— Zimno mi!
— To idź szybciej.
— Nie mogę, za dużo tu śniegu.
— To idź po moich śladach.
— Jestem królem, nie będę chodził po czyichś śladach!
Galavant po raz setny tego ranka przewrócił oczami, ale powstrzymał się od komentarza. Nadal się też jednak nie odwrócił, wiedział bowiem dobrze, że Ryszard tylko na to czeka, lecz uparcie parł naprzód.
— Gaaal, proszę cię!
— O co? — Galavant zadbał o to, by jego głos brzmiał odpowiednio beznamiętnie. To fascynujące, jak bycie ojcem trójki pociech w wieku od dwóch do siedmiu lat uczy człowieka cierpliwości… Choć inna sprawa, że przyjął to zlecenie w dużej mierze po to, żeby od tej gromadki nieco odetchnąć. Podejrzewał zresztą, że Roberta także marzyła o chwili spokoju i pewnie to ona — w zmowie z Isabellą — wypchnęła Ryszarda, by do niego dołączył.
— Zatrzymaj się!
— Wtedy będzie ci jeszcze bardziej zimno.
— Nogi mnie bolą!
Galavant westchnął cierpiętniczo, ale zwolnił kroku. Ostatecznie jemu też zbroja zaczynała już nieco ciążyć, odwykł od jej niemałej wcale wagi, a tym bardziej od przemieszczania się w pełnym uzbrojeniu na piechotę. Pieszo jednak mogli się zapuszczać w miejsca wierzchowcom niedostępne, a w tym pokrytym grubą pierzyną śniegu pagórkowatym, zdradliwym terenie Galavant wolał czuć grunt pod nogami. Cała dolina nie sprawiała zresztą w gruncie rzeczy wrażenia zbyt wielkiej, Galavant zdecydował się zatem podążyć za sugestią gospodarza i pozostawić konie pod opieką sąsiada, który wydawał się zafascynowany obecnością tych, zdawałoby się pospolitych, zwierząt.
— Wiesz, że wcale nie musieliśmy prowadzić poszukiwań na piechotę? — odezwał się znowu Ryszard, zupełnie jakby czytał mu w myślach.
Galavant doskonale wiedział, do czego zmierza jego przyjaciel, nie zamierzał jednak umożliwiać mu powrotu do dyskusji, którą przerabiali już kilkakrotnie, odpowiedział więc tylko chłodno:
— Wiem. Jak pewnie pamiętasz, zdecydowaliśmy, że tak będzie lepiej. A teraz bądź cicho, spłoszysz ją.
— Uhm, my zdecydowaliśmy — burknął Ryszard z przekąsem.
Sądząc po tym, że jego głos zaczął się oddalać, pewnie przysiadł gdzieś na jakimś kamieniu i właśnie rozcierał obolałe stopy. Galavant zaczął się wahać. Z jednej strony zostawienie uciążliwego towarzysza w tyle dałoby mu wreszcie chwilę upragnionego spokoju, a może nawet ułatwiło polowanie. Jak dotąd bowiem nie natrafili na ani jeden ślad tajemniczej istoty, której odnalezienia się podjęli. Galavant zaczynał podejrzewać, że odstraszyło ją marudzenie Ryszarda. Jak inaczej wytłumaczyć to, że mieszkańcy doliny natykali się na nią z przerażającą częstotliwością, zupełnie jakby sama ich szukała, a dwaj rycerze od kilku dni krążyli po okolicy nadaremno? Ale rycerza obowiązywał jednak jakiś kodeks moralny, a zostawienie osłabionego towarzysza na pastwę potwora, który może ukrywać się niedaleko, stało z tym kodeksem w sprzeczności. Chcąc nie chcąc, ostatecznie zawrócił więc i przysiadł z drugiej strony ogromnego, przykrytego śnieżną czapą głazu. Sekundę później z głośnym syknięciem zerwał się na równe nogi.
Tym razem to Ryszard popatrzył na niego z politowaniem.
— Ja podłożyłem sobie najpierw rękawice — oznajmił z dumną miną, zdaniem Galavanta łudząco podobną do tej, z jaką jego średni synek chwalił się, że samodzielnie skorzystał z nocnika.
Na szczęście dla Ryszarda Galavant nie miał jednak czasu na wypowiadanie podobnych komentarzy na głos, gdyż większość jego uwagi pochłaniały próby otrzepania tylnej części spodni ze śniegu, nim te jeszcze bardziej przemokną — w której to czynności przeszkadzała mu dodatkowo zbroja.
— Daj, pomogę ci. — Ryszard pochylił się i wyciągnął rękę, ale Galavant zdążył odskoczyć, nim doszło do kontaktu.
— Trzymaj. Łapy. Przy. Sobie — warknął.
— A co, Isabella będzie zazdrosna? — Ryszard zachichotał. — Wiesz, Roberta mówi, że moje…
— Milcz! — jęknął Galavant, w końcu rezygnując ze swoich starań. — Po prostu nic nie mów. Chociaż przez pięć minut. Błagam!
— Ale… — Ryszard usiłował protestować.
— Nie! — Galavant przerwał mu stanowczym ruchem ręki. — Pięć minut.
I wtedy wydarzył się cud: Ryszard naprawdę zamilkł. Albo po prostu strzelił focha, grunt jednak, że Galavant nareszcie mógł usłyszeć własne myśli. A myśli te nie były zbyt różowe. To miała być prosta sprawa, w sam raz na miłą, małą odskocznię od domowej rutyny i powspominanie dawnych czasów. Urocza dolina, sympatyczni mieszkańcy i monstrum, które nie wykazywało większej agresji, a jedynie niszczyło uprawy, gasiło ogniska i od czasu do czasu straszyło dzieci, trudno nawet powiedzieć, czy celowo. Tymczasem potwór się nie pojawiał, Galavant, choć w życiu by tego nie przyznał, też był już coraz bardziej zmęczony, a teraz do tego jeszcze przez własną głupotę miał przemoczone spodnie i, co gorsza, ineksprymable. Jeszcze tego brakowało, by legendarny rycerz podczas wykonywania misji złapał nie potwora, ale katar. Galavant wzdrygnął się i zaczął dyskretnie pocierać dłońmi ramiona. Może Ryszard miał jednak rację? Skoro na piechotę nic nie osiągnęli… Galavant przerwał myśl, bo poczuł, że zaczyna trząść się nie na żarty. Do diaska z Ryszardem i jego marudzeniem, teraz już i tak było za późno na zmianę decyzji, a siedzeniem w miejscu niczego nie osiągną. Skostniały i zły, Galavant podjął decyzję o zakończeniu odpoczynku, choć nie był pewien, czy minęło już rzeczywiście pięć minut. Odwrócił się do Ryszarda, otworzył usta… i zdębiał.
Ryszard siedział nadal bez ruchu w tym samym miejscu i trząsł się jak osika, ale Galavant nie był pewien, czy towarzysz trzęsie się z zimna, czy ze strachu. Król wpatrywał się bowiem w skupisko sporych głazów po drugiej stronie ścieżki i Galavantowi wystarczyła chwila, by zorientować się, że jeden z tych głazów jest inny od pozostałych. Po pierwsze, nie pokrywała go śniegowa czapa. Po drugie, od szaroniebieskiej masy odcinały się dwa małe, okrągłe oczka, w tej chwili wpatrzone w dwóch rycerzy, duży nos oraz rząd równych, śnieżnobiałych zębów w szerokich ustach układających się w grymas o nieodgadnionym wyrazie.
