Kocham cię!
Usłyszał to w tej samej sekundzie, gdy ciałem jego i mężczyzny pod nim wstrząsnął ostatni spazm rozkoszy.
Itachi opadł twarzą na klatkę piersiową swojego kochanka, chowając dzięki temu zaszokowanie. Miał szeroko otwarte oczy i włosy rozsypane w nieładzie. Czuł i słyszał pod sobą przyspieszone bicie serca. Zacisnął powieki, nie wiedząc, co zrobić. Żartował, prawda? Naigrywał się z niego? Cholera. Niemożliwe. To miał być tylko seks. To znaczy… tak przynajmniej założył. A może tak mu się głupio wyrwało… Może wyobrażał sobie kogoś innego?...
Bał się podnieść i spojrzeć mu prosto w twarz. Bał się, że zobaczy oczekiwanie w jego oczach, bał się, że zechce usłyszeć… co? ,,Ja ciebie też?" Naprawdę na to liczył? Naprawdę?...
Skąd mu się w ogóle to wzięło?! Nie podejrzewał go nawet o wyższe uczucia, takie jak miłość. Mylił się? Tak mu się wydawało, że znał się na ludziach… Zaszufladkował go. Tak. Zaszufladkował. Naprawdę był głupcem…
Poczuł, jak palce młodego mężczyzny wplątują się w jego długie włosy.
Może podniesie się i będzie udawał, że niczego nie usłyszał? Może to jakaś manipulacja?
A jeśli nie, dlaczego w ogóle przejmuje się jego uczuciami?!
- Emm… Itachi?...
Wcześniej, tego samego wieczoru:
Impreza trwała w najlepsze. Itachi wciąż nie mógł uwierzyć, że pomysł Tobiego tak się spodoba większości.
- Słuchajcie! - krzyczał gorączkowo, jak podekscytowany dzieciak w wesołym miasteczku. - Słuchajcie! Nasze ostatnie misje zakończyły się sukcesem! Co powiecie na to, żeby trochę poświętować?
Z początku odpowiedziało mu wzruszanie ramionami i wymiana skonsternowanych spojrzeń. Itachi nie zdobył się nawet na to. Gardził nimi wszystkimi. Miał teraz siedzieć wśród nich, popijać sake, zajadać się dango i świętować? Co świętować? Każdy dzień z nimi był dla niego męką. Zło przeżarło ich dusze jak rdza, cieszyło ich zabijanie, nie mieli żadnego problemu z torturowaniem innych. Nienawidził ich.
A przynajmniej chciał ich nienawidzić. Miał z tym coraz większy problem. Powinien nimi gardzić. Tymczasem niektórych z nich zaczynał… lubić.
Kisame zawsze starał się go chronić. Wiedział to, choć nigdy żadne z nich nie wspomniało o tym ani słowem. Taka męska zmowa milczenia.
Kiedyś musieli przenocować pod gołym niebem. Itachi usypiał już, gdy nagle zadygotał z zimna. Miał zamknięte oczy, więc Kisame, który był na warcie, zapewne pomyślał, iż ten już spał. Okrył go kocem, poprawiając materiał tak, żeby chłód nie dosięgnął Itachiego. Pamiętał, jak rozrzewnił go ten gest. Przypomniał mu opiekuńczość matki.
- Dzięki za koc. Noc była chłodna, a ja usnąłem tak szybko… - powiedział Itachi na drugi dzień.
Kisame odwrócił wzrok, jakby zakłopotany.
- Nie ma za co. Po co mi przeziębiony i osłabiony partner - prychnął, ale Itachi wiedział swoje.
- Co prawda, to prawda - odparł mu na to z uśmiechem.
Tobi był w sumie cholernie zabawny, musiał to przyznać. Odkąd niedawno się pojawił, wniósł do grupy powiew świeżości i dystansu. Itachi podejrzewał, że za jego pomarańczową maską kryje się wyjątkowo niebezpieczny mężczyzna, może nawet jakiś psychopata. Zawsze miał się przy nim na baczności. Z drugiej jednak strony, na swój pokręcony sposób, cenił go za tę błazenadę, którą uprawiał na każdym kroku. Sprawiał, że czasem znów się śmiał, choć na ogół nie było mu do śmiechu.
