtownie i wycelował różdżką w Marksona, który wciąż był na granicy życia i śmierci. Zignorował też nagły ruch ze strony przyjaciela i wyszeptał inkantację.
– Legilimens!
W momencie został przytłoczony mieszaniną kolorów i kształtów, z sekundy na sekundę tworzących zbiór coraz to bardziej przejrzystych, migoczących wspomnień. Uczucie było podobne do poprzednich razów – widział swoją różdżkę, źdźbła trawy pod stopami, a nawet skulonego pod drzewem mężczyznę z zaciśniętymi oczami. Zaklęcie sprawiło też, że Scorpius znieruchomiał wpół kroku, niemniej jednak nie poświęcił mu zbytnio uwagi, zbyt skupiony na obrazach, które zmaterializowały się wokół niego.
Mimo że po prostu stał, czuł się, jakby pływał w morzu wspomnień, które raz za razem, prezentując szczegóły, zalewały go nowymi falami. Chociaż koncentrował się na aktualniejszych wydarzeniach, widział i doświadczał rzeczy, które nie miały żadnego znaczenia – przyglądał się starszemu czarodziejowi siedzącemu na ławce w parku, obserwował huśtające się na huśtawce dziecko, a nawet zakupy w sklepie spożywczym. Zacisnąwszy usta, dokonał selekcji echa, niczym mędrzec wertujący strony masywnej księgi z nieuporządkowanymi, luźnymi opowiadaniami, szukając wizualnej wskazówki.
Nie to, następne…
Jego serce niemal stanęło, kiedy zobaczył siedzącą na krześle dziewczynę ze związanymi rękoma i pustym wyrazem twarzy. Kruczoczarne włosy opadły jej na twarz niczym źle skrojona zasłona, a szare oczy wyglądały na zaszklone, a nie skupione. Albus zacisnął usta, podczas gdy Mirra wbrew swojej woli zdradzała wszystkie jego sekrety. Wtem z ciemności wyłoniły się dwie ręce i złapały oparcie krzesła; towarzyszył im maniakalny uśmieszek oraz elektryzujące niebieskie oczy. Ślizgon spanikował na widok Sebastiana Darvy'ego i zareagował po prostu instynktownie – rzucił się do przodu z zamiarem złapania dziewczyny za rękę i wyciągnięcia jej ze wspomnienia, ale właśnie wtedy scena się rozmyła. Znów wpadł w wir kolorów i kształtów, pośrodku wielu ech.
Część z nich rozpoznał. Zobaczył przód domowej rezydencji, usłyszał krzyki rodziny, był świadkiem wściekłej motaniny zaklęć, aż w końcu obserwował, jak James pojedynkuje się z zamaskowanym czarodziejem na schodach prowadzących na piętro…
Zamrugał i znalazł się na zewnątrz, gdzie przez chwilę z przerażeniem patrzył, jak Hagrid łapie jednego z napastników od tyłu, unosi w powietrze niczym szmacianą lalkę, aby ostatecznie złamać mu na kolanie kręgosłup…
Świat ponownie zawirował, aczkolwiek pozostał w tej samej scenerii. Z niemocą obserwował czołgającego się po podłodze zapłakanego Hugona, którego rozszarpana noga obficie krwawiła; wyglądał na okaleczonego na zawsze. Wtem podbiegł do niego wujek Charlie, podniósł i przeniósł do innego pokoju, gdzie na krześle siedziała zastygła w bezruchu pani Astoria, cała i zdrowa, aczkolwiek w stanie ciężkiego szoku. Albus mimowolnie się zastanowił nad powodem owego stanu rzeczy, ale następna scena rozwiała wszelkie wątpliwości.
Lucjusz Malfoy leżał martwy w salonie. Oczy miał szeroko otwarte, a długie blond włosy rozsypane po dywanie. Upadając, wypuścił z dłoni różdżkę, bowiem ta leżała tuż obok jego ręki. Nie sposób było zaprzeczyć, że swe ostatnie chwile spędził na walce z Diablim Aliansem, chroniąc tym samym Potterów i Weasleyów, których dotąd nie darzył dużą sympatią. Była to ostatnia scena w sekwencji, którą obejrzał, lecz mimo to ponownie zagłębił się w umysł Marksona, wracając do pierwszego wspomnienia.
Mirra wciąż siedziała przywiązana do krzesła, nieświadoma spustoszenia, które miało nastąpić, ale gdy ciemność za nią wyparowała, echo nabrało ostrości. Okazało się, że była przetrzymywana w białym, nieumeblowanym pokoju.
