W ciągu kolejnych dni Snape bacznie przyglądał się Malfoyom. Przeprowadził też ważną rozmowę z Dumbledore'em, w czasie której podzielił się z dyrektorem Hogwartu pomysłem, że tych dwoje młodych ludzi można uratować przed zniszczeniem psychicznym, jeśli zdradzi im się, że nie są w tym sami – Snape przecież był prawdziwie po stronie Zakonu Feniksa, więc jeśli i oni nie popierali prawdziwie Czarnego Pana, jak z pewnością było, mogliby liczyć na jego wsparcie. Dumbledore wyraził zgodę na wtajemniczenie Malfoyów, pod jednym ważnym warunkiem – Snape musiał zdobyć dowód, że rzeczywiście ojciec zmusił ich do włączenia się w szeregi Lorda Voldemorta i że w ogóle chcą pomocy.
W ostatnim tygodniu września, gdy Zakazany Las przyodział swoje najdostojniejsze, żółtobrązowe barwy, Severus Snape, wracając z kolacji, spotkał Victorię Malfoy. Wynurzyła się zza rogu korytarza, wbiła w niego swoje badawcze, czujne spojrzenie i szła tak, z kamiennym wyrazem twarzy, prosto w jego stronę. Nie wiedział, czy miała do niego jakąś sprawę, czy zwyczajnie za chwilę go wyminie, bowiem jej mowa ciała niczego nie zdradzała, co wydawało mu się bardzo denerwujące i imponujące jednocześnie.
Zatrzymała się jednak kilka kroków przed nim, on zwolnił więc tempa, jednak nie stanął – zrobił to dopiero wtedy, kiedy usłyszał ciche: „Można, panie profesorze?"
Spojrzał na nią ostrym spojrzeniem, jak to miał w zwyczaju wobec uczniów i uczennic. W duchu był jednak ciekaw – i to nie tylko tego, czego od niego chciała, ale i tego, jak będzie się do niego zwracać. Tak rzadko miał okazję rozmawiać z nią sam na sam, że mógł z całą mocą przyznać, że oto stała przed nim niemalże zupełnie obca mu osoba, a obcość była czymś, z czym – z racji bycia szpiegiem – zawsze starał się, niepostrzeżenie oczywiście, walczyć. Musiał przecież wiedzieć wszystko i o wszystkich.
– Słucham – warknął, choć gdy przypomniał sobie, że powinien zdobyć zaufanie tej dziewczyny dla dobra nie tylko, być może, jej własnego, ale i wszystkich w Hogwarcie, nieco rozluźnił wyraz twarzy, by wyglądać choć trochę mniej przerażająco.
Ona akurat nie była jedynie jego uczennicą. Była też, w pewnym sensie, niestety, jego wspólniczką, wobec której miał zresztą interes. I to nie tylko on, bo i Dumbledore. Musieli mieć pewność, że nie była prawdziwie po stronie Czarnego Pana i że jej obecność w zamku nie stanowi dla nikogo niebezpieczeństwa. A kiedy już tą pewność zdobędą, dobrze byłoby pozwolić jej i Draconowi mieć w sobie wsparcie, by jakoś to przetrwali i nie zatracili się w mroku.
Niebieskie oczy zmrużyły się na kilka sekund, jakby go oceniały. Zastanawiał się, czy panna Malfoy się go boi. Oczywiście – niczego takiego nie było po niej widać, ale o tym, że była całkiem dobra w stwarzaniu pozorów, już wiedział. Teoretycznie – mogła się go bać. Było to nawet wielce prawdopodobne. Był prawą ręką Czarnego Pana. Nawet wielu zagorzałych śmierciożerców, o wiele silniejszych i starszych od niej, spuszczało wzrok, gdy się pojawiał.