Galavant przełknął głośno ślinę.
— Długo już tam jest? — spytał szeptem.
— Dłuższą chwilę — odparł Ryszard równie cicho, nie odrywając wzroku od tajemniczej istoty.
— I kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? — Galavant nie zdołał powstrzymać się od kąśliwego tonu.
— Za pięć minut. — Tym razem w głosie Ryszarda przebrzmiewała mieszanina urazy i godności. A więc jednak foch.
— Jesteś gorszy niż moje dzieci, serio — jęknął Galavant cicho, ale jego umysł pracował już na najwyższych obrotach.
Jak zawsze, gdy zabierali się do czegoś z Ryszardem we dwóch, nic nie mogło pójść po ich myśli. Stwór ich zaskoczył. Niepewni, czym się okaże, mogli opierać się tylko na opowieściach gospodarzy, a te były co najmniej niecodzienne. W efekcie nie mieli jeszcze przygotowanej szczegółowej strategii. Wstępny plan zakładał, że wyśledzą potworę, zwabią ją w miejsce, skąd nie będzie miała łatwej drogi ucieczki, a potem, cóż, grzecznie przedstawią swoje racje, ale tak, by wiedziała, że odmowa nie jest najrozsądniejszą opcją. Walka nie wchodziła bowiem w grę — ich zleceniodawca wyraźnie podkreślał, że nie życzy sobie żadnej przemocy, a jedynie przekonania monstrum do przeniesienia się w inne rejony lub w ostateczności przetransportowania go tam siłą. W jaki sposób, na to Galavant nie miał jeszcze pomysłu, a te, które krążyły mu wcześniej po głowie, z niechęcią musiał teraz uznać za nierealne. Nie przyznawał się jednak do tego, wiedział bowiem, co powie Ryszard i, co gorsza, że prawdopodobnie będzie miał rację. Trudno zatem, chociaż okoliczności nie były zbyt sprzyjające, należało przystąpić do pertraktacji.
— Ekhm. — Galavant odchrząknął kilkakrotnie, miał bowiem wrażenie, że zaczyna mu zamarzać nawet ślina w gardle. Zbliżanie się jeszcze bardziej do emanującego przejmującym chłodem przeciwnika nie było najrozsądniejszą opcją, ponieważ jednak ten tkwił nadal w swoim miejscu jak skała, a wołanie przez ścieżkę wydawało się Galavantowi poniżej godności, rycerz ostatni raz roztarł dłonie, chuchnął w nie kilka razy i dzielnie ruszył naprzód.
— Co robisz? — syknął za nim Ryszard, ale Galavant ponownie go zignorował.
— Witaj, Buko — zaczął grzecznie, zatrzymawszy się w bezpiecznej odległości, wychodził bowiem z założenia, że dopóki nikogo nie zaatakował, nawet potwór zasługiwał na minimum szacunku. — Jestem Galavant, mój towarzysz nazywa się Ryszard. Zostaliśmy wynajęci przez Tatusia Muminka, który jest bardzo zaniepokojony tym, że twoja działalność przynosi szkodę uprawom Mamusi Muminka i w efekcie prowadzi do kryzysu w całej rodzinie Muminków. — Urwał na moment, by sprawdzić reakcję, ale ponieważ jedynym dźwiękiem, jaki usłyszał, było szczękanie zębów Ryszarda gdzieś za jego plecami, podjął znowu: — Widzisz, Muminki obawiają się, że jeszcze jeden sezon i zaczną przymierać głodem, już tej jesieni zgromadzili mniej zapasów niż dotąd, a ponieważ zmroziłaś także korzenie wielu drzew i krzewów w ich sadzie, sytuacja robi się doprawdy niepokojąca. Nie podejrzewamy cię, rzecz jasna, o złą wolę — dodał ostrożnie, ponieważ wyraz „twarzy" potwory był mimo wszystko dość złowrogi, nawet kiedy nie wyrażał żadnych emocji — ale sama rozumiesz, że Muminki i ich sąsiedzi potrzebują upraw, by się wyżywić, a ty stanowisz dla nich ogromne zagrożenie. Biedactwa są tak zestresowani, że nie byli w stanie zapaść w tym roku w zimowy sen, a przez to ich zapasy topnieją jeszcze szybciej niż zwykle. — I prawdopodobnie tylko ta desperacja sprawiła, że Tatuś Muminka napisał do znajomego Paszczaka, który był kiedyś nadwornym uczonym w Walencji i tak poprzez Isabellę zlecenie trafiło do Galavanta. Muminki sprawiały wrażenie wyjątkowo nieszkodliwych stworzonek, które chyba czuły się wręcz winne, że chcą wyrzucić Bukę ze swojej doliny, jednak głód i brak snu każdego mógł pchnąć do zaskakujących posunięć. Galavant też coś niecoś o tym wiedział, miał w końcu trójkę dzieci.
Buka nadal nie reagowała i rycerz zaczął się zastanawiać, czy stwór rozumie w ogóle ludzką mowę. Muminki zapewniały go, że tak, ale patrząc na przypominającą górę lodową postać stwora, Galavant zaczynał mieć wątpliwości.
— Chyba nie działa — wtrącił Ryszard gdzieś z tyłu.
— Zauważyłem — burknął Galavant z irytacją. — Nie pomagasz, to chociaż nie przeszkadzaj. — Podejrzewał już, że plan polegający na grzecznym przedstawieniu argumentów nie wypali i należało przystąpić do planu B. Nie wiedział natomiast, jak się do niego zabrać. Ogłuszenie i związanie Buki nie wchodziło w grę, zamarzliby w połowie tej czynności, a nawet gdyby skonstruować pułapkę, która pozwoliłaby na obezwładnienie jej bez bezpośredniego udziału rycerzy, to pozostawała jeszcze kwestia transportu. Jak uprzedzały go Muminki, Buka roztaczała wokół siebie tak przeraźliwe zimno, że nie sposób było wytrzymać w jej pobliżu dłużej niż kwadrans. Galavant stał nadal ładnych parę metrów od niej, a mimo to miał wrażenie, że jeszcze moment i nogi przymarzną mu do ziemi. Jego myśli krążyły w różnych kierunkach, cały czas sprowadzały się jednak do jednej możliwości — właśnie tej, którą od przybycia do Doliny Muminków tak usilnie ignorował...
— A mówiłem, żebyśmy wzięli Tada Coopera! — Ryszard jak zwykle nie wiedział, kiedy lepiej się nie odzywać. — On jest na pewno odporny na to jej zimno, dałby sobie z nią radę raz-dwa, a potem zabrałby nas do domu. Poza tym od kiedy lepiej panuje nad oddechem, doskonale wychodzi mu podgrzewanie wody na herbatę. Możesz nawet trzymać czajnik w ręku, a on zionie tak, że nawet nie osmali ci palców…
— Powiedziałem, że nie zamierzam latać na żadnym smoku! — przerwał mu Galavant ze złością, nie pamiętając już, że jeszcze przed chwilą sam rozważał tę samą opcję (minus herbata).
