Rozdział 8: Szczypiąc

Laska Jacka przecięła powietrze i z ostrym trzaskiem nawiązała kontakt, zanim w ogóle świadomie zdecydował się to zrobić. Z jego gardła wydobył się niski warkot, gdy się obrócił, szukając napastnika.

Miał już tego dość.

— Jack! — krzyknęła Tooth, omijając go, żeby sprawdzić, co u Bunny'ego, który podnosił się z podłogi, przyciskając grzbiet dłoni do pyska. — Dlaczego to zrobiłeś?! — zapytała Tooth, wpatrując się w zimowego ducha.

Bunny podniósł drugą rękę, gestem nakazującym spokój.

— To moja wina — powiedział głosem nieco stłumionym przez rękę. Odsunął ją na sekundę, zauważając na niej smugę zielonej krwi, po czym przyłożył ją z powrotem do nosa, aby wywrzeć nacisk, aby spowolnić krwawienie.

Jack spojrzał na niego gniewnie, czując się zdradzony.

— DLACZEGO to zrobiłeś?! — zażądał, wskazując zakrzywionym końcem laski na Bunny'ego. — I TO PRZEZ CAŁY DZIEŃ?! — Myślał, że byli przyjaciółmi. Albo przynajmniej docierali do tego.

Bunny posłał mu zdezorientowane spojrzenie.

— Zrobiłem to tylko ten jeden raz — powiedział, a Jack poczuł ucisk w żołądku.

— Och… — Przyciągnął laskę do siebie. — Przepraszam — powiedział, czując się trochę jak dupek za wyciąganie pochopnych wniosków. Nie było mu przykro, że uderzył Bunny'ego za uszczypnięcie go w tyłek, ale siła była prawdopodobnie nieco nadmierna. Nie chciał, żeby krwawił.

— Cały dzień? — zapytał North z niebezpieczną nutą w głosie, a Jack otrząsnął się ze swoich ponurych myśli.

— Tak. — Westchnął przeczesując dłonią włosy. — Ktoś lub coś ciągle mnie szczypie. Boli mnie tyłek, jestem posiniaczony i mam tego dość.

— Nie wiesz, jaki jest dzień? — zapytał North, gładząc brodę.

— Dzień Świętego Patryka. — Jack wzruszył ramionami. — Dzień, w którym szaleją Krasnoludki żartując z ludzi.

To było coś, co działo się każdego 17 marca. Wyśmiewali ludzi za pomocą swojego ukrytego złota, a jeszcze inne płatali figle. Jack obserwował od wieków, jak to robili, czasem pomagając Leprechaunom, czasem pomagając ludziom uciec od nich.

— Nie tylko z ludzi, Jack — powiedziała Tooth, wskazując jasnozieloną szarfę, którą nosiła wokół talii niczym spódnicę.

Teraz, gdy o tym wspomniała, zdał sobie sprawę, że North nie miał na sobie znajomej czerwieni i zamiast tego miał spodnie w kolorze leśnej zieleni z wyszytymi sosnami po bokach. Sandy unosił się w powietrzu, a jego chmura przybierała na krawędziach kształty małych koniczyn. Bunny miał zielone pnącza owinięte wokół nóg, karwaszy i badoliery.

— Jak… to? — zapytał mało inteligentnie. — Ale… nigdy wcześniej nie zawracali mi głowy?

— Nie widzieli cię wcześniej — wyjaśniła delikatnie Tooth, kładąc mu dłoń na ramieniu, ściskając je uspokajająco. — Ale minął prawie rok, a ludzie w ciebie wierzą…

— Czyli teraz również jestem potencjalną ofiarą dla Leprechaunów — zakończył z westchnieniem Jack. Świetnie. Zastanawiał się, czy bycie dostrzegalnym miało jakieś wady. W jakiś sposób nie przewidział czegoś takiego.

— Ubieraj się na zielona, a będziesz tego dnia dla nich niewidzialny — poradził mu North, poklepując swoją zieloną szarfę. — Otrzymujesz uszczypnięcia, jako ostrzeżenia, że Leprechauny zainteresują się tobą, jeśli nie będziesz nosisz zieleni dla ochrony. Wyjątkiem jest Sandy, który zamiast tego nosi koniczynę.

Sandy uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby chciał zapytać: "Co począć?".

— Próbowaliśmy jednego roku pofarbować Sandy'ego na zielono. — North mrugnął do Jacka. — Żółty plus niebieski powinien dać zielony. Nie zadziałało to zbyt dobrze.

— Dzieci miały niebieskie sny — uzupełniła Tooth. Zacisnęła usta, aby stłumić uśmiech.

Jack zaśmiał się cicho, czując się w duchu trochę lepiej.

— W porządku. Czy ktoś ma coś zielonego, co mógłbym pożyczyć?

— Ja mam — powiedział głośno Bunny, wstając. Jego nos przestał krwawić, choć widać było ciemnozieloną smugę zaschniętej krwi. — North, pobawię się z twoją podłogę.

— Zrób to na kamieniu, a nie na drewnie! — warknął North, machając rękę. — Po wyjściu z tego nie powinny wyrastać gałęzie!

Bunny sapnął, machając ręką Northowi, gdy podszedł do kominka i ponownie przykucnął. Przycisnął łapy do podłogi, po czym je uniósł, a pod jego palcami wyrosła jasnozielona koniczyna. Jack patrzył z odrobiną zdumienia, jak Bunny zerwał ją i zaczął coś z nią robić. Jego palce szybko układały się w dziwne, skomplikowane wzory, zanim ponownie wstał.

— Proszę bardzo — powiedział Bunny, podnosząc ręce do góry, zakładając zieloną koronę z koniczyny na głowę Jacka. — To powinno wystarczyć. Odrobina ochrony.

Jack pochylił głowę, czując się lekko zawstydzony.

— Dzięki.

— Och! Czterolistna koniczyna! — powiedziała z podekscytowaniem Tooth. — Jak wspaniale. — Posłała Bunny'emu znaczące spojrzenie.

Bunny odwrócił wzrok, wyraźnie zawstydzony. Jack nie mógł zrozumieć powodu, takiego zachowania.

— Sądzę, że byłem ci winien za to uszczypnięcie — wymamrotał Bunny. — Chociaż masz niezły tyłek do szczypania.

— Bunny! — krzyknął groźnie North, a Sandy zakrył usta dłońmi w cichym śmiechu.

Jack nie był pewien, czy powinien być zadowolony, czy nie. Przynajmniej Bunny nie twierdził, że był za chudy i musi włożyć więcej mięsa na te kości, tak jak robił to North.

Bunny podniósł ręce w uspokajającym geście.

— Chociaż następnym razem poproszę o pozwolenie, zanim uszczypnę — dodał z uśmiechem rozrabiaki.

Jack parsknął z rozbawieniem.

Może następnym razem, jeśli Bunny o to poprosi, pozwoli mu na to.

Uwagi: W języku kwiatów czterolistna koniczyna oznacza: "bądź mój".