Oczywiście, nie była tam sama, zaś stojący z tyłu Darvy był bardzo zadowolony z postępów przesłuchania. Właśnie wtedy brunet uzmysłowił sobie, że wcielił się w Marksona, który trzymał wyciągniętą różdżkę, w pełni przygotowany do rzucenia klątwy…
– Nie. – Głos czarnoksiężnika przypominał podwodny bulgot. Mimo utrudnienia wciąż dało się go zrozumieć. – Chłopak musi to zobaczyć i się zjawić… – powiedział, po czym diabolicznie się roześmiał. Scena zaczęła się rozmazywać, ale złowieszczy chichot wciąż był niesiony przez echo…
– Nie! – krzyknął Albus, wypchnięty ze wspomnień, a kiedy wrócił do rzeczywistości, odkrył, że bezwiednie zamknął oczy. – Nie, nie…
– Co zobaczyłeś…? Legilimencja zadziałała…?
Opadł na kolana, przetwarzając wydobyte z Marksona informacje. Po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył, a potem ogarnęło go po stokroć gorsze odrętwienie, odbierające siły i zdrowy rozsądek. Uczucie niemocy i bezradności było po prostu przytłaczające oraz druzgoczące.
– Co się stało…? – Scorpius chwycił go za ramiona, celem doprowadzenia do względnego porządku, ale Albus nie potrafił się ogarnąć. Zacisnąwszy usta, wbił w niego zapłakane spojrzenie.
– Dorwali… dorwali Mirrę…
Blondyn wciągnął ze świstem powietrze, a potem wydał z siebie odgłos pomiędzy szlochem a czkawką. Uklęknął obok i wzmocnił uchwyt. Gdy podniósł głowę, miał załzawione oczy.
– W jakim sensie…?
– Dorwali Mirrę, musiała się poddać… Powiedziała im, gdzie… Podali jej eliksir prawdy… – wybełkotał mało składnie.
– Co im powiedziała? – zapytał przyjaciel, brzmiąc, jakby chciał przynieść mu ukojenie, ale nie radził sobie z własnym zmartwieniem. – Co zobaczyłeś, Albusie…?
– Wszystko i wszystkich – odparł pełnym żałości tonem. – Widziałem Hugona, jego noga była… Hagrid też walczył… Och, Scorpiusie… – urwał, niezdolny do wyjawienia prawdy. Czując się naprawdę paskudnie, wbił w niego współczujące spojrzenie, a potem wstrząsnął nim dreszcz, gdy kolega odsunął się na odległość ramion z wyrazem zdumienia zabarwionego przerażeniem.
– Co zobaczyłeś…? – spytał słabym głosem. – Czy widziałeś, jak moja matka…? – dodał, kiedy brunet spuścił wzrok i zapłakał.
Albus potrząsnął głową, coraz to mniej chętny do mówienia.
– W takim razie… mój dziadek…?
Odwrócił głowę, nie mogąc spojrzeć przyjacielowi w oczy. Zapatrzony w dal, poczuł, jak Scorpius go puszcza i zasłania usta dłonią. Gdy w końcu się przełamał, wyglądał na rozhisteryzowanego – miał załzawione oczy, trząsł się niczym w febrze i był zaczerwieniony.
– Przepraszam… – Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Na szczęście Scorpius ułatwił mu sprawę, bo nie oczekiwał niczego w rodzaju kondolencji – gdy się trochę opanował, opuścił rękę oraz potarmosił włosy.
Będąc świadkiem zdruzgotania przyjaciela, Albus zapłonął z wściekłości. Z prędkością światła odwrócił się do Marksona – człowieka, który wydawał się nieświadomy rozegranej sceny, a mimo to wciąż samolubnie trzymał się życia – oraz warknął pod nosem, dając upust gniewowi i rozgoryczeniu. Rozemocjonowany, znów przegrał wewnętrzną walkę i ruszył do przodu z zamiarem dokończenia dzieła. Zanim podszedł doń bliżej, został odciągnięty na bok przez Scorpiusa, którego twarz przybrała kamienny wyraz.
– Co? On to zrobił. Brał czynny udział w ataku na mój dom…
– Może, niemniej jednak jesteś w błędzie – odpowiedział mu z chłodem w głosie przyjaciel. – Nie na nim spoczywa cała odpowiedzialność, a na tobie.
Brunet się zagapił.
– Co takiego…?
– Jesteś winien tego ataku.
