Ja… kocham cię!

Kabuto. Zapominasz, że jestem już martwy - przypomniał mu surowym tonem.

Może nie!

O czym ty mówisz? Nie ma już dla mnie miejsca na tym świecie!

Co za bzdury! Nie pozwolę ci odejść! Ten świat cię potrzebuje! JA cię potrzebuję. I… Sasuke oczywiście też.

Kabuto! Jeszcze do ciebie nie dotarło co się dzieje, gdy przywracasz martwych do życia?

Przecież to zupełnie co innego!

Nie masz prawa!

Trzeba powstrzymać Madarę! Wszyscy cię potrzebują!

Nieprawda. Twoje pobudki są egoistyczne!

Itachi…

Dosyć tego - powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Przez chwilę stali tak, w tym impasie, nie mówiąc nic i tylko mierząc się zaciętymi spojrzeniami.

Może masz rację - powiedział Kabuto po chwili milczenia. - Może powinienem pozwolić ci odejść. I przy okazji się zabić.

Na twarzy Itachiego ledwo drgnął jeden mięsień po tych słowach. Jego oczy wciąż płonęły.

Przestań tak mówić - odpowiedział twardo. - Masz jeszcze szansę odpokutować swoje grzechy i przydać się na coś.

Wsadzą mnie do więzienia - zauważył Kabuto z bladym uśmiechem na twarzy.

Dopiero wtedy oblicze Itachiego złagodniało.

Kabu…

Srebrnowłosy ninja odchrząknął. Za bardzo mu ta kłótnia coś przypominała. Orochimaru też go tak czasem nazywał. Nie chciał tego pamiętać. Wciąż wylizywał się z tamtych ran.

Nie potrzebował takiego współczucia. Znów został odrzucony i zaczynało mu być wszystko jedno.

Wracam - mruknął, po czym opuścił wzrok. - Wywalę z siebie DNA Orochimaru i tych wszystkich ninja. Mierzi mnie to, kim się stałem. Chcę to odwrócić. I… iść na pole bitwy pomagać rannym. Może nawet walczyć przeciwko Madarze.

Brzmi jak bardzo rozsądny plan - powiedział Itachi, po czym otarł samotną łzę z policzka Kabuto. - Uważaj na siebie.

Itachi wycofał Sharingan. Wiedział już wszystko.

Patrzył na Kabuto, sam nie dowierzając że jego kopia w Izanami narobiła tyle bałaganu.

Nie, to on mnie pocałował.

Ale ty mu na to pozwoliłeś! Weź za to odpowiedzialność! Kopia, nie kopia, to byłeś ty.

Itachi zacisnął szczęki. Kabuto wyglądał na zranionego do żywego, choć starał się trzymać fason.

- Itachi, co się dzieje?! - spytał spanikowany Sasuke. Prawie zapomniał o obecności młodszego brata.

- Później, Sasuke. Zróbmy użytek z tego, że wróciłem do życia, bo nie wiem, na jak długo - mówiąc to, Itachi nawet nie zerknął na młodszego brata. Wzrok miał uparcie utkwiony w Kabuto. Zaczynał myśleć, że trudno było nie przyznać mu racji. Miał sporo umiejętności, które mogły im pomóc wygrać z Madarą i Tobim. Pragnął zrobić coś, co dałoby do zrozumienia Yakushiemu, że jeśli wyjdą z tego cało… Jeśli się uda… chciałby z nim porozmawiać. Jeśli tylko będzie mu dane, nie zostawi tej sytuacji ot tak w powietrzu. Przy młodszym bracie nie mógł jednak powiedzieć Kabuto niczego konkretnego.

- Zawsze to robisz! Nawet teraz!

- Sasuke, porozmawiamy, jak zwyciężymy Madarę, co ty na to?! - zniecierpliwił się w końcu Itachi.

Młodszy Uchiha skrzyżował ręce na piersiach i teatralnie odwrócił głowę. Itachi pomyślał, że jeśli uda im się przeżyć, będzie musiał popracować nad jego charakterem.

- To się ciebie też tyczy - dodał ponurym tonem, wskazując palcem na Kabuto. Ten wciąż milczał, wytrzymując surowe spojrzenie Uchihy.

Nagle w oddali dało się słyszeć kroki. Kabuto odwrócił się twarzą w tę stronę i odskoczył nieco do tyłu, wyrastając nagle tuż obok Itachiego.