Deidara był zazwyczaj naprawdę irytujący. Całkowite przeciwieństwo Itachiego: nie panował nad swoimi emocjami, miał rozbuchane ego, mówił głośno i dużo, wszędzie go było pełno… Testował jego cierpliwość za każdym razem, gdy tylko znajdował się w pobliżu niego. Itachi nieraz miał wrażenie, że Deidara szukał z nim zaczepki, a przecież musiał zdawać sobie sprawę z tego, że w pojedynku nie miałby najmniejszych szans. Wystarczyło, żeby kiwnął palcem… W końcu uznał, że chyba ma skłonności samobójcze. Lubił ryzyko, to było widać.
Ostatecznie wszyscy uznali, że brakuje im jakiejś rozrywki. Deidara i Hidan poszli na zakupy. Wrócili głównie z alkoholem i przekąskami. Itachi pożałował, że nie poszedł z nimi. Nie przynieśli nic zdrowego. Ani jednego owoca.
Kisame złowił kilka ryb, które właśnie piekł na ogniu.
Tobi kupił w mieście trochę dangos, sushi i pierożków gyoza.
Kakuzu się zmył, a Pain i Konan przebywali teraz w swojej wiosce. Itachi z początku miał ochotę iść w ślady tego pierwszego, ale gdy już odwracał się na pięcie, nagle ktoś chwycił go energicznie za przedramię.
- Itachi-san! - to Tobi wcisnął mu nagle w ręce przenośne radio z anteną. Itachi spojrzał zdziwiony na urządzenie. - Znajdziesz jakąś fajną stację? Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust do wszystkiego!
- Yyyy… Tobi - wyszeptał nagle imię zamaskowanego Akatsuki tak, by nie usłyszeli go inni. - Co my właściwie robimy?
- Robimy sobie przerwę - odparł nagle z powagą w głosie Tobi. Itachi zamrugał, zaskoczony. Czy mu się wydawało, czy jego głos nagle zmienił barwę? Był jakby głębszy. Ile Tobi mógł mieć lat?... Nic o nim nie wiedział. - Serio, Itachi. Dźwigasz zbyt wiele na swoich barkach, chłopie. Musisz się zresetować.
Nie wiedział, co mógłby na to odpowiedzieć. Nie znał go od tej strony.
- Ja… - zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle. Odchrząknął więc. Zza pomarańczowej maski wpatrywało się w niego jedno, nieruchome, jakże tajemnicze oko jeszcze bardziej tajemniczego mężczyzny.
Nagle jego powaga zniknęła. Zupełnie tak, jakby Itachiemu się to tylko przyśniło. Jak gdyby nigdy nic, Tobi wyrzucił ręce w powietrze.
- Zdaję się na ciebie! Ale żadnych smętów, proszę! - zakrzyknął wesoło, po czym zasalutował i się oddalił.
Tak, jak Itachi podejrzewał. Tobi tylko zgrywał klauna. Spojrzał na srebrne radio. ,,Będę go obserwował" - obiecał sobie.
Itachi włączył radio i usłyszał szum. Przysiadł na kamieniu obok Kisame, piekącego ryby na ognisku i ustawił antenę.
Usłyszał jakąś francuską melodię. Nie, to się nikomu nie spodoba… No, może Deidarze. Zmienił stację.
And the violence causes silence…
- Żadne smęty! - przypomniał mu Tobi z oddali.
I cannot stop this sickness taking over.
It takes control and drags me to nowhere…
Itachi przygryzł wargę, kątem oka sprawdzając, czy Kisame mógł zauważyć jego reakcję. Całe szczęście, był zajęty swoimi rybami. Postanowił szukać dalej.