Kiedy sięgnęła do swojej torby i po chwili wyciągnęła z niej zwój pergaminu, prawie odczuł rozczarowanie. A więc chciała zwyczajnie oddać mu esej. Miał nadzieję, że chodziło o cokolwiek innego, dzięki czemu mógłby choć trochę ją poznać i zrozumieć, a wtedy zadowoliłby Dumbledore'a, który naglił go ze sprawą Malfoyów coraz bardziej.
– Proszę – powiedziała, podając mu pergamin. – Nie oddałam pracy dzisiaj rano po zajęciach, bo potrzebowałam jeszcze czasu, by dopisać kilka zdań, a termin i tak, zdaje się, jest do jutra.
– Owszem. Rozumiem – odparł cicho, przyjmując esej i chowając go do jednej z licznych kieszeni czarnej szaty.
Stali jeszcze kilka sekund, patrząc na siebie bez wyrazu. W pewnym momencie Victoria drgnęła, marszcząc lekko brwi. Miał wrażenie, że zdziwiła się, iż nie odszedł od razu po wzięciu eseju, choć próbowała nie dać tego po sobie poznać. W zasadzie podzielał jej domniemanie odczucie – sam był zdziwiony, że wciąż tkwił w miejscu, zamiast ruszyć.
– A więc – zaczęła, i choć ton jej był spokojny, to jednak Snape zrozumiał, że ta cisza ją przytłaczała, co pozwalało mu sądzić, iż nie była tak niewzruszona, na jaką się kreowała – dobrego wieczoru życzę, do widzenia.
Gdy zaczęła odchodzić, uznał, że traci idealną okazję, by zacząć jakkolwiek działać w tej sprawie. Musiał spróbować z nią porozmawiać, bez względu na to, jak bardzo obydwoje tego nie chcieli.
– Panno Malfoy, proszę zaczekać.
Przystanęła i obróciła głowę w jego kierunku. Jej długie, pofalowane włosy uniosły się i wykonały elegancki półpiruet. Tym razem nie dała rady ukryć napięcia. Jej oczy były rozszerzone, a na policzki spłynęła lekka bladość. Nie wiedziała, czego może spodziewać się po swoim profesorze, a przede wszystkim – po swoim koledze z mrocznej drużyny, jakże bliskim samemu wodzowi zła.
– Tak?
Nie podeszła do niego, dlatego postanowił zbliżyć się do niej na kilka kroków. Księżyc obserwował ich przez wielkie okna, przy których stali, rozświetlając ich oblicza swoim własnym, choć – tego wieczora – niepełnym.
– Jestem pani nauczycielem, a także wychowawcą, ale nie tylko. Niemądrym jest udawać, że kilka tygodni temu, siłą rzeczy i bez naszej zgody, nie powstała między nami, a także między mną a pani bratem, pewna nowa nić relacji. Być może powinniśmy o tym porozmawiać.
Victoria powoli obróciła się w jego stronę całym ciałem. Patrzyła na niego niepewnie.
– A o czym mielibyśmy konkretnie rozmawiać, panie profesorze?
Snape wydobył z kieszeni różdżkę, po czym rzucił wokół nich zaklęcie wyciszające.
– O tym, jak powinien funkcjonować śmierciożerca w zamku, aby nie dać się przyłapać Dumbledore'owi. Co pani zrobi, kiedy Czarny Pan wezwie panią na zebranie? Podejrzewam, że nastąpi to już niedługo. Wyjść z zamku i nie zostać zauważonym to nie taka łatwa sztuka. Dobrze pani wie, że nauczyciele nie powinni dowiedzieć się o tym, po czyjej stronie pani jest naprawdę.
Wypowiadając te słowa, uważnie ją obserwował. Przy ostatnim zdaniu jej spojrzenie rozsypało się na kilka sekund po posadzce, co tylko utwierdziło Snape'a w przekonaniu, które miał od początku: ona nie należała sercem do szeregów Czarnego Pana, a to oznaczało, że można było ją jeszcze uratować.
– Rzeczywiście, pewne wskazówki mogą mi się przydać – odpowiedziała w końcu.