Bracia Uchiha i Yakushi stali w jednej linii, przygotowując się w duchu na tego, kto właśnie nadchodził. Przygotowując się na atak. Itachi zerknął na Kabuto, który pochwycił jego spojrzenie i wygiął usta na kształt czegoś, co chyba miało być pokrzepiającym uśmiechem. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć: ,,nie walczę już przeciwko tobie a razem z tobą. Ramię w ramię." Itachi odwzajemnił uśmiech i skinął głową.

Jeszcze nie mógł mu całkiem zaufać, ale bardzo tego chciał. Jego powrót z Izanami świadczył o tym, że Kabuto poddał się dramatycznej przemianie. Nie było lepszego dowodu. Znów to poczuł. Tak strasznie zapragnął żyć, zobaczyć ostateczną przemianę Kabuto, być świadkiem tego, jak wraca do swojej prawdziwej postaci, spędzić jak najwięcej czasu z Sasuke, nie musieć już niczego przed nim ukrywać… Pomóc mu. Pomóc mu nie stać się wyzutym z emocji łotrem.

Poczuł, jak łza napływa do jego zdeterminowanych oczu z zaktywizowanym Sharinganem. Na tym świecie było jeszcze tyle do zrobienia!

Deidara… Poczekasz na mnie jeszcze trochę, co? Pamiętam, jak zginął Sasori, pamiętam, jak to przeżywałeś… Teraz jesteś tam z nim. Poczekaj tam na mnie. Przepraszam…

Itachi wpatrywał się w ciemność. Zauważył, jak Sasuke obok niego sztywnieje i zaciska pięści. Kabuto był dużo spokojniejszy.
Dwie postaci zaczęły wyłaniać się zza drzew. Itachi usłyszał zaczepny głos młodego mężczyzny i drugi, dużo głębszy, spokojny, choć nieco poirytowany. Zmarszczył brwi, wpatrując się w zbliżające się osoby. Z każdym ich krokiem, sylwetki zaczęły nabierać ostrości.

Jeden z nich był drobnej budowy, do niego należał ten zaczepny głos. Drugi, wyższy i dobrze zbudowany. Szczupły miał opadające na czoło srebrne włosy, większy mężczyzna - rudą czuprynę. Obaj odziani byli w czarne płaszcze, długie do kostek. Na nogach nosili sandały. Szczupły mężczyzna paplał coś bez ustanku, uśmiechając się i odsłaniając przy tym ostre zęby. Wydawał się być podekscytowany. Itachi pomyślał, że chłopak miał w sobie coś z Kisame. W wersji mini.

Rudowłosy zdawał się być czymś zmartwiony. Miał ponury wyraz twarzy i oczy wbite w ziemię; Itachi był pewien, że nie do końca rejestruje paplaninę tego pierwszego.

Znów, mimo woli, wspomniał na Deidarę. Stanowili bardzo podobne duo, co tych dwoje. Czy spokojni, chłodni z natury ludzie zawsze działają jak magnes na takie zwariowane gaduły jak ten tutaj, czy Deidara? Był też Naruto i Sasuke, których przyjaźń przypominała jazdę wielkim, dziwacznym i niekończącym się rollercoasterem.

Intuicja podpowiadała mu, że tych dwoje nie stanowiło żadnego zagrożenia. Wciąż jednak czujnie ich obserwował.

- Jugo! Suigetsu! - odezwał się nagle Sasuke, a Itachi spojrzał na niego, zaskoczony.

- Znasz ich?!

- Też ich kojarzę - odezwał się Kabuto, mrużąc oczy, jakby próbował sobie coś przypomnieć.

- Sasuke! Jesteś cały?! - zakrzyknął rudowłosy. - Twój brat… - zaczął i zastygł w bezruchu. - … żyje?

- Długa historia - żachnął się tylko Sasuke.