Trafił wreszcie na skoczną popową piosenkę o tym, jak dziewczyna próbuje wytłumaczyć chłopakowi, że jest dla niej tylko przyjacielem i nikim więcej. Itachi uśmiechnął się. Nie był to jego typ muzyki, ale nadawał się na imprezę. Mimo woli wyobraził sobie tańczącego Tobiego i zachichotał.
- Itachi… - Kisame spojrzał na niego z sympatią. - Co w ciebie wstąpiło, bracie?
Uchiha wzruszył tylko ramionami.
- Wiesz, Tobi chyba ma rację. Potrzebujemy odskoczni.
Jeśli ta cała impreza to nie jest jedynie przykrywka pod jakieś niecne plany… - dodał w myślach.
- Odskoczni może i tak, ale nie tak kiepskiej muzyki - zaśmiał się Kisame, odsłaniając ostre zęby. Mimo to nie wyglądał złowieszczo.
- Wejdę do środka. Dołączysz za chwilę? Nie wiem, co mam tam z nimi robić… - przyznał Itachi, który wyraźnie poczuł, jak jego introwertyczna natura bierze nad nim górę.
- Tobi kupił dango ,,specjalnie dla Itachi-san!" - Kisame udający piskliwy głos i głupawe zachowanie Tobiego był wszystkim. Itachi odchylił głowę do tyłu i zaniósł się śmiechem. To było dziwne uczucie. Kiedy ostatnio się tak śmiał?... Już nawet nie pamiętał. - Także idź do nich, jedz, pij, sprawdzaj sharinganem, czy nikt ci nie podał, przez przypadek oczywiście, jakiejś trucizny, puszczaj nam najlepsze kawałki, jakie tylko uda ci się znaleźć, graj w karty, tylko nie stawiaj swoich oczu w zakładzie…
Itachi obserwował Kisame, jak mówił to wszystko, co jakiś czas wzruszając ramionami. Naprawdę o niego dbał… A przynajmniej takie miał wrażenie.
Po raz kolejny zadał sobie pytanie, czy wszyscy wokół niego koniecznie muszą być manipulantami, czy może jednak to on jest paranoikiem? Może traktują bycie w Akatsuki jak jakiś zawód, dobrą fuchę i nie myślą zbyt wiele o odróżnianiu dobra od zła… Może ich to nie zajmuje, ale poza tym…
Chwila. Kim on był, żeby w ogóle ich oceniać. Kim on niby był? Wybił swój klan. Czy miał prawo ich oceniać? Mógł się tłumaczyć przed sobą, że miał powody, że był przyparty do muru, ale ostatecznie zrobił to. Potrafił to zrobić.
A sam ten fakt już stawiał go na jednej linii z wszystkimi Akatsuki. Mało tego. Był gorszy. Czy oni zabijali członków swoich rodzin?
Nie. Tylko on mógł to zrobić.
Postanowił powstrzymać się od ocen.
Wstał i odwrócił się w kierunku kryjówki.
- Tylko niezbyt głośno… - ostrzegł go Kisame.
- Jestem pewien, że Tobi i Deidara będą głośniejsi od tej muzyki. Zresztą, nie martw się, rozpostarłem już barierę dźwiękoszczelną wokół kryjówki.
- Słusznie. Bardzo słusznie. Ci idioci tylko trochę popiją i zaczną się wydzierać.
Itachi obrócił się przez ramię i spojrzał na Kisame.
- Co takiego? - spytał ten.
- Lubisz ich, prawda?
Kisame przewrócił oczami.
- Raczej toleruję - prychnął.
Itachi uśmiechnął się na to tylko i skierował swoje kroki ku kryjówce z grającym radiem w ręku.
Gdy wszedł do środka, postawił urządzenie na stole i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jedzenie i alkohol były już poustawiane. Do salonu wmaszerował Hidan z Deidarą przewieszonym przez jego ramię. Rzucił go na kanapę jak worek ziemniaków.
- Hidan, zabiję cię!
- Możesz próbować - srebrnowłosy fanatyk religijny rzucił mu rozbawione spojrzenie.
