Kabuto wszedł do biblioteki, ściskając w dłoni listę książek od Tsunade. Raz jeszcze westchnął w duchu z ulgą na myśl, że nie musi czytać ich wszystkich w całości, a jedynie zorientować się, czy ma odpowiednią wiedzę teoretyczną na wszystkie tematy, będące przedmiotem egzaminu końcowego. Nie martwił się praktyką - wiedział, że już jest świetnym medykiem; w końcu miał bardzo osobliwego pacjenta…
Przystanął, rozglądając się po bibliotece, z dziwnym poczuciem, że Orochimaru może nagle wyrosnąć tuż przed nim, wyskoczyć zza którejś półki, albo może nawet okazać się, że przyjął postać bibliotekarki. Kabuto przełknął ślinę. Prawie o nim zapomniał, a przecież zapewne go wypuścili. Zanotował w głowie, żeby sprawdzić, co się z nim teraz dzieje.
I, jeśli to możliwe, unikać tych miejsc, w których miałby teraz pracować, czy przebywać.
Zerknął na listę książek, a potem na siedzącą przy biurku pod oknem bibliotekarkę. Tydzień spędzony w Konosze nie był jednak taki zły - okazało się, że nie wszyscy go kojarzyli, dopóki nie podawał swojego nazwiska. Nie wszyscy wiedzieli, jak wyglądał. Zauważył też, że ludzie częściej mówili o bohaterach wojny, niż o złoczyńcach. Żywił nadzieję, że wkrótce odnajdzie tu względny spokój.
Mimo wszystko postanowił nie prosić bibliotekarki o pomoc. I tak będzie musiał podać swoje nazwisko przy wypożyczaniu i, zapewne, zakładaniu jakiejś karty. Zerknął na sufit. Kamery w każdym rogu. Jak zwykle, przez myśl przeszło mu pytanie, jak wielu ninja go teraz obserwuje.
Jak tak dalej pójdzie, będę musiał zaczął medytować. Nie mogę się na niczym skupić.
Kakashi nie pozwolił mu zmienić nazwiska, nie wyraził też zgody na noszenie przez niego maski, ani na jakąkolwiek drastyczną zmianę w wyglądzie. Nie mógł nawet przefarbować ani znacząco ściąć włosów, nie mógł zacząć nosić szkieł kontaktowych. Musiał być rozpoznawalny.
- Chodzi tylko o ludzi w wiosce - tłumaczył Kabuto. - Chciałbym być trochę anonimowy z ich powodu.
- Masz zapewnioną nietykalność - odparł Kakashi chłodno, odchylając się w fotelu w swoim gabinecie i nie spuszczając z niego przenikliwego spojrzenia. - Każdy, kto podniósłby na ciebie rękę…
- Nie o to chodzi, potrafię się bronić - żachnął się Kabuto. - Poza tym, nikt nie podniesie na mnie ręki, baliby się.
- Wiedzą, do czego jesteś zdolny. To w czym problem?
Kabuto zawahał się. Chyba wybrał zły dzień, bo Kakashi roztaczał aurę osoby, która ,,wstała lewą nogą". Gdy rozmawiał z nim wcześniej, w więzieniu, nie był tak wrogo do niego nastawiony. Sprawiał raczej wrażenie spokojnego, ale ostrożnego. Coś się zmieniło.
Yakushi spuścił głowę, zrezygnowany. Jak miał to ubrać w słowa, żeby nie zabrzmieć dziecinnie? Kakashi przyszedł mu jednak z pomocą.
- Traktują cię jak trędowatego, prawda? - jego głos nagle zabrzmiał łagodniej.
- Żeby tylko - odparł cicho, nie precyzując jednak, co miał na myśli.
Podniósł wzrok. Kakashi miał zamyśloną, smutną minę i już nie przebijał go wzrokiem.
- Nie mogę się na to zgodzić, Kabuto.
- No ale to jest… - potrząsnął głową, bo do głowy przychodziły mu jedynie słowa typu ,,idiotyczne" albo ,,głupie". Stał tam jak uczniak, wykłócający się o lepszą ocenę. - Do końca życia nie będę mógł zmienić fryzury, ani zacząć nosić kontaktów?