Nastała ogólna konsternacja. Suigetsu wryło w ziemię. Patrzył z przerażeniem na Kabuto, poruszając przy tym ustami niczym ryba wyciągnięta z wody; nie uchodziło z nich jednak żadne słowo. Itachi rozumiał tę reakcję. Kabuto nie był teraz… w najlepszej formie. Przybrał postać pół człowieka - pół węża (smoka?). Miał rogi na głowie, jeden złamany w walce z nim zresztą. Cóż. Co tu dużo mówić. Wyglądał jak potwór. Mimo to poczuł jakieś dziwne obruszenie w środku; miał ochotę pacnąć tego klauna. Przed chwilą ten ,,potwór" otworzył się przed nim, pokazał mu swoje słabe, czułe punkty, opowiedział mu o swojej przeszłości, o tym co go ukształtowało, aż wreszcie… pocałował go. Itachi wciąż nie do końca dowierzał w to, co się stało między nimi w innym wymiarze. Po raz kolejny powtórzył sobie w duchu, że to tylko syndrom sztokholmski, który odezwał się w uwięzionym ninja. Może wdzięczność. To wszystko. Nie rozumiał, dlaczego tak upierał się przy tym, że go kochał. Nie znał go przecież. Nie można się w kimś tak szybko zakochać! Nie można, prawda?

- Sasuke - syknął Itachi. - Czy możemy im zaufać? - spytał cicho, tak aby tamci nie usłyszeli. Właściwie to nie był nawet do końca pewny, czy mógł zaufać swojemu bratu.

- Spokojnie, tak, choć Suigetsu jest nieco szalony, ale nie zrobi nic przeciwko nam. Jugo natomiast jest wobec mnie bardzo lojalny, zrobi wszystko, żeby mnie ochronić.

Sasuke przerwał, widząc pytające spojrzenie Itachiego.

- Podobno nie mamy teraz czasu na wyjaśnianie niczego - burknął.

Itachi przełknął ślinę. Rozumiał, że Sasuke był w okresie dojrzewania. Z drugiej jednak strony nie sądził, że to dlatego stał się taki zimny, wyrachowany i sarkastyczny. Nie. Raz jeszcze, to przez niego. Ale jaki miał wtedy wybór?... Cokolwiek by zrobił, wynik zawsze miał być tragiczny. Ktoś zawsze miał go nienawidzić. Ktoś zawsze miał cierpieć. Nie było od tego ucieczki.

Itachi przeniósł wzrok na dwójkę przed nimi. Suigetsu sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej rolkę pergaminu.

- Sasuke, zobacz co znalazłem! Na pewno cię to zainteresuje - powiedział i przeniósł nieufny wzrok na Itachiego.

Wszyscy mieli sobie tyle do wyjaśnienia… Każdemu brakowało pewnych elementów układanki. Sasuke nie rozumiał, co wydarzyło się w Izanami między Kabuto a Itachim. Itachi zadawał sobie pytanie, dlaczego Jugo miałby być taki ,,lojalny" wobec jego młodszego brata. Suigetsu i Jugo musieli zachodzić w głowę, jak to się stało, że Itachi żyje. A Kabuto…

Itachi zerknął na niego przez ramię. Na pewno też miał w głowie mnóstwo pytań. Wyglądał tak, jakby coś na chłodno kalkulował. Jego wzrok był nieco nieobecny.

To dobrze. Może nie zauważył jak ten cały Suigetsu gapił się na niego przerażony. A może to i dobrze, że się gapił. Powinien wrócić do swojej normalnej, człowieczej postaci.

Itachi nagle zdał sobie sprawę z tego, że nawet nie wie, jak Kabuto wyglądał przed tą przemianą. Zamrugał i znów zganił się w duchu. Było to teraz najmniej istotne. Na pewno nie miał pokrytego twardymi łuskami ogona ani rogów na głowie.

Przeniósł wzrok na Sasuke, który studiował właśnie zwój pergaminu, przysiadłszy na pobliskim kamieniu. Itachi zbliżył się do niego.

- To mogłoby nam pomóc wygrać wojnę - Sasuke pokazał zwój bratu. Itachi czuł na sobie zaniepokojone spojrzenie Suigetsu. Miał ochotę mu coś powiedzieć, ale też w sumie nie bardzo wiedział, co. Poza tym, nie był to czas na słowne potyczki.

Kabuto zbliżył się do nich. Zerknął Itachiemu przez ramię i otworzył szerzej oczy. Suigetsu westchnął ciężko. Chyba żałował, że podzielił się swoim znaleziskiem z Sasuke przy jego bracie i Kabuto.

Szybciej robi, niż myśli, pomyślał Itachi. Zupełnie jak Deidara.

Znów poczuł ukłucie w piersi na wspomnienie kochanka. Nagle Suigetsu przestał mu już tak przeszkadzać i go irytować.

Itachi spojrzał na niego, mrużąc nieco oczy. Suigetsu, który miał bardzo bladą karnację, nagle pobladł jeszcze bardziej. Jugo wciąż był spięty.