– Słucham? W żaden sposób się nie przyczyniłem do…
– Wręcz przeciwnie, wypierasz podstawowe fakty! – Malfoy znów się rozkleił. – Niczego nie rozumiesz. Darvy siedział na tyłku i po prostu czekał na twój ruch. Szukała cię cała zgraja ludzi, a wśród nich mój ojciec. Swoim widzimisię zmusiłeś do działania również Mirrę…
– Nie waż się zwalać winy na Mirrę…
– Mówię po raz trzeci, że to ty ponosisz całą odpowiedzialność – kontynuował, rozwścieczony do granic możliwości. – Jesteś powodem, dla którego dom świecił pustkami. Wszyscy dorośli czarodzieje zaangażowali się w akcję poszukiwawczą. Gdyby nie oblężenie Toksycznego Kamieniołomu…
– Nieprawda, to zupełnie inna kwestia – argumentował Albus, nie chcąc przyjąć do wiadomości nawet ziarnka rzucanych oskarżeń. – Okupacja Kakos to przedsięwzięcie na zdecydowanie większą skalę…
– TO WSZYSTKO ZOSTAŁO POD CIEBIE USTAWIONE! – wrzasnął jak nigdy wcześniej Scorpius, obnażywszy zęby. – Niczego nie rozumiesz! – powtórzył. – Szukanie zdolnych warzycieli, handel eliksirami, a nawet pozbywanie się ludzi mogących stanowić zagrożenie miało na celu odwrócenie uwagi. Naprawdę nie pojmujesz…? Darvy okazał się sprytniejszy, aniżeli sądziłeś. Kamieniołom był zwyczajną podpuchą. Och, może nie spodziewał się, że wybadasz trop, ale liczył na to, że podążysz jego śladem. Wiedział też, że ojciec będzie próbował sprowadzić cię z powrotem do domu. W ostatecznym rozrachunku okazałeś się doskonałym wabikiem. Zgodnie z planem, dzięki dyskretnie podstawionym wskazówkom, przybyłeś do Kakos i tym samym zaprosiłeś tu swojego tatę. – Wziął głęboki oddech. – Najwyraźniej Darvy zna cię równie dobrze, co ty jego. Facet wiedział, że Harry Potter zjawi się w Kamieniołomie, bo wciąż BĘDZIE CIĘ SZUKAŁ!
Brunet nie odpowiedział na zarzuty, a każde wypowiedziane przez przyjaciela słowo dokładało mu cierpienia. W niewytłumaczalny sposób myśli o Mirze, Hugonie i wszystkich innych uleciały mu z głowy, ale tylko na chwilę, podczas której rozważył to, co powiedział przyjaciel.
Czy Toksyczny Kamieniołom naprawdę był pułapką…? Czy Darvy naprawdę tu wrócił wyłącznie dla podstępu…?
– Dlaczego? – zapytał, wciąż niedowierzając. – Czemu miałby posunąć się tak daleko?
– ŻEBY CIĘ ZRANIĆ! To oczywiste. Odkąd pamiętam, zawsze cieszyła go ludzka krzywda. Wyczekał momentu, aż twoi bliscy będą bezbronni i zaatakował – kontynuował blondyn. – Jesteś teraz winien śmierci mojego dziadka.
Scorpius zupełnie się załamał, więc Albus trochę się odsunął, dając mu potrzebnej przestrzeni i wciąż nie mogąc uwierzyć w misternie uknuty plan. Nie sposób było zaprzeczyć, że Darvy był okrutnym, pozbawionym kręgosłupa moralnego człowiekiem, a gdy bardziej się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że miejsce narodzin, czasy dzieciństwa i warzycielski talent również nie miały dlań większego znaczenia.
– Zabiłeś mojego dziadka – powtórzył przyjaciel, ukrywszy twarz w dłoniach.
– Cóż, może się o to prosił – odpowiedział, nie chcąc słuchać dalszych wywodów, czym zasłużył na pełne goryczy spojrzenie. – W końcu dopadła go przeszłość. To całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę ilość ludzi, których zamordował…
– Słucham…? – Chłopiec uniósł w niedowierzaniu brwi. – Nie wiesz, o czym mówisz…
– Och, dajże spokój. Nie jesteś przecież ignorantem. – Albus się skrzywił. – A może byłeś przekonany, że Lucjusz Malfoy był niższej rangi śmierciożercą? Albo kimś w rodzaju drobnego złodziejaszka? Facet mordował na potęgę…
– Zamknij się! To nieprawda!