- Przynajmniej nim upłynie rok. To też element twojej kary - głos Kakashiego był spokojny, ale stanowczy. Nie pozostawiał miejsca na dyskusję, co tylko jeszcze bardziej sfrustrowało Kabuto.
- Nim upłynie rok - powtórzył Kabuto, czując jak narasta w nim złość. - A po roku co? Mam wrażenie, że tak tylko mówisz o tym roku, hokage-sama, a tak naprawdę nie masz pojęcia, co ze mną zrobić. Z całym szacunkiem - dodał, uciekając wzrokiem.
- To zależy od tego, jak będziesz się sprawował - zauważył Kakashi.
- Nieprawda. Jestem dla was wszystkich jak uśpiony wulkan, który w każdej chwili może wybuchnąć. Rok, czy piętnaście lat, nigdy nie odzyskam waszego zaufania.
- Cóż, z tego co mi wiadomo, jest przynajmniej jedna osoba w wiosce, która dałaby sobie rękę za ciebie uciąć. Itachi stał się twoim prywatnym adwokatem - Kakashi prychnął cicho po tych słowach, albo Kabuto zmysły płatały już figle. Poczuł, jak jego brwi same powędrowały do góry. Kompletnie nie rozumiał, dlaczego Kakashi miałby być zły z tego powodu… Chociaż…
- Adwokatem? - powtórzył Kabuto, czekając na jakieś wyjaśnienie. Kiedy zapadła cisza, postanowił sam zacząć zgadywać. - Próbował cię przekonywać do tego, że się zmieniłem, hokage-sama?
- Owszem.
Kabuto opuścił głowę, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu. Mieszanka uczuć obezwładniła jego umysł i serce. Czuł wdzięczność, miłość, ale też zaniepokojenie. Nie chciał, żeby z jego powodu ludzie i nawet sam hokage zaczęli traktować Itachiego jak podejrzanego o jakieś niecne zamiary.
- To się może wydawać dziwne, bo nie znamy się długo, ale Itachi… on naprawdę wie o mnie wszystko.
Kabuto odważył się spojrzeć na Kakashiego, który wpatrywał się w niego zmrużonymi, chłodnymi oczami.
No tak. Przeze mnie Itachi traci zaufanie hokage. Wkrótce straci zaufanie wszystkich ludzi w wiosce.
W tym momencie postanowił się od niego odciąć. Szkodził mu. A Kakashi miał rację, takie traktowanie mu się należało. Nie mógł opierać się na Itachim, po to tylko żeby wciągać go w swoje bagno. Ludzie nie powinni nawet widzieć, że rozmawiają.
- Hm. Tak, wiem. Słyszałem - odparł chłodno Kakashi.
Kabuto nie wiedział już co powiedzieć.
- To wszystko, co do mnie masz, Kabuto? - spytał Kakashi, ostentacyjnie sięgając ręką po jakiś papier z dość sporego ich stosu.
- Tak, hokage-sama - odparł cicho Yakushi, pochylając głowę z szacunkiem.
- To do widzenia, chłopcze. Zapraszam za tydzień o tej samej porze - powiedział nonszalancko, nie racząc go nawet spojrzeniem. Jego wzrok już błądził po tekście dokumentu, który miał przed oczami.
"Chłopcze"… Teraz naprawdę czuję się jak uczniak.
Kabuto skinął głową i wyślizgnął się cicho z gabinetu, równie cicho zamykając za sobą drzwi. Nie wiedział, że w momencie, w którym wyszedł, Kakashi wypuścił cicho powietrze z ust, odrzucił dokument, który udawał, że tak go zajął i przez chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stał Yakushi. Głowa ciążyła mu od wspomnień, myśli i analiz. Potrząsnął nią lekko, jak gdyby to miało mu pomóc odnaleźć spokój i wstał od biurka. Zbliżył się do okna i oparł o zieloną framugę. Po chwili zobaczył Kabuto na wydeptanej drodze w dole. Zerwał się wiatr. Kilka pożółkłych liści spadło z wielkiego dębu na drogę, tuż pod stopy Kabuto, który przeszedł po nich, krusząc je sandałami. Kakashi odprowadzał go wzrokiem. Wyglądał na zrezygnowanego i przybitego. Miał ręce wciśnięte w kieszenie, pochyloną głowę i nieco zgarbioną sylwetkę. Dopiero teraz Kakashi zauważył, jak chłopak jest chudy. Wyglądał naprawdę nędznie.