— A masz lepszy pomysł? — Ryszard wydął wargi.
Galavant zawahał się na moment.
— Miałbym, gdybyś dał mi w spokoju pomyśleć!
— Miałeś całe pięć minut! — odgryzł się natychmiast Ryszard.
— Nie całe, bo ona nam przerwała. — Galavant odwrócił się z powrotem w stronę ścieżki i z konsternacją stwierdził, że przez moment ich kłótni po drugiej stronie ubył jeden głaz. — No i masz, uciekła!
— Że niby to moja wina? — Ryszard znów się najeżył.
— A czyja? Gdybyś nie zaczął znowu gadać o tej swojej przerośniętej jaszczurce…
— Smoku.
— …to może byś jej nie spłoszył i… — Tu Galavant urwał, bo w gruncie rzeczy sam nie wiedział, co „i".
Ryszard jak na złość okazał się wyjątkowo spostrzegawczy.
— I co, mądralo? Myślisz, że wzruszyłaby ją twoja rzewna historyjka? Bieeedne Mumiiiinki przymieraaają głooodem — zaczął przedrzeźniać towarzysza.
— Ja wcale tak nie brzmię! — Galavant zamierzał wycelować w niego palec, ale gdy rozprostował dłoń, zrobiło mu się w nią jeszcze zimniej, więc naprędce z powrotem zacisnął pięść i wsunął ją głębiej w rękaw. — Wracamy! — zarządził, nim Ryszard zdołał cokolwiek wtrącić. — Musimy opracować szczegółowy plan. Ale najpierw się rozgrzejemy.
— Myślisz, że Mamusia Muminka upiekła nową partię ciasteczek?

Poszukiwania się przedłużały. Po niespodziewanym spotkaniu na polanie Galavant wiedział już przynajmniej, że Buka zostawia ślady. Niestety były łudząco podobne do śladów stóp Paszczaków, a Galavant senior jakoś nigdy nie miał czasu, by zabierać syna na wędrówki po lesie i uczyć tropienia nawet zwykłych zwierząt, a co dopiero potworów. Ryszard, czego należało się w gruncie rzeczy spodziewać, także nie był zbyt pomocny. Do jego ulubionych czynności należało obecnie zajadanie się wypiekami Mamusi Muminka (Galavant pokpiwał z niego, że niedługo sam zacznie przypominać Muminki — rzecz jasna tylko kiedy gospodarze nie słyszeli) oraz powtarzanie przy każdej możliwej okazji, że gdyby Galavant pozwolił mu zabrać Tada Coopera, pewnie już dawno byliby z powrotem w domach.
Dom… Odpoczynek od rodzinnego harmidru był z początku miły, ale obecnie Galavantowi coraz bardziej brakowało Isabelli i dzieci, podejrzewał też, że marudzenie Ryszarda również brało się z tęsknoty za Robertą i ich synkiem. No i Tadem Cooperem. Mimo to jednak Galavant uparcie obstawał, że jego decyzja była słuszna. Obecność smoka — który obecnie znajdował się w fazie rozwoju odpowiadającej ludzkiemu nastolatkowi z całą towarzyszącą temu burzą hormonów czy co tam buzowało w smoczym organizmie — mogła co nieco ułatwić, ale równie dobrze mogła bardzo wiele skomplikować. Co na przykład, gdyby Tad zirytował się na jakieś głupstwo, choćby jeden ze złośliwych docinków tego paskudnego chochlika, Małej Mi, i trochę by go poniosło? Ryszard twierdził, że smok wyrósł już z fazy spontanicznego zapłonu, ale Galavant sam widział, że zdarzało mu się nadal buchać kłębami dymu z nozdrzy, a dom Muminków był przecież cały z drewna. Ryszard zaś może i był zaskakująco odpowiedzialnym smoczym tatą, jednak mimo wszystko był wciąż… cóż, Ryszardem.
Dni zatem mijały, dwaj przyjaciele uganiali się po całej Dolinie Muminków zarówno pieszo, jak i wierzchem, a potwora nadal nie było. To znaczy był — miejscowi regularnie widywali Bukę, a dwie kolejne jabłonki Mamusi Muminka zmrożone aż do korzeni dobitnie wskazywały na to, że stwór wcale nie bał się nowo przybyłych. Najwyraźniej więc Buka, choć, zdawało się, wielka, powolna i niezgrabna, po prostu z powodzeniem grała z nimi w kotka i myszkę.
Tego ranka dwaj rycerze zabawili w kuchni Muminków nieco dłużej niż zwykle. Za oknem prószył śnieg, wiatr wył i postukiwał okiennicami, ogółem pogoda była wyjątkowo mało zachęcająca. Tutaj zaś wkoło rozchodził się zapach cynamonowych ciasteczek, a Tatuś Muminka wydawał się nawet zadowolony, że znalazł sobie dwóch słuchaczy. Półtora słuchacza właściwie, Galavant bowiem niespecjalnie skupiał się na historiach z młodości gospodarza, Ryszard jednak wydawał się nimi zachwycony. Co chwila zadawał pytania i zaśmiewał się do rozpuku z każdej, nawet najgłupszej anegdotki. Galavant miał ochotę kopnąć go pod stołem, by przypomnieć mu o królewskiej godności, szybko jednak zaniechał tego pomysłu — po pierwsze, nie warto było ryzykować urażeniem gospodarza, a po drugie, Ryszard pewnie i tak by nie zrozumiał. Za chwilę zresztą pojawił się jeszcze trzeci powód — na stół wjechała taca pełna gorących ciasteczek i Galavant, oszołomiony ich aromatem, zapomniał o wszystkim.
Zaraz po tacy na blat wskoczyła też Mała Mi.
— Mi, proszę cię, nie stawaj butami na stole — upomniała ją łagodnie gospodyni, na co dziewczynka, chichocząc opętańczo, stanęła dla odmiany na rękach.
Mamusia Muminka uśmiechnęła się pobłażliwie i zaczęła rozstawiać talerzyki. Mała Mi, nie czekając nawet na swój, porwała dwa ciasteczka i uciekła z nimi na parapet, posykując cicho, bo parzyły ją w palce. Całe to zamieszanie zwabiło do kuchni także Muminka, który do tej pory snuł się po domu niczym cień. Czy tak źle znosił niemożność zapadnięcia w zimowy sen, czy też może raczej pogodę uniemożliwiającą zabawę na dworze, tego Galavant nie wiedział, tak czy inaczej synek gospodarzy wydawał się tego dnia wyjątkowo nie w sosie.
— Coś cię gryzie, Muminku? — Mamusia także dostrzegła markotny wyraz pyszczka syna.
Muminek westchnął ciężko, ale i tak sięgnął po ciasteczko — zdaniem Galavanta wyjątkowo przypominał w tej chwili Ryszarda.
— Myślę o Buce — wyznał markotnie, kiedy skończył przeżuwać.
— Nie martw się, mały, już my ją dopadniemy, a wtedy…
— Właśnie o to mi chodzi — Muminek wszedł Ryszardowi w słowo. — Bo im dłużej myślę, tym bardziej jest mi jej szkoda.