Znów zapanowało milczenie.
– Jutro po kolacji w moim gabinecie – wyrzekł po chwili Snape. – Niech pani przyjdzie z Draconem.
•*•.•*•
Następnego wieczora Snape nie jadł kolacji w Wielkiej Sali – nakazał skrzatom domowym dostarczyć jedzenie do swego salonu, w którym chciał zjeść sam na sam z Septimą.
– Coś cię dręczy – zauważyła kobieta, kiedy, siedząc naprzeciw siebie przy stole, tuż obok wielkiego okna, spożywali małą, hogwardzką wieczerzę – a skoro jestem w stanie to dostrzec, to prawdopodobnie chcesz o tym porozmawiać, inaczej zrobiłbyś wszystko, by być niemożliwym do odczytania.
Snape odłożył sztućce.
– Masz rację. Chcę o tym porozmawiać. – Spojrzał na nią poważnie, więc i ona przestała jeść. – Po kolacji mam porozmawiać z Malfoyami. Nie obmyśliłem jednak żadnej strategii. Moim celem jest zdobycie dowodu na to, że zostali zmuszeni do wejścia w szeregi Czarnego Pana i że prawdziwie nie są mu wierni. Nie wiem, jak tego dokonać, a może raczej… wiem, że rozmową się tego nie dokona. Musiałbym zapytać ich wprost, a nawet wtedy nie mógłbym mieć pewności, że odpowiedzą zgodnie z prawdą. Veritaserum nie wchodzi w grę… chyba. Jeśli bym go użył, musiałbym liczyć się z tym, że być może trzeba będzie następnie wyczyścić im pamięć, w razie gdyby się okazało, że jednak będą skłonni donieść o moich dziwnych działaniach Czarnemu Panu. Z kolei jeśli wyczyszczę im pamięć, to Czarny Pan, który jest mistrzem legilimencji, mógłby kiedyś to odkryć. Nie mogę tak ryzykować, rzucać na siebie jakikolwiek cień podejrzeń. Nie teraz, kiedy wojna jest tak blisko. – Westchnął i zamilkł na kilka chwil. – Zastanawiam się, czy mogłabyś być obecna na tym spotkaniu. Oczywiście, w ukryciu, na przykład pod zaklęciem kameleona.
– Chcesz, żebym ich obserwowała, kiedy będziesz z nimi rozmawiał.
– Prawie. Chcę, żebyś obserwowała Victorię Malfoy. Stan ducha Dracona odczytam bez problemu, ale ona… – Snape odchylił się na krześle i spojrzał w bok, na księżyc – ona jest zdecydowanie większą zagadką.
Pół godziny później Snape siedział już w swoim gabinecie, a Septima Vector, niewidzialna, tkwiła w fotelu za jego prawym ramieniem. Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, Snape wyrzekł głośno:
– Wejść.
Najpierw weszła Victoria, a zaraz za nią – Draco. Na pierwszy rzut oka w ogóle nie wyglądali na bliźniacze rodzeństwo. Ona była od niego niższa o prawie dwie głowy, a jej ciemnobrązowe włosy wyraźnie kontrastowały z jego platynowym blondem. Dopiero po uważniejszym przyjrzeniu im się można było dostrzec ten sam chłodny błysk w oku, tę samą arystokratyczność w postawie i ten sam sposób unoszenia brwi.
Przywitali Snape'a. Draco zamknął drzwi, a następnie podszedł do jednego z krzeseł przed biurkiem i odsunął je dla Victorii. Ona skinęła mu dostojnie głową i zajęła miejsce. Dopiero kiedy usiadła, blondyn spoczął na drugim wolnym krześle.
– Jak się czujecie, będąc oficjalnie w szeregach Czarnego Pana? – zapytał Snape.
Malfoyowie zerknęli na siebie. Zdawało się, że Victoria rzuciła bratu spojrzenie, które miało mu dać do zrozumienia, że to ona będzie odpowiadać na pytania.