Itachi poczuł się, jakby nie powinno było go tam być. Czy między nimi coś się działo? Ostatnio chyba spędzali ze sobą więcej czasu…
- O, Itachi - zreflektował się Hidan, dostrzegłszy go.
Do pokoju wpadł Tobi z czarkami na sake. Potknął się o własne nogi, ale w ostatnim momencie udało mu się nie upaść.
Znów pomyślał, że on udaje tylko taką niedorajdę. Nie mógł tylko zrozumieć po co.
Z radia poleciało ,,It's my life". Tobi uniósł teatralnie kciuk do góry. Jak taki jeden sensei z Konohy… Ten dziwny, co nosił zielony kostium. Gai sensei, czy jak mu tam było…
Konoha. Nie, Itachi, nie myśl teraz o Konosze - zganił się w myślach. Przeniósł wzrok na Deidarę, który już nalewał sobie i innym sake. Deidara był bardzo rozpraszającym człowiekiem, więc to był dobry wybór.
Blondyn rzucił mu wyzywające spojrzenie i uśmiechnął się złowieszczo połową twarzy, odsłaniając równe, białe zęby.
- Sprawdzimy, jaką masz głowę, Uchiha! - zakrzyknął, podnosząc ponad głowę dwie czarki z sake.
- Nie piję alkoholu - odparł Itachi niewzruszonym tonem.
Deidara roześmiał się.
- ,,Nie piję alkoholu", hm! - przedrzeźnił go, wywracając błękitnymi oczami. - Błagam…
- Pij, będziesz łatwiejszy! - ktoś klepnął go z całej siły w ramię i roześmiał się rubasznie. Hidan wcisnął mu w dłoń czarkę z sake, podaną mu wcześniej ponad niskim, prostokątnym stołem przez Deidarę.
Otworzyli butelkę przy mnie. Obserwowałem ich cały czas. Niczego tam nie dosypali ani nie dolali - analizował gorączkowo. Mógł użyć sharingana, żeby to sprawdzić, ale nie chciał tego robić bez wyraźnej potrzeby. Ludzie tacy jak oni w jednej sekundzie klepią cię jowialnie po ramieniu, żeby już w następnej przykładać ci kunai do gardła…
- Co to w ogóle jest? - spytał Itachi nieufnym tonem, wąchając zawartość czarki.
- Ryżowe sake - Deidara wywrócił oczami. - Nikt cię nie chce otruć, za bardzo nam jesteś potrzebny, hm.
W sumie była to prawda.
- To zdrowie - Itachi postanowił tego dnia zrobić wyjątek od swojej zwyczajowej abstynencji. Upił mały łyk alkoholu, w którym dało się wyczuć nuty prażonego ryżu. Był naprawdę dobry. Itachi pomyślał, że chyba wybrali jakąś niezbyt tanią butelkę.
- Łuhuuu! - zakrzyknął Tobi.
- Kto by pomyślał, Itachi się pierwszy rzuci na alkohol - w drzwiach ich pokoju wspólnego stanął Kisame z talerzem przepysznie pachnących ryb.
Po chwili siedzieli już na podłodze przy niskim stoliku, robiąc wszystko to, o czym mówił wcześniej Kisame; pili, jedli, grali w karty, zaśmiewali się do rozpuku z jakichś historii, których każdemu przypominało się tym więcej, im więcej wypili. Itachi wyraźnie widział, że w miarę upływu czasu, każdy zaczął też coraz bardziej koloryzować swoje dokonania, ale uznał że tak to już chyba czasem jest w gronie wojowników…
W anbu bywało podobnie.
Anbu… Kakashi.
- Itachi! Ziemia do Itachiego! - Hidan pomachał mu ręką przed twarzą.
- Ta- tak?
- Twoja kolej!
Itachi przeniósł wzrok na karty, wybrał tę, która wydawała mu się najlepsza i rzucił ją niedbale na stół.
I see the way you're acting like you're somebody else - z radia płynął tymczasem zagniewany głos jakiejś rockowej dziewczyny.