Cóż, jeśli mam żyć dalej, muszę się przyzwyczaić do tego, że tak właśnie ludzie będą na mnie reagować. Strachem.

Itachi powrócił wzrokiem do brata i zwoju, który trzymał w ręku, gdy Suigetsu zadrżał i objął się ramionami, udając że to z zimna. Itachiemu zrobiło się nieco żal chłopaka. Nie sprawiał wrażenie szczególnie dzielnego.

- Nie wchodziłbym w to - poradził Itachi. - Martwi powinni pozostać martwi - rzucił wymowne spojrzenie Kabuto. Ten wytrzymał jego spojrzenie. Itachi zmarszczył lekko brwi. Był przyzwyczajony do tego, że ludzie gubili wzrok, gdy patrzył na nich w ten sposób. Ale nie on.

- Itachi, myślałem, że naszym priorytetem jest wygranie tej wojny - odezwał się Sasuke.

Itachi otworzył szerzej oczy. Znów ta sama myśl wpłynęła do jego zmęczonego umysłu: Czy mogę zaufać swojemu własnemu bratu?

- Sasuke ma rację. Trzeba powstrzymać Madarę za wszelką cenę. To wojna. Wszystkie chwyty dozwolone.

- A ty co? Zmieniłeś front? Mam ci przypomnieć, kto tę wojnę wywołał? Edo Tensei, mówi ci to coś?!

- Owszem, zmieniłem front. Jestem z wami, przeciwko Madarze i Tobiemu.

- Mamy ci uwierzyć na słowo?!

- I kto to mówi, Sasuke?! - Kabuto się zniecierpliwił. Itachi znów pomyślał, że zaraz zwariuje.

- Uspokójcie się - nakazał im i westchnął. Doprawdy, oboje byli siebie warci.

Starał się prędko przeanalizować wszystkie za i przeciw. Mogli przywołać wszystkich zmarłych już Hokage, ale to wymagało poświęcenia czyjegoś życia. Chyba, że…

Zerknął na Kabuto.

- Co ty na to, Itachi? - spytał go.

Użycie zakazanego jutsu było jedną kwestią. Zaczął skłaniać się ku poradzie Kabuto pod tytułem ,,wszystkie chwyty dozwolone". Trudno było nie przyznać mu racji. Madara z pewnością nie cofnie się przed niczym i użyje wszelkich środków do tego, żeby unicestwić świat, jaki znają. Drugim problemem było to, kto miałby wykonać to jutsu. Ktokolwiek by to nie był, zginie. Sam mógł się poświęcić, ale chciał potem walczyć. No, chyba, że ktoś może porzucić swoje ciało i się odnowić. Jak Kabuto.

Trzecią kwestią było jednak to, czy on w ogóle ufał mu na tyle, żeby pozwolić mu to zrobić. Może wciąż coś knuć. Może wciąż chcieć ich użyć celem dołączenia do Madary.

Co, jeśli tego nie zrobią? Czy uda im się wygrać wojnę? Itachi nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie.

- Kabuto, mógłbyś to zrobić? - spytał wreszcie, w duchu postanawiając sobie, że będzie go pilnował. - Przy założeniu, że jeśli tylko udajesz, że jesteś z nami, od razu użyję na tobie genjutsu i cię zablokuję, możesz na to liczyć. Nie zginiesz, prawda? Możesz zmienić ciało na nowe.

Kabuto uniósł dumnie głowę. Szkła jego okularów błysnęły groźnie.

- Zabawny jesteś, Itachi. Jednocześnie mi grozisz i dopytujesz, czy nie zginę - odezwał się zimnym głosem. - A jesteś taki całkiem pewny, że twój braciszek nie stanowi żadnego zagrożenia? Że cię nie zdradzi? Nawet nie wiesz jeszcze, jak bardzo się zmienił pod ,,opieką" Orochimaru.

Itachi zacisnął zęby.

- Co to za brednie, Kabuto! - wrzasnął Sasuke. - Odkąd znam całą prawdę o Itachim, jestem po jego stronie!

- W takim razie jesteś po stronie Konohy i innych krain sprzymierzonych - przypomniał mu Itachi.

Nastała chwila ciszy.

- Jesteś?

Kabuto prychnął cicho.