– Cóż… to wielka rzecz – odparła wymijająco.
– W rzeczy samej. Więc jak się czujecie z tą wielką rzeczą?
– Dobrze. Na razie nie odczuwamy żadnej zmiany.
– Na razie. Wasza sytuacja może się diametralnie zmienić, kiedy społeczność Hogwartu dowie się, kim się staliście. Będą was prześladować, nienawidzić.
– Nie dowiedzą się.
– Dowiedzą, jeśli nie będziecie ostrożni, a wy nie macie o ostrożności żadnego pojęcia.
Na chwilę zapanowała cisza. W końcu Victoria zebrała się na odwagę i powiedziała:
– Nie docenia nas pan.
Draco rzucił jej krótkie spojrzenie. Snape natomiast przyjrzał się dziewczynie długo i bacznie.
– Proszę rozwinąć.
– Na pewno pan zauważył, że Pansy Parkinson darzy mojego brata uczuciem. Można nawet z całą mocą stwierdzić, iż ma na jego punkcie pewną… obsesję. Z tego względu czuje potrzebę, by nieustannie interesować się tym, gdzie Draco przebywa. Dzisiaj więc, kiedy wychodziliśmy do pana, chciała iść z nami, choć jeszcze wtedy nie wiedziała, dokąd zmierzamy. Kiedy poinformowałam ją, że nie życzymy sobie tego wieczoru żadnego towarzystwa, próbowała nas śledzić. Ostatecznie musiałam wymyślić poruszającą historię, aby jakoś to wszystko wytłumaczyć.
– Jaką historię pani wymyśliła? – zapytał Snape, a na jego twarzy pojawiło się powątpiewanie, jakby nie wierzył, że wpadła na coś istotnie wiarygodnego.
Victoria uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem, po czym, na sekundę, zasłoniła twarz dłonią. Kiedy ją odsłoniła, po uśmiechu nie było już śladu – zamiast tego usta jej wygięły się w podkówkę, oczy wyraźnie posmutniały, a podbródek zaczął drżeć.
– Pansy… dobrze… powiem ci… – zaczęła roztrzęsionym głosem. – Od jakiegoś czasu mam stany depresyjne i lękowe… Sądzę, że nie poradzę sobie bez pomocy specjalisty… już nie… Wraz z Draconem wybieramy się do profesora Snape'a, by zapytać go, czy jest możliwość, abym raz na jakiś czas spotykała się z terapeutą… Chcę, aby Draco towarzyszył mi w tych sesjach, więc, proszę, nie próbuj nas więcej śledzić, bo nie odkryjesz niczego więcej niż to, co właśnie ci mówię, w największym zaufaniu…
Sekundę później jej twarz wyglądała już całkowicie naturalnie. Kiedy wymawiała następne słowa, także jej głos wrócił do normy.
– Pansy Parkinson nie będzie więc niczego podejrzewać, kiedy ja i Draco wybierzemy się na zebranie śmierciożerców. Gdy nagle znikniemy, pomyśli, że jesteśmy na spotkaniu z terapeutą. Inni Ślizgoni również będą tak myśleć. Nie wierzę, że Pansy potrafi dochować tajemnicy.
Snape z jednej strony uznał jej występ za godny podziwu. Z drugiej strony poczuł, jak wzbiera się w nim wściekłość. Skoro była tak dobrą aktorką, to poza nim i Septimą mógłby obserwować ją nawet sam Merlin, a zapewne i tak nie byłby w stanie stwierdzić, kim w rzeczywistości była. Po chwili skupił się na Draconie – on nie był dobrym aktorem i trzeba było dać mu kilka wskazówek.