Westchnął i wrócił za biurko, po czym ukrył twarz w dłoniach. Wolałby być teraz na jakiejś misji, niż tkwić w tym gabinecie, zawalony papierologią i przygnieciony własnymi myślami. Po raz kolejny musiał przypomnieć sobie, że tutaj też ma misję. Jeśli mu się nie powiedzie, Konoha na nowo pogrąży się w chaosie.
Tylko czy aby na pewno był odpowiednią osobą na to stanowisko? Wspomnienia dawnej relacji z Itachim zaciemniały mu umysł. Czy nie inaczej rozmawiałby z Kabuto, gdyby nie wiedział, że on i Uchiha są teraz razem?
Obraz chłopaka nie znikał z jego umysłu. Miał miłą twarz. Był uprzejmy, kulturalny i pełen szacunku, nawet gdy wyraźnie targały nim negatywne emocje. Rozumiał, że Itachi mógł się w nim zakochać. Może naprawdę powinien inaczej do niego podejść?...
Ale nie mógł, nie potrafił. Kabuto miał rację. Mógł nie zaufać mu nawet po piętnastu latach. Nikt nigdy nie będzie miał pewności, czy on czegoś nie knuje. Z drugiej jednak strony, jeśli będzie traktowany jak pies, tym bardziej w końcu się zbuntuje i przypomni wszystkim, na co go stać. Wyglądało też na to, że był w kiepskiej kondycji psychicznej. Przyszedł do niego po pomoc, po to tylko, żeby Kakashi przegonił go jak bezdomnego psa…
Wciąż był zły o ten ostentacyjny pocałunek pod jego oknem. Nie potrafił być obiektywny. A więc zaczął zachowywać się jak zazdrosny dzieciak.
Poczuł ukłucie wstydu. Musiał wreszcie wznieść się ponad to wszystko. Był hokage, do cholery jasnej!
Zakręciło mu się w głowie. Zawodził na całej linii. Jako hokage, jako partner Iruki…
Iruka. Wciąż się do niego nie odzywał. Od kilku dni mijali się. Jadali osobno, sypiali osobno. Umino poprosił go o kilka dni ,,przestrzeni". Kakashi wiedział, że jego związek wisiał na włosku i nie był w stanie nic z tym zrobić. Wolałby, żeby Iruka na niego nawrzeszczał, żeby go uderzył, rozpłakał się… Ale nie. On mu podziękował za szczerość, po czym postanowił go od siebie odsunąć. Na jak długo? Nie miał pojęcia. Nie rozmawiali, więc Kakashi obawiał się do jakich wniosków dojdzie w tej swojej upartej głowie.
Wszystko było nie tak… Kto by pomyślał? Na wojnie nie czuł się tak źle, jak teraz, w czasach pokoju. Co za ironia.
Westchnął po raz kolejny, ale ciężar na jego piersiach nie zmalał. Sięgnął po teczkę Kabuto, żeby zrobić krótką notatkę na temat jego reintegracji w Konosze. Postanowił zacząć traktować go uprzejmiej. Dla dobra Konohy. Itachi również nie był idiotą - Kakashi wątpił, że kogoś takiego, jak on, mogłaby zaślepić miłość. Sam Kabuto też narazie nie wzbudzał podejrzeń. Z drugiej strony był świetnym szpiegiem… A więc zapewne potrafił zakładać różne maski, w zależności od potrzeby…
Jego myśli wirowały bez ładu i składu, nie mógł się skupić.
Przypomniał sobie słowa Itachiego na temat Obito i Sasuke. Miał rację. Sasuke chciał zniszczyć Konohę. Nikt teraz o tym nawet nie wspomina. A Obito? No cóż… Gdyby przeżył, z pewnością nie rozmawiałby z nim tak, jak z Kabuto.
Jego dłoń z długopisem w ręku zawisła pod nazwiskiem Yakushiego.
- Dobrze, Kabuto - mruknął pod nosem. - Zacznijmy od początku, dziwny chłopaku.
