Pytanie rozdziału: Czy jest dym bez ognia?
Całowanie się było proste i przyjemne, a co najważniejsze, to James nie potrzebował jakiś wzniosłych emocji, żeby oddawać się tej czynności. Dziewczęce usta, miękkie i ciepłe, były jak miła rozrywka - przerywnik od codzienności, która potrafiła dać czasem w kość nawet komuś, kto tak bardzo próbował nie przejmować się tym, co działo się wokół niego.
A działo się sporo.
I nie, nie spływało to po nim jak po kaczce, jak mógłby się tego spodziewać początkowo.
Po pierwsze: Lily Evans znów skreśliła go z listy żyjących. Za każdym razem, gdy znajdowała się w pobliżu Jamesa, udawała, że ten po prostu nie istnieje. Wyjątków było mało i były raczej wymuszone sytuacją, jak np. odgórnie narzucona im interakcja przez któregoś z niczego nieświadomych nauczycieli. Zazwyczaj jednak odwracała głowę, gdy przechodził obok, lub po prostu opuszczała towarzystwo, gdy Mary wołała go do siebie.
Satysfakcji nie budził w Jamesie nawet fakt, że związek Lily z Paulem zdawał się przechodzić przez falę kryzysu i ciężko było już zauważyć ich razem na korytarzu. Plotki głosiły, że się pokłócili, ale podobno pomimo tego nadal byli parą. Cóż jednak z tego, skoro to wcale nie oznaczało żadnego przełomu dla samego zainteresowanego, czyli Jamesa?
Oczywiście James nigdy nikomu by się nie przyznał do tego, że już chyba ze sto razy odegrał w głowie pijane urywki tamtego wieczoru, gdy tchnięty jakąś nieznaną mu siłą, która uznała, że śpiewanie ABBY po pijaku na stole będzie sposobem na zdobycie dziewczyny, tak naprawdę pogrzebał chyba jakiekolwiek szanse, jakie u niej miał. Po co to zrobił? Dlaczego uznał to za świetny pomysł? To były pytania, które już na zawsze miały pozostać Zagadkami Wszechświata. Jednego tylko James był pewien na sto procent: gdyby miał szansę cofnąć się w czasie, to rozegrałby to wszystko zupełnie inaczej.
Może wykorzystałby ich nowo odzyskaną przyjaźń, by pobyć choć trochę w jej towarzystwie?
Może pozwoliłby sobie na lekki flirt, który na dłuższą metę uświadomiłby Lily, że to właśnie on jest tym właściwym, z którym powinna się obściskiwać na korytarzach?
Może wdałby się z Paulem w niewinną dyskusję, mającą zdemaskować jednak jego ignorancję i pogrążyć go w oczach Lily?
Może nic z tego, ale - na Boga! - na pewno nie wskoczyłby znów na stół, zapraszając ją na randkę słowami pieprzonej ABBY!
Za każdym razem, gdy długi i skomplikowany wywód w jego głowie skręcał do tej samej, nieodwołalnej konkluzji, James miał ochotę przywalić pięścią w ścianę.
Po drugie: Mary uznawała go chyba za swojego chłopaka, mimo że formalnie nigdy między nimi nie padła taka deklaracja. Najwidoczniej całowanie się i okazjonalne obściskiwanie w schowku na mopy było już zalążkiem poważnego związku, prowadzącego w przyszłości prosto przed ołtarz, a kolejno do domku szeregowego z rodzinnym kombi w garażu, które było w stanie pomieścić psa i trójkę hałaśliwych dzieci. Dopóki jednak nikt nie oczekiwał od Jamesa kupna pierścionka, a w tym złudnym procesie mógł od czasu do czasu dotknąć kobiecych piersi (nawet jeśli nie należały do Lily Evans), to był w stanie trzymać buzię na kłódkę i po prostu cieszyć się z tego, co ma, zamiast dalej uganiać za nieosiągalnym.