Na wspomnienie Kakashiego Itachi zastanowił się po raz kolejny, czy Hidan i Deidara mają romans. Może dopiero coś się między nimi kroi?...
Teraz też siedzieli obok siebie i to dość blisko. Deidara prędko uchwycił jego spojrzenie. Nie można było mu odmówić spostrzegawczości.
Czemu go to w ogóle zajmowało?
How can I decide what's right?
When you're clouding up my mind…
Ich spojrzenia się spotkały. Policzki Deidary zaróżowiły się od wypitego alkoholu. Itachi pił bardzo ostrożnie. Nie chciałby się upić w takim towarzystwie. Deidara był już za to nieco podchmielony.
- Wyjdę na chwilę na taras - oznajmił Itachi, po czym wstał. - Zaraz wracam.
- Spoko! - Hidan chyba chciał klepnąć go w udo, ale ostatecznie jego ręka wylądowała nieco wyżej.
- Hidan, ogarnij się - wymamrotał Itachi i zerknął na Deidarę, chcąc sprawdzić jego reakcję.
Ten nie wyglądał na zazdrosnego o Hidana. Przeciwnie. Wpatrywał się w Itachiego wzrokiem wygłodniałego, dzikiego kota.
Itachi skierował się na niewielkie patio. Usiadł, opierając stopy na schodkach i spojrzał w rozgwieżdżone, ciemne niebo. Tobi miał rację. Sam w to nie wierzył, ale bawił się przednio. Na pewno nie wyglądał, nie żartował i nie śmiał się tak głośno, jak inni, ale naprawdę był to miły wieczór, tak inny od tych wszystkich samotnych wieczorów i nocy…
- Mogę? - usłyszał nad sobą głos Deidary. Itachi uniósł brwi do góry i spojrzał na niego zaskoczony. Od kiedy blondyn zadawał takie pytania? Zwykle po prostu robił to, na co miał ochotę.
- Jasne - odparł Itachi.
Deidara siadł obok niego i podał mu jego czarkę, napełnioną na nowo sake. Itachi postanowił darować sobie sharinganowe testy. Ufał też swojej intuicji.
Deidara tymczasem wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i papierosy.
- Chcesz?
- Czemu nie.
- Itachi pije, Itachi pali… Co jeszcze niecnego Itachi dzisiaj zrobi? - Deidara spojrzał na niego rozbawiony, podsuwając mu paczkę z papierosami. Itachi wyciągnął sobie jednego. Nie miał już potrzeby dbać o swoje zdrowie.
- Skróci Deidarę o głowę, jeśli ten się nie uspokoi - blondyn zachichotał na te słowa.
- Naprawdę cię lubię - wyznał, dość niespodziewanie.
- Masochista - mruknął Itachi. Deidara odpalił ogień i podstawił go pod papierosa, którego Itachi trzymał w ustach. Zaciągnął się miętowym tytoniem.
- Trochę tak… Żebyś wiedział, w sumie.
Itachi poczuł, jak się czerwieni. Odwrócił głowę, udając, że coś w ogrodzie mocno go zainteresowało. Deidara był za blisko. Miał sporo miejsca, a jednak siedzieli, stykając się ramionami.
- Hidan coś chyba o tym wie - Itachi nie mógł powstrzymać się od tej uwagi.
Deidara wypuścił z ust cienką strużkę dymu i wzruszył ramionami.
- Hidan, to by pewnie chciał wiedzieć, hm. A jeszcze więcej by chciał zrobić… - prychnął.
- To znaczy, że wy nic nie…
- Nic nie. To tylko wygłupy, hm. On to sam nie wie, czego chce. Ruchałby wszystko, co się rusza i jakoś w miarę wygląda - Itachi wzdrygnął się na tę niespodziewaną uwagę. Mężczyzna prychnął raz jeszcze i postukał dwukrotnie w papierosa, żeby strzepnąć z niego trochę popiołu na ziemię. - Och… Sorry - wymamrotał. - Na pewno cię rażą takie słowa, ale przysięgam, że to cały Hidan.