— Nam też jest jej szkoda, synku, ale jeszcze trochę i wymrozi nam wszystkie uprawy i co wtedy? Zostanie nam tylko umrzeć z głodu… — Głos Tatusia Muminka dobitnie wyrażał to, jak bardzo przerażająca była to wizja.
— Mam pomysł! — wtrąciła Mała Mi wesoło, pospiesznie przełykając ostatnie ciasteczko. — Zawsze możemy zjeść Bukę!
Wyraźnie chciała wskoczyć na stół po kolejną porcję, ale karcące spojrzenie Mamusi Muminka osadziło ją w miejscu, wspięła się więc tylko na krzesło i, stanąwszy na palcach, sięgnęła po talerzyk. Galavant po raz kolejny pomyślał, że to fascynujące, jak taka ciepła, spokojna i poczciwa kobieta jak ich gospodyni potrafi budzić taki szacunek, choć wydaje się wcale o to nie zabiegać. Może powinien wziąć od niej parę lekcji pedagogicznych, nim wróci do swojego stadka rozbrykanych chochlików?
— Jesteś okropna, Mi! — Muminek tymczasem aż machnął ogonkiem ze złości. — A może Buka wcale nie jest taka zła? Przecież to nie jej wina, że wszystko zamraża. W ogóle myślę, że ona wcale nie robi tego specjalnie, tylko po prostu nie umie inaczej. Zupełnie jak ty, Mi, z tymi twoimi złośliwościami. A może Buka przychodzi tu, bo chciałaby się z nami zaprzyjaźnić?
— Hmm, a może? — Galavant w zamyśleniu potarł brodę. Może rzeczywiście zamiast uganiać się za stworem po całej dolinie, powinni zostać na miejscu i zastawić na niego pułapkę? Nie słuchał już dalszego ciągu rozmowy, w jego głowie począł bowiem kiełkować nowy plan.
Z zamyślenia wyrwało go nagłe walenie w drzwi.
— Ratunku! Ratunku, potwór! Wpuśćcie mnie! Potwór!
Galavant i Ryszard zerwali się z krzeseł równocześnie, z tym że ten pierwszy sięgnął po miecz, ten drugi zaś po jeszcze jedno ciasteczko na drogę. Mała Mi, zwinniejsza od reszty, pierwsza dopadła wejścia i wpuściła Ryjka do środka, po czym ciekawie wyjrzała na zewnątrz. Nie zdążyła jednak chyba wiele wypatrzeć, bo Tatuś Muminka co prędzej odsunął ją i z powrotem zaryglował drzwi.
— Gdzie ona jest? — zapytał tymczasem Galavant, doskoczywszy do nadal trzęsącego się jak osika przyjaciela Muminka.
— Niczego nie widzę, zrobiło się jakoś ciemno — mruknął tymczasem Ryszard, wyglądając przez okno. — Pewnie idzie kolejna śnieżyca. Może poczekamy na lepszą pogodę? W końcu jak przyszła raz, to przyjdzie i kolejny.
— Ona? — Ryjek zastrzygł uszami. — Jaka ona? Toż mówię, że potwór, wielki, ogromny, skrzydlaty potwór!
— Ale gdzie, Ryjku, gdzie?! — ponagliła go podekscytowana Mała Mi.
— No tam! — Ku zdziwieniu wszystkich Ryjek wzniósł łapkę w górę.
— W niebie? — zdziwił się Tatuś Muminka.
— Nie! Na dachu! Siedzi na samej górze, macha skrzydłami i puszcza dym z nosa!
Ryszard i Galavant natychmiast spojrzeli po sobie, a w ich głowach zaczęło kiełkować to samo podejrzenie.
— Tad Cooper? — zapytał Ryszard niepewnie, a potem wystrzelił jak z procy. Niestety zapomniał, że drzwi były już ponownie zaryglowane (Muminki zaczęły robić to dopiero niedawno w obawie przed Buką), więc już po paru krokach czekało go bolesne zderzenie, gdy klamka wbrew oczekiwaniom nie puściła. Tatuś Muminka spojrzał pytająco na Galavanta, a gdy ten skinął głową, ponownie otworzył ogromną zasuwę. Ryszard natychmiast wybiegł na zewnątrz. Galavant, chcąc nie chcąc, ruszył za nim, modląc się w duchu, by gość na dachu Domu Muminków okazał się rzeczywiście Tadem Cooperem, a nie przypadkowym smokiem, którego śnieżyca zmusiła do szukania schronienia w dolinie.
Tym razem bogowie wyjątkowo łaskawie przychylili się do jego prośby. Szkoda tylko, że zapomniał dodać klauzulę o braku entuzjastycznych powitań — pomyślał gorzko, usiłując uwolnić się od szorstkiego języka smoka, który, po krótkim przywitaniu z Ryszardem, teraz zabrał się za metodyczne obślinianie zbroi Galavanta.
— Jesteś smokiem czy psem? — burknął wreszcie rycerz z irytacją.
Ryszard uśmiechnął się z niemalże ojcowską dumą.
— Tadzik, siad! — polecił wesoło i rzeczywiście ogromna gadzina potulnie przysiadła na tylnych łapach.
— Łał! Mogę się przelecieć, mogę? — Mała Mi swoim zwyczajem wyrosła gdzieś spod ziemi i rozpoczęła radosny taniec wokół smoka i dwóch rycerzy, nic sobie nie robiąc z przerażenia na pyszczku Mamusi Muminka, która pozostała na werandzie i do tego ujęła ogonek syna w łapkę, na wypadek gdyby i jemu przyszło do głowy przyłączyć się do tego szaleństwa. Ryjek pozostał chyba wewnątrz domu, natomiast Tatuś Muminka, przeczekawszy moment przywitania, dzielnie ruszył w stronę Tada i spółki, choć przezornie ominął smoczy ogon szerokim łukiem.
— A niech mnie, najprawdziwszy smok! — skwitował, zadzierając pyszczek do góry tak energicznie, że aż cylinder zsunął mu się z głowy.
Galavant złapał kapelusz w locie i podał go gospodarzowi.
— Niestety tak — mruknął niechętnie.
— A do tego oswojony! — uzupełniła Mi, na chwilę przerywając swój taniec. — Jakbym miała takiego, to wszyscy by przede mną uciekali! A co on tam ma na szyi?
Galavant zmarszczył brwi. Dopiero teraz dostrzegł zwisającą pod lewym skrzydłem Tada Coopera skórzaną sakwę.
— Tadzik! Chodź do tatusia. — Ryszard wspiął się na palce i wyciągnął się jak struna, ale dopiero kiedy smok łaskawie pochylił się w jego stronę, udało mu się dosięgnąć sakwy. — Listy! Listy z domu! — oznajmił po chwili radośnie.
— Dawaj! — Galavant jednym susem dopadł przyjaciela.
Na moment zapadła cisza, gdy dwaj rycerze czytali swoje wiadomości. Ryszard skończył pierwszy — najwyraźniej Roberta była mniej wylewna od Isabelli. Galavant tymczasem przeskanował wzrokiem pięć stron zapisanego drobnym pismem tekstu, a potem, uśmiechając się z coraz większym rozrzewnieniem, sięgnął po ostatnią kartkę, na której znajdował się rodzinny portret narysowany najwyraźniej wspólnymi siłami przez troje Galavanciątek.