Mary była całkiem miła i nieskomplikowana. Na pewno nie była głupią trzpiotką, jak niektóre dziewczyny w ich wieku, a sam fakt, że czasem brakowało jej tego ognia, który miała w oczach jej najlepsza przyjaciółka nie sprawiał przecież, że była bezwartościowa. Nie, Mary potrafiła coś, co Jamesowi było teraz bardzo potrzebne: sprawiała, że czuł się dobrze i był bardziej pewny siebie. Dziewczyna bowiem miała tę cudowną cechę, która pozwalała jej na szczery i prostolinijny zachwyt, nawet jeśli dotyczył rzeczy czasem bardzo zwyczajnych. I nie, Jamesowi przyjemności nie psuły nawet utyskiwania Syriusza, którego już parę razy złapał na przewracaniu oczami i udawaniu wymiotów.
Mary zdawała się dumna z faktu, że mogła publicznie całować Jamesa, więc robiła to tak często, jak tylko miała okazję. Przychodziła też na wszystkie jego treningi, posyłała mu pełne podtekstów liściki na lekcjach, cierpliwie słuchała jego ulubionych płyt w salonie wspólnym, a nawet parę razy pozwoliła mu rozpiąć sobie bluzkę. I wszystko to w mniej, niż dwa tygodnie.
Gdyby tylko nie namolne myśli o Lily, brzęczące w uszach Jamesa niczym denerwujący komar, to mógłby uznać, że wszystko między nimi układało się wręcz świetnie.
Gdyby tylko...
Po trzecie: Remus nie wrócił jeszcze ze swojej rehabilitacji, a plotki o jego rzekomych uzależnieniach zdawały się jedynie nabierać rozpędu. Niczym sławetna maczeta: z cichego i trochę wycofanego kujona, Remus powoli nabierał sławy groźnego dilera narkotykowego, uwikłanego w kontakty z rosyjską mafią. Skąd rosyjska mafia miałaby się pojawić w tej części wyspy? To nie było istotne. Najwidoczniej ten niepozorny nastolatek posiadał niesamowite zdolności, zamieniające wszystko, czego tylko dotknął w kokainę.
Tak: nie było ratunku dla ludzkości, skoro najmłodsze pokolenie, na którego barkach spoczywała cała ekonomia, kultura i funkcjonowanie społeczeństwa było w stanie uwierzyć w takie opowieści.
— O czym tak myślisz, Jamie? — spytała Mary, nachylając się do niego nad swoją sałatką z jajkiem.
Syriusz niezbyt subtelnie prychnął nad swoim talerzem, ale dziewczyna zdawała się niewzruszona jego grubiaństwem.
James oderwał wzrok od pleców Lily i odruchowo sięgnął po swoją szklankę z sokiem jabłkowym. Odchrząknął, starając się nie pokazać, że czuł się przyłapany na gorącym uczynku. Obdarzył rozbawionego przyjaciela karcącym spojrzeniem, po czym czochrając włosy, wreszcie zwrócił się do Mary, przywołując cień uśmiechu na usta.
— Nic specjalnego... — odrzekł, wymierzając cios z czuba swojego znoszonego trampka prosto w kostkę Syriusza. — Mamy dzisiaj podwójny trening, bo ostatni nam przepadł przez chorobę Franka... Muszę niedługo lecieć na boisko...
— Ah, no tak — przytaknęła Mary, nie kryjąc się zbytnio ze swoim rozczarowaniem. — Myślałam, że znajdziesz dla mnie dzisiaj chwilę...
— Może być ciężko — odparł James, próbując zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia. — Potem mamy już plany z Syriuszem i Peterem...
— Tak? — podchwycił rozbawiony Syriusz, ale na widok spojrzenia przyjaciela tylko wyszczerzył zęby i wzruszył ramionami. — Sorry, dziecino. Porywamy go dzisiaj, bo ostatnio już niemal z nami nie mieszka.
Mary, która była chyba najbardziej ugodową osobą, jaką James poznał w swoim życiu, po prostu przyjęła to do wiadomości.
— Niezła zmyłka — powiedział Syriusz chwilę póżniej już prosto do ucha Jamesa, gdy razem opuszczali stołówkę i kierowali się w kierunku swojego dormitorium. — Jak długo jeszcze mam być twoim alibi?
— Zamknij się — warknął James. — Poza tym, myślałem, że może udałoby nam się wymknąć i odwiedzić Lunatyka. Nie odzywa się już od paru dni.