– Odpowiadał za śmierć rodziców Idy Blackwood – zdradził, a przyjaciel zrobił krok wstecz, wyraźnie zagubiony we własnych myślach. – Nie wiem, czy wykonywał rozkaz, czy samodzielnie podjął decyzję, ale zabił jej najbliższych. Właśnie dlatego w szkole darzyła cię taką nienawiścią…
– AGH!
Urwał, ponieważ Scorpius rzucił się na niego z pięściami. Nie spodziewał się pierwszego ciosu, więc oberwał w brzuch, po czym się przewrócił. Upadł na trawę i zanim zdążył zareagować, został przygwożdżony do ziemi z zaskakującą siłą, bowiem blondyn usiadł na nim okrakiem.
Zdołał zablokować drugi cios, ale nie umknął trzeciemu – natychmiast poczuł przeszywający ból w szczęce. Rozwścieczony śmiałością przyjaciela, podniósł się do siadu, przez co ten chybił i uderzył w trawę. Wykorzystując chwilową przewagę, chwycił go za kołnierz, a potem solidnym kopnięciem zmusił do przewrócenia się na glebę.
Skorzystawszy z niedyspozycji przeciwnika, skoczył na równe nogi, jednakże kolega szybko się pozbierał i ponownie zamachnął. Uchyliwszy się przed uderzeniem, które musnęło mu wierzch dłoni, przeszedł do ataku, celując w klatkę piersiową. Upadając, Scorpius złapał go za ramię.
Albus postanowił zmienić taktykę i skoncentrował się na twarzy blondyna – zamachnął się i uderzył go w nos, przez co ten syknął z bólu; chwilę później przygwoździł go do ziemi. Z uporem ignorował ciosy w plecy, stopniowo redukując przewagę przeciwnika. Ostatecznie szaleńczym wysiłkiem udało mu się go zdominować – kolanem unieruchomił jedno ramię przyjaciela, a pokiereszowaną dłonią drugie; ten wił się pod nim ze wściekłością, kopiąc nogami, ale nadaremnie, bowiem przegrał starcie.
Uderzył Scorpiusa – pierwszy cios nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, ale drugi spowodował krwotok. Zamachnął się ponownie, ale chybił, minąwszy policzek blondyna o kilka cali. Wpadł jakby w amok. Nie wiedział, dlaczego używa przemocy fizycznej, ale nie ustępował w wysiłkach…
Wtem zakuły go oczy. Zaledwie sekundę później zdał sobie sprawę, że w nieuwadze poluzował uchwyt, a blondyn zdołał wyswobodzić ramię i sypnąć w niego ziemią, więc natychmiast stracił równowagę i zaczął trzeć oczy. Chociaż tego nie widział, czuł, że przyjaciel ponownie się na niego wspina…
Oczekiwany cios nie nadszedł. W momencie zniknął również zeń ciężar Scorpiusa, a potem został brutalnie postawiony na nogi.
– Przestańcie! Skończcie z tą dziecinadą! Co wy w ogóle…? – zawołał Morrison, patrząc pomiędzy nimi z przerażeniem. – Przestań! – dodał, gdy Malfoy się skoczył do przodu. Złapał go za ramię i szarpnął do tyłu, odciągając niczym rozszalałego psa. W przeciwieństwie do niego Albus stał nieruchomo, wciąż próbując pozbyć się drobinek z oczu. Szczerze mówiąc, ledwo co słyszał szamotaninę przyjaciół. – Scorpius! – Vincent oplótł kolegę ramionami, całkowicie go unieruchamiając. – No już, spokój! – dodał wzburzonym tonem. – Co się stało…? – zapytał, a kiedy nie otrzymał odpowiedzi, kontynuował: – Jak do tego doszło…? Mieliśmy być razem na dobre i na złe! – argumentował, zaś brunet z jakiegoś powodu usłyszał w głowie maniakalny śmiech Sebastiana Darvy'ego; to stwierdzenie uspokoiło jednak uwolnionego blondyna.
Albus przygotował się na uderzenie, ale ono nie nadeszło. Zamiast tego Malfoy zwiesił z żałością ramiona i przybrał umęczony wyraz twarzy.
– To moja rodzina – powiedział, pochlipując. – To moja rodzina… – Opadł na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Morrison nie wahał się ani chwili – natychmiast uklęknął i przytulił go do swej piersi.