— A gdzie ty? — Ryszard już od pewnej chwili zaglądał mu przez ramię.
— Chyba tutaj. — Galavant czule pogładził palcem patyczkowatą postać w centrum ilustracji.
— Serio? — Ryszard odsunął się nieco, by krytycznym wzrokiem popatrzeć to na obrazek, to na przyjaciela. — W ogóle niepodobny — skwitował wreszcie. — Poza tym dlaczego masz zieloną skórę?
— To nie skóra, to zbroja.
— Zielona?
— Srebrnej kredki nie mieli. Szarej pewnie też nie. — Galavant już się nie uśmiechał.
— Ja bym użył niebieskiej. — Ryszard wzruszył ramionami, a potem entuzjastycznie podsunął przyjacielowi pod nos swój list. — Patrz! Tutaj! Czytaj, co napisał Gareth!
Galavant zmarszczył brwi i podniósł kartkę bliżej oczu.
— „Wór szynki w ZUS-ie"? — odczytał z trudem.
— „Wróć szybko, tatusiu". — Ryszard z irytacją wyrwał mu kartkę.
— Twój syn pisze jak kura pazurem!
— A twoja córka nie rozróżnia kolorów!
— Ekhm, panowie — Tatuś Muminka uznał, że najwyższy czas się wtrącić.
— To jak, da mi pan się przelecieć na smoku? — Mała Mi natychmiast wykorzystała okazję.
Ryszard posłał Galavantowi jeszcze jedno pełne urazy spojrzenie, potem zwrócił się do dziewczynki:
— Oczywiście. Muminku, Ryjku, chodźcie, pan też, panie Tatusiu, miejsca wystarczy dla wszystkich.
Galavant posłał pytające spojrzenie Mamusi Muminka.
— No dobrze, jeśli panowie twierdzą, że to bezpieczne — odparła kobieta z wahaniem.
— Nie ma obawy, Tadzik uwielbia dzieci, mój Gareth lata na nim cały czas. A potem — Ryszard popatrzył znacząco na Galavanta — rozprawimy się z tą Buką raz na zawsze i wracamy do domu.
Tym razem Galavant nie znalazł argumentów przeciw.
Nim Tad Cooper z Ryszardem, Tatusiem Muminka i dzieciarnią zrobił kilka kółek nad domem Muminków, śnieg prawie przestał już padać. Galavant bez protestów już wspiął się na grzbiet smoka i wkrótce szybowali nad otuloną białym puchem doliną. Z perspektywy smoczego grzbietu widoczność była znacznie lepsza, ale liczne skały i drzewa zapewniały doskonałe schronienie, Galavant pamiętał też, że Buka, gdy zastygła w bezruchu, zwłaszcza z góry mogła do złudzenia przypominać głaz.
— Zejdźmy niżej — poprosił po raz kolejny.
— Lecimy już naprawdę nisko — zaprotestował Ryszard. — Tadzik nie lubi, kiedy drzewa łaskoczą go w brzuszek.
Galavant burknął pod nosem coś o rozwydrzonych gadach i zacisnął mocniej palce na jednym z wieńczących kark Tada Coopera kolców. Niemal już zwisał przy smoczej szyi, usiłując wypatrzeć jakikolwiek ślad ruchu pod nimi.
Latali tak, aż słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Galavant czuł mieszaninę irytacji, rezygnacji oraz dziecinnej satysfakcji — w końcu pupilek Ryszarda nie okazał się jednak aż taki przydatny. List, a zwłaszcza dołączony do niego rysunek, ciążył mu jednak w kieszeni, a tęsknota równie mocno ciążyła na sercu. Kiedy lądowali tego wieczora w ogrodzie Muminków, w głowie coraz bardziej zdesperowanego rycerza rodził się już nowy plan.
— Czekaj. — Galavant zatrzymał Ryszarda, który zmierzał już w kierunku, z którego dobiegała słodka woń ciasteczek. — To jeszcze nie koniec.
— Ale…
— Chcesz wrócić do Roberty i małego Garetha, prawda? No to słuchaj. Dziś w nocy zakończymy to raz na zawsze, tak jak chciałeś. Zastawimy pułapkę!
— Ale…
— Żadnych ale. Wszystko przemyślałem, słuchaj. My nie możemy zbliżyć się do Buki, żeby nie skończyć jak dwa sople lodu, ale sam mówiłeś, że Tad Cooper powinien być na nią odporny.
Ryszard zerknął na smoka, a w jego oczach pojawił się niepokój.
— No nie wiem, a co jeśli jego łuski nie są jeszcze dostatecznie grube? To nadal dziecko, Gal.
— Smocze dziecko. Z płucami wypełnionymi ogniem! — wytknął Galavant.
— Wiesz, technicznie rzecz biorąc, to ogień nie tworzy się w płucach smoka, tylko…
— Nieważne! — Galavant niecierpliwie machnął ręką. — Chodź, musimy przygotować teren.
— Ale…
— Potem pogadamy z Muminkami, najpierw chcę doszlifować mój plan i zyskać pewność, że nie ma dziur… Dziur! Tak jest! Tego mi brakowało! — Wykrzyknął Galavant niespodziewanie i ruszył truchtem w stronę ogrodu i sadu za domem Muminków.
Ryszard przeniósł pytające spojrzenie na Tada, zupełnie jakby oczekiwał, że ten wyjaśni mu zaskakujące zachowanie przyjaciela, jako że smok był jednak zajęty wylizywaniem łusek pod ogonem, Ryszard bezradnie wzruszył ramionami i podreptał za Galavantem.
Gdy na dobre zapadła noc, zasadzka w sadzie Muminków była już gotowa. Pamiętając, że Buka lgnie do ciepła i światła niczym ćma, Galavant rozpalił w najgęstszym zakątku spore ognisko, a nieopodal niego wspólnymi siłami wykopali głęboki dół o stromych ścianach. To znaczy, wykopali go głównie siłami Muminków, bowiem Ryszard po pierwszych trzech minutach kopania zaczął marudzić na odciski, Mała Mi obraziła się, że nie chcą jej pozwolić wziąć udziału w zasadzce, i gdzieś sobie poszła, Galavant był zaś zbyt zajęty logistyką, a inaczej mówiąc, wydawaniem rozkazów.
Wierzch przykryli gałęziami, a na to wszystko nasypali śniegu. Niestety biały puch miał to do siebie, że odciskały się na nim nawet najdrobniejsze ślady, dlatego mimo starań Galavanta okolice pułapki wyglądały jak pobojowisko. Rycerz liczył jednak, że Buka się nabierze — w końcu ogniska były zwykle przez kogoś rozpalane, a gdyby cała rodzina Muminków wraz z przyjaciółmi postanowiła po prostu upiec kiełbaski, prawdopodobnie zostawiliby podobną ilość śladów, stan podłoża, zwłaszcza po ciemku, nie powinien zatem chyba budzić aż takich wątpliwości. Smoka przezornie ukryli z drugiej strony domu — do zastawienia pułapki nie był im właściwie potrzebny. Pierwsza część planu była wykonalna jeszcze i przed pojawieniem się Tada Coopera, problemem był dopiero dalszy ciąg. Co im po uwięzionej Buce, kiedy nie mogli się do niej zbliżyć, a tym bardziej myśleć o transporcie? To właśnie tutaj obecność pupilka Ryszarda miała kolosalne — dosłownie i w przenośni — znaczenie.