— No i wreszcie rozmawiamy jak ludzie — ucieszył się Łapa, wznosząc ręce do góry, jakby nagle doznał objawienia. — Możemy wymknąć się wieczorem, odwiedzić Wąchacza i później podejść do domu Lunatyka. To jakieś dwadzieścia minut drogi... No, z Peterem trzydzieści. — James prychnął, bez problemu torując sobie łokciami drogę w szkolnym tłumie. — A potem stawiam w Trzech Miotłach. Mój nieco stuknięty wujek podesłał mi prezent urodzinowy.
James odwrócił się przez ramię, zerkając z zaskoczeniem na przyjaciela.
— Sto lat. Nie wiedziałem, że masz urodziny.
— Bo nie mam! — Syriusz wyszczerzył zęby. — Przecież mówię, że stryjek jest stuknięty. Przesyła mi prezent urodzinowy cztery razy w roku. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z tym, że nienawidzi mojej matki i jest mu mnie żal. Albo ma demencję. W każdym razie nie wyprowadzam go z błędu.
James parsknął śmiechem, uchylając drzwi ich pokoju i rzucając pękającą w szwach torbę w kąt. Skokiem zajął miejsce na swoim łóżku, wyjął z kieszeni piłeczkę golfową i zaczął podrzucać ją w górę, odbijając ze stuknięciem od sufitu, na którym była już widoczna czarna plama.
Syriusz przewrócił ostentacyjnie oczami, ale nie wyraził sprzeciwu na głos.
— Po co spotykasz się z Macdonald? — spytał, wkładając płytę do adaptera. W pokoju rozbrzmiały kojące dźwięki Pink Floyd. — Przecież widzę jak się gapisz na Evans... Au!
Potarł czoło, w które bez ostrzeżenia uderzyła z pełnym impetem piłeczka golfowa.
— Nie twoja sprawa — odparł oburzony James. — Mary ma fajne cycki — dodał, ale nawet w jego uszach zabrzmiało to wyjątkowo słabo. — I ogólnie jest... fajna.
Fajna.
Obiektywnie fajna, cokolwiek mogłoby się kryć pod tym słowem. Bo jaka tak naprawdę była Mary? Co James o niej wiedział, poza tym, że lubiła się całować?
I najważniejsze: czy James faktycznie chciał dowiedzieć się o niej czegokolwiek więcej?
— Nie no, jak jest fajna to wszystko wyjaśnia — zaszydził Syriusz, chowając zapobiegawczo piłeczkę golfową do swojej kieszeni. — Nie wiedziałem, że masz tak minimalne wymagania.
James przewrócił oczami, w myślach przeklinając przyjaciela za to, że zawsze, ale to zawsze musiał tak bardzo trafiać w sedno jego przemyśleń.
Minimalne wymagania.
A po co komu wielkie wymagania w ich wieku? Przecież byli młodzi, mieli wszystko przed sobą i mieli się bawić, na litość boską. James już dobrze wiedział, jak mogą się skończyć te wszystkie wymagania.
Wymagania obecnie unikały go jak ognia.
— Ale się czepiasz — skwitował w końcu, marząc o tym, by wreszcie zmienić temat. James usiadł na łóżku, zerkając na zegarek. — Gdzie ten Peter? Znowu się chowa w kiblu przed Mulciberem?
— Podobno już go unikają, od kiedy ma plecy. — Syriusz ziewnął, przeczesując palcami swoje lśniące włosy, które momentalnie wróciły do idealnego ułożenia. — Te dupki ostatnio siedzą cicho... Trochę za cicho, jak na mój gust. Nie ufam im za funt. Myślę, że to tylko kwestia czasu, zanim wytną jakiś numer... Już i tak mam ochotę ich wypatroszyć za to, co robią Luniowi.
— Jawny atak nic nam nie da — odparł James, ponownie zerkając na zegarek. — Lecę na trening. — Podniósł się z łóżka, zaczynając grzebać w komodzie w poszukiwaniu swojego stroju sportowego. — Widzimy się wieczorem przy wejściu głównym...
— Nuuuuda... — jęknął Łapa, smętnie opadając na łóżko. — Albo siedzisz z McDonald, albo biegasz za piłką. Zero pożytku z ciebie ostatnio.
James przysiadł na łóżku, wciągając na stopy skarpetki i uśmiechnął się kpiąco do przyjaciela.
— Jeszcze niedawno byłeś całkiem zadowolony ze swojego własnego towarzystwa. Nie wiedziałem, że jestem ci aż tak niezbędny... Au!