Nagle Victoria poderwała się z miejsca. Snape spojrzał na nią, by zauważyć, że patrzyła na niego ze zdziwieniem, jakby na coś czekała. Potem zerknęła też na Dracona, który wydawał się zaskoczony. W tej dziwnej ciszy i bezruchu minęło kilka długich chwil. W końcu Victoria, przez której twarz przebiegł jakiś dziwny cień, powiedziała:
– Przepraszam, ale muszę iść. Przypomniałam sobie o czymś ważnym.
I wybiegła z gabinetu.
Snape rozmawiał z Draconem jeszcze jakiś czas, a potem go wyprosił. Był mocno rozproszony tym, co wydarzyło się wcześniej. Co mogło być tak ważne, że Victoria Malfoy postanowiła opuścić spotkanie z nim, nie czekając nawet na jego zgodę? Po wyjściu Dracona natychmiast zdjął zaklęcie z Septimy, by zapytać ją, czy zaobserwowała coś nietypowego w zachowaniu dziewczyny. Kiedy Septima stała się widzialna, od razu zrozumiał, że zauważyła coś ważnego – jej twarz, zwykle tak bardzo spokojna, tym razem wykrzywiona była w grymasie szoku i czegoś na kształt przerażenia.
– Severusie… ona… zanim się poderwała, przyłożyła nagle dłoń do lewego przedramienia, jakby ją zabolało!
– To niemożliwe – odparł cicho Snape. – Czarny Pan nie wzywa nigdy nikogo w pojedynkę, chyba że ma mu do zlecenia jakąś ważną misję albo chce kogoś ukarać. Nie sądzę, aby miał ją za co karać, skoro dopiero co została śmierciożerczynią i nie miała jeszcze okazji ani ku temu, by się wykazać, ani ku temu, by go rozczarować… A misja…? Dlaczego miałby zlecić jakąkolwiek misję nastoletniej dziewczynie, totalnie niedoświadczonej, którą, teoretycznie, można bez problemu przejrzeć?
– Bez problemu przejrzeć? Przecież widziałeś to przedstawienie, jakie tutaj zademonstrowała, kiedy powtarzała, co powiedziała Parkinson! Może Voldemort jest świadom, że nie jest wcale taka łatwa do przejrzenia. Może naprawdę chce jej zlecić jakąś misję. W każdym razie jestem pewna, że została wezwana. Kiedy się poderwała, patrzyła z wyczekiwaniem i na ciebie, i na brata, jakby się spodziewała, że i wy się zaraz podniesiecie, bo i wy zostaliście wezwani. Kiedy zrozumiała, że prawdopodobnie wzywa tylko ją, natychmiast wybiegła, by nie musiał na nią dłużej czekać.
Snape poczuł, jak gdzieś w okolicach szyi robi mu się gorąco. A więc Victoria Malfoy właśnie spotkała się prawdopodobnie sam na sam z Czarnym Panem, a on nie dowie się, co takiego czarnoksiężnik od niej chciał, ponieważ wciąż nie zdobył jej zaufania, a nawet nadal nie miał stuprocentowej pewności, po czyjej właściwie jest stronie.
– Idę powiedzieć o tym Dumbledore'owi. Prawdopodobnie będzie mi kazał jej oczekiwać w ukryciu w okolicach bramy. Nie czekaj na mnie.
Po tych słowach wszedł do kominka i przeniósł się do gabinetu dyrektora.
W tym samym czasie Victoria Malfoy pojawiła się na wielkiej polanie, na którą przeniósł ją Mroczny Znak. Księżyc świecił wysoko na niebie, a wszystkie chmury omijały go szerokim łukiem, jakby nie chciały przysłonić jego cudownego blasku. Wiał lekki wiatr, kołysząc lasem, który rozciągał się wokół. Na wprost niej, daleko z przodu, stała wysoka postać o bladej twarzy. Czerwone, przerażające oczy wbite były prosto w nią. Nie odważyła się podejść bliżej – od razu padła na kolana.
– Wstań, Victorio – powiedział Voldemort, a słyszała go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok niej. – Porozmawiajmy.