- Chyba trochę za dużo wypiłeś - zauważył Itachi.
Deidara machnął tylko ręką i pociągnął kolejny łyk sake.
- Tylko trochę. Zbieram się na odwagę.
- Do czego? - Itachi nie mógł powstrzymać uśmiechu. Zaciągnął się miętowym papierosem.
- Do tego - Deidara odstawił prawie już pustą szklaneczkę, która stuknęła cicho o płytkę podłogową, po czym położył lewą dłoń na policzku Itachiego. Przejechał kciukiem po jego żuchwie. Itachiego zmroziło. Nic na to nie powiedział, nawet się nie poruszył. Deidara przysunął się jeszcze bliżej. Itachi przełknął ślinę. Czuł w ustach tytoń i alkohol. Przez chwilę patrzył w ogromne, niebieskie oczy, po czym zamknął swoje własne i poczuł jego usta na swoich. Oszołomiony, na chwilę zastygł w bezruchu, po czym zaczął pomału odwzajemniać pocałunek. Deidara całował dobrze, ale był w tym jakiś chaotyczny. Jego język tańczył w ustach Itachiego, raz po raz obijając się o jego zęby. W pewnym momencie poczuł jego dłonie na swoim karku. - Naprawdę cię lubię - wyszeptał mu do ucha. Itachi oparł głowę na ramieniu Deidary.
- Ja… chyba… w sumie… ciebie też.
- ,,Chyba", hm? - powtórzył za nim Deidara, lekko urażonym tonem.
- Lubię cię, Deidara. Jesteś mocno pokręcony, ale…
- Właśnie dlatego mnie lubisz - przerwał mu blondyn. - A ja lubię twoją rezerwę. Lubię, że zawsze zachowujesz klasę, co by się nie działo. To co? U mnie czy u ciebie?
Policzki Itachiego zapłonęły na to pytanie.
- Czy ty zawsze musisz być taki bezpośredni?! - syknął i odwrócił wzrok. Deidarze podobała się jego ,,klasa", ale sam nie miał jej w sobie za grosz.
- A ty co, trzynastoletnia dziewczynka? Jesteśmy dorośli i dobrze wiemy, do czego pewne rozmowy i rzeczy prowadzą, hm! Nie mów mi, że ty nigdy jeszcze nie…
Itachi przewrócił oczami.
- Nie muszę ci o tym opowiadać.
- Chcę wiedzieć, czy mam się przygotować na instruktaż - zachichotał.
- Idiota. Nawet jeszcze się na nic nie zgodziłem.
Deidara położył rękę na jego kolanie.
- Jak tak dalej pójdzie, to będę się musiał zastanowić, kto ma być na górze, hm! Wcześniej myślałem, że to oczywiste, ale zaczynam mieć wątpliwości…
Itachi prychnął.
- No, hm, nie złość się na mnie. Stresujesz mnie tylko!
- Kto tu kogo stresuje… Nie wydaje mi się, że to dobry pomysł. Sporo wypiłeś, możesz żałować na drugi dzień.
- Szkoda tylko, że zazwyczaj nie piję, a jakoś zawsze… - Deidara przerwał i zarumienił się. - Nieważne, hm - wymamrotał.
Itachi wpatrywał się w niego, myśląc gorączkowo. Sam nie był pijany. Ale też tego chciał. Teraz zdał sobie sprawę z tego, że zawsze tego chciał. Odkąd go poznał. Odkąd go pierwszy raz zobaczył. Podobał mu się od zawsze. Ale nigdy by nawet przed samym sobą się do tego nie przyznał.
Nie potrafił sobie jednak wyobrazić siebie, skradającego się po korytarzu do pokoju Deidary.
- U mnie - zdecydował w końcu Itachi. - Tylko przyjdź tak, żeby cię nikt nie widział.
Deidara spojrzał na niego błyszczącymi z radości oczami.
- No, wreszcie. Już myślałem, że będę musiał pocieszać się u tego prostaka, Hidana. Hm.