Syriusz odrzucił do Jamesa piłeczkę golfową, trafiając go w środek czoła.
— Idź już — ofuknął go Łapa, zasłaniając ceremonialnie kotary wokół łóżka.
James zaśmiał się, rozcierając guza, po czym wyszedł z sypialni.
Szczerze mówiąc, jemu też trochę brakowało swobodnego i nielimitowanego czasu, który do tej pory spędzał głównie z przyjaciółmi. Teraz faktycznie musiał uwzględniać w swoich planach Mary i liczne treningi. Czas z dziewczyną mijał mu raczej szybko i przyjemnie: na minimalnej ilości słów, a maksymalnej ilości fizyczności, ale na dłuższą metę potrafiło to być nieco... wymuszone.
— Cześć — zawołała śpiewnie Mary, czekając u dołu schodów. Wspięła się na palce i pocałowała zaskoczonego Jamesa w policzek. — Pomyślałam, że przynajmniej cię odprowadzę na stadion, skoro twój czas dzisiaj jest tak cenny.
Walcząc z zakradającym mu się na usta grymasem, James uśmiechnął się z wysiłkiem i objął dziewczynę ramieniem, kontynuując trasę na stadion już razem z nią. Jego plany na samotnego papierosa musiały poczekać.
XXX
Zasmakowawszy wygranej, Frank Longbottom wpadł w prawdziwy obłęd, zaostrzając treningi tak bardzo, że nawet bracia Prewett po zejściu z boiska w zupełnym milczeniu udali się pod prysznic. Wszyscy byli wykończeni, łącznie z Jamesem, który normalnie nie odpuściłby okazji, by zagrać na nosie Paulowi, jednak tym razem postawił na szybką regenerację: musiał odsapnąć i zebrać siły, by już za chwilę przedrzeć się przez bagna w stronę miasteczka i domu Remusa.
Właściwie, to był już spóźniony - zauważył z rozdrażnieniem. Frank uparł się, by przećwiczyli jakieś wyjątkowo skomplikowane formacje aż do momentu, gdy wszyscy będą w stanie je wykonać z zamkniętymi oczami (cytując). James więc szybko obmył się z błota, zarzucił płaszcz na ubrania i - jeszcze z mokrymi włosami - popędził w stronę wejścia do zamku. Zatrzymał się przy wielkiej kolumnie, opierając o nią i dysząc ze zmęczenia, po czym jęknął - z jeszcze większą irytacją odkrywając, że przez zamazane szkła okularów musiał źle odczytać wskazówki i był tak naprawdę na miejscu za wcześnie.
Usiadł na ziemi, nasunął na głowę kaptur i zaczął gorączkowo rozmyślać nad tym, czy gdzieś w swoich zapasach miał jeszcze chociaż jednego papierosa, bo jeśli nie, to może włamie się do szuflady Łapy, żeby...
— Potter — zabrzmiał znajomy, lodowaty głos. — Co ty tu robisz po zmroku?
James zadarł głowę, by spojrzeć na rozeźloną Lily, stojącą nad nim ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
— Mógłbym cię spytać o to samo — odparł, nie mogąc się powstrzymać przed tym, by się z nią choć trochę nie podroczyć.
— W odróżnieniu od ciebie, jestem prefektem i mam przepustkę do przemieszczania się po zamku. Głównie w celu znalezienia takich pyszałków, jak ty. No więc?
James westchnął, zawieszając wzrok na uroczym marszczeniu, które zawsze pojawiało się na jej nosie wtedy, gdy się denerwowała. Żaden grymas nie potrafił sprawić, by stała się w jego oczach mniej atrakcyjna. Czasem miał wrażenie, że im bardziej się irytowała, tym bardziej mu się podobała...
Był zupełnie bezbronny.
Ugotowany.
Skończony...
— Mieliśmy ciężki trening — odpowiedział w końcu z rezygnacją w głosie. — Chciałem chwilę odsapnąć na powietrzu...
Lily też westchnęła, a jej zaciśnięte usta nieco rozluźniły się. Patrzyła na niego teraz tak, jakby na końcu języka obracała jakieś naglące pytanie.
— No tak — odparła już dużo łagodniej.