– Wiem, stary. Wiem…
– To mój dziadek…
– Wiem – powtórzył przyjaciel, a brunet zamrugał, bowiem przyjaciel był nieświadomy ataku na rezydencję Potterów – co najwyżej, mógł wysnuć kilka wniosków. – Zaczekaj sekundkę. – Wstał, zostawiając chłopaka samego. Potem podszedł do drugiego ślizgona. – Co dokładnie się wydarzyło? – zapytał, zdezorientowany.
Albus potrząsnął głową. Gula w gardle, spowodowana widokiem zrozpaczonego Scorpiusa, uniemożliwiała mu sklecenie dłuższego zdania.
– Darvy – wykrztusił. – Darvy ma Mirrę… – urwał, nie musząc więcej mówić – kolega zbladł, a po jego ciele przeszedł zimny dreszcz.
– Och, musimy wracać do twojego taty…
– W żadnym wypadku – odpowiedział. – Idę do niego. Zaraz.
Vincent wybałuszył oczy.
– Ale że do Darvy'ego…? Stary, przecież nawet nie wiesz, gdzie…
– Wręcz przeciwnie – odparł beznamiętnie i w gruncie rzeczy nie skłamał. Podczas walki ze Scorpiusem połączył w głowie kilka faktów. Prawdę mówiąc, najważniejszą wskazówką był biały pokój ze wspomnienia.
– Ukrywa się w Ministerstwie Magii, a właściwie to w Departamencie Tajemnic.
– Co takiego…?
Morrison przez chwilę mierzył go uważnym spojrzeniem, a potem zwrócił się ku blondynowi. Najwyraźniej nie był pewien, który z przyjaciół potrzebował go bardziej.
– Jest w rządowym budynku! – Albus stracił nad sobą panowanie. – Zabunkrował się w ministerialnej siedzibie. Jest w Londynie – dodał, gwoli ścisłości.
– Skąd wiesz…?
– Złożyłem wszystko do kupy. Dopiero teraz tak naprawdę zrozumiałem, czego pragnie. Z początku myślałem, że marzy o tym, by ludzie się go obawiali, albo szanowali. Byłem w błędzie – wytłumaczył. – On dąży do czegoś więcej, aniżeli przejęciem kontroli nad społeczeństwem. Jestem przekonany, że pragnie poniekąd tego samego, co Ares – powiedział, wracając myślami do pamiętnej rozmowy w Hogsmeade. – To Ares pragnął armii i chciał zniszczyć Ministerstwo Magii, a potem je odbudować, oczywiście, po swojemu zrestrukturyzowane. Darvy wszystko przekręcił, bo zapragnął własnej rewolucji. Zamiast reformacji, zamierza stworzyć system, który da mu nieograniczoną władzę. Pragnie zostać Ministrem Magii, ale nowo stworzonego świata. Niemniej jednak, żeby osiągnąć ten cel, musi mnie zabić.
Wyrzucając z siebie żale, trzymał spuszczony wzrok. Dlaczego wcześniej nie pomyślał, że Darvy koczował w Ministerstwie Magii…? Gdzie indziej znalazłby równie doskonałą kryjówkę…? Że też nie wpadł na to kilka tygodni temu. Gdzie mógłby siedzieć na tyłku i z lubością rozkazywać swoim podwładnym, zwłaszcza że Azkaban został niemal zrównany z ziemią, jeżeli nie w rządowym gmachu…? Zabunkrował się w Departamencie Tajemnic, czyli miejscu, gdzie pierwotnie stała Zasłona Skazańca, bez wątpienia mając nadzieję na odkrycie jej pozostałych właściwości…
– Wysłuchaj mnie, stary – wyszeptał Morrison, jakby nie chciał ingerować w płacz Scorpiusa. – Jeżeli wiesz, gdzie jest Darvy, możesz podzielić się informacjami ze swoim ojcem…
– Nie, wykluczone. – Pokręcił głową. – On chce zobaczyć mnie martwego. Właśnie w tym celu posunął się tak daleko i zaatakował mój dom – powiedział. – Darvy nie może zbudować nowego świata – to znaczy, zrealizować ukradzionego Aresowi pomysłu – dopóki nie umrę. To jedyny sposób, aby Smocza Różdżka obdarzyła go całością swej mocy, a armia się mu podporządkowała. Jestem zasadniczą przeszkodą na drodze do jego wielkości.
– Facet chce cię zwabić do Ministerstwa – argumentował przyjaciel. – Nie możesz wpaść prosto w pułapkę, stary.