Gdzieś w dali zahukała sowa. Galavant drgnął, poruszył skostniałymi palcami i po raz kolejny zmienił pozycję. Nie przyznałby się do tego nawet na najgorszych torturach, ale zaczynał żałować, że odmówił Mamusi Muminka, gdy ta zaoferowała się zaopatrzyć uczestników zasadzki w ciepłe kalesony. Ryszard, który ten jeden raz miał więcej rozsądku od niego, zamarzał pewnie w tej chwili chociaż odrobinę mniej. Galavant wytężył wzrok, ale nie był w stanie dostrzec przyjaciela ukrytego za rozłożystym krzakiem jeżyn. Tatuś Muminka, skulony pod gałęziami niskiego drzewka, którego gatunku Galavant nie był w stanie określić, był nieco bardziej dostrzegalny dzięki swojemu jasnemu futerku. Galavant zastanawiał się, czy choć trochę chroniło go przed mrozem, bo choć gospodarz co i raz chuchał w złożone łapki, to i tak jakimś cudem wydawał się trzymać całkiem nieźle, mimo że ubrany był jedynie w swój nieodłączny cylinder oraz wełniany szalik.
Galavant westchnął cicho i przeniósł wzrok na ognisko, myśląc, że nigdy nie rozumiał Buki tak dobrze jak w tej chwili — sam najchętniej natychmiast ruszyłby w stronę ognia, nie zważając na żadne zagrożenia, zdesperowany, by się ogrzać, a jednocześnie pełen wątpliwości, czy to w ogóle jeszcze możliwe. List w kieszeni przypominał mu jednak, że należało wreszcie doprowadzić sprawę do końca, po raz kolejny zapewnił się więc w duchu, że wytrwa.
Znów poczuł obecność potwora, zanim jeszcze go zobaczył, a tym razem był już w stanie bez trudu rozpoznać oznaki. Choć wydawało się to niemożliwe, powietrze stało się nagle jeszcze bardziej lodowate, a wszelkie dźwięki wokół Galavanta — dziwnie stłumione, zupełnie jakby ktoś napchał mu do uszu waty. „Albo to Buka, albo zamieniam się w lodowy posąg" — pomyślał gorzko, ale na wszelki wypadek powoli sięgnął po ukryte za pazuchą krzesiwo. Wkrótce potem rozległo się ponowne, tym razem nieco nieudolne, pohukiwanie — to Tatuś Muminka jako pierwszy dostrzegł Bukę i dał znak pozostałym. Wszyscy trzej jak na komendę zapalili swoje lampy (no dobrze, Ryszard spóźnił się o dobre kilkanaście sekund, ale jak na niego, zdaniem Galavanta, był to nadal całkiem niezły wynik) i ruszyli naprzód.
Przez dłuższą chwilę wydawało się, że Buka w ogóle ich nie dostrzega. Stała nieruchomo przy ogniu, który z każdą sekundą płonął coraz słabiej. Z pozycji Galavanta, znajdującego się dokładnie za jej plecami, tylko spódnice powiewające na wietrze wskazywały na to, że nie ma do czynienia z litą skałą. Rycerz rozejrzał się, a gdy upewnił się, że towarzysze napierają z obu stron niemal równo z nim, zdecydował się porzucić ostrożność:
— Ej, Buko! — zawołał. Nie był nawet specjalnie zaskoczony, kiedy ponownie nie doczekał się reakcji. — To twoja ostatnia szansa, uciekaj stąd, ale już! — Dla podkreślenia swoich słów zamachał lampą, choć był to bezużyteczny gest, bo odwrócony tyłem potwór nadal nie mógł go widzieć. Moment później jednak Ryszard zrobił to samo, niestety tak intensywnie, że jego lampa zakołysała się i zgasła.
Buka zaburczała z niezadowoleniem i powoli zaczęła się odwracać — niestety nie w stronę sprytnie ukrytej między dwoma krzakami jeżyn dziury, do której chcieli ją zapędzić, a w stronę Ryszarda. Co gorsza, odwracając się, mimo swojej powolności, musiała wzniecić lodowaty powiew, który okazał się ostatnim gwoździem do trumny. Ognisko zgasło dokładnie w momencie, gdy Ryszard zdołał zapalić ponownie swoją lampę. Buka nastroszyła się jeszcze bardziej, zafalowała złowieszczo spódnicami i ruszyła naprzód.
Ryszard także zerwał się do biegu, ale bynajmniej nie w celu ucieczki. Wprost przeciwnie: w nagłym przypływie idiotycznej odwagi postanowił najwyraźniej użyć własnej osoby jako przynęty mającej zwabić potwora do pułapki. Pułapki, którą, jak się okazało, ukryli dostatecznie dobrze, by w nikłym świetle była praktycznie nie do odróżnienia od ubitej ziemi. Galavant przeklął przyjaciela, Muminki i całe to idiotyczne zlecenie i sięgnął po przypięty do pasa miecz. Obietnice obietnicami, ale nie mógł przecież pozwolić, żeby ten idiota, który właśnie wołał pomocy z dna własnoręcznie wykopanej przez nich dziury, zamarzł na śmierć na jego warcie. Nie przewidział tylko jednego — ekstremalnie niska temperatura rozsiewana przez Bukę sprawiła, że broń przymarzła do pochwy. Galavant zaklął ponownie, jeszcze głośniej.
— Tatusiu! — zawołał rozpaczliwie. Choć brzmiało to wyjątkowo żałośnie, nie stanowiło bynajmniej przejawu jego kompleksów zakorzenionych w trudnej relacji z dzieciństwa. Po prostu liczyła się każda sekunda, a „Tatusiu Muminka" miało stanowczo zbyt wiele sylab.
— Nie mogę! — rozległ się okrzyk gdzieś z lewej strony. — Łapki mi przymarzły!
Galavant zaklął jeszcze głośniej i mimowolnie pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, całą zapłatę od Muminków będzie musiał wrzucić w domu do słoika, który Isabella przygotowała właśnie na takie okazje. Nie czuł się winny — jego żona wrzucała tam monety równie często co on. Myśl była jednak idiotyczna, zakładała bowiem, że po pierwsze, przeżyją spotkanie z Buką, na co szanse malały z każdą chwilą, po drugie, że rzeczywiście wykonają swoją część umowy, a po trzecie, że końca zasadzki dożyje ich zleceniodawca, tak by mógł uiścić ewentualną zapłatę. Te wszystkie myśli przebiegły Galavantowi przez głowę w ułamku sekundy. Rycerz zdążył jeszcze pomyśleć, że przed śmiercią powinno chyba raczej przelecieć człowiekowi przed oczami całe życie, a potem wzruszył ramionami i, nie mając żadnego innego pomysłu, z gołymi rękami rzucił się na czającą się nad dołem z Ryszardem Bukę.
Niespodziewanie gdzieś nad jego głową dziecięcy głosik zawołał przeraźliwie:
— Nie, stój!