— Paul jeszcze tam siedzi. Chyba próbuje się utopić pod prysznicem, bo Frank ostatnio zmienił się w sadystycznego kata... — dodał James, nie potrafiąc się powstrzymać.
— Nie obchodzi mnie, co robi Paul — przerwała mu Lily, a jej ton znów zabrzmiał lodowato.
James uniósł brwi w górę, starając się usilnie nie pokazać, jak wielkie zrobiła na nim wrażenie ta informacja. A więc zerwali...
Paul ją nie obchodził.
Ale to nie oznaczało, oczywiście, że miał u niej jakieś szanse. Nie. Nie mógł pozwolić sobie na taką nadzieję. Spotykał się z Mary. Lily jasno dała mu znać, co o nim myśli. Ten rozdział był już zamknięty.
Na amen.
Ale może jednak...?
Jej pełne wargi wydawały się takie delikatne...
Idiota.
Kątem oka James wyłonił dwa cienie, skradające się w korytarzu: to musieli być Syriusz i Peter.
— To co? — spytała zaczepnie Lily. — Będziesz tu tak siedział?
James oderwał wzrok od przyjaciół i znów zerknął na Lily. Gdyby teraz się odwróciła, na pewno by na nich wpadła.
— To zależy — odparł, przekręcając głowę w bok i starając się nie skupiać wzroku na gołej skórze jej ud. To była ta chwila: jego szansa. W końcu był tylko słabym mężczyzną (no, prawie mężczyzną). — Evans, dalej się złościsz o tę ABBĘ? Byłem pijany...
Lily przewróciła oczami, poirytowana.
— Czy zamierzasz znów błagać o przebaczenie? Mam wrażenie, jakbym już gdzieś to słyszała...
— To była tylko piosenka. Głupia piosenka... Żart! — James podniósł się z ziemi, patrząc na nią teraz z góry. Dwa cienie jego przyjaciół zniknęły pod schodami. — Nikt nie bierze ABBY na serio... Bez urazy. Ale wiesz... Waterloo, I was defeated, you won the war — zanucił, kładąc wszystko na jedną kartę i niemal nie podskoczył z radości, widząc tak upragnione drgnięcie jej kącików ust.
Prawie się uśmiechnęła! Prawie!
— Potter — jęknęła Lily, zasłaniając mu usta dłonią. — Błagam... Nie.
— Mhmhhhhm... — zamruczał melodyjnie James prosto w jej dłoń, tłumiącą jego głos.
— Zabiorę rękę, tylko kiwnij głową, że już nie będziesz śpiewał — jęknęła Lily, chichocząc.
James przytaknął, tak naprawdę wcale nie mając nic przeciwko temu, by go dotykała.
— Obiecujesz? — upewniła się jeszcze z żartobliwym błyskiem w oku.
Dlaczego to było tak bardzo satysfakcjonujące?
— Mhm — mruknął James.
Lily cofnęła rękę, a James bez namysłu zaśpiewał:
— Wa-Wa-Wa-Wa-Waterloo, finally facing my Waterloo!
— Potter! — jęknęła Lily, tym razem jednak śmiejąc się głośno. — Czemu ty jesteś takim idiotą, co?
James tylko wzruszył ramionami, szczerząc szeroko zęby. Miał ochotę ciągnąć tę chwilę w nieskończoność i w nieskończoność słuchać jej perlistego śmiechu, ale wiedział, że ciągle stąpa po kruchym lodzie i może warto się wycofać wtedy, kiedy karty układają się po jego myśli.
Nawet jeśli w tym wszystkim został okrzyknięty idiotą. Było warto.
— To co, będziesz tu tak siedział? — spytała w końcu Lily, nadal z półuśmiechem na ustach. — Bo mam lepsze rzeczy do roboty...
— Ach tak? Jakie? — spytał James zaczepnie, nim zdążył ugryźć się w język.
— Nie twoja sprawa — odcięła się Lily, nie pozostawiając mu już więcej pola do manewru.
Była tak różna od Mary, jak to tylko było możliwe: zabawna, z ciętym językiem i zaczepnymi odpowiedziami, na pewno nie można było jej osobowości streścić za pomocą jednego słowa. Nie, by opisać jej osobowoś James potrzebowałby mocno się zastanowić, a przecież jak narazie nie był jakimś wybitym znawcą Lily Evans.