- Nie ze wszystkim się zgadzam, ale chcę przede wszystkim powstrzymać Madarę. A potem będę się zastanawiał, czy podoba mi się system Konohy, czy nie. Sądzę też, że powinniśmy przywołać Orochimaru. Ma doświadczenie z tym jutsu. Wiem, że już go używał.

- Chcesz pozwolić Orochimaru przywołać Hokage? - upewnił się, że dobrze zrozumiał, bo wydawało mu się to doprawdy irracjonalnym pomysłem. Zerknął na Kabuto, który wpatrywał się w młodszego Uchihę z niedowierzaniem i ogromną urazą w oczach. Jego twarz mówiła tyle co: ,,mnie nie ufasz, ale Orochimaru już jest w porządku?!"

Itachi usłyszał zduszony okrzyk za swoimi plecami. Prawie zapomniał o Suigetsu i Jugo.

- Nie rób tego! - pisnął Suigetsu. Wyglądało na to, że Orochimaru przeraża go jeszcze bardziej, niż Kabuto i on sam. - Nie rób tego! Zabije nas!

Starszy Uchiha zamrugał.

- Przestań jęczeć, Suigetsu - żachnął się tylko Sasuke. - Przecież jestem tutaj. Itachi jest tutaj. Nic złego ci się nie stanie z jego strony.

Suigetsu wyglądał na nieco uspokojonego. Jednak tylko nieco.

Itachi zerknął na Kabuto. Wyraźnie nie podobał mu się ten pomysł, ale nic nie mówił. Spojrzał na Itachiego. W oczach miał urazę i strach. On też na pewno obawiał się konfrontacji z Orochimaru. Coś jednak podpowiadało Itachiemu, że nie chodziło o strach przed nim jako niebezpiecznym ninją. Nie, chodziło o coś innego. O konflikty z przeszłości, najprawdopodobniej.

- Co, jeśli użyje Hokage do własnych celów?

- Itachi - odezwał się nagle Kabuto. - Orochimaru nie boi się nikogo bardziej niż ciebie - posłał mu pokrzepiający uśmiech. - Póki tu jesteś, nic złego się nie wydarzy - zapewniał go.

Kątem oka zauważył, jak Sasuke wciąż przygląda się jego Yakushiemu nieufnym wzrokiem, po czym westchnął i opuścił ramiona.

- Kabuto, będę potrzebował trochę twojego ciała, jakkolwiek to nie brzmi…

- Wiem - odparł chłodno i poprawił okulary na nosie. Wyciągnął kunai z paska przy spodniach i przez chwilę obracał go w dłoni, myśląc nad czymś. Zapewne zastanawiał się, skąd wyciąć sobie kawałek. Itachi wzdrygnął się. To będzie bolesne, ale Kabuto nie miał cienia strachu na twarzy.

- Z ogona - stwierdził w końcu.

- Pomóc… ci? - wyjąkał Itachi.

Kabuto wyciągnął kunai w jego stronę, patrząc mu jednocześnie wyzywająco w oczy. Itachi wytrzymał jego spojrzenie i chwycił sztylet, przełykając jednak ślinę ze zdenerwowania. To jak odciąć komuś na żywca palca, myślał gorączkowo.

- Itachi, zdajesz sobie sprawę z tego, ilu ludzi już straciło przez niego życie? Naprawdę przejmujesz się jego bólem? - odezwał się Sasuke, widząc jak ten się ociąga.

Kabuto zwiesił głowę. Jeśli nie udawał, to na pewno zżerał go żal tak wielki, że mógł nawet popchnąć ninję do samobójstwa…

- Odcinaj ile chcesz. I tak zamierzam wrócić do swojej dawnej postaci. Po wojnie, zakładając, że przeżyję. Jeszcze teraz mogę się bardziej przydać taki, jaki jestem teraz.

Itachi ścisnął mocniej kunai w dłoni.

- Dużo tego potrzebujesz, Sas…?

- Po prostu tnij, Itachi - przerwał mu młodszy brat.

Starszy Uchiha odmierzył około pięciu centymetrów ogona i przyłożył do niego kunai. Przycisnął ostrze. Kabuto wrzasnął z bólu. Nie dał rady go odciąć w ten sposób, był twardy. Musiał ciąć jak piłą. Trysnęła krew, rozbryzgując się między innymi na twarz Itachiego.

Po wszystkim bez słowa podał kawałek ogona Sasuke. Kabuto opadł na ziemię.

- Macie coś, czym mógłbym go opatrzyć? - zwrócił się do dwójki, stojącej nieopodal. Obserwowali całą tę sytuację z bladymi twarzami.