– Muszę. Właśnie dlatego porwał moją dziewczynę. Chce mnie zdenerwować i wyprowadzić z równowagi, więc czeka, żebym popełnił błąd i zrobił coś głupiego. Gdy zjawię się na miejscu, najprawdopodobniej będzie próbował zabić Mirrę. Nie rozumiem czemu, ale pragnie, bym to zobaczył. Niemniej jednak wszystko może się zmienić – kontynuował mroczniejszym tonem. – Darvy jeszcze nie wie, że go rozgryzłem. Mogę śmiało wykorzystać element zaskoczenia. Muszę iść i zakończyć misję – podsumował.
Morrison odchylił głowę do tyłu, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co przed momentem usłyszał.
– Czy jest tam sam…?
– Wątpię – odparł, trochę zaniepokojony. – Może i nie stworzył jeszcze tej koszmarnej armii, ale z pewnością zgromadził wokół siebie kilku entuzjastów.
– Jak wielu…?
– Nie jestem pewien! – krzyknął. – Może to ktoś z Kamieniołomu, albo ktoś, kogo po prostu nie znamy, ale muszę iść do Ministerstwa.
– Będziesz potrzebował pomocy, stary. Twój ojciec z przyjemnością nas wesprze…
– Nie. – Albus po raz trzeci pokręcił głową. – Naprawdę nie mogę wmieszać w to moich bliskich – chciałbym, żeby bezpiecznie wrócili do domu. Muszą przestać próbować mi pomagać, bo narażają innych na niebezpieczeństwo. Co więcej, oddział taty nie jest przygotowany do walki z Darvym, zwłaszcza po oblężeniu Kakos.
Morrison jęknął z niezadowoleniem, przebierając nogami w miejscu.
– No dobrze, siedzimy w tym we dwójkę, ale pozwól mi chociaż na…
– Też wrócisz do domu – odpowiedział, czym zasłużył sobie na protekcjonalne spojrzenie.
– Hej, nie mówi mi…
– Zabierz również Scorpiusa – kontynuował i zaryzykował zerknięcie na pogrążonego w katatonii blondyna. Zgodnie z oczekiwaniami, został natychmiast targnęły nim wyrzuty sumienia. – Dziś zginął Lucjusz Malfoy – dodał. – Musisz odstawić go w bezpieczne miejsce.
– Co z naszymi więźniami? – Vincent najpierw wskazał na wciąż nieprzytomnego Marksona, a potem na stojącą nieopodal chatkę.
– Zostawimy ich, bo nie mają większego znaczenia. Teraz najważniejsze jest dotarcie do Darvy'ego – powiedział. – Musisz to dla mnie zrobić, stary – dodał proszącym tonem. – Zabierz Scorpiusa do domu. Będę spokojniejszy, jeśli moi bliscy będą bezpieczni.
Morrison się zapatrzył, niepewny, co odpowiedzieć. Gdy w końcu otworzył usta, aby zabrać głos, Albus mu przerwał.
– Proszę. Inaczej poniosę sromotną porażkę – dodał, gestykulując w stronę przyjaciela. – Zajmij się nim.
– Dobrze – powiedział po dłuższej chwili milczenia Vincent. – W porządku, ale jeżeli będziesz potrzebował pomocy…
– Wtedy skombinuję sobie wsparcie – przerwał mu wpół zdania. – Albo przynajmniej spróbuję.
– Hmm…?
– Cóż, jest jeszcze ktoś, kto równie mocno pragnie powstrzymać Darvy'ego – powiedział, nie zdradziwszy szczegółów. Szczerze mówiąc, w różnych odstępach czasu wracał myślami do tego pomysłu, a na chwilę obecną zawiązanie współpracy jawiło mu się jako jedyne słuszne rozwiązanie. Jeżeli naprawdę chciał powstrzymać szaleńca przed zostaniem nowym Ministrem Magii, potrzebował pomocy obecnego. – Zaopiekuj się Scorpiusem – powtórzył.
– W porządku, tak zrobię. – Morrison zmarszczył brwi. Potem zrobił krok naprzód i poklepał go po plecach. – Zobaczymy się później, stary – dodał na pożegnanie, nie chcąc pokazać po sobie zmartwienia.
Albus odwzajemnił gest.
– Ano, do zobaczenia – odpowiedział, nie będąc pewnym, czy mówi prawdę, czy też kłamie. Zanim odszedł, po raz ostatni odwrócił się, aby spojrzeć na przyjaciół; potem skoczył w nicość.