Jasne, ze swoich obserwacji już wiedział, że na śniadanie zazwyczaj jadła suche gofry, które popijała kawą zbożową, pisała lewą ręką, a gdy się denerwowała, to zaciskała mocno wargi. Lubiła Janis Joplin, czytywała Bronte i lubiła tańczyć, ale jej osobowość była dużo bardziej złożona. Fascynowała go. Chciał ją poznać - dowiedzieć się o niej wszystkiego.
— Posiedzę jeszcze pięć minut i obiecuję grzecznie wrócić do łóżka — powiedział James już dużo łagodniej i bardziej ugodowo. Obiecał sobie, że tym razem tego nie spieprzy. — Serio, Evans... Frank dał nam niezły wycisk, a w naszej sypialni Syriusz katuje jedną piosenkę w kółko od trzech dni... Potrzebuję tylko chwili ciszy.
Lily uniosła brwi, patrząc na niego przenikliwie. Znów miał wrażenie, jakby bardzo chciała go o coś spytać, ale coś ją przed tym powstrzymywało.
— Dobra — odparła w końcu. — Ale jak tu zerknę za piętnaście minut, to lepiej, żeby cię już nie było, okej?
— Tak jest! — zasalutował jej James, znów siadając na ziemi.
Przez chwilę obserwował, jak jej sylwetka coraz to bardziej rozpływa się w półmroku zamku, ale ledwie zniknęła z jego zasięgu, spod schodów wyłoniły się znajome cienie.
— Już myślałem, że nigdy nie pójdzie — mruknął Syriusz, obserwując Jamesa z lekkim rozbawieniem. — Nie możesz się powstrzymać jak jest obok, co nie?
— Zamknij się — syknął James. — Chodźmy, bo Evans niedługo tu wróci...
— Mam jedzenie dla Wąchacza — wtrącił Peter, poprawiając ciężką torbę. — Wziąłem mu żeberka, kiełbaski, kaszę, kanapki z tuńczykiem...
— Wziąłeś kanapki z tuńczykiem dla psa? — powtórzył rozbawiony Syriusz, zakrywając głowę kapturem i wysuwając się na prowadzenie grupy.
— To akurat wziąłem dla siebie — odparł Peter, szczerząc zęby, a James parsknął śmiechem. — W końcu czeka nas dzisiaj długi spacer, nie? Mam też paczkę czekoladek dla Remusa i trochę twoich notatek — zwrócił się do Syriusza. — Masz z nas najładniejszy charakter pisma. James bazgrze jak kura pazurem...
— Wypraszam sobie! — James udał oburzenie. — Przypomnę ci to, jak tylko będziesz chciał odpisać znowu zadanie z historii...
— Ciszej... — ofuknął ich Syriusz, chowając się za drzewem i nawołując ręką przyjaciół, by też się skryli. Paru członków drużyny piłkarskiej przeszło ścieżką obok, najwyraźniej ich nie zauważając. — Jak ktoś nas tu spotka, to zaraz zaczną się pytania, domysły i plotki... Nie chcemy, żeby ktokolwiek dowiedział się o istnieniu Wąchacza, co nie?
James i Peter równocześnie przytaknęli, tym razem już w ciszy podążając za Łapą i kierując się w stronę dobrze już znanego im lasu. Chłopcy przystanęli w ich stałym miejscu, a Syriusz zagwizdał, przywołując tym samym Wąchacza, który przybiegł do nich radośnie, zadowolony z odwiedzin i przyniesionych mu przez Petera smakołyków.
James obserwował w ciszy, jak ukochany pies Syriusza zajada żeberka z obiadu i nie mógł powstrzymać tyrady myśli, krążących w jego głowie. Po każdej rozmowie z Lily Evans miał wrażenie, jakby jego mózg wchodził na jakieś zupełnie nowe częstotliwości, przyspieszając niczym rakieta lecąca w kosmos...
Dodatkowo miał ciągle wrażenie, że z każdym krokiem do przodu - jakimś cudem, przez tę swoją niewyparzoną gębę (dzięki, mamo!), robił conajmniej dwa kroki do tyłu. Zbliżał się i oddalał, krążąc po jej orbicie niczym jakiś dziwny wahadłowiec, nie mogący wylądować i niesiony przez jakieś kosmiczne przyciąganie...
— ... ziemia do Rogacza... — usłyszał głos Syriusza. James naprawdę niekiedy miał wrażenie, że przyjaciel opanował sztukę czytania w myślach i bywało to niezwykle irytujące. — Zostajesz w lesie czy idziesz z nami do Lunatyka?
James westchnął, podnosząc się z ziemi i otrzepując pelerynę.
— Przecież to był mój pomysł. Jasne, że idę — naburmuszył się, ale zaraz jednak chcąc-nie-chcąc musiał się uśmiechnąć, czując zimny nos Wąchacza na swojej dłoni. Przejechał palcami po miękkim futrze psa, głaszcząc go za uszami. — Myślicie, że jego starzy nas wpuszczą?
— Mamy notatki — odparł Peter, zapinając swoją przepastną torbę. — To chyba niezła przepustka, co?
— Warto spróbować — skwitował Syriusz, kucając przy Wąchaczu. — Do zobaczenia póżniej, stary! Dbaj o siebie. — Poklepał psa z czułością po głowie, po czym wyprostował się, narzucając na ramiona swoją skórzaną kurtkę. — To co, ruszamy?
Droga do domu Remusa zajęła im nieco więcej niż zakładali, a wszystko to za sprawką Petera, co chwilę robiącego przystanek na „uzupełnienie zasobów energetycznych" - jak elegancko określał jedzenie kanapek z tuńczykiem („A nie mówiłem, że z nim zejdzie dłużej?" — szepnął Łapa). Gdy w końcu stanęli przed małą chatką, na skraju miasta, zauważyli, że niemal wszystkie okna były w niej ciemne. Jedyne światło dobiegało z górnej sypialni i przypominało raczej blask świecy.
— I co teraz? — mruknął Peter, nieświadomy swojego wąsa z majonezu. — Przecież nie zadzwonimy dzwonkiem i nie postawimy wszystkich na równe nogi?
James rozejrzał się po okolicy: po jednej stronie majaczyły latarnie uliczne Hogsmade, a po drugiej była czerń oceanu, jakby ktoś wessał wszystko do wielkiej czarnej dziury. Pośrodku tego kontrastu znajdował się właśnie Remus. Gdyby James wierzył w magię i symbole, pomyślałby pewnie, że to nie może być całkowity przypadek. Nie wierzył jednak, więc jedyne, co zrobił, to schylił się, zgarnął w dłoń nieco małych kamieni i wymierzył celnie jednym z nich prosto w okno oświetlonej sypialni.
— Geniusz — zażartował Syriusz, ale niemal w tym samym momencie rozległ się gorączkowy szept z góry:
— Idioci! Obudzicie wszystkich!
Z okna sypialni wychylała się twarz Remusa, patrzącego na nich z przekąsem. Cała trójka Huncwotów wyszczerzyła do niego zęby.
— Dobrze cię widzieć — powiedział James.
— W jednym kawałku — dodał Syriusz.
— Mamy czekoladę! — zakończył tryumfalnie Peter, podnosząc swoją torbę w górę. — I notatki.
— Wejdźcie — odparł w końcu Remus, na którego twarzy wreszcie pojawił się uśmiech.
Ku zdziwieniu Jamesa, spuścił z okna materiałową drabinę. Remus nie przestawał go zaskakiwać: wydawał się taki cichy i ułożony, ale im lepiej go poznawał, tym bardziej przekonywał się, że pozory mogą być bardzo mylące.
Chłopcy wspięli się po drabinie, by wejść do małej i przytulnej sypialni przyjaciela. W rogu pokoju stało wielkie łóżko, zaraz obok niego biurko, a po drugiej stronie mała komoda na ubrania, której blat był zastawiony pudełkami i fiolkami po lekach. Oprócz tego, niemal każdy kąt pokoju był zawalony stosami książek — przypominało to Jamesowi jego własny pokój, w którym wszędzie walały się książki i gazety, a ściany pokrywały plakaty znanych piłkarzy. Pokój Jamesa był tylko jakieś cztery razy większy, więc nawet przy bałaganie dało się po nim spokojnie poruszać.
James zeskoczył zgrabnie z parapetu, otrzepał ręce i uśmiechnął się do przyjaciela, obserwującego go z rękami w kieszeniach.
— Dobrze wyglądasz, Luniaczku — powiedział, szczerząc zęby i wskazując na nieco za dużą piżamę w szkocką kratę, w którą ubrany był Remus. — Czemu w szkole nie nosisz się tak stylowo?
— Zamknij się — odburknął Remus, nadal jednak szczerząc zęby. — Co wam odbiło, kretyni, żeby się tu skradać w nocy?
— Tak, też się cieszymy, że cię widzimy — odparł Łapa, przedostając się z gracją do pokoju i przydzwaniając przy tym nieco zamkami swojej ciężkiej kurtki. — Przyda ci się chyba trochę rozluźnić, co? — spytał, wyjmując z kieszeni piersiówkę whiskey.
Remus przewrócił ostentacyjnie oczami, ale ta dezaprobata nie powstrzymała go jednak przed sięgnięciem po butelkę i pociągnięciem z niej zdrowego łyka.
— Na zdrowie — zaśmiał się James, klepiąc go po plecach.
W tym momencie rozległo się ciche tąpnięcie, gdy Peter sturlał się z parapetu niezdarnie na wysłużony dywan. Cała trójka zwróciła się w jego stronę, sycząc i uciszając go, jakby to miało cokolwiek zmienić już po dokonanym akcie.
— Sorry — mruknął Peter, zbierając się z podłogi i otrzepując. — To przez tę ciężką torbę... Mam dla ciebie notatki Łapy — dodał, patrząc na Petera. — Najładniej pisze. James bazgrze jak...
— Powtarzasz się — przerwał mu James, zatykając jego usta butelką. — Lepiej się napij.
Sięgnął do torby Petera i rzucił w stronę Remusa paczkę czekoladek, którą ten złapał, śmiejąc się. Oczywiście nigdy by tego nie wyraził na głos, ale wydawał się szczerze zachwycony odwiedzinami przyjaciół.
Parę łyków whiskey na głowę później i pół tabliczki czekolady dalej, chłopcy siedzieli już wygodnie rozłożeni na podłodze pokoju Remusa, śmiejąc się i rozmawiając. To niezwykle interesujące - pomyślał James swoim nieco luźniejszym umysłem - jak bardzo zżył się ze swoimi nowymi lokatorami. Pozornie nic ich nie łączyło i zdawałoby się, że nie uda im się zaprzyjaźnić, a jednak...!
— I skąd oni myślą, że ja niby biorę te dragi? — spytał rozbawiony Remus, który w zadużej piżamie zdawał się jeszcze chudszy niż zwykle. — Tu przecież nic nie ma...
— Podobno masz chody w rosyjskiej mafi — odparł niezwykle poważnie Łapa. — Fajny z ciebie przyjaciel, skoro o niczym nam nie powiedziałeś...
Peter zarechotał, puszczając przy tym bańkę nosem.
— Rosyjska mafia — powtórzył bełkotliwie. — Co za bzdura...
— Nikt normalny w to nie uwierzy, a całą resztę możemy z góry olać, bo to debile — skwitował James, wyjmując Peterowi butelkę z rąk. — Dla ciebie już starczy, przyjacielu... Może idź się przewietrzyć do okna?
Peter chwiejnie wstał z podłogi, dalej rechocąc i podszedł bez protestu do okna, by wystawić przez nie głowę.
— Nie wiedziałem, że siedzimy tu już tak długo... Zobaczcie, slońce wschodzi — powiedział, wskazując palcem na horyzont.
— Co ty gadasz? — zaśmiał się Syriusz, zerkając na wiszący na ścianie zegar. — Jeszcze nie ma północy...
— Ale słońce... — powtórzył uparcie Peter. — Sam zobacz...!
Łapa poderwał się żwawo na nogi i podszedł do przyjaciela, mrucząc coś pod nosem o pijanych idiotach, natomiast momentalnie ucichł, zerkając we wskazanym przez Petera kierunku.
— Co do cholery...?
James zerwał się z ziemi i podbiegł do niego, zaniepokojony.
Faktycznie - cały horyzont jarzył się w jasnych, złoto-czerwonych barwach, ale stanowczo nie był to wschód słońca. Nad jasną łuną unosił się bowiem złowrogi, czarny jak smoła dym, sunący po granatowym niebie niczym niebezpieczny, jadowity wąż.
— To nie słońce... — wymamrotał Remus. — To pożar... Trzy Miotły płoną!