Wreszcie Jugo przypomniał sobie, do czego służą nogi. Podbiegł do Itachiego i syczącego wciąż z bólu Kabuto.

- Mam przy sobie bandaż, spirytus odkażający i maść, która powinna zahamować krwawienie…

- Nie trzeba - odezwał się Kabuto. - Zapominacie, że jestem medycznym ninją.

Itachi spojrzał w jego stronę. Kabuto zdążył już zatamować krwawienie i zasklepić ranę. Po chwili przykrył ją nową warstwą skóry.

- Och - wyrwało się tylko Itachiemu na ten widok.

- Troska zjada ci mózg, bracie - odezwał się Sasuke, który właśnie przykładał zakrwawiony kawałek ogona do znamienia, pozostawionego mu przez Orochimaru na jego szyi.

Itachi po raz kolejny obiecał sobie, że jak tylko wyjdą cało z tego wszystkiego i przyjdzie mu jeszcze żyć na tym świecie, zajmie się naprawą charakteru swojego brata. Musi go naprostować. Nie chodziło tylko o jego język i sarkazm same w sobie. Itachi miał wrażenie, że sposób mówienia odzwierciedla zamiary i charakter każdego człowieka. Mowa Sasuke przypominała mu wszystkich złoczyńców, których spotkał na swojej drodze. Był odpowiedzialny za to, kim stał się jego młodszy brat. Musiał coś z tym zrobić.

Deidara… chyba mam tu coś ważnego do zrobienia… Jestem pewien, że byś zrozumiał.

Kabuto zmarszczył brwi i spojrzał na Itachiego, jakby chcąc zapytać, czy to prawda. Czy naprawdę się o niego martwił.

- Ranny tylko by nas spowalniał - wyjaśnił Itachi, przybierając obojętny, chłodny ton. Kabuto odwrócił wzrok. Itachi był tak cholernie dobry w udawaniu zimnego skurwysyna. Robił to przez lata.

Sasuke wzruszył ramionami. Zapewne myślał, że powinni go zabić. Nie rozumiał, dlaczego Itachi na to nie pozwala, dlaczego go chroni. Nie mógł zrozumieć. Ale może kiedyś… może kiedyś.

Kiedyś co? Itachi nie potrafił wyobrazić sobie swojego życia po wojnie.

Jednak na zastanawianie się nad tym przyjdzie jeszcze pora. Jeśli wygrają. Jeśli on przeżyje. Jeśli nie dostał od losu trochę więcej życia jedynie na czas wojny.

- Jugo, pomóż mi - odezwał się Sasuke do rudowłosego.

Jugo bez słowa podbiegł do Sasuke i chwycił kawałek ogona Kabuto, tak aby młodszy Uchiha mógł wykonać odpowiednie znaki rękami. Suigetsu zachłysnął się powietrzem, gdy ze znamienia Sasuke zaczął wyłaniać się rosnący w oczach, biały wąż.

- Wciąż uważam, że to naprawdę kiepski pomysł! - pisnął.

Biedny Suigetsu chyba jeszcze nie zauważył, że nikt nie zważa na jego opinię, pomyślał Itachi.

Wąż szarpnął się i opuścił całkowicie Sasuke, upadając z głośnym tapnięciem na ziemię. Itachi obserwował w napięciu, jak gad otwiera paszczę, odsłaniając przy tym śmiercionośne, ostre zęby. Po chwili z paszczy węża zaczął wyłaniać się Orochimaru. Itachi skrzywił się. Nienawidził go z całego serca. Jego widok go mierził.

Orochimaru zeskoczył na ziemię, a wąż dosłownie wchłonął się w glebę pod jego stopami. Mężczyzna przez chwilę stał do wszystkich tyłem, po czym obrócił się powoli. Jak zwykle, miał szaleństwo wymalowane w wężowych oczach.

- Cóż za piękna drużyna. Sasuke-kun, Kabuto-kun, Itachi, Jugo, Suigetsu… Kopę lat.

Itachi spojrzał na Kabuto. Mężczyzna miał wzrok wbity w ziemię. Suigetsu nieopodal trząsł się ze strachu, Jugo był spięty, Sasuke mrużył oczy. W innych okoliocznościach każdy z nich chciałby go unciestwić.

Z Itachim na czele.

- Orochimaru - odezwał się Sasuke, wstając z kamienia, na którym wciąż siedział. Potarł znamię i skrzywił się - Musisz nam w czymś pomóc.