Galavant mimowolnie zwolnił kroku. W tej samej niemal chwili ziemia zadrżała, a ciemność ustąpiła miejsca oślepiającemu blaskowi. Rycerz poślizgnął się na gwałtownie topniejącym śniegu i odruchowo zasłonił twarz ręką. Ze zdumieniem poczuł, że na wpół zamarznięte palce odzyskują czucie w zaskakującym tempie. Po pierwszym szoku wolną dłonią sięgnął do miecza, który teraz już bez oporu wyszedł z pochwy.
— Tadzik, nie! Nie wolno! — Ten głos bez wątpienia należał do Ryszarda.
Wyglądało też na to, że jako pierwsza krzyczała Mała Mi, która wraz z Muminkiem i jego mamusią miała ukryć się za domem i pilnować smoka stanowiącego ewentualną odsiecz. Czy któreś z nich zdążyłoby tak szybko zorientować się, co się dzieje, czy może raczej krnąbrna dziewczynka nie zamierzała pozwolić, by ominęła ją, jak to sama określiła, „najlepsza zabawa", i wymknęła się wcześniej, jakimś cudem zabierając ze sobą Tada Coopera? Wciąż zadając sobie to pytanie, Galavant ostrożnie dźwignął się na nogi i, starając się uspokoić wciąż walące serce, przez zmrużone oczy rozejrzał się po okolicy.
Ogień stopił śnieg i wypalił trawę pod nim do gołej ziemi. Galavant musiał jednak docenić fakt, że Tad Cooper rzeczywiście okazał się tak precyzyjny, jak chwalił się Ryszard. Poza miejscem, gdzie jeszcze przed momentem znajdowała się Buka, otoczenie pozostało niemalże nienaruszone. On sam, który znajdował się niebezpiecznie blisko potwora, nie poczuł nic prócz fali ciepła. Sądząc po głosie Ryszarda, który — nadal uwięziony w dziurze — starał się uspokoić wciąż zdenerwowanego Tada, jemu także nic się nie stało. Tatuś Muminka, uwolniwszy wreszcie łapki, zbliżał się właśnie ostrożnie, usiłując udzielać reprymendy Mi, a jednocześnie nie irytować i tak już niespokojnego smoka. Tylko z Buki, która znajdowała się w epicentrum ognistego ataku, musiała pewnie zostać garstka popiołu. Cóż, przynajmniej Muminki nie będą mogły mieć o to pretensji akurat do niego, pomyślał Galavant gorzko i, jako że nareszcie zdołał opanować drżące członki, ruszył ciężkim krokiem w stronę dziury i Ryszarda, który przestał wreszcie rozmawiać ze smokiem, a zaczął głośno domagać się uwolnienia z pułapki.
Jako że ziemia w miejscu ataku wciąż sprawiała wrażenie rozżarzonej, Galavant na wszelki wypadek postanowił pójść dookoła — wystarczyło mu już wrażeń termicznych na ten dzień. Sięgnął po lampę, która jakimś cudem nie zgasła, i ruszył w lewo, już po chwili jednak ponownie go zamurowało. Na ziemi wśród topniejącego śniegu, kilka kroków od miejsca, gdzie powinny znajdować się spopielone szczątki potwora, leżała ludzka postać. Właśnie tak — choć na sobie wydawała się mieć wciąż te same ciemne, powłóczyste szaty co Buka, to nie przypominała już wielkiego głazu o upiornym uśmiechu i wielkich, pustych oczach. Jej miejsce zajęła korpulentną kobiecina o pyzatej, pomarszczonej twarzy otoczonej strzechą długich, rzadkich, siwych włosów. Gdy Galavant nadal stał tak i wpatrywał się w nią, jakby sam został zamieniony w głaz, kobieta poruszyła się lekko i otworzyła oczy.
— Mój rycerzu — wyszeptała nieco skrzekliwym, ale w gruncie rzeczy miłym głosem. — Odczarowałeś mnie!
Galavant głośno przełknął ślinę.
— Eee, właściwie to nie ja, to on. — Obrócił się i wskazał w górę na siedzącego już całkiem spokojnie, choć jeszcze dymiącego z nozdrzy Tada Coopera.
Kobieta podążyła za jego wzrokiem, westchnęła cicho i… ponownie zemdlała.
— To może ja zawołam żonę — rozległ się niepewny głos Tatusia Muminka tuż za plecami Galavanta. — I powiem, żeby przyniosła sole trzeźwiące.
Rycerz machinalnie skinął głową, a przez głowę przeszła mu myśl, że jeszcze chwila, a przydadzą się i jemu samemu.
— CZY KTOŚ MOŻE MNIE WRESZCIE WYCIĄGNĄĆ Z TEJ DZIURY!
Cóż, na Ryszarda zawsze można było liczyć, że nie da człowiekowi zbyt długo pogrążać się w szoku.

Świt zastał ich nadal na nogach, za to rozgrzanych, najedzonych ciasteczkami i w znacznie lepszych nastrojach — może z wyjątkiem Małej Mi, która wciąż boczyła się o to, że choć swoim zdaniem uratowała sytuację, za karę dostała zakaz zbliżania się do smoka. Siedzieli na ganku, owinięci w koce i szale, z kubkami parującego kakao w rękach (lub łapkach), a Tad Cooper leżał tuż obok, z pyskiem opartym o balustradę, tak że wydychane z jego ogromnych nozdrzy gorące powietrze ogrzewało werandę lepiej niż niejeden piecyk. Bunia — swojego dawnego imienia niestety już nie pamiętała, a Muminki zgodnie stwierdziły, że niegrzecznie byłoby nadal nazywać ją Buką — siedziała na zaszczytnym miejscu u szczytu stołu, a dłoń, w której nie miała kubka, co chwila unosiła, by pogładzić smoka po pysku.
— Mój dom też był kiedyś pełen ciepła i śmiechu — opowiadała cichym, niepewnym głosem, uśmiechając się nieśmiało. — Ale potem tego ciepła i śmiechu było coraz mniej i dom powoli zaczął zionąć chłodem, aż stał się tak lodowaty, że i moje serce stopniowo zamarzło razem z nim. Nie pamiętam już nawet, jak to się stało ani kiedy, wiem tylko, że błąkałam się wiele, wiele lat, nim trafiłam do waszej doliny, która wtedy jeszcze była zimna i pusta zupełnie jak ja. Od początku jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie właśnie tutaj i może dlatego właśnie zostałam, nawet kiedy zaczęli się tu sprowadzać pierwsi mieszkańcy. Nie zliczę godzin, które spędziłam, wpatrując się w światło w oknach i słuchając dochodzącego zza nich gwaru. Wiele razy chciałam podejść bliżej, ale nie wiedziałam, jak to zrobić, by nie przynieść ze sobą tego chłodu. I w efekcie wzbierał we mnie gniew, coraz silniejszy i silniejszy, tak że w końcu wyparł wszystkie inne uczucia. Nienawiść do tego chłodu, który miałam w sobie, przekształciła się w nienawiść do wszystkiego, co potrafi być ciepłe… — Bunia urwała i ukradkiem otarła łzę.
Tad, który do tej pory nawet nie drgnął, zupełnie jakby słuchał z uwagą historii staruszki, teraz uniósł swój ogromny łeb i z zaskakującą delikatnością szturchnął ją w rękę. Bunia natychmiast się rozpromieniła.
— Nie sądziłam, że cokolwiek zdoła stopić ten lód — podjęła swoją opowieść — tymczasem zjawił się on. — Czule pogładziła nos smoka, a ten zamruczał z zadowoleniem.
— Tadzik potrafi skruszyć każde serduszko — odpowiedział Ryszard z ojcowską dumą w głosie.
— Bardzo przepraszam za zniszczone rośliny — Bunia zwróciła się teraz do Mamusi Muminka. — Ja to wszystko naprawię, kiedy przyjdzie wiosna, obiecuję.
— Ach, to nic takiego. — Mamusia Muminka nonszalancko machnęła łapką, zupełnie jakby troska o uprawy nie spędzała jej snu z powiek od wielu tygodni. — Ogródek to drobnostka, odrośnie. Najważniejsze, że udało się panią odczarować.
Bunia uśmiechnęła się z wdzięcznością.
— Mimo to chciałabym jakoś pomóc i wynagrodzić te wszystkie przykrości. Nie potrzebuje pani czasem gosposi albo niani? Ja tak lubiłam dzieci…
Mamusia Muminka z troską potarła pyszczek.
— Ach, przykro mi, ale nasz synek jest już duży i nie potrzebuje niani, Mi także, a domem zajmuję się sama. Oczywiście może pani u nas zostać, jak długo pani zechce, z przyjemnością panią ugościmy.
— Galavant ma małe dzieci — wtrącił Ryszard niespodziewanie.
Rycerz spiorunował go wzrokiem, ale bezskutecznie.
— Sam mówiłeś, że chcielibyście z Isabellą mieć trochę czasu dla siebie, wiesz, żeby tak pójść na plażę, rozłożyć kocyk, w spokoju obejrzeć zachód słońca, a potem… — Ryszard urwał tylko dlatego, że Galavant kopnął go w kostkę.
— Obawiam się, że w naszym domku nie starczyłoby miejsca dla jeszcze jednej osoby, sami już ledwo się w nim mieścimy — wyjaśnił, uśmiechając się przepraszająco.
W gruncie rzeczy była to prawda — budując chatkę na brzegu morza, żadne z nich nie przewidziało, jak szybko ich rodzina się powiększy. Ale problem leżał gdzie indziej: Galavant podejrzewał, że gdyby zjawił się w domu z „nianią", która jeszcze niedawno zamrażała wszystko, czego dotknęła, to cóż, prawdopodobnie okazałoby się, że w domku nie ma już miejsca także i dla niego samego. Z drugiej jednak strony przygaszony wyraz twarzy Buni sprawił, że rycerz poczuł się nieco winny. W zamyśleniu potarł dłonią brodę i rozejrzał się po werandzie. Moment później doznał olśnienia.
— Myślę, że jest ktoś, kto potrzebuje pani bardziej niż my.
Wszystkie spojrzenia zwróciły się na niego, a Galavant uśmiechnął się, widząc ukryte w nich nieme pytanie.
— Tad Cooper! — oznajmił tryumfalnie. — Ryszardzie, sam mówiłeś, że Roberta ma pretensje, że spędzasz z nim więcej czasu niż z własnym synem.
— Taki smok bardziej potrzebuje wychowania niż dziecko, bo dziecko nie zionie ogniem, no a Tadzik ma tylko mnie… — zaczął się bronić Ryszard, ale umilkł, bo chyba zaczął do niego docierać sens słów przyjaciela.
— Ale gdyby miał nianię… — podsunął mu Galavant dla pewności.
— Gdyby miał nianię… No jasne! — Ryszard entuzjastycznie zaklaskał w dłonie. — Tadzik panią uwielbia, pani Buniu, a pani ma do niego niesamowitą rękę, no proszę tylko spojrzeć, jak ostrożnie chucha, żeby pani nie poparzyć.
Bunia cała się rozpromieniła i po raz kolejny pogłaskała smoka.
— Myśli pan, że naprawdę mogłabym się nim zająć? — spytała z nadzieją.
— No jasne! To wcale nie jest taka ciężka robota. Owce nadal ja bym mu przyprowadzał, nawet flaki mogę sam sprzątać, chodzi o to, żeby spędzać z nim czas, wie pani, rozmawiać, drapać pod łuską i tak dalej, żeby się biedaczek nie poczuł samotny, kiedy tatuś będzie zajęty gdzie indziej.
— Och, to byłaby dla mnie sama przyjemność! — odparła Bunia takim tonem, jakby mówiła o uroczym dziecku… to jest ludzkim dziecku. — Co ty na to, malutki? — zwróciła się do smoka, który w odpowiedzi zamruczał przyjaźnie, wysunął swój rozdwojony jęzor i Galavant dałby słowo, że jeszcze chwila, a spróbowałby niczym pies polizać kobietę po ręce.
— Tadzik, bez języczka proszę — upomniał go jednak w porę Ryszard. — Pani wybaczy, on czasem zapomina, że już nie jest smoczątkiem i jego język jest już trochę zbyt szorstki na takie czułości.
— Ależ to nic takiego, poza tym jestem pewna, że taki mądry smok szybko się wszystkiego uczy — Bunia wzięła Tada w obronę.
Galavant z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami. Wyglądało na to, że jeszcze trochę i kobieta przebije nawet Ryszarda poziomem fiksacji na punkcie tej przerośniętej jaszczurki. No ale nie dało się ukryć, że mały Gareth i Roberta na tym skorzystają. A skoro już o tym mowa, to…
— Problem rozwiązany, możemy wracać do domu! — oznajmił Galavant z ulgą i przeszło mu przez myśl, że choć nadal stosował wobec Tada zasadę ograniczonego zaufania, to w tym przypadku nawet cieszył go ten niespodziewany środek transportu i był gotów bez wahania pozostawić konie Paszczakowi, u którego je trzymali. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy Isabellę i dzieci, w gruncie rzeczy nie pamiętał już nawet, dlaczego właściwie chciał od nich odpocząć.
— Racja, na nas już pora — Ryszard natychmiast się z nim zgodził. — Możemy ruszać choćby zaraz. Jeśli oczywiście pani Bunia nie ma nic przeciwko — zreflektował się po chwili.
— Wprost przeciwnie — zapewniła go kobieta. — Sama bardzo chętnie znajdę się gdzieś, gdzie jest ciepło.
— No to ustalone!
— A my — Tatuś Muminka uśmiechnął się czule do żony — chyba wreszcie zdołamy spokojnie zasnąć. Jeszcze trochę zimy przed nami.
— Mhmm, na samą myśl robię się taaaki śpiący. — Muminek przeciągnął się dla poparcia swoich słów.
Tylko na twarzy Małej Mi pojawił się grymas niezadowolenia.
— Naprawdę musimy iść spać, kiedy wreszcie zrobiło się ciekawie? — zaprotestowała. — O, wiem — rozpromieniła się nagle. — A może pan Ryszard albo pan Galavant zabraliby mnie na trochę do siebie, na przykład na te, no… ferie?
Ryszard i Galavant popatrzyli na siebie zgodnie jak nigdy i chórem odparli:
— Za nic w świecie!