Lewy kącik ust Orochimaru uniósł się do góry w ironicznym uśmiechu.

- Skoro jest z nami Itachi, chyba nie mam wyboru - odparł. - Ale nie musisz nic tłumaczyć. Wszystko wiem, wszystko obserwowałem z twojego wnętrza, Sasuke-kun. Znam też perspektywę Kabuto, który wziął sobie trochę mojej czakry… Tak tak, Kabuto, patrzyłem też na to co się działo twoimi oczami. Widziałem wszystko.

Itachi zacisnął pięść, mając ochotę wylądować nią na idiotycznej twarzy Orochimaru.

- Weź ją z powrotem, Orochimaru-sama. To był błąd, przyznaję.

- Duży błąd - wysyczał Orochimaru, kierując się leniwie w stronę Kabuto. Itachi zmarszczył brwi i utkwił wzrok w tej dwójce.

,,Orochimaru-sama"? Naprawdę?

- Ale wybaczam ci - ciągnął Orochimaru. - Zmieniłem perspektywę, Kabu-kun. Dosłownie i w przenośni - dodał Orochimaru i zachichotał, stając przed Kabuto. Wyciągnął rękę i uniósł podbródek swojego byłego ucznia, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Itachi patrzył na tę scenę z rosnącą niechęcią. Orochimaru poprawił okulary na nosie Kabuto, po czym przeniósł prawą dłoń na jego lewe ramię, wciąż uparcie patrząc mu w oczy. Yakushi z trudem wytrzymywał to spojrzenie. Itachi z jeszcze większym trudem wytrzymywał fakt, że Orochimaru dotykał Kabuto. Celowo szukał z nim kontaktu fizycznego, Itachi to wiedział. Podkreślił przecież, że widział wszystko, co się działo. Bardzo możliwe więc, że widział ich pocałunek w Izanami.

Itachi wiedział, że chciał mu po prostu zrobić na złość.

Muszę być ponad to… Tylko dlaczego Kabuto wciąż odzywa się do niego takim służalczym tonem? O co tu chodzi?...

Orochimaru położył lewą dłoń na prawej piersi Kabuto, ale przez kilka sekund nic się nie działo. Patrzyli sobie po prostu w oczy. Itachi widział tylko twarz Kabuto, Orochimaru był odwrócony do niego tyłem. Kabuto przygryzał dolną wargę. Przeniósł spanikowany wzrok na Itachiego.

- Orochimaru-sama, działaj, mamy niewiele czasu - odezwał się w końcu Kabuto.

Nagle spod palców spoczywających na piersi Yakushiego rozbłysło zimne, niebieskie światło. Kabuto stęknął cicho. Jego rogi zniknęły, a oczy zmieniły kolor na czarne, źrenice zaokrągliły się. Skóra pozostawała kredowobiała, ale Itachi nie dostrzegał już łusek. Na końcu ogon zaczął się kurczyć, aż zniknął całkowicie. Itachi wstrzymał oddech, obserwując tę przemianę. Rysy twarzy Kabuto złagodniały, zdawał się nieco młodszy niż przed chwilą. Zaczął bardziej przypominać człowieka.

- Wziąłem tylko to, co moje, bez obaw - odezwał się Orochimaru dziwnie miękkim tonem. Kabuto skinął nieznacznie głową.

Itachi miał dziwną ochotę podejść do tej dwójki i odciągnąć sanina jak najdalej od Kabuto. Albo przyciągnąć Yakushiego do siebie.

Czy to… zazdrość?

Ich spojrzenia się spotkały. Kabuto z zadowoleniem przeciągnął dłonią po umięśnionym brzuchu z którego nie odstawał już gigantyczny, wężowy ogon.

- O wiele lepiej - westchnął z ulgą. Itachi zauważył, że jego uśmiech i spojrzenie nie były takie, jak przedtem. Były całkiem… ludzkie.

Itachi kątem oka zauważył, jak Suigetsu kiwa z uznaniem głową, wyginając przy tym usta w podkowę. Uchiha poczuł, że naprawdę przeszkadza mu to, jak każdy tak gapi się na Kabuto.

- Czas na nas - przypomniał nagle Sasuke, na nowo wyrywając go z jego rozbieganych myśli. Co się z nim działo? Miał ogromny problem ze skupieniem. Właśnie teraz! - Zbieramy